28 stycznia 2016

W sidłach miłości - Rozdział 16

Dziękuję za komentarze. :)




Nie chciał brać pod uwagę tego, co sugerował przyjaciel. Johnny miałby go uczyć, a w dodatku tańczyć z nim? W parze?! Alex zwariował. Naprawdę zgłupiał. Nie wyobrażał sobie takiej sytuacji, że mógłby pozwolić na… Przecież taniec w parze jest kontaktowy, czy Alex o tym zapomniał, czy zapomniał, co on czuje? Owszem, chciał dzisiaj zobaczyć Jonathana, ale czym częściej będzie go widywał, tym to dla niego gorsze. Codzienne przebywanie po kilka godzin w jednym pomieszczeniu nie było tym, co przyjąłby lekko. Kochał go i bolałaby świadomość tego, że Johnny nie chce go mieć w swoim życiu. Nie wątpił w to, że chłopak wie o jego uczuciach. Jeszcze zacząłby się z nich nabijać, a on nie był na tyle silny, żeby to po nim spłynęło. Naprawdę pomysł Alexa był zły. Z drugiej strony był ciekaw, jakby to było – nie wątpił, że Johnny byłby idealnym trenerem – gdyby we dwóch spędzali czas i chłopak by go dotykał. To kusiło, ale z tego co widział, to Jonathanowi nie spodobał się ten pomysł, więc nie ma co nad tym się rozwodzić.
Wrócił do siebie, woląc nie przebywać dłużej w domu przyjaciela. Zastał tatę wychodzącego z łazienki.
– Hej, Richie, dobrze, że wróciłeś. Chciałbym z tobą porozmawiać i od razu zaznaczam, że ten pomysł wyszedł dzisiaj i jak się nie zgodzisz, to zrozumiem. Poza tym są rzeczy, o których… – Tata westchnął, pocierając czoło. – O których nie wiesz.
– Okeeej. Poczekaj, tylko zaniosę plecak i przyjdę do pokoju. – Zmarszczył brwi. Nie wiedział, czego ma się spodziewać. Nie chciał kolejnych komplikacji w swoim życiu. Pragnął chwili spokoju, bo przez ostatnie dni coś było nie tak. To ten facet z klubu, to zaś jego głupi strach, teraz złamana noga trenerki, Joyce, która nawet po kolejnej próbie z nim nie zatańczy, i z konkursem może się pożegnać. Właściwie już powinien się wypisać. Co jeszcze się wydarzy w jego życiu?

* * *

To śmieszne, co wymyślił Alex. Miałby uczyć tę panienkę, która pewnie nic nie umie, jakiegoś durnego, dziecinnego układu? Miał ochotę szaleńczo się śmiać, przekraczając próg swojego pokoju. Niezły dowcip. On jako trener? Partner do tańca? Jeszcze może odegraliby przepiękną, melodramatyczną scenę miłosną? Już widział płacz sędziów i rozkochane spojrzenia, a potem ich wysokie noty i zaproszenie do nauki na sławetnej uczelni.
– Po moim trupie – warknął Johnny, rzucając się na łóżko. – Niech se ta gąska znajdzie kogoś innego, nie mnie.
– Jesteś debilem.
Johny poderwał głowę, słysząc głos brata. Szlag, mógł zamknąć drzwi.
– Czego chcesz?
– Richie naprawdę potrzebuje kogoś dobrego, a jedyną osobą, która się do tego nadaje, jesteś ty.
– Jak ty to sobie wyobrażasz? – Usiadł, opierając się o ścianę. Jego łóżko stało po prawej od wejścia, było jednoosobowe, ale lubił je. Stać go było, by kupić sobie coś większego, ale nie potrzebował tego. Spał sam i dobrze mu z tym było. Wziął na kolana jaśka i zaczął się nim bawić.
– Dyrektorka zgodzi się cię przyjąć. Oczywiście nie jako nauczyciela, ale u nas trenerzy są na innych zasadach…
– Wiem, jak jest, uczyłem się tam przez kilka lat. Ale ja nie mówię o tym. Jak ty sobie wyobrażasz moje przebywanie z kimś, kogo całym sercem nie znoszę? Poza tym czego mam go, kurwa, uczyć? Baletu? Sorki, nie moja działka! – krzyknął, rzucając poduszką przez pokój. –  Wyjdź.
– Nie wyjdę.
Johnny patrzył, jak Alex podchodzi do półki wiszącej nad owalnym stolikiem, przy którym stał fotel, i spośród leżących na niej płyt oraz kilku książek wziął coś, czego nie powinien był ruszać. Jednym susem poderwał się z łóżka, aby wyrwać z ręki brata zdjęcie oprawione w drewnianą ramkę.
– Mówiłem, żebyś tego nie ruszał! – Odstawił fotografię na półkę.
– Ile to już lat? Pięć?
– Odpierdol się i wynoś z mojego pokoju! – Johnny wskazał na drzwi.
– Patrick… Był bardzo delikatny z wyglądu i psychiki. W ogóle to byłeś u niego?
Johnny zmierzył brata nienawistnym spojrzeniem. Zaraz mu rozwali nos! Niech lepiej gówniarz zostawi ten temat i jego w spokoju! Alex jednak nie robił sobie nic z demonicznego wyglądu starszego brata, tylko kontynuował temat:
– Popełniłeś błąd, zdarza się. Patrick był, teraz go nie ma. Nie ma co się o to obwiniać. Lubił tańczyć, prawda? Tylko że on tańczył coś innego niż ty. I wyglądał jak stereotypowy gej, a ty się nie chciałeś ujawniać i to cię przerażało. Mimo tego jakimś cudem kochał cię, a ty jego. To jedyny chłopak, jakiego miałeś, prawda? – Alex spojrzał na zdjęcie, na którym Johnny obejmuje „po kumpelsku” niższego i bardzo szczupłego, rudowłosego chłopaka. – Nikt nie każe ci być z Richiem, jak o to się boisz. Po prostu mógłbyś okazać się człowiekiem i mu pomóc. Ty niestety musisz pokazać, co potrafisz. Nawet go nie widziałeś „w akcji”, od razu go osądziłeś. Przyjdź jutro do szkoły na jedenastą. Będę czekał przy wejściu. Myślę, że gwiazda szkoły bez problemu wejdzie na jej teren. Pomyśl nad tym. Nie zabiło cię to, że mu pomogłeś w chorobie, to czemu miałoby cię zabić coś innego? – Nie czekał na odpowiedź, bo w sumie jej nie oczekiwał. Sam nie wiedział, czy to pytanie miało jakieś odpowiedzi. Zostawił brata samego, chcąc pogadać z Richiem.
Gdy Johnny został sam, wziął fotografię do ręki. Przesunął palcem po zdjęciu. Te rude włosy, zielone oczy, a także kilka piegów na nosie i szeroki, wszechobecny uśmiech zawsze pozostaną w jego pamięci.

– Johnny, no chodź, zrobimy sobie zdjęcie. Nie rób takiej miny. – Patrick ustawił aparat na wysokim murku i sprawdził dokładnie przez wizjer, w którym miejscu mają stanąć. Gdy się upewnił, pociągnął Johnny’ego za rękę i ustawił go pośrodku miejsca, które widział przez wizjer aparatu. Wrócił się do sprzętu, żeby nastawić samowyzwalacz na trzydzieści sekund.
Johnny stał z założonymi na piersi rękoma i patrzył na to, co robi jego chłopak. Naprawdę nie musieli sobie robić zdjęć. No, ale jak zawsze ulegał pięknemu uśmiechowi Patricka. Siedemnastoletni chłopak dołączył do niego. Objął go w pasie, szeroko się uśmiechając. Siłą rzeczy Johnny położył rękę na ramionach nastolatka, starając się, aby nie wyglądali na nikogo więcej niż kumpli robiących sobie wspólne zdjęcie podczas szkolnej wycieczki.
Poczekali, aż samowyzwalacz uwolnił migawkę, a jej dźwięk oznajmił im, że zdjęcie zostało zrobione.
– Super. Zrobię dwie odbitki – mówił radośnie Patrick. – Oprawię w ramki i ci jedną dam. Wiem, że nie chcesz się afiszować z naszym związkiem, nie przeszkadza mi to. Dobrze, że przynajmniej nie udajesz na szkolnym korytarzu, że mnie nie znasz. – Zaśmiał się, ale jego oczy mimo żartobliwego tonu głosu pozostały smutne. – Nie martw się, nikt się o nas nie dowie. A na jutro będziesz miał fotę oprawioną i… Niech ona ci przypomina, jak bardzo cię kocham.

„Jak bardzo cię kocham” odbiło mu się echem w głowie. Przytulił fotografię do piersi, czując gulę w gardle. Po jakie licho Alex musiał mu pierdolić te wszystkie rzeczy. W ogóle to powinien schować to zdjęcie gdzieś głęboko w szafie, żeby nigdy już na nie nie patrzeć. Najlepszym wyjściem byłoby wyrzucenie go, ale na to nie mógł się zdobyć. Ono mu przypominało błędy przeszłości, o których nie chciał zapomnieć. Dzięki temu czuł ciążącą nad nim winę oraz własną głupotę.

* * *

Patrzył się na swojego tatę, nie wiedząc co powiedzieć. Zamurowało go po usłyszeniu tego, co mu przekazał rodzic. Naprawdę nie tego się spodziewał. Zanim doszło do rozmowy, bał się, że ojciec każe mu wrócić do mamy lub że mają bardzo poważne problemy finansowe, ewentualnie tata stracił pracę. Tymczasem ten powiedział, że z kimś się spotyka i ta kobieta chciałaby go poznać. Dlatego zapraszała – następnego dnia – ich obu na kolację, podczas której chciała przedstawić swojego syna. Powinien wziąć pod uwagę to, że jego tata jest jeszcze młodym mężczyzną w sile wieku i na pewno zechce związać się z jakąś kobietą. Nie miał nic przeciwko temu, ale mimo wszystko po usłyszeniu informacji trudno mu było wydobyć z siebie głos. Teraz rozumiał, dlaczego rodzic często pracował do późna. Mógł wtedy być z nią.
– Nic nie powiesz? – zapytał ojciec. – Masz coś przeciw temu?
– Nie – odpowiedział szybko, zakładając nogę na nogę. Siedzieli w salonie urządzonym skromnie, acz bardzo przytulnie – o wiele mniejszym pomieszczeniu niż miał w rodzinnym domu. Tylko tutaj było więcej miłości, zrozumienia i ciepła niż tam. Sam zajął miejsce na wygodnej kanapie, wciskając się w jej róg. Ojciec usiadł w swoim ulubionym fotelu, który zabrał z poprzedniego domu. Matka wiele razy chciała ten stary mebel wyrzucić na śmietnik, ale nie pozwolili jej na to, dzięki czemu Martin Taylor mógł nadal korzystać z ulubionego fotela. – Cieszę się, tato, ale trochę mnie zaskoczyłeś. – Podrapał się po nosie w zakłopotaniu. – No, wiadomo, że przecież nie będziesz sam. Chętnie poznam twoją… partnerkę?
– Tak. Spotykamy się już jakiś czas, polubisz ją.
– Wie o mnie? – Odetchnął, gdy ojciec powiedział mu, że wie i nie ma nic przeciw. Przynajmniej jedna dobra rzecz, pomyślał.
Po zakończeniu rozmowy obaj zrobili kolację i gdy już było dość późno, wrócił do swojego pokoju. Od razu sprawdził komórkę, czy są na niej jakieś wiadomości. Były i to wszystkie od Alexa. Oddzwonił do przyjaciela, w tym samym czasie włączając komputer. Chciał chwilę pograć, zanim wykąpie się i pójdzie spać. Zapisał sobie jeszcze na kartce, żeby nie zapomnieć pojechać jutro z Alexem na te badania. Wpisał hasło do profilu, a w głośniku odezwał się głos przyjaciela.
– No co tam się tak dobijałeś? Gadałem z tatą, a telefon zostawiłem w pokoju.
– Chciałem się upewnić, że masz jutro ten trening i namówić cię, żebyś się zgodził na to, aby mój brat ci pomógł.
– Słuchaj, nie ode mnie to zależy. On i tak się nie zgodzi, więc nie ma co nad tym dywagować. Mam teraz zamiar się odmóżdżyć i rozwalić kilku przeciwników. Branoc, Alex. – Nacisnął czerwony przycisk i odłożywszy telefon, wybrał jedną z kilku zainstalowanych gier. 

Godzinę później był pokonany przez wroga i sfrustrowany, że zamiast zająć się treningiem, który mu o wiele lepiej pomagał w uspokojeniu rozszalałego umysłu, wolał strzelać do wirtualnego wroga. To nie tylko go nie uspokoiło, ale podniosło adrenalinę oraz nerwy, a głupie myśli bombardowały jego umysł wszelkimi pociskami. Wyłączywszy komputer, wziął piżamę i udał się pod prysznic. Przez szparę u dołu drzwi widział, że w pokoju taty nie pali się już światło. Musiało być bardzo późno, co i tak go nie obchodziło, bo rzadko kiedy chodził spać o dwudziestej drugiej.
Odkręcił kurki, pozwalając wodzie się wymieszać, i rozebrał się. Wszedł do kabiny, od razu pod ciepły strumień. Pozwolił cieczy płynąć po swoim ciele, zanim wziął szampon i nałożył go na włosy. Obfita piana, od razu spłukiwana przez wodę, zaczęła spływać mu wzdłuż karku oraz twarzy. Gdy kilkanaście sekund później, myjąc ciało żelem, dłonią zawędrował na genitalia w celu ich umycia, zatrzymał tam dłoń na dłużej. Nie chciał się oszukiwać, że nie potrzebował czegoś więcej. Nie masturbował się od czasu niedoszłego gwałtu, starając się nie myśleć o tej sferze życia. Objął palcami członek i przesunął nimi po całej długości. Stęknął, zagryzając wargę. Starał się być cicho. Ponownie wykonał ten sam ruch, drugą dłonią głaszcząc się po jądrach. Poczuł, jak penis szybko twardnieje mu w dłoni. Oparłszy się o ściankę za sobą, spojrzał w dół. Zacisnął palce tuż pod główką, doprowadzając się w kilku szybkich ruchach do pełnego wzwodu. Rozsunął szerzej nogi, aby mieć solidną podstawę, i zaczął poruszać szybciej dłonią. Zamknął oczy, za wszelką cenę starając się nie wizualizować sobie swoich pragnień, ale ich obrazy same nasunęły mu się do głowy. To nie własna dłoń go pieściła, ale ręka Jonathana. To chłopak go dotykał, całował, a jego mokre od wody ciało lśniło. To Johnny przyśpieszył ruch dłonią, czując, jak drży, nie mogąc utrzymać się na nogach. Te obrazy, te myśli, te pragnienia,  nigdy niezaspokojone, a tak silne, zmusiły go do poddania się i doszedł, spuszczając się na kafelki, zaciskając przy tym szczękę, żeby tylko nie wydać żadnego dźwięku, który mógłby usłyszeć tata. Otworzył oczy, głośno dysząc. Spojrzał w dół na znikającą w odpływie spermę. Odetchnął. Jego ciało osiągnęło spokój, pozbywając się towarzyszącego mu od kilku dni napięcia, ale czuł się winny, że znów w takiej chwili myślał o Johnnym. Winny i boleśnie przekonany, że marzenia pozostaną tylko marzeniami. Powinien zwrócić uwagę na innych chłopaków. Inaczej do końca życia będzie skazany na własną rękę i nie dowie się, czym jest seks. Wszystko też zależy od jutrzejszych badań.

* * *

Następnego dnia obaj z Alexem wyszli z prywatnej przychodni. Na wyniki badań będą musieli poczekać do jutra. Richie starał się być dobrej myśli, zazdroszcząc przyjacielowi, że ten może być o wynik naprawdę spokojny. Niestety spóźnili się na pierwsze zajęcia i na lekcję angielskiego weszli niemal na paluszkach odprowadzani przez zmrużone oczy Josha.
– Gdzie to panowie byli, że minęła prawie połowa lekcji? – Zatrzymał ich głos nauczyciela.
Alex przystanął i odwrócił się na pięcie. Rozumiał Josha, ten nie mógł mu pobłażać, musiał traktować jak innych. Uśmiechnął się nieśmiało do mężczyzny, zagryzając przy tym wargę.
– Proszę nam wybaczyć, ale mieliśmy trudności z dotarciem do szkoły. Nie mogę obiecać, że to się więcej nie powtórzy. Oczywiście karę przyjmiemy, ewentualnie ja za kolegę mogę też… przyjąć. – Przez cały czas obserwował Josha i jego reakcję na te słowa. Nie ulegało wątpliwości, że jak dostanie karę, to tylko prywatnie i bardzo, bardzo będzie mu się ona podobać lub nie, jeżeli Josh odmówi mu seksu.
– Siadaj, Wilson. Omawiamy właśnie poezję Stuarta Merrill’a, więc na kolejną lekcję przygotuj z Richiem omówienie jednego z jego wierszy, „Dobry deszcz”. Chcę wiedzieć, co wam się nasuwa na myśl, kiedy czytacie każdy jego fragment i czy rozumiecie, co autor miał na myśli.
Richie zgromił przyjaciela wzrokiem. Po jakie licho ten mówił o jakichś karach? Nie wątpił, że wiedział, o co Alexowi chodziło, a ups, Josh pomyślał o czymś innym. Nie znosił wierszy, a teraz jeszcze ma myśleć nad każdą linijką tekstu. Cóż, na pewno nie będzie się tym zajmował i chętnie „za karę” pracę pozostawi Alexowi. Przecież chłopak mógł przeprosić i zwyczajnie w świecie usiąść, ale nie, po co, musiał się rozgadać i jeszcze prowokować nauczyciela. Wyciągnąwszy zeszyt, podparł brodę na dłoni i zaczął coś w nim bazgrać, nie słuchając, co mówi Morrison, dopóki nie wywiązała się kolejna dyskusja z Caseyem McPhersonem – tych było coraz więcej, a wzajemna sympatia ucznia i nauczyciela rosła. Chłopak coś zaczął marudzić i podskakiwać angliście. Ciągle zapominał, że Josh nie dawał sobie chodzić po głowie. Richie sądził, że lekcja będzie nudna, ale zrobiło się nader interesująco, a czas do zajęć z choreografii i treningu – poćwiczy sam i z Joyce znów spróbują wykonać układ – mijał szybciej.

* * *

Johnny siedział w samochodzie, stukając palcami o kierownicę. Co go podkusiło, żeby przyjechać pod swoją byłą szkołę? Głupi był albo ciekawość mimo wszystko zmusiła go do tego kroku. Zastanawiał się od dobrych kilku minut, czy ma wyjść z auta, czy raczej w nim zostać, odpalić silnik i odjechać. Całą noc nie spał, nie potrafiąc uspokoić dudniącego w głowie głosu brata oraz przeszłości. Nic mu nie zaszkodzi, jak odwiedzi stare kąty, a przy okazji faktycznie przekona się, co też tak naprawdę robi ta tancereczka od siedmiu boleści. Chwilę później, zamknąwszy samochód, skierował swoje nogi do głównego wejścia, przy którym zastał zniecierpliwionego Alexa. Chłopak podsunął mu pod nos przepustkę, bo podobno każdy obcy musi ją mieć, bez względu na to, że był kiedyś tutaj uczniem. Nie pytał brata, jak zdobył kawałek papierka, skupiony na oglądaniu wnętrza budynku. Główny hol liceum przypominał bardziej wnętrze jakiegoś muzeum, a nie szkołę. Pamiętał, jak pierwszy raz przekroczył ten próg. Nie mógł się nadziwić temu, co widział. Szerokie schody prowadziły na kolejne piętra, a na parterze znajdowały się drzwi do sal z różnym przeznaczeniem. Alex zaprowadził go na piętro, a on, idąc korytarzami za bratem, słyszał gwar rozmów, dźwięki instrumentów, śpiew  począwszy od operowego, a skończywszy na bardziej rockowym. Nic się tutaj nie zmieniło. Zresztą co mogło się zmienić przez cztery lata? Niewiele. Zafascynowany bombardującymi go zewsząd widokami prawie wpadł na brata, kiedy ten się zatrzymał przed otwartymi drzwiami. Alex wskazał mu wnętrze sali, więc zajrzał do środka. Dwie osoby tańczyły genialnie ułożony układ. Ich ruchy były skoordynowane, świetnie współgrały z muzyką. Patrzył, jak dziewczyna rusza się, wyginając swoje ciało, jakby nie miała kości. To samo robił Richie. Jego ciało poruszało się w niesamowity wprost sposób, co sprawiło, że Johnny nie mógł oderwać od niego oczu. Chłopak na pewno nie tańczył baletu, a ostra muzyka nie przypominała tej z filharmonii. Z trudem, ale przyznał – nigdy nie powiedziałby tego głośno – że młodzik miał talent i szkoda byłoby, żeby go zaprzepaścił. Trzeba byłoby nad nim jeszcze popracować, ale Richie znakomicie sobie radził. W pewnym momencie stało się coś dziwnego. Johnny nie wiedział do końca, jak miał ten układ wyglądać, ale wyglądało na to, że Richie powinien chwycić tancerkę za rękę i przyciągnąć ją do siebie. Tymczasem kiedy dziewczyna wyciągnęła rękę, chłopak się wycofał. Zaraz naprawił ten błąd, ale kosztowało ich to trochę nerwów. Kolejnym nieudanym krokiem było podnoszenie.
– Czy on sądzi, że podniesie dziewczynę ważącą tyle samo co on sam? – zirytował się Jonathan, co spowodowało, że został usłyszany przez tancerzy. Nie ukrył swojej satysfakcji z powodu reakcji Richiego. Chłopak speszył się, co chyba go troszkę zdenerwowało. – Jak ty chcesz ją podnieść? Zresztą nawet źle się do tego zabieracie – mówił, idąc w ich kierunku, zdejmując wcześniej buty, by nie zniszczyć parkietu. – To, co robiliście wcześniej, było w miarę dobre. – Przecież nie powie, że świetne. – Przyszło do dotykania, to ty, młody, wycofałeś się, a ona nie umiała ustawić się tak, żebyś mógł ją podnieść, co i tak się nie uda.
– Kim ty u diabła jesteś? – wystrzeliła z pytaniem dziewczyna, opierając ręce na biodrach i patrząc na niego hardo.
– Kimś, kto wie co robić, umie to robić i doskonale wie jak wami pokierować – odparł, będąc nad wyraz skromnym.
– To mój brat, Jonathan – wtrącił Alex, unikając morderczego wzroku przyjaciela.
– Ten Jonathan? – zapytała Joyce. – Ja pierdolę. Wiesz, że w gablocie wisi…
– Tak, poinformowano mnie – rzucił okiem na brata, a potem wbijając spojrzenie w Richiego, uśmiechnął się zawadiacko. – Chyba zajmę się trenowaniem ciebie, bo beze mnie zginiesz marnie, dzieciaku. Tylko muszę porozmawiać z panią dyrektor o tym, czy mnie przyjmie.
– Masz wykształcenie trenerskie? – zapytała zauroczona nastolatka. – Chodź, zaprowadzę cię do Dyrki. Fajna z niej kobieta. – Wzięła starszego chłopaka pod rękę. – Ale mówię ci, uważaj na wice, to…

Dopiero kiedy Johnny i Joyce wyszli, Richie wypuścił powietrze. Nie wierzył w to, co widział i słyszał. Nie, to się nie mogło dziać. Johnny zgodził się…
Ponownie zgromił przyjaciela wzorkiem.
– Specjalnie go tu przyprowadziłeś.
– Złotko…
– Spadaj z tym złotkiem! – wykrzyknął rozsierdzony Richie. – Wiesz, co to dla mnie oznacza?! Czy jesteś taki głupi?!
– To oznacza, że wystartujesz w tym jebanym konkursie. O! On jest naprawdę dobry w tym, co robi.
– Jak mam z nim… Jak mam… Nieważne. – Usiadłszy na podłodze pod ścianą, ugiął nogi w kolanach, oparł o nie ręce.
– Powinieneś się cieszyć. Po kilka godzin dziennie będziecie spędzać razem. Pewnie nawet w domu. – Alex ukucnął przed przyjacielem.
– Postaw się na moim miejscu, a dopiero potem wytłumacz mi, jak mam skakać z radości, kiedy ktoś, kogo kocham, będzie tak blisko i jednocześnie tak daleko. – Nie spodziewał się, że ta propozycja z wczoraj może nagle okazać się realna.
– Ej, no. – Trącił kolano przyjaciela. – Jeszcze nie wiemy, czy dyrektorka się zgodzi, a ty już piszesz czarne scenariusze. Zresztą nie wiesz, co będzie. Może to wam wyjdzie na dobre. – Wyprostował się. – Muszę pędzić na lekcję. Pogadamy później. Może wpadłbyś do mnie i skończylibyśmy w końcu tę planszę w Herosach.
– Nie mogę. Wieczorem idę na kolację z tatą i jego partnerką. Raczej idziemy do niej do domu.
Alexowi szczęka opadła i z trudem ją pozbierał.
– No to nieźle, aż nie wiem co powiedzieć.
– Wierz mi, też nie wiedziałem. Podobno to spoko babka. Leć już na tę lekcję i pamiętaj o tym wierszu.
– Spoko. Nara.
– Nara. – Westchnął, opierając tył głowy o ścianę i korzystając z chwili samotności. Dzień zaczął się fajnie, mimo badań, a teraz jest do kitu i zastanawiał się, co będzie na jego zakończenie. Ciekaw był, czy dyrektorka zgodzi się przyjąć Johnny’ego. Pierwsze nerwy minęły i gdy tak o tym myślał, to faktycznie z nim mógł mieć szanse. Lepiej spróbować w ten sposób niż nie próbować i potem żałować. Jedno go jeszcze męczyło, co z Joyce. Znów dzisiaj było to samo, a w dodatku nie mógł jej podnieść. Robił to źle i jeszcze się denerwował, a to tylko sprawiało, że zapominał, co miał robić. Johnny na pewno podejdzie do sprawy profesjonalnie i pokaże mu co ma robić. Obiekt jego myśli pojawił się, jakby był przywołany tajemniczym zaklęciem.
– Młody, szykuj się – powiedział Jonathan – od jutra zaczynamy i nie dam ci forów, pomimo że jesteś psiapsiółką mojego brata. Spadam.
– Nie jestem cholerną psiapsiółką! – wykrzyknął, mając ochotę czymś rzucić w znikającego chłopaka. – Kretyn. On ma mnie uczyć? Niech mnie ktoś zastrzeli.

5 komentarzy:

  1. No po prostu kocham to, wielki banan wylazł mi na gębę tak leniwie szkoda, że jutro piątek mógłby się już zacząć weekend:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, tak, tak! Poproszę więcej takich rozdziałów :) Ciekawa jestem jak rozwinie się sytuacja z Richiem i Johnnym.. im najbardziej kibicuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. jak zwykle super rozdział, szkoda tylko że znów zapomniałam że dziś go dajesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha ha padłam kochana!
    Ta końcówka genialna. Nie sądziłam że jednak Alex dopnie swego. I jest urodzonym prowokatorem. Widać jak drażni Josha i jeszcze uchodzi mu to na sucho. Ma jaja nie powiem. Ciekawa jestem co jeszcze przyjdzie mu do głowy. I jak im się ułoży. Naprawdę miewasz genialne pomysły. Nie będę tego powtarzać bo sama dobrze wiesz. Czekam na Alex kontra Josh! Ale Richie i Jonny też mnie urzekają. Naprawdę i to bardzo.
    pozdrawiam mocno;*

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    no, no ojciec Richiego ma kogoś, dowiedzieliśmy się trochę o Johnnym, i będzie trenował Richiego, sam przyznał, że ma talent, znów uciekł Richie przed dotykiem...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)