16 listopada 2014

Postacie - Nie powiem dobranoc

 Steven

Holly

Zack
 
Kieran

  
Grace
 
 David

 Jessica


21 lipca 2014

8 lipca 2014

Info :)

Trzecia część Wilczków będzie publikowana od 14 lipca i od tego dnia rozdziały będą się ukazywać w poniedziałki. Dla mnie to wygodniej, a Wy może polubicie ten dzień tygodnia. :)

Pozdrawiam i życzę udanego tygodnia. ^^

3 kwietnia 2014

Jedwabny szal - Epilog


Oddaję Wam ostatnią cząstkę opowieści o smoczku i jego wilczkach. We wtorek zapraszam na pierwszy rozdział Potęgi miłości. 
Wszystkim dziękuję za każdy komentarz i najdrobniejszy ślad pozostawiony po sobie. Dziękuję również cichym czytelnikom. Wszystkim Wam za to, że wytrwaliście do końca, przy tej przesłodzonej, dziwnej historii. :D Zapraszam we wtorek. I wiem, że jeszcze coś miałam napisać, ale kompletnie wyleciało mi to z głowy. ^^ 

-------------------------------------------

Ucałował malutką twarzyczkę swej córki. Steffi spała spokojnie. Przesypiała każdą noc w prze­ciwieństwie do Adama i Felicji. Ci to dopiero przez ostatnie dwa tygodnie dawali popalić. Ale tej nocy zasnęli jak małe aniołki. Jakby wiedziały, że tatusiowi nie wolno dziś przeszkadzać. W razie, czego miała się nimi zająć jedna z samic. On tę noc miał dla siebie oraz Daniela i Martina. Czekał na nią od wielu dni. Zaplanował tak wiele, nie wiedział czy jego partnerzy zgodzą się na pewien, po­mysł, lecz raczej go nie wyśmieją. Wkrótce wykąpał się, myjąc dokładnie każdy skrawek swego ciała, wypachnił i założył na siebie tylko jedną, jedyną rzecz. Gdy wszedł do sypialni, zastając swych partnerów obdarzających się czułościami przekręcił kluczyk w drzwiach. Nic i nikt nie może im przeszkodzić. Ten czas był tylko ich. Tak jak on dla nich. Od pojawienia się młodych mieli dla siebie zaledwie cząstkę wolnych chwil. Dziś to się zmieni. Zadowolony widział wzrok parterów, którzy z aprobatą przyjęli jego obecność i wygląd. Jego penis drgnął na ten pożerający go wzrok. Och tak. Tego chciał. Chciał czuć się piękny i pożądany.
Daniel powstrzymał się przed wstaniem i pobiegnięciem do Christiana. Widok roznegliżowane­go partnera, którego cudne ciało jest przysłonięte tylko przez jedwabny szal, materiał, jaki go do niego sprowadził, był fascynujący, oszałamiający, wprost orgazmiczny. Z zazdrością patrzył jak każdy skrawek materiału pieści wszelki cal tego kochanego ciała. Wyobraził sobie, że to jego ręce suną po każdym zagłębieniu od ud, przez biodra, talię ku górze, by dotrzeć do różowych sutków, z których jeden był odsłonięty, żeby pobawić się nimi. Trącać je palcami, dotykać, a po nich jego mo­kry język zacząłby wędrówkę wzdłuż wyznaczonej ścieżki, ku barkom, zgięciu szyi, zatopiłby się w ustach smakując je, aby powrócić na dół. Do krzywizn bioder, brzucha i niżej ku penisowi i jądrom. Chciał smakować tego młodego mężczyznę i niech piorun strzeli każdego, kto mu w tym przeszko­dzi.
Martin miał podobne myśli i zdanie do tego, co widział i pierwszy wstał z łóżka, od razu pozby­wając się swojej koszuli. Wszak ubranie będzie zbędne w tym, co miał zamiar robić przez całą noc ze swymi ukochanymi mężczyznami. Wygłodniałym wzrokiem zdejmował szal owinięty ciasno, jakby był drugą skórą Chrisa. Oblizał nagle spierzchnięte usta. Zaczynała trawić go gorączka, ale ta miała głównie na celu pożądanie, nie chorobę.
Czuł się piękny, godny i pożądany. Serce mu biło szybko z podekscytowania, a ciało zaczynało płonąć z chęci poczucia dotyku na sobie rąk swych kochanków. Nie robił nic, stał pośrodku sypialni i czekał na ich ruch. Ruch, który otrzymał i powitał go z mruczeniem.
– Ubrany i nagi jednocześnie. Tylko ty potrafisz tego dokonać – szepnął Martin kładąc mu rękę na biodrze i wypalając dotykiem ślad pożądania.
– Podoba się to, co widzicie – stwierdził, pytanie nie było potrzebne. Doskonale widział i czuł ich reakcje. – Mmmmnnn – jęknął, kiedy ręka Martina przesunęła się w dół na jego nagie udo. Tak zaplótł na swym ciele ten długi szal, że jedno udo, podobnie jak ramię i sutek było odkryte, ale reszta dokładnie schowana przed nimi. Chociaż wiedział, że za chwilę będzie stał tu nagi, zdany na ich łaskę. Chciał tego, tak bardzo, że mógłby błagać, by go zbezcześcili do końca. Zdeprawowali i wzięli, jako swojego. Obaj, jednocześnie.
– Nie wiem, o czym myślisz, ale podobają mi się twoje jęki. – Daniel pochylił się do jego szyi i lekko musnął ją ustami. Najchętniej to już, by go wziął. Rozsunął mu nogi, ułożył się pomiędzy nimi i wbił w niego. Niemniej starał się trzymać pożądanie na wodzy. Dziś się będzie delektował, sycił i czcił ukochanego.
– Bójcie się moich myśli – powiedział patrząc to na jednego to na drugiego. Oddawał się w pełni. Pozwalał się dotykać, czerpiąc jak najwięcej z tego, co mu dawali.
– Danielu, nasz Christian ma jakieś niecne plany przeciwko nam. – Martin wsunął rękę pomię­dzy nogi zmiennego smoka. Na ten dotyk Christian czekał. Jego biodra zafalowały. – O, nie tak szybko, kochany. – Natychmiast zabrał rękę. – Zbyt szybko byś wszystko chciał.
Daniel powstrzymał śmiech, kiedy Christian obrzucił Martina karcącym spojrzeniem. Sięgnął do końcówki szala, spiętej ozdobną broszą na ramieniu i powoli zaczął rozwijać materiał, muskając gorącą skórę kochanka. Martin z ochotą przyłączył się do niego i po chwili mieli przed sobą pod­nieconego młodego mężczyznę w pełni nagiego.
– Wasz wzrok, podobnie jak dotyk, parzy. – Christian zadrżał, gdy Daniel stanął za nim i poczuł jak pewne siebie dłonie mężczyzny skierowały się ku jego biodrom i pośladkom. Daniel bardzo po­woli pieścił jego ciało, a Martin obsypywał go pocałunkami. Chris nastawiał się do każdego dotyku z każdą sekundą chcąc więcej. Martin złapał w zęby jego dolną wargę i lekko uszczypną, by zaraz ją polizać. Chris sięgnął jedną ręką do Daniela i na ślepo odnalazł zamek jego spodni. To samo zro­bił z Martinem oddając mu pocałunek. Martin całował go tak jakby widzieli się ostatni raz, a on, po­kazywał jaki jest stęskniony za ich bliskością. Do pocałunku dołączył Daniel. Chris wiele w życiu już zaznał, ale za każdym razem, gdy we trójkę całowali się i pieścili językami, stawało się to dla niego coraz to nowym odkryciem. Nigdy nie wiedział, który z nich zassie jego język, a który wpije w kącik wargi, a może to on w tym czasie będzie lizał ich wysunięte języki, kiedy będą stykały się tylko one, nie usta. To był dla niego wielki gest intymności przeznaczony wyłącznie dla nich. Uwielbiał, jak jego wprawni partnerzy zawłaszczają go sobie, ściskają pomiędzy swymi ciałami. Jego ręce też nie pozostały spokojne. Po tym jak pozbyły się spodni mężczyzn, zaczepiały ich ciała w drobnych pieszczotach. Pieszczotach, które sam dostawał i już zaczynało mu wirować w głowie.
– Chcemy kochać się z tobą i nie wypuszczać cię z łóżka, dopóki każdy kawałek twojej skóry, każda cząstka twego ciała nie przesiąknie naszym zapachem i nie zostaną na niej nasze ślady. Jesteś nasz Christianie. Nasz i nigdy cię nie wypuścimy – mówił Daniel.
– Tak jak my jesteśmy twoi i istniejemy też dla siebie wzajemnie – dokończył Martin przyciągając Daniela i całując go w głębokim, pełnym żaru pocałunku. Ich usta masowały się, zęby kąsały, a ję­zyki splatały w jedno posyłając w każdy nerw potężną siłę przyjemności. Ekstaza, jaką czuli całując się, sprawiała, że w głowach wybuchały im fajerwerki, a to był dopiero początek pokazu. Zanim Christian zdołał się nasycić patrząc na nich, został porwany na ręce i zaniesiony do łóżka. Jego roz­grzane, pokryte kropelkami potu ciało drgnęło na chłodny dotyk atłasowej pościeli. Ta była we wściekłych kolorach czerwieni i jeszcze bardziej podkręcała atmosferę. Nie wiedział czy tu w poko­ju jest tak gorąco, czy on płonął.
Nadzy partnerzy nie zostawili go samego nawet na minutę. Zamierzali cieszyć się nim, sycić i dać mu wszystko, co najlepsze i czego sobie zażyczy. Całując go, pieszcząc sprawiali, że jego od­dech przyśpieszał. Jego drżące z przejęcia dłonie pieściły plecy, boki, ręce kochanków. Nie był bier­ny, dawał im wszystko to, co oni jemu. Wilgotne pocałunki na sutkach, brzuchu były wszędzie tak samo jak ich dłonie. Mając dwóch kochanków dostajesz podwójną porcję pieszczot i równie po­dwójną dajesz. Ich trzy gorące ciała kotłowały się w pościeli. Twarde niczym stal penisy ocierały się o nią lub partnera, pragnąc uwagi. Christian wzdychał nie mogąc powstrzymać lekkiego ruchu bioder, kiedy ocierał się o udo Martina, a wścibskie palce Daniela, co rusz zakradały się pomiędzy pośladki. Usta pożerały się wzajemnie, a zamglone oczy obiecywały wiele rozkoszy.
Gładząc i liżąc śliskie od potu ciało Christiana, delektowali się jego obecnością, i zapachem. Tę­sknili za tymi upojnymi chwilami. Mały numerek, byle tylko szybko, bo dzieci ich wezwą lub obo­wiązki, nie wystarczał im. Dlatego czekali, czekali do tej nocy, by dawać, brać i kochać zarówno sercem jak i ciałem. Pieścili gorącą skórę Christiana, a on odrzucał głowę do tyłu usiłując złapać powietrze lub odwracał ją tak, by pocałować któregoś z nich. Oddawał im się okazując zaufanie i nigdy nie chcieli tego zaufania zniszczyć. Za bardzo go kochali, aby zrobić mu krzywdę, tym bar­dziej świadomą.
Daniel ułożył go na plecach i zanurkował pomiędzy jego nogi. Potrzeba posmakowania go zwy­ciężała ze wszystkim. Obmył językiem jego jądra i zatopił się w wąską ścieżkę pomiędzy nimi, a nogą. Chris wyprężył się zagryzł wargę, by powstrzymać się od krzyku.
– Przecież wiesz, że możesz krzyczeć. – Martin zawisł nad nim i przesunął językiem po jego po­liczku. Christian złapał go za włosy i przyssał się do jego ust patrząc mu w oczy. Dla Daniela rozło­żył nogi najszerzej jak się dało, by mężczyźnie dać pełny dostęp do siebie. A gdy oderwał się od ust Martina, powiedział:
– Chcę dziś mieć was obu.
– Będziesz miał. Mamy całą noc, skarbie – zamruczał Martin całując mu raz jedną, raz drugą powiekę.
– Razem, powiedziałem. W sobie obu, naraz. – Spojrzał na Martina, a potem na Daniela, który uniósł głowę spomiędzy jego rozchylonych ud.
– Ale nie jesteś do tego przyzwyczajony – powiedział najstarszy z partnerów.
– Dam radę. Nie bójcie się, że mnie rozciągniecie. Nie jestem człowiekiem. No, w jednej, dru­giej.
– Nie o to chodzi, kochanie. – Daniel pogłaskał go po wewnętrznej części uda. Jak mógł nawet pomyśleć o tym, że nie byłby dla nich potem ciasny? To tak jakby sprowadzali go tylko do jednego. On się dla nich liczył nie tylko w tych kategoriach. – Po prostu to może cię boleć.
– Rodziłem. To dopiero ból. Chcę was. Wasze kutasy we mnie, głęboko. Robiące mi dobrze – zawarczał, ale od razu powiedział spokojniej: – Choćby ten jeden raz, ale chcę was obu jednocze­śnie w sobie. Chcę was czuć i byście czuli się wzajemnie. Ufam wam i wy zaufajcie mi. Jak coś bę­dzie nie tak to wam powiem.
– Ufamy ci. – Cmoknął go w udo. Uwielbiał jego uda. Pieściłby je całymi dniami i nocami.
– To wracaj do tego, co robiłeś tam, na dole. – Uśmiechnął się złośliwie, ale zaraz ten mały uśmieszek przeszedł w błogość, gdy jego członek znalazł się w ustach Daniela.
Martin patrzył na niego urzeczony, ale nagle wycofał się do tyłu, złapał Daniela za włosy i po­rwał jego wargi w szybkim pocałunku.
– Zrób mu to, co lubi – powiedział, po czym spojrzał na Chrisa. – Uklęknij i podeprzyj się na rę­kach, i kolanach. Tyłem do Daniela. – Rozkazujący ton nie pozwolił Chrisowi sprzeciwić się. Gdy chłopak to zrobił Martin wsunął się pod niego z twarzą przy jego członku i chwycił go ręką. Przesu­nął po nim dłonią kilka razy, by unieść głowę i polizać główkę. Sam poczuł, jak Christian odczuł zainteresowanie jego penisem, cicho pojękując z nim w ustach, kiedy Daniel masował mu pośladki i zatopił język pomiędzy nimi. Skoro mieli spełnić jego prośbę, musiał być dobrze przygotowany i rozpalony do czerwoności.
Radość czerpanej przyjemności przyćmiewała wszystko, co było poza tymi czterema ścianami. Czuł jak obaj partnerzy go pieszczą dając mu tak wiele. Oparł czoło o biodro Martina nie potrafiąc robić nic więcej niż tylko mruczeć i jęczeć. Daniel robił mu tak dobrze, a Martin mu wtórował w tym. W końcu nadeszła chwila, gdy poczuł coś więcej niż tylko język doprowadzający go do sza­leństwa. Oddychał głęboko czując palec wspólnie z językiem w sobie. Uniósł się lekko, by obejrzeć się za siebie, ale mgła pożądania w oczach zasłaniała wszystko.
– Achhh.... – Było dobre to, co mu robiono. Tak cudowne i pyszne zarazem. Nogi mu dygotały, penis chciał wystrzelić wprost w te gorące, mokre usta, a jego szparka... Ta wołała: „więcej, więcej”. Był gotowy, rozluźniony, mokry, spragniony. Drżał.
Martin wysunął się spod niego i zerknął na Daniela, by się upewnić, że naprawdę tego chcą. Nig­dy nie myślał, że Chris zdecyduje się na ten krok i nie mógł powiedzieć, że nie był z tego zado­wolony. Byle tylko go nie skrzywdzić, chodziło mu po głowie. Daniel, który tym razem miał w Christianie cztery, długie, sprawne palce wysunął je i nalał jeszcze trochę żelu. Tego nigdy za, wiele, ale przesadzić nie chciał. Podniecenie kierowało jego myśli do tego, co będzie czuł mając ich obu jednocześnie. Penetrowanie tyłka Christiana i ocieranie się w tym samym czasie o penisa Martina burzyło krew w jego żyłach. Prowadzić będzie ich obu do kulminacyjnego momentu. Tak jak oni jego. Odpowiedział na nieme pytanie Martina, a ten położył się pod Christianem, tym razem twarzą do niego.
– Kochanie, dostaniesz, czego potrzebujesz, ale ostrożnie, dobrze? – Chris tylko kiwną głową wiedząc, co ten ma na myśli. Martin złapał go mocno za biodra i przysunął do swego krocza. – Na­bij się na mojego kutasa.
Daniel przytrzymał członek kochanka i nakierował go na wejście Christiana. Chłopak jak tylko poczuł główkę od razu nabił się na nią i opadając w dół, kolejne centymetry znikały pochłaniając ka­wałek po kawałku tę cudownie sztywną część ciała Martina. Nie wiedział jak oni to zrobią, ale zda­wał się na nich. On już chciał tylko poruszać biodrami w przód i w tył, robić kółka i unosić się, by czerpać przyjemność. Daniel odwrócił jego głowę i odnajdując jego wargi, zagłębił się śliskim języ­kiem do środka. Badał wnętrze jego ust, tak znajome i za każdym razem spragnione pocałunków i reszty doznań.
Martin siłą woli leżał nieruchomo z szeroko rozsuniętymi nogami, by Daniel mógł swobodnie się umościć i być blisko Chrisa. Czuł jak penis Daniela trąca jego jądra, kiedy mężczyzna się poru­szał. Sama myśl, że zostanie ściśnięty razem z nim w jedwabnym, mokrym tunelu omal nie posłała go ku orgazmowi.
– Wsuń się. Jestem gotów – wyszeptał Christian zlizując nitkę śliny, jaka nadal łączyła ich usta i owiewając je gorącym oddechem. Wolno poruszał biodrami i był gotów na więcej.
– Na pewno? – Daniel wolał się upewnić. Jęknął, gdy Chris skinął głową. – Otwórz się na mnie, kochanie. Rozluźnij. Umiesz to doskonale robić. – Głaskał go po bokach jedną ręką, a drugą chwy­cił swój nawilżony członek i próbował się wsunąć pomagając sobie palcem. – Nie zaciskaj się – szeptał całując go po uchu. – Tak, kochanie, wspaniale to robisz. – Czuł jak Christian otworzył się i już łatwiej mu poszło. – Powiedz jak boli.
– Dalej. – Trochę go bolało, tak rozciągany nigdy nie był, ale nie przeszkadzało mu to. Było do­brze. Martin wysunął się do połowy, by za chwilę wchodzić w niego i tym samym wciągać ze sobą drugiego partnera. Krzyknął, gdy po długiej chwili obaj byli w nim. Opadł przodem ciała na tyle, by nie unieść bioder zbyt wysoko i nie wypuścić zakleszczonego z nim Martina.
– Czuję was – sapnął Martin. Obaj z Danielem dali ich ukochanemu czas na przyzwyczajenie się, wszak każdy z osobna miał wielkiego penisa, a co dopiero razem. – Tak dobrze, nawet bez ru­szania się.
– To zaraz będzie jeszcze lepiej – powiedział Christian, który doszedł do siebie na tyle, by wyar­tykułować z powodzeniem dłuższe zdanie. Poruszył biodrami, a dla nich to był sygnał, że chce dal­szego ciągu. Dostał go. Obaj partnerzy zaczęli się powoli poruszać, a ciasnota ograniczała ich ru­chy. Daniel się wsuwał, Martin wysuwał i na odwrót. Z początku sprawiło im to trudność, ale z każ­dą chwilą dochodzili do wprawy i mogli oddawać się sobie oraz temu, co czują.
– Tak ciasno, umieram – mamrotał Daniel kładąc ręce po bokach ciał swych kochanków. Każdy ruch sprawiał, że spalał się w tych odczuciach. Pewność, że Martinowi i Christianowi też jest tak samo dobrze, dawały mu odgłosy szybkich oddechów i pojękiwania młodszego partnera. Cała trój­ka była razem, złączona ze sobą w bardzo intymny sposób, nieprzeznaczony dla nikogo prócz nich. Z Martinem wbijali się w to wspaniałe, kochane, uległe ciało. Zatrzymał się na moment i dodał jeszcze żelu, a później mógł przyśpieszyć, by sięgnąć to, co się zbliżało.
Christian jęczał i wzdychał czując ich w sobie. Każdy milimetr ich trących o niego i siebie kuta­sów, które drgały w nim. Potrzeba spełnienia od dłuższego czasu gromadziła się w jego trzewiach. Dotyk Martina, gorący, sapiący oddech Daniela na swoich plecach sprawiały, że miał ochotę płakać, tak mu było dobrze.
– Jestem blisko – wystękał. Martin owinął swoje palce wokół jego członka i zaczął mu trzepać, by pomóc mu dojść pierwszemu. Wkrótce Christian rozpadł się rzucony w wir niesamowitego orga­zmu. Ledwie dostrzegł, że Martin nie przestawał go pieścić, sam dochodząc, a Daniel dołączył do nich. To było jak kostki domina. Jedną trącić i wszystkie biegły za nią. Tylko oni nie byli kostkami. Byli oddanymi sobie mężczyznami, których wspólne szczytowanie zakończyło ich miłosny akt.
Chris osunął się w ramiona Martina, nadal czując w sobie główki ich członków. Próbowali się uspokoić, by jakoś dojść do siebie i wrócić do rzeczywistości. Pierwszy zrobił to Daniel wiedząc, że przygniata partnerów. Wysunął się do końca, był jeszcze na wpół twardy. Położył się obok i zaraz pomiędzy nim, a Martinem znalazł się Christian, który leniwie zsunął się z kochanka. Nogi go bola­ły, tyłek też, ale czuł się usatysfakcjonowany i spełniony. Patrzył na nich oczami pełnymi szczęścia.
– Kocham was.
– My ciebie też – Martin położył się na boku przytulając się do nich. – Odpocznij. Na pewno wszystko w porządku?
– Tak. Nie wyłbym w rozkoszy, gdyby było inaczej. Mam nadzieję, że czasami to powtórzymy. – Uniósł głowę z ramienia partnera.
– Jeżeli tego chcesz – Powiedział Daniel. Był wykończony.
– A wy? – zapytał z ostrożnością i obawą w głosie.
– Chcemy. Nigdy nie czułem się tak bardzo blisko z wami, tak intymnie, jak kiedy dziś kochali­śmy się – rzekł poważnie Martin.
– Coś wam pokażę. – Chris uniósł się i wstał. Co było błędem, gdyż sperma jego mężczyzn wy­płynęła z niego i spłynęła wzdłuż ud.
– Czy on może wyglądać bardziej rozpustnie niż teraz? Taki oznaczony nami? – Daniel zagryzł zęby na pięści.
– Nie wiem. Przekonamy się jeszcze. Mamy wiele lat na to.
Zmienny smok słysząc ich wymianę zdań, zrobił im na złość i zniknął w łazience. Tam w mgnieniu oka doprowadził się do porządku. Zamierzał im pokazać siebie. Wyszedł, wciąż będąc nagi. W pokoju pachniało seksem i zapachem partnerstwa. Wpatrzone w niego dwie pary oczu śle­dziły każdy jego krok.
– Kocham was. Chcę wam pokazać siebie, a raczej drugą moją cząstkę. Tę bardziej niezwykłą. – Zamknął oczy. Dawno się nie przemieniał, ale tego się nie zapomina. Przywołał swego smoka i już po chwili w pokoju stał przepiękny biały dwumetrowy smok, którego ciało mieniło się tak, jakby było pokryte tysiącami diamentów. Czerwone oczy skierowały się na oniemiałych i zachwy­conych partnerów, którzy wstali i podeszli do niego.
– To najcudowniejsze zjawisko, jakie do tej pory widziałem. A widziałem wiele. Jesteś piękny. – Zachwycał się Daniel. Sięgnął do niego. Skóra smoka była szorstka i ciepła.
– Nie wiem, co mam powiedzieć – rzekł Martin. Nie musiał nic mówić. Smocze oczy Christiana widziały wszystko to, co mężczyzna chciał przekazać. – Wróć do nas, bo mam ochotę zabrać cię do łóżka i przytulić.
Po paru sekundach Chris zmienił się i już, jako człowiek został objęty przez dwie pary rąk.
– Zachwyceni?
– Bardzo – odpowiedzieli jednocześnie porywając go do łóżka.
– Cieszę się. Jestem cały wasz. Zawsze i wszędzie. – Pocałował Daniela, a później Martina.
– A my twoi na wieki – odparł Daniel tonąc w oczach jasnowłosego chłopaka. Chłopaka, na któ­rego bardzo długo czekał i gdy się pojawił nie było możliwości, by on i Martin go zostawili.
– Dziękuję za to, że jesteście – szepnął Christian zasypiając w ich ramionach. W końcu był szczęśliwy i bezpieczny.

KONIEC

1 kwietnia 2014

Jedwabny szal - Rozdział 16 ostatni

 Przed Wami ostatni rozdział Jedwabnego szala. W czwartek ukaże się epilog (wołajcie jakbym do wieczora go nie wstawiła, bo moja pamięć jest dobra, ale krótka). Od następnego wtorku zaczynam wstawiać kolejną część "wilczków", na którą zapraszam. :)
Dziękuję za wszystkie komentarze. 

Teraz wrzucę małą reklamę. Rzadko to robię, prawie w ogóle, ale tym razem czuję taką potrzebę. Pamiętacie opowiadanie "Młody" pisane przez Lady Makbet? Jeżeli tak i podobało Wam się, to zapraszam tych, którzy nie wiedzą lub o tym zapomnieli, na kolejny blog tej autorki klik - Amnezja. Tych co jeszcze nie znają opowiadania także zapraszam do czytania i komentowania. Pamiętajcie, że komentarze dają kopa i jest to jedyna zapłata dla autora. Jeżeli tych komentarzy nie ma lub widzi się jeden, dwa naprawdę ma się ochotę przestać pisać. Także jak komuś podoba/spodoba się  Amnezja w małym czy większym stopniu obie z Lady Makbet zapraszamy do pozostawienia po sobie śladu na jej blogu. Adres do bloga znajduje się również w linkach u mnie.


_______________________________


Delikatny dotyk na brzuchu, był przyjemną pieszczotą dla Christiana. Leżał w łóżku pomiędzy swymi partnerami i czerpał ich ciepło. Miło mu było patrzeć na nich i widzieć wciąż ten sam pełen miłości wzrok. Nawet teraz, kiedy po prawie trzech miesiącach jego brzuch urósł, on stał się nie­znośny, bo czuł się brzydki, oni nadal go kochali. Nie, dlatego, że więź partnerska tak im kazała. Kochaliby go bez tego.

– Jesteś śpiący? – Daniel pogłaskał go po policzku.

– Nie, próbuję się podnieść. Wyglądam jak gruba beczułka. Craig, zabronił mi się przed poro­dem kochać. Chcę seksu, jeść i wstać. A tak poza tym kocham was, ale następnym razem to któryś z was będzie nosił nasze dzieci w brzuchu.

– Czyli chcesz mieć więcej? – zapytał Martin podpierając się na łokciu.

– Nie łap mnie za słówka, kochanie. – Czy był szczęśliwy? Tak, był. Powoli wszystko się ułoży­ło. Nie znaleźli drugiego zdrajcy i doszli do wniosku, że któryś z taurenów musiał mieć kontakt z Charliem. W jaki sposób? Tego chłopak nie powie. Popełnił samobójstwo w kilka dni po tym jak Rada go uwięziła. To były przykre wiadomości, ale było minęło. Teraz są tutaj razem, bezpieczni i czekają na dzień porodu. Christian się trochę tego bał, lecz zachowywał dla siebie te myśli. Daniel z Martinem mieli wystarczająco na głowie. Zajmowali się całą sforą, pracowali, pomagali innym. Był dumny ze swoich partnerów. Udało im się przekonać też starszyznę, by mieli dwie bety. Tomas bardzo chętnie zgodził się sprawować władzę w mieście mówiąc, że wieś nie dla niego i mieć pod opieką kluby Martina. – Pod warunkiem, że ty urodzisz. Pamiętaj.

– Niestety, my nie możemy zajść w ciążę. – Martin udał smutnego, ale w oczach błąkała mu się złośliwa iskierka. Cały czas powoli głaskał brzuch Chrisa.

– Taa, upiekło wam się. To teraz, kto mi pomoże wstać? Jestem umówiony z Luisem. Ma tu być za godzinę.



Pół godziny później ubrany w długie spodnie i szeroką koszulę, która wyglądała jak ciążowa, obżerał się herbatnikami polewając je roztopioną czekoladą. Dario siedział po drugiej stronie stołu z toną papierzysk i obserwował go od czasu do czasu krzywiąc się na to, co i jak on jadł.

– Jak ty możesz jeść tyle słodkiego? – spytał.

– Craig powiedział, że dzieci tego potrzebują. Nie wiem jak jest u ludzi, ale u nas, smoków, po­trzeba cukru pod koniec ciąży, wrasta kilkukrotnie. – Oblizał palec z czekolady. – Naprawdę nie chcesz?

– Samo patrzenie na ciebie i tak podniosło mój poziom cukru, więc dzięki. Pójdę do gabinetu Daniela. -Zaczął zbierać dokumenty.

– Podoba mi się to, że kuchnia stała się takim sercem domu, że nawet niektórzy pracują w niej i nie to, żeby zajmowali się gotowaniem.

– Wolę to niż siedzieć samemu – mruknął Dario. Ostatnie tygodnie były dla niego męką. Nawet na krok nie zbliżył się do Justina. Zrezygnował z kolejnych prób. Nie wiedział już, co ma robić. Po­stawić go przed faktem dokonanym? Czyli go sobie wziąć nie zważając na to, co myśli i czuje, Ju­stin? Często miał na to ochotę. Za często. Wilk w nim był coraz bardziej wściekły, co nie raz przeja­wiało się agresją, którą wyzwalał dokonując zmiany i biegał godzinami po lesie, więc musiał to za­kończyć. Będzie żył sam. – Wybacz, ale mam dużo pracy.

Christian patrzył jak beta sfory wychodzi. Żal mu było jego i Justina. Niestety jego rozmowy z Justinem nic nie pomogły. Mężczyzna zamknął się w sobie i musiał zrezygnować z nakłaniania go do zaryzykowania, choćby jednego spotkania z Dariem, inaczej straciłby przyjaciela. Odkąd Luis i Sonia wrócili do domu i kontaktowali się tylko przez telefon, miał wyłącznie młodego Langstona. Z nim rozmawiał o wszystkim. Chociaż zazwyczaj to on mówił, a Justin słuchał. Nie przeszkadzała mu małomówność zmiennego wilka, nie oceniał go po tym, wiedział, że Justin to dobry wilk z głę­bokimi ranami na duszy. Ranami tak wielkimi, że do tej pory się nie wygoiły. Na szczęście Justin był teraz taki jak go poznał, spokojniejszy i wychodził z domu, bo przez pewien okres stanowił okaz przestraszonego, biednego szczeniaczka.

– Ziemia do Christiana. – Machająca ręka przed jego twarzą wyrwało go z natłoku myśli. Roze­śmiana twarz przyjaciela ukazała mu się w pełnej krasie, gdy się ocknął.

– Luis?

– Nie, to ja żaba Kermit. A kto jak nie ja? – Roześmiał się ponownie, gdy Christian wpadł w jego ramiona. – Ktoś się tu stęsknił za kumplem. Uważaj, bo jeszcze sobie coś pomyślę. Ał. – Za­czął masować tył głowy. – Za co mnie uderzyłeś?

– Za to, że nie przyjeżdżałeś tu przez prawie dwa miesiące, mendo jedna. – Cofnął się o krok. – Co tak patrzysz?

– Jesteś... wielki. – Wskazał, w jakiś dziwnych ruchach rąk, brzuch Chrisa.

– Jeszcze jedno słowo, a wylecisz stąd szybciej niż przyszedłeś. To tylko brzuch, nie jestem gru­by. Wszystko mnie boli, a najbardziej kręgosłup. I wiesz, co? Ci dwaj na górze będą chcieli mieć ko­lejne młode. Pod warunkiem, że je sobie urodzą i pomęczą się z takimi brzuchami.

– Aaa... – zaciął się Luis. – To mogą?

– Szczerzą się pełni szczęścia, że nie mogą. Głupole jedne.

– I tak ich kochasz.

– Na śmierć i życie. Siadaj, opowiadaj, co u ciebie, bo przez telefon zawsze możesz coś ukryć. – Pociągnął go za rękę w stronę drewnianej ławy, którą ustawiono w kuchni pod oknem. – Mów, za­nim w kuchni zjawi się multum osób. Robert ostatnio podwala się do młodej wilczycy i jak ona go­tuje, to on jest zawsze z nią, a za nimi przyłazi reszta z nadzieją na mały teatrzyk, że mężczyzna na­dal będzie się jąkał nie wiedząc jak zacząć z nią rozmowę – mówił na jednym wdechu. – To nie jest jego partnerka, ale chce się z nią umówić. Ona o wszystkim wie, ale... Co się gapisz i nic nie mó­wisz?

– Powiem jak dopuścisz mnie do głosu, gaduło?

– Wybacz. – Uśmiechnął się przepraszająco do przyjaciela. – Zawsze byłem gadułą. Daniel i Martin znają skuteczny sposób na zatkanie mi ust. – Spostrzegł minę przyjaciela i w kuchni roz­brzmiał dźwięczny śmiech Christiana. – Nie wiem, co sobie właśnie wyobraziłeś, ale wyrzuć ten ob­raz z głowy. Miałem na myśli pocałunki.

– Wiem, przecież – burknął. – To ty sobie wyobraziłeś, że ja sobie wyobraziłem... Dobra, bo za­chowujemy się jak nastolatki. Jak dobrze widzieć cię takiego pełnego życia.

– Czerpię ile się da z życia – odpowiedział Christian. – Mam powody do tego, by się cieszyć. Moi partnerzy mnie kochają i siebie nawzajem również.

– Wiesz – przerwał Luis – zastanawiałem się jak to jest z tym waszym trójkątem. Nie jesteście o siebie w żaden sposób zazdrośni? Nikt nie czuje się odrzucony obojętnie czy w życiu, czy w łóżku?

– Nie. U nas nie ma miejsca na zazdrość. Kochamy się. W miłości nie ma miejsca na zazdrość – podkreślił. – Ona niszczy, nie pomaga. Ja nie czuję się odrzucony, kiedy na przykład oni się kochają ze sobą. Lubię na nich patrzeć, zwłaszcza teraz, kiedy nie mogę tego robić. – Luis nie oczekiwał, aż takich wynurzeń, lecz nie przerywał przyjacielowi. – Nawet jak kochaliśmy się we trzech, żaden z nas nie czuł się odepchnięty. To kwestia tego, żeby móc być z stanie zająć się oboma kochankami. Nie raz Daniel pieścił mnie, ja Martina, a potem Martin Daniela. Co do normalnego życia, też zawsze jest miejsce dla każdego z nas. Dlaczego jesteś taki czerwony? – zapytał widząc pokryte szkarłatem policzki Luisa.

– Chyba teraz za dużo wiem i za dużo sobie wyobraziłem. Nie pytałem o szczegóły. Mogłeś od­powiedzieć zwykłe, zwyczajne, najzwyklejsze „nie”.

– Przepraszam – powiedział, ale jego wyraz twarzy nie wskazywał na żadną skruchę. – Po pro­stu brak mi seksu i tyle. Oral nie wszystko...

– Stop! – Luis poderwał się z ławy. – Milcz gaduło jedna. Jakbym wiedział, o czym będziesz mamrotał, to bym tu nie przyjechał. Nie śmiej się – rzekł obrażony, kiedy Christian zaczął się śmiać. – To nie jest śmieszne!

– Przeciwnie, mój drogi przyjacielu. Przeciwnie. Zachowujesz się jak cnotka. Napijesz się cze­goś? – Wstał i od razu się skulił stękając.

– Co ci jest? – Zaniepokoił się Luis.

Christian odetchnął głęboko i wyprostował się.

– Ostatnio dają mi popalić. Ten kopniak był mocny. To chyba chłopak. – Nie znali płci dzieci, chcieli mieć niespodziankę, ale Christian czuł, że jeden chłopak musi tam być. No, chyba, że będą mieć dziewczynkę kochającą piłkę nożną. – To, czego się napijesz? – Ponownie się skulił i musiał usiąść.

– Znów kopniak?

– To chyba nie był jednak kopniak. Zawołaj moich partnerów. To chyba już. – Ponowny ból ode­brał mu oddech. Craig wyjaśnił mu, że skurcze u niego będą silne i szybkie.

– O, kurwa – sapnął Luis i wybiegł do holu od razu zderzając się z Danielem. – Chris, on chy­ba... – Nie musiał kończyć, gdyż partner jego przyjaciela już biegł do kuchni. Przyjechał tutaj, bo w końcu dali mu wolne w pracy i chciał odpocząć, ale jak już dążył zauważyć w tym domu nie ma spokoju. Zawsze coś się działo.

– Kochanie, czy ty? – Daniel uklęknął obok szybko oddychającego Christiana. Chłopak trzymał się za brzuch, a na jego twarzy wykwitł grymas cierpienia.

– To na pewno nie kopanie. Znieście moją torbę i zawieźcie mnie do Craiga.

– Czemu? – Daniel nie kontaktował widząc go takim.

– Rodzę, kretynie! Rodzę.

– Ale za tydzień miałeś się do niego zgłosić. Luis, idź po Martina i niech przygotują samochód! – Obejrzał się na stojącego w przejściu chłopaka, który nie wiedział, co miał robić. Nigdy nie był przy rodzącej kobiecie, a co dopiero przy mężczyźnie.

– Widać dzieciakom się śpieszy i musimy się pośpieszyć one nie wyjdą inaczej! Nie jestem babą. Craig musi mnie zoperować. O, cholera! – Skurcz, który go powitał był tak silny, że na jego czole ukazał się pot, a dłoń Daniela poczuła, jaką siłę ma zmienny smok, kiedy została prawie zmiażdżona. Nie było czasu, sytuacja zmusiła ich do pośpiechu. – Dzwoń do Craiga. Jego sala ope­racyjna jest cały czas gotowa, ale musi wezwać pielęgniarkę. O, cholera!

– Znów skurcz? – Pomógł mu wstać.

– Potrzebuję znieczulenia, jak będzie rozcinał mi brzuch. On nie ma anestezjologa. – Zaczął pa­nikować dając się prowadzić na zewnątrz. Od razu zwróciło to uwagę innych zmiennych. Rzucili się, by mu pomóc i w niedługim czasie już siedział na tylnym siedzeniu samochodu.

– Przecież wiesz, że opowiadał, ci, że oboje z Anet, skończyli akademię medyczną i mają kilka specjalizacji. Poradzą sobie. Poza tym nie jesteś do końca człowiekiem, pamiętaj. – Anet była zmienną niedźwiedzicą. Ta potężna kobieta miała złote ręce i serce. Chociaż Chris trochę jej się oba­wiał jak ją poznał. Szybko jednak jej zaufał, w sumie los jego i dzieci będzie w jej rękach, i oczywi­ście Craiga Raiforda.

Martin z niewielką torbą w jednej ręce dobiegł do nich i usiadł po drugiej stronie Christiana. Za kierownicą miejsce zajął Dario, a obok niego Luis, który chciał być przy przyjacielu. Coleman wi­dząc swego ukochanego, którym targał raz po raz ból, obiecał sobie, że nie będzie zmuszał Christia­na, by ten znów miał znosić to, co teraz. Chciał mieć więcej dzieci, lecz to poczeka na odpowiednią chwilę, mają przed sobą setki lat razem. Objął Christiana, a ten położył głowę na jego ramieniu. Włosy zmiennego smoka, były mokre od tego, że przylepiały się do spoconej twarzy. Daniel je od­garnął i wsunął kosmyki za ucho. Obaj bali się tego, co będzie. Nie tak miało być. Wszystko miało być na spokojnie. Pojadą wyznaczonego dnia na zabieg i... Plany mają to do siebie, że ulegają zmia­nie. Z racji tego, że Chris nie mógł rodzić drogą naturalną, a młode chciały się wydostać, chłopako­wi groziło wiele niebezpieczeństw. Natychmiastowe cesarskie cięcie stawało się konieczne.

– Luis – wysapał Christian.

– Hę? – Odwrócił się na siedzeniu, aby móc go widzieć.

– Zadzwoń do Sonii, jak będzie po wszystkim. Ucieszy się.

– Będzie skakała z radości, że została ciocią. – Ostatnie jego słowa zagłuszył krzyk Christiana, więc mógł tylko patrzeć na przyjaciela i cieszyć się, że już dojeżdżali na miejsce. Lekarz coś mu poda i nie będzie go boleć.

Craig czekał na nich pod przychodnią z wózkiem inwalidzkim. Gdy tylko podjechali wynieśli Christiana z samochodu i posadzili na wózku.

– Wszystko jest gotowe. Zaraz dostaniesz znieczulenie od pasa w dół. – Spojrzał po Danielu i Martinie, wioząc zmiennego smoka na salę operacyjną. – Umyjcie się i przebierzcie, jak chcecie być przy nim.

– Wiesz, że już dawno zadecydowaliśmy, że będziemy przy nim, o ile nas nie wykopie – powie­dział Daniel. Cała czwórka zniknęła za drzwiami, które odgrodziły ich od Daria i Luisa.



* * *



– Dlaczego to tak długo trwa? – zapytał Luis. Przejrzał już wszystkie gazetki, jakie leżały w po­czekalni. Odpowiedział na każde pytanie siostry, która dzwoniła, co pięć minut i piszczała mu przez głośnik do ucha, że zostanie ciocią.

– Dopiero minęła godzina – odpowiedział zwięźle Dario. Cieszył się, że nie będzie miał żony, bo by nerwowo nie wytrzymał jej porodu. Nawet nie chciał wiedzieć, co się dzieje za tymi za­mkniętymi drzwiami. Co chwilę patrzył na zegarek i przeklinał wlokący się sekundnik. Przypo­mniał mu się dzień, kiedy czekał przed tym budynkiem na Luisa i Christiana jak ci wybrali się na zakupy. Czas wtedy tak samo mu się dłużył, lecz mimo wszystko to było, co innego. Uniósł wzrok na siedzącego chłopaka. – Jak twoi rodzice?

– Dobrze. Minęło już kilka tygodni i nadal wierzą, że byliśmy na wycieczce. Zahipnotyzowałeś ich?

– Coś w tym stylu, lecz o wiele lepszego. Potrafię tak jakby wgrać w ludzki umysł pewne szcze­góły. Oszukać ich wmówić, że widzą, co innego niż jest naprawdę. Masz żal, za tamto porwanie? – Usiadł przy nim i założył nogę na nogę.

– Nie. Gdyby nie porwanie prawdopodobnie długo byśmy zastanawiali się, gdzie jest Chris. Jest dla mnie jak brat i dla Sonii też. Bardzo martwiliśmy się o niego. Tak to mogliśmy być z nim. – Przeniósł spojrzenie na drzwi do sali, w której przebywał Christian. Nie wytrzymałby tam, lecz chciałby już wiedzieć, co się dzieje.



* * *



Gdyby nie oni pewnie panikowałby tutaj. Craig zasłonił parawanem go od połowy klatki pier­siowej, by nic nie widział. Daniel i Martin byli przy nim, więc mógł na nich patrzeć. Obaj trzymali go za ręce. Na twarzach mieli maseczki chirurgiczne, lecz widział ich oczy. Pełne czułości, ciepła i wsparcia oczy.

– Craig?

– Spokojnie, Danielu jeszcze chwila, zaraz będziecie je mieć – odrzekł lekarz. – Chris, jak się czujesz?

– Dobrze.

– Wyjmiemy zaraz twoje dzieci, pozszywam cię i będę chciał, abyś się podleczył. Nie rób tego do końca. Pamiętasz, czego cię uczyłem?

– Tak. Ale będę mógł przytulić swoje dziecko?

– Tak. Po wstępnym uleczeniu się, tak. – Chris nie spuszczał partnerów z oczu. Przy nich czuł się bez­piecznie, przy nich chciał istnieć, pracować, żyć. Razem z nimi przejść przez życie.

– Dlaczego płaczesz? – Martin starł mu z kącika oka samotną łzę.

– Ponieważ was kocham – powiedział, a w sali rozszedł się płacz pierwszego dziecka. Chciał tam spojrzeć, lecz nic nie widział poza cieniami. – Craig?

– Cierpliwości, Chris.

Jak miał być cierpliwy? Chciał już, natychmiast wszystko wiedzieć. Ale postara się, by móc później być ze swoją rodziną. Czuł takie same emocje od swych kochanków i miał ochotę się roze­śmiać. Jak ich dzieci będą tak niecierpliwe, to będą problemy.



* * *



Obaj wstali, kiedy po dwóch godzinach wyszedł do nich Daniel. Jego twarz jaśniała, a wielki banan na twarzy powiedział im, że wszystko jest w porządku.

– I? – Luis przestąpił z nogi na nogę. – Czekaj! Niech Sonia też to usłyszy. – Zadzwonił do sio­stry, a ta odebrała w tempie ekspresowym. – Posłuchaj. Włączę głośnik. Mów – rozkazał podekscy­towany. Został wujkiem!

– Chris czuje się dobrze, bardzo dobrze nawet. Teraz musi się uleczyć, etap zakończy jutro i tu do tego czasu zostanie. A co do dzieci, to mamy dwie dziewczynki i chłopca. – W oczach pokazały mu się łzy. Kiedy lekarz im to oznajmił Martin popłakał się wraz z Christianem. On się jakoś trzy­mał, ale chyba teraz nerwy i napięcie, jakie odczuwał, wymieszały się z radością i dały temu upust. – One są diamentowymi smokami, a on to wilczek jak się patrzy – rzekł pełen dumy.

– Skąd to wiecie? – zapytał zdziwiony Luis ignorując w telefonie krzyki, piski, śmiech siostry.

– Każdy zmienny rodzi się z wyglądu człowiekiem, nie sądź, że tam są zwierzęta – zaczął tłu­maczyć Dario, ponieważ Daniel wrócił do swej rodziny. – Przeciwnie, to trójka małych noworod­ków o ludzkim wyglądzie, ale ich oczy świadczą o tym, kim są. Ich wewnętrzne istoty w ten sposób pokazują, że są i będą na zawsze drugim wcieleniem zmiennych. Oczy staną się ludzkie za jakiś miesiąc.

– To jest niesamowite i pokazuje, jak bardzo ślepi są ludzie. Nie widzą tego, co się kryje poza sferą, do której są w stanie zajrzeć, bo dalej, poza nią, już nie sięgają.

– Lepiej, żeby nie sięgali. Twoja siostra jest cały czas na linii.

– Hm? – Dario wskazał mu telefon. – A racja. Sonia, słyszałaś? – odpowiedział mu kolejny pisk, więc się rozłączył i głupio zaczął uśmiechać.



* * *



Christian otworzył oczy przestając się w końcu skupiać na połączeniu cięć, jakie miał, na brzu­chu. Energię, którą wykorzystał prawie doszczętnie oddał, ale nie było to ważne. Ciało się szybko zregeneruje i będzie mógł jutro dokończyć proces samo leczenia oraz stąd wyjść. Leżał już na zwy­kłym łóżku, którego zagłówek został podniesiony przez pielęgniarkę. Mógł wtedy ujrzeć Daniela i Martina oraz Craiga jak stoją w pokoju z młodymi zmiennymi na rękach. Znów miał ochotę się ze szczęścia rozpłakać. Nie chciał zamienić się w płaczkę, ale emocje brały górę. Wcześniej Daniel i Martin go wycałowali i mówili w kółko, że był dzielny, że dziękują i go kochają. Gdyby oglądał te sceny, jako jakiś film w telewizji, powiedziałby, że ma to więcej kiczowatości, niż prawdziwego ży­cia. Lecz to było życie, jego życie i mógł robić, co chciał. Nawet płakać, kiedy Martin podał mu chłopca, a sam wziął od lekarza dziewczynkę. Spojrzał na trzymane w ramionach dziecko. Wilcze oczy patrzyły na niego.

– To ty mnie tak kopałeś?

– Wątpię. – Martin usiadł na przy nim łóżku z dziewczynką, o czarnych włoskach, w ramionach. – Ta mała tutaj, przebiera nóżkami jak jakiś wojownik.

– Będą z nią kłopoty jak z jej tatą. Wiesz takim blondynem. – Daniel dołączył do nich i roze­śmiał się na prychnięcie Christiana.

– Jestem grzeczny. Co malutki, tatuś jest grzeczny? Prawda? – mówił pieszczotliwie do chłopca, którego trzymał na rękach.

– Grzeczny na pewno nie w sypialni – mruknął Martin.

– Nie mów takich rzeczy przy dzieciach – powiedział Daniel.

– Nie słuchaj ich, oni nie wiedzą, jaki tatuś potrafi być, ale ja im pokażę, co malutki? – Chłopiec zakwilił.

Daniel i Martin spojrzeli po sobie i nie wiedzieli czy mają się bać, czy cieszyć z tego, co może im Christian jeszcze pokazać. Jedno było pewne, że cokolwiek to będzie, nie będzie to nic złego i na zawsze pozostaną razem.

Nie widzieli jak Luis z Dariem weszli do pokoju i chłopak zrobił im zdjęcie komórką. Od razu wysłał je do Sonii, a sam przyjrzał się pięknemu widokowi rodziny, jaki stworzyło trzech mężczyzn i dzieci.

– Ten, kto powiedział, że mężczyźni nie mogą tworzyć rodziny powinien was zobaczyć – wy­szeptał i mrugnął do swojego przyjaciela, który na niego zerknął. Był pewny, że Chris w końcu zna­lazł to, czego mu całe życie odmawiano. Dom i kochającą rodzinę. Rodzinę, którą sam zbudował.