18 lutego 2018

Szczęście od losu tom 2 - Rozdział 8

Dziękuję za komentarze, przypominam o ankiecie z prawej strony i zapraszam na przedostatni rozdział.



Jaemin nie miał pojęcia, co odpowiedzieć SuJongowi. Chłopak wyraźnie powiedział, czego chce. Niby powinno mu to pochlebiać, ale tak nie było. Nigdy nie zwiąże się z kimś innym niż Daesoon. Natomiast seks go w tej chwili nie interesował. Nie bez Kima. Może kiedyś to się zmieni. Może.
– Zamykamy już – powiedział do chłopaka.
– Czyli nie mogę liczyć na kino z tobą, spacer, może jakąś kolację?
– Nie, SuJong.
– To może… – Spuścił wzrok na swoje dłonie, a potem ponownie spojrzał prosto w oczy Jaemina. – To może pizza jutro? Nic zobowiązującego. Spotkanie znajomych i tyle. Pogadamy o starych czasach.
– Jutro mam kurs na prawo jazdy. – Zerknął w stronę drzwi. Ostatni klienci opuścili jadłodajnię jego mamy. Też chciał wyjść. Zaczął źle się czuć w towarzystwie tego chłopaka. Odnosił wrażenie, że kiedy ten na niego patrzył, to zaczynało otaczać go coś obślizgłego. Z każdą chwilą, od kiedy zostali sami, ten wzrok stawał się coraz bardziej natarczywy.
– Ale nie masz go przez cały dzień, nie? – SuJong zaczynał się niecierpliwić.
– Mam syna, swoje życie, dużo pracy tutaj i nie mam czasu na spotkania. Przepraszam, ale lokal jest już zamknięty, więc mógłbyś wyjść?
– Ale nie masz Daesoona obok.
– Ciebie to nie powinno obchodzić – warknął Jaemin. – Wyjdziesz czy mam cię poprosić mniej grzecznie?
Rozległ się śmiech, który dla Lee nie wydał się przyjemny. Daesoon śmiał się dziwnie, ale kiedy za każdym razem to robił, było w tym coś, co go uszczęśliwiało. Natomiast ten śmiech mógł porównać do osoby z horroru, która coś knuje.
– W końcu Jaemin Lee ponownie pokazał pazurki. Ojcostwo i zabawa w gospodynię domową jednak cię odmieniły, na tyle, że wydajesz się kimś… No wiesz, takim ciepłym masłem. Na szczęście wciąż jest w tobie ogień. – Pochylił się w stronę Jaemina, kładąc łokcie na ladzie.
Lee postarał się nie cofnąć, wdzięczny, że oddziela go kontuar.
– Powiedz mi, dlaczego Kim cię zostawił? Może to ty jego zostawiłeś, co? Coś wykombinował, jak to on. Prawda? Zdradził cię? Po twojej minie widzę, że tak. Dałeś mu przynajmniej w pysk?
– Nie będę bił kogoś, kogo kocham. Wynoś się stąd. – Wyszedł zza lady, kierując kroki prosto do drzwi. Otworzył je. – Proszę, tutaj jest wyjście.
– Ja bym przywalił. – SuJong ruszył się z krzesła barowego. – Jeżeli ktoś jest ze mną, to ze mną.
Serce Jaemina zabiło mocniej, kiedy chłopak przed nim stanął. Zdecydowanie za blisko.
– Może jeszcze się spotkamy – szepnął Sujong, pochylając się do Lee. – Nasze dzieci byłyby piękne.
– Wyjdź.
– Idę, nie warcz tak, pieseczku. Do zobaczenia. – Skłonił się i wyszedł.
Jaemin poczuł ogromną ulgę. Coś na kształt tego, że nareszcie wydostał się z pułapki, która go otaczała. Zamknął drzwi na klucz i odwrócił tablicę, która teraz informowała, że jest zamknięte. Wrócił za ladę, skąd zabrał notes, w którym zapisywał zamówienia, a potem wyszedł na zaplecze. W kuchni był jeszcze kucharz, który zbierał się do wyjścia. Natomiast Jinsoon spał smacznie w maleńkim gabinecie swojej babci.
– Przepraszam, że tak cię zaniedbałem – powiedział dziewiętnastolatek do synka. – Tak nie może być, że ty tutaj jesteś i w dodatku sam. Rano zadzwonię do twojego drugiego taty. – Z jednej strony bardzo chciał się spotkać z Daesoonem, bo za nim tęsknił, z drugiej nie chciał tego robić. Każda chwila, kiedy mógł mu popatrzeć w oczy, była torturą. Pragnął poprosić go o powrót. – Miłość wyczynia z człowiekiem dziwne rzeczy.

*

Daesoon przyjechał z samego rana. Miał to zrobić dopiero po powrocie z uczelni, ale darował to sobie. Nie mógł doczekać się tego spotkania. Jaemin chciał rozmawiać o ich synku, ale on miał nadzieję, że ta rozmowa zejdzie też na ich temat.
– Wejdź. Właśnie zjedliśmy śniadanie – powiedział Lee, wpuszczając chłopaka do domu. Od razu poszedł do kuchni, gdzie na specjalnym krzesełku siedział ich synek.
– Hej. – Kim pochyliwszy się, ucałował synka w główkę pokrytą czarnymi włoskami. – Chciałeś porozmawiać – zwrócił się do Jaemina. Przesunął po nim spojrzeniem.
Lee znów zobaczył różnicę pomiędzy sondującym wzrokiem Daesoona i Sujonga. Ten obecny w tej chwili przy nim chłopak mógł na niego patrzeć w ten sposób zawsze i wszędzie. Nawet po tym, co mu zrobił i mimo niezagojonej rany, wciąż potrzebował tego spojrzenia.
– Chodzi o Jinsoona. – Usiadł przy stole. – Mama wyjechała do babci, bo ta zachorowała. To nic poważnego, ale musi dopilnować, by jej uparta matka jadła leki, a nie piła tylko te swoje ziółka. Ja musiałem zająć się jadłodajnią mamy. Nie chcemy zamykać choćby na dzień, bo klienci mogliby odejść. No i…
– Zajmę się nim. – Daesoon również zajął miejsce przy stole. Naprzeciwko Lee, by móc na niego patrzeć. – Co prawda, tylko po uczelni…
– Nie, to bardzo dobrze, bo przez te dwa tygodnie otwieramy po południu. A jak coś, to przez dwie, trzy godziny Jinsoon może być ze mną. Nie chcę tylko, by przez długi czas… – zamilkł, kiedy poczuł gorącą dłoń Kima na swojej. Zapatrzył się na nie.
– Możemy porozmawiać o nas? – zapytał Daesoon.
Jaemin przez chwilę nie odpowiadał. W tej jednej sekundzie uderzyły w niego silne emocje i poczuł się lekko skołowany. Chciał tak wiele. Najpierw cofnąłby czas i nie pozwolił Daesoonowi pojechać do Minho. Potem powiedziałby mu, że go kocha najbardziej na świecie, a dalej… Mógł marzyć, że coś by to zmieniło, niestety na to szans żadnych nie było. Przeszłości nie da się odmienić. Można mieć wpływ na przyszłość lub na teraźniejszość. Dlatego wysunął dłoń spod jego i powiedział:
– Nie wybaczę ci. – Wstał i podszedł do synka. Wziął go na ręce, po czym zaniósł do kojca w salonie. Położył go tam i wyprostował się, od razu natrafiając na ciało Daesoona za sobą. Silne ręce objęły go mocno, przyciągając do siebie.
– Nie proszę o wybaczenie. Proszę o jeszcze jedną szansę – szepnął Daesoon, przesuwając nosem po szyi chłopaka.
– Za dużo żądasz. Jak mógłbym na to pozwolić? Jak mógłbym pozwolić na twój dotyk? Dotykałeś jego i brzydzi mnie to, co robisz – warknął Lee. Chwycił jego ręce i odsunął od swojego ciała. Odszedł na bok, by stamtąd spojrzeć na Kima. – Miałeś wszystko, a poszedłeś do niego.
– Chciałem pogadać, potem za dużo wypiliśmy…
– Nic nie mów. Prosiłem cię o rozmowę w sprawie syna, a nie nas. Nas nie ma… Nigdy nas nie było – powiedział smutno. Znów czuł się taki bezradny. – Mieszkaliśmy razem i tyle.
– Byliśmy razem.
– Kiedy? Wtedy, kiedy mówiłeś, że jestem twoim kolegą lub tylko ojcem twojego dziecka, a może wtedy, kiedy powtarzałeś, że wynajmujesz u nas pokój?! – Jaemin zdenerwował się,przez co podniósł głos, a Jinsoon zaczął płakać. Lee pozwolił, aby to Daesoon wziął chłopca na ręce. Gdyby nie to, faktycznie mógłby przywalić chłopakowi. Za nic w świecie nie chciał tego robić. Przemoc nie prowadziła do niczego. Nawet wtedy, kiedy z powodu zdrady rządziły ból i złość.
Daesoon uciszał chłopca, co rusz zerkając na rozdrażnianego Jaemina.
– Nigdy nie poruszaliśmy tego tematu.
– Bałem się tego, jak zareagujesz. Przecież wiesz, że czasami zachowujesz się dziwnie. Nie wiem, czy na świecie jest kolejna taka osoba, którą z równowagi potrafi wyprowadzić jedno słowo. Kto się śmieje, a za chwilę wrzeszczy. Sądzisz, że jesteś łatwy w obsłudze?
– Mówisz tak, jakbym był jakimś sprzętem elektronicznym. – Przytulił synka.
– Który kopie prawie za każdym razem, kiedy się go dotknie. Człowieku, ty nawet nie wierzysz, że cię kocham. – Lee przesunął dłońmi przez włosy. – W dodatku niby coś czułeś do mnie, kiedy byliśmy dzieciakami? Skąd wiesz, że to twoja mama napisała list. Zwierzałeś jej się?
– Oczywiście, że nie. – Kim kołysał na rękach zasypiającego synka. – Moja mama jest spostrzegawcza, widziała jak na ciebie patrzę, mimo że starałem się to ukryć.
– Odkąd ja i moja mama się wprowadziliśmy, zabraniała mi się z tobą bawić. Ile mieliśmy wtedy lat? Może pięć, więcej?
– Może. – Nachylił się i włożył Jinsoona do kojca. Gdy się wyprostował, podszedł do Jaemina. – Nieważne, co było lata temu. Mnie interesuje to, co jest teraz.
– Teraz nie ma i nie będzie nas.
Daesoon kiwnął głową. Odwrócił smutne spojrzenie mogące zwalić z nóg i sprawić, że wybacza się wszystko osobie, która tak patrzy.
– Przyjadę po niego po piętnastej.
– W porządku. Będziemy już w jadłodajni. – Zbliżył się do kojca. – Prześpi się z godzinę, a potem pojedziemy na kurs prawa jazdy.
– Zaraz, zabierasz małego na zajęcia? I od kiedy ty chodzisz?
– Od niedawna. To na razie tylko teoria. W sumie pierwsze zajęcia. Dowiadywałem się i mogę brać synka – odpowiedział Lee, tym samym kończąc rozpoczynającą się dyskusję o tym, jaki to jest nieodpowiedzialny, zabierając dziecko w takie miejsca. – Zanim będę miał jazdy, to wróci mama i zajmie się Jinsoonem.
– To dobrze. Pójdę już.
Jaemin skinął głową. Bolało go to, że rozmawiają w ten sposób. Nie może do niego podejść, by go pocałować. Chłopak na pewno nie miałby nic przeciw temu, ale… Właśnie tak dużo było tych „ale”.
Odprowadził go do wyjścia, gdzie się pożegnali. Przez chwilę stał w drzwiach, obserwując, jak Kim odjeżdża. Gdy samochód chłopaka zniknął, oparł się o framugę. Przymknął oczy. Żal mu było tego, że Daesoon zniszczył to, co mieli, bo przecież w końcu coś między nimi mogło zmienić się na lepsze. Może kiedyś wzięliby ślub. Żal też mu było tego, że nie potrafił mu wybaczyć.
– Dlaczego życie to nie taki film, gdzie w końcu wszystko się pięknie układa? – zapytał sam siebie, otworzywszy oczy. Zerknął na sąsiedni dom, który jeszcze do niedawna należał do państwa Kim. Podobno miała tu zamieszkać inna rodzina. Jakaś para z dwójką małych dzieci. – Może one będę mogły się bawić z Jinsoonem. Może.
Wrócił do środka, przekręcając klucz w drzwiach. Zanim wyjdzie, musiał ogarnąć dom. Może i był gospodynią domową, ale ktoś przecież musiał sprzątać, prać, gotować. Przyjdzie czas, kiedy pójdzie na studia i zatęskni za tym wszystkim. Tego był pewny. Tak jak tego, że jego serce wciąż biło dla Daesoona.

*

Zajęcia nie trwały długo. W każdym razie czas na nich zleciał mu bardzo szybko. Dzisiaj było tylko wprowadzenie. Jaemin nie mógł doczekać się kolejnych lekcji, a najbardziej praktyk. Chciałby jak najszybciej zrobić prawo jazdy i nie być zdanym na innych. Jakiś samochód też sobie z czasem kupi. Żałował, że nie zdecydował się wcześniej na to wszystko, bo Daesoon miał go podszkolić w jeździe. Teraz nie było na to szans.
– Kiedy przestanę o nim co chwilę myśleć? – Włożył synka do wózka i go okrył. Na dworze było chłodno, mimo że świeciło słońce. Niestety, jesień jasno pokazywała, że to ona tutaj króluje, a dni mijają, zbliżając ich z każdą chwilą do zimy. Do tej, co prawda, było jeszcze daleko, ale Lee nie mógł wyzbyć się takich porównań.
Zwolnił hamulec przy wózku i wypchnął go z parterowego budynku. Minęło go kilka osób, które razem z nim były na zajęciach. Nie zapoznawał się z nimi za bardzo, ponieważ nie chciał poznawać nikogo nowego. Miał dość jakiegokolwiek towarzystwa. Może poza doktorem Kwonem, z którym umówił się na ciastko w ulubionej kawiarni Jijanga. Mężczyzna miał dzisiaj wolne i skontaktował się z nim, prosząc o spotkanie. Nie mógł poświęcić Kwonowi za wiele czasu, ponieważ musiał wrócić do domu, by się przebrać, nakarmić synka i pojechać do jadłodajni. Otwierać mieli dopiero za trzy godziny, ale mama prosiła go, aby zajął się papierami. Parę razy jej pomagał i wiedział, co i jak, nie mógł jedynie niczego podpisać. Na szczęcie nie potrzebowali nowych zamówień na składniki do potraw, a świeże warzywa brali z pobliskiego targu. Z tym nie było problemów.
Przejechał autobusem dwa przystanki, zanim dotarł do miejsca spotkania. Kierowca autobusu pomógł mu z wózkiem. Był to bardzo uprzejmy mężczyzna po czterdziestce. Jaemin często go widywał, gdy jeździł do szkoły. Podziękował mu i udał się w stronę kawiarni, której logo ukazywało filiżankę parującej kawy. Kilka razy był w tym miejscu i wiedział, że jest tu przytulnie, bardzo domowo, ale miejsce bardziej przypominało jedno z zachodnich lokali. Może dlatego tak bardzo garnęli się tutaj młodzi ludzie, którzy odchodzili od tradycji. Młode społeczeństwo otwierało się na zachodnią kulturę, pozostawiając za sobą to, w czym wychowali się ich rodzice, a przede wszystkim dziadkowie. On też starał się żyć inaczej, tak jak jego mama. Za to babcia wciąż tkwiła w tym, co znała i szanowała, podobnie jak rodzina mamy Daesoona. Przez to chłopak tkwił pomiędzy dwoma kulturami, ale uciekał jak tylko się dało do kultury zachodu.
Jijanga zobaczył już przy wejściu. Mężczyzna zajmował stolik pod ścianą i wyglądał na zadowolonego. Lee przez chwilę się obawiał, że coś się stało i dlatego mężczyzna prosił o spotkanie. Nie wyglądało jednak na to, by było to coś złego. Podjechał wózkiem do stolika i pokłonił się starszemu przyjacielowi.
– Pozwoliłem sobie zamówić ciastko i kawę, taką jaką lubisz – odezwał się Kwon.
– Dziękuję. – Usiadł, ustawiając uprzednio wózek tak, aby nikomu nie przeszkadzał. Nie w każdym miejscu patrzono na coś takiego przychylnie. Bywało, że go wypraszano z wózkiem i kazano „pojazd”, jak mówili, zostawić na zewnątrz. Natomiast tutaj nie było z tym problemów i za to również lubił tę kawiarnię.
– Twój synek rośnie. Za każdym razem, jak go widzę, jest coraz większy – powiedział Jijang, zaglądając do wózka. Chłopiec spał. – I co go widzę, to śpi. – Zaśmiał się.
– Lubi spać. A rosnąć rośnie i staje się coraz cięższy. Dodam, że lubi być noszony na rękach. – Podeszła do nich kelnerka i podała jego zamówienie. Podziękował jej i skierował wzrok na mężczyznę siedzącego naprzeciwko. – Powiesz, dlaczego tak się uśmiechasz?
– Spotkałem się w końcu z moim ulubionym pacjentem. Liczę, że kiedyś znów pomogę ci wydać dziecko na świat.
– Na razie nie zanosi się na to, bym miał zajść w ciążę.
– Nadal ty i Daesoon…
– Porozmawiajmy o tobie – przerwał mu. Nie chciał mówić o byłym kochanku.
– Zaręczyłem się. Wiem, że to szybko, ale kocham tego mężczyznę, z którym się od pewnego czasu spotykam – wyznał Kwon. – Nie miałem komu tego powiedzieć. W dodatku… – Położył rękę na brzuchu. Nie musiał nic więcej mówić, bo oczy Jaemina zaświeciły się pełnym radości blaskiem.
– Wspaniale. Gratuluję. Nie wiem, co powiedzieć. – Czasami niektóre historie mają szczęśliwe zakończenia, pomyślał. Bardzo się cieszył z tego szczęścia, które spotkało Jijanga Kwona. Wśród wielu ludzi, których Lee poznał, to właśnie ten człowiek na to zasługiwał.
– Tym razem nie zniszczę tej szansy, którą dostałem – powiedział doktor, biorąc w dłoń filiżankę herbaty. Ze swojej ulubionej kawy musiał zrezygnować. Zamierzał teraz dbać o swoje niedawno poczęte dziecko.
– Jak zareagował twój partner?
– Cieszy się. Zachowuje się jak duży chłopiec i… zwariował ze szczęścia. Ja też. – Uśmiechnął się szeroko, a potem skierował spojrzenie na śpiące dziecko. Kiedyś on tu przyjdzie ze swoją córeczką lub synkiem.
Spędzili jeszcze pół godziny, rozmawiając głównie o planach na przyszłość Jijanga. Mężczyzna nadal zamierzał pracować w tym samym miejscu, ale na pewien czas wziął urlop, aby wyjechać gdzieś z partnerem. Po spotkaniu Jijang odwiózł chłopaka i jego synka do domu, gdzie Lee mógł przygotować się do wyjścia, by zająć się lokalem mamy.

*

Było już późno, kiedy wrócił do domu zmęczony, ale szczęśliwy. Przez ostatnie godziny pracował ciężko, ale w ogóle nie myślał o Daesoonie. Dzięki temu mógł psychicznie odpocząć od gnębiących go myśli oraz ran na duszy i sercu. Niedługo miało się to skończyć, bo Kim miał odwieźć ich synka. Mały nie mógł zostać u drugiego ojca, bo chłopak jutro zaczynał bardzo wcześnie zajęcia, a dziadek Jinsoona też musiał być wcześniej w szkole. Nadal był dyrektorem liceum, chociaż coraz częściej myślał o odejściu. Męczyła go ta praca.
Jaemin zdążył się wykąpać, zanim rozległ się dzwonek. Podążył otworzyć drzwi, za którymi zastał Kima z ich synkiem. Kiedy dzisiaj Daesoon przyjechał po dziecko, nie zamienili ze sobą wielu słów. Tak jak i tym razem. Po prostu wymienili uprzejmości i tyle, jakby byli sobie obcy. Lee domyślił się, że to  była jego wina, ale nie mógł inaczej. Wczorajsza rozmowa i tak go wymęczyła. To było jeszcze za wcześnie. Dlatego odebrał syna, umówił się z byłym kochankiem na dzień jutrzejszy i zamknął drzwi, kiedy ten odszedł.
Ledwie położył dziecko w kojcu, które nie wyglądało na śpiące, więc zamierzał się z nim pobawić, kiedy ponownie w domu rozległ się dzwonek. Jaemin zmarszczył brwi.
– Czyżby wrócił twój tatuś? – Podał chłopcu grzechotkę, a mała piąstka zacisnęła się na uchwycie. – Może o czymś zapomniał. Zaraz wracam.
Drapiąc się po nosie, poszedł otworzyć drzwi, spodziewając się za nimi Daesonna.
– O czym zapo… – urwał, bo ujrzał nie tego, którego się spodziewał i podświadomie oczekiwał.
– Nie chciałeś ze mną wyjść do kina, pójść na spacer, to ja przyszedłem do ciebie. – Uśmiechnął się SuJong.
Ten uśmiech przeszył Jaemina lodowatym dreszczem pełnym niepokoju.
– Późno już. Nie zapraszałem cię tutaj. – Chciał zamknąć drzwi, ale niemile widziany gość wsunął stopę pomiędzy nie a futrynę, uniemożliwiając mu działanie. – Co robisz?
– Przyszedłem po to, czego nie chcesz mi dać i zamierzam to sobie wziąć – syknął SuJong i odepchnąwszy chłopaka, wsunął się do przedpokoju.Potem, zanim zaskoczony Lee zdążył zareagować, rzucił go na ścianę i mocno trzymając, pocałował.

14 lutego 2018

Szczęście od losu tom 2 - Rozdział 7

Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek. Nie wiem czy obchodzicie to święto, bo ja nie i zazwyczaj nie wrzucam rozdziałów z jakiejś tam okazji, ale tym razem robię wyjątek.

Dziękuję za komentarze. :)



– Porozmawiajmy – poprosił Daesoon, kiedy dojechali do domu, a jego syn spokojnie spał w swoim łóżeczku.
– Co chcesz mi powiedzieć?
Znajdowali się w sypialni. Jaemin nie chciał rozmawiać z chłopakiem. Potrzebował, aby ten się oddalił, zniknął przynajmniej na jakiś czas. Ciężko było mu patrzeć na kogoś, kto go zdradził. To było tak potworne uczucie, że nawet wrogowi tego nie życzył. Ciągle wyobrażał go sobie z Minho. To, jak się dotykali… Starał się jakoś nad sobą panować, ale przychodziło mu to z trudem. Szczególnie kiedy Kim zamiast go posłuchać, to próbował rozmawiać, wyglądając przy tym jak zbity szczeniak. To i tak nie miękczyło serca Jaemina, który miał wrażenie, że czuje zapach tamtego chłopaka na Daesoonie.
– Chcę wyjaśnić. – Spojrzał skruszony na Lee. Nie próbował go dotykać, bo chłopak reagował na to tak, jakby ktoś przykładał mu do ciała rozżarzony pręt.
– Co tu jest do wyjaśniania? Co on ci dał takiego, czego ode mnie nie dostałeś? – W chwili, kiedy zadał to pytanie, ugryzł się w język. Nie chciał zachowywać się jak zdradzona panienka. Jednak jego podświadomość chciała znać odpowiedź. Wziął do ręki koszulkę wiszącą na krześle i zaczął ją składać. Potrzebował się czymś zająć, byle tylko nie stać bezradnie pośrodku pokoju lub nie rozpaść się przy Daesoonie.
– Nic mi takiego nie dał. Byłem na ciebie wściekły, bo kazałeś mi do niego iść.
Lee odrzucił koszulkę i zaczął się śmiać.
– A ty posłuchałeś?! Jak grzeczny chłopiec, który robi to, co mu każą – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Brawo! – Poczuł jak w nim wrze. Działanie uspokajających leków minęło i miejsce otumanienia zajęła złość, którą do tej pory trzymał w ryzach. – Jakiś ty posłuszny.
– Wkurwiłeś mnie. Najpierw mówisz, że mnie wielce kochasz, a potem każesz mi do niego spadać.
– Bo cię kocham – odpowiedział stanowczo Jaemin. W oczach, które w końcu zatrzymał na dłużej na chłopaku, tkwiła determinacja.
– Wiesz co? – Daesoon wykrzywił się nieprzyjemnie. Stał pośrodku pokoju z dłońmi w kieszeniach i nie wyglądał przyjaźnie. Jego skruszona postawa pragnąca wybaczenia gdzieś zniknęła.
Jaemin miał wrażenie, że w chłopku istnieją dwie osoby. Teraz patrzył na tę drugą, gorszą połówkę, która ujawniała się tak szybko, ile trwało pstryknięcie palcami i raniła. Zawsze wtedy okazywało się, jak dziecinne są ich kłótnie. Bo ta druga połowa była niczym zranione dziecko, któremu ktoś wyciął tę część, która czuje, a pozostawił tę pustą, pełną nicości. Chociaż Lee nie był do końca pewny swojej teorii. Patrząc na Daesoona, dostrzegał w nim oznaki kipiących, ale starannie ukrywanych emocji. Bardzo chciałby znaleźć się w jego głowie.
– Nie wierzę ci, że mnie kochasz – wyrzucił z siebie Kim.
Chłopak, do którego zostały skierowane te słowa, zamarł, wpatrując się z niedowierzaniem w tego, który je wypowiedział. Nie przypuszczał, że Daesoon w ten sposób myśli o jego uczuciach.
– O… Jak… – Potarł drżącą dłonią czoło. – Dlaczego tak mówisz?
– Miłość nie istnieje. To tylko słowa, które ludzie wypowiadają, by osiągnąć jakiś cel.
– Ty draniu – warknął Jaemin. Podszedł do chłopaka. Dzieliło ich tylko kilka centymetrów. – Kocham cię od piętnastego roku życia, skończony kretynie. – Sądził, że Daesoon coś odpowie, a on tylko zaczął się śmiać.
– Kochasz od lat? Lepszej bajeczki nie słyszałem. Jak możesz kochać po tym, co mi wtedy napisałeś?!
– Co ci napisałem? Nic nie pisałem. Kiedy?
– Wodziłem za tobą spojrzeniem i chyba to dostrzegłeś, bo w końcu dostałem wiadomość, że… – urwał, bo nagle coś zrozumiał. W tej samej chwili ta jego okrutna połówka wycofała się. – Napisałeś mi, żebym tak na ciebie nie patrzył, bo ci się rzygać chce. Dodałeś, jak bardzo mnie nienawidzisz. Dla piętnastoletniego chłopca wpatrzonego w osobę, która coś dla niego znaczyła, to… Złamało mi to serce. Zacząłem tobą gardzić, a jednocześnie nie potrafiłem się zmusić, by tak do końca cię znienawidzić. Tak bardzo mnie zacząłeś wkurwiać. A kiedy jakiś chłopak się do ciebie przystawiał, myślałem, że mu skręcę kark. Tamtej nocy miałem cię w końcu dla siebie. – Nie wierzył, że się zwierzał. – Nie chciałem, aby ten dryblas cię dorwał. Byłeś mój. Na tę jedną chwilę mój i tylko mój. W dzieciństwie marzyłem, aby się z tobą bawić. Ale mama… Szlag – przeklął. Przesunął dłońmi po włosach, robiąc jeszcze większy bałagan. – Wtedy to nie byłeś ty, prawda? Nie ty napisałeś ten list?
– Nigdy czegoś takiego nie napisałem. Nie mógłbym.
– To moja mama – szepnął Daesoon. – To ona to napisała. List był drukowany, ale uwierzyłem, że ty to zrobiłeś. Od zawsze zabraniała mi się z tobą bawić. Nienawidziła twojej matki, tego, że nie macie pieniędzy, odrzucacie tradycje... – Usiadł ciężko na łóżku. – Zatruwała mnie nienawiścią do ciebie, jakby czuła, że ja… – Ukrył twarz w dłoniach. – Co ja zrobiłem? Co ja zrobiłem? – Popatrzył na Jaemina przepastnie smutnym wzrokiem.
Lee miał trudności z tym, aby do niego nie podejść. Pamiętał aż za bardzo wyraźnie, że ten chłopak, wyglądający w tej chwili jak kupka nieszczęścia, zdradził go. Zadał cios, który wzmocnił tym, że nie wierzy w jego uczucia.
Daesoon wstał i chciał zbliżyć się do Lee, ale chłopak cofnął się.
– Nie chcę, abyś mnie dotykał. Nieważne, co było w przeszłości, kiedy byliśmy dzieciakami. Ważne jest, co tu i teraz. Zdradziłeś mnie. Do tego z nim. A mówiłem ci, że on ma na ciebie chętkę. Przestrzegałem. – Zaskakiwało go to, że tak spokojnie z nim rozmawia. Złość się ulotniła, pozostał tylko dziwny spokój.
– Wkurzało mnie to, że zachowujesz się przy nim tak niepewnie, a nie miałeś powodu.
– Daesoon, miałem powód, przeczucia. Nie myliłem się.
– Przepraszam. – Wyciągnął rękę, ale została ona odtrącona.
– Powiedziałem, żebyś mnie nie dotykał. Nie potrafię ci wybaczyć. Chcę, abyś się wyprowadził. Tak będzie najlepiej. Syna będziesz mógł widywać, kiedy zechcesz.
– Powiedziałeś, że mnie kochasz – rzekł Daesoon ostrzejszym głosem.
– A ty w to nie wierzysz – przypomniał mu smutno. Odwrócił się i wyszedł.
Dźwięk zamykanych drzwi był dla nich obu jak uderzenie dzwonu, pod którym się stoi. Kończył się ich pewien etap i żaden z nich nie miał pewności co do tego, co przyniesie jutro. Jednakże dzisiaj Jaemin wiedział, że wybaczenie zdrady na ten czas nie będzie możliwe. Bo jak mógł na powrót skleić swoje serce roztrzaskane na miliardy maleńkich kawałeczków?
Słyszał z kuchni dolatujące szepty. To jego mama rozmawiała z panem Kimem. Zostawił ich w spokoju, poza tym chciał być w końcu sam. W pokoju Jinsoona paliła się mała lampka nocna. Sprawdził, co z chłopcem, a potem osunął się na podłogę opierając plecami o łóżeczko. Zgiął kolana i ułożył na nich ręce. Patrzył w jakiś punkt przed sobą, ale i tak go nie widział. Czuł się tak, jakby znalazł się w innym miejscu, w którym nie było nic poza ogarniającą go ciemnością. Nie potrafił płakać. Może to by mu pomogło, nie pozwoliło zapaść się w coś wyglądającego jak czarna dziura. Może nie słyszałby ciągle w głowie „zdrada, zdrada, zdrada”. Może jakoś by to było i nie dopadłby go tak niszczący smutek.

*

Minął miesiąc od tamtych wydarzeń. Lato minęło i miało wrócić dopiero za kilka miesięcy. Jesień, która nadeszła wraz ze złotymi i czerwonymi liśćmi, była piękna jak co roku. Mimo tego Jaemin, kiedy nie musiał, nie wychodził z domu. Zamykał się w czterech ścianach i żadna siła nie mogła go stamtąd wyciągnąć. Jedynie działały jeszcze codzienne spacery z synkiem, który rósł silny, zdrowy. Tylko ten mały chłopiec zmuszał go do wstawania z łóżka każdego dnia. Od miesiąca nie widział Daesoona. Może to za dużo powiedziane, bo widywał go, ale tylko przelotnie, kiedy chłopak odbierał ich syna, zabierając go na weekendy. Nie zamieniali ze sobą słowa. Czasami Jaemina korciło, aby zapytać, co u niego, ale bał się, że ten powie, jak mu bez niego dobrze. Bał się też usłyszeć, że Kim spotyka się z Minho. Owszem, nie był tego pewny i ojciec chłopaka go zapewniał, że Daesoon jest sam, lecz jakaś jego mała cząstka tworzyła czarne scenariusze.
Mimo tego, co były kochanek mu zrobił, i tak wciąż czuł do niego miłość. Ani na moment nie przestał go kochać. Jakżeby mógł to zrobić? Przecież to uczucie było jego istnieniem od czterech lat, a może i dłużej, jeżeli głębiej by się nad tym zastanowić. Na trochę zamknął tę miłość w głębi serca, ale ona wykiełkowała na nowo. To nic, że podlano ją kwasem zdrady, ona nie umarła. To doprowadzało Jaemina do szaleństwa. Nie potrafił wybaczyć. Nie wiedział, co musiałoby się stać, aby to było możliwe. Ta zdrada była niczym ość utkwiona w gardle. Raniąca do chwili, kiedy się jej nie wyciągnie. A z tym był duży problem.
Otworzył drzwi, zastając za nimi przyjaciela. Było sobotnie popołudnie i zapomniał, że umówił się z JunHo. Chłopak zdjął buty oraz jesienny płaszcz. Razem przeszli do salonu zagraconego książkami, które z nudów Jaemin układał po raz kolejny na półkach. Ostatnio dużo czytał, ale nie przyznałby się, że pochłaniał romanse. Dobijał siebie, czytając o szczęśliwych zakończeniach. Marzenie o takim zakończeniu dla siebie i Daesoona nie odradzało się, aczkolwiek małe ziarno nadziei wciąż gdzieś w nim tkwiło. Lee wątpił, że coś z tego wykiełkuje.
– Przepraszam za bałagan.
– Nie ma sprawy.
– Napijesz się czegoś?
– Siadaj po prostu i gadaj, co z tobą? – JunHo nie spuszczał wzroku z przyjaciela, który miał na sobie porozciągane spodnie dresowe i sweter długi do połowy ud, a zsuwający się z prawego ramienia. Włosy pospinał wsuwkami. Ich biel straciła blask, a przy skórze było widać czarne odrosty. – Powinieneś pójść do fryzjera.
– Po co? – Wzruszył ramionami. Nic go nie obchodził jego wygląd. Zmienił go nie tylko dla Daesoona, ale i dla siebie. Teraz mu na tym nie zależało. – Jaki ma sens mój wygląd i wszystko?
– Boje się o ciebie, kiedy tak mówisz. Na pewno nie masz depresji? Moja mama jest psychologiem, rozmawiałem z nią o tej chorobie…
– Nie mam. Daj spokój, nie chcę się zabić – warknął Jaemin i poszedł do kuchni.
JunHo nie poszedł za nim. Wolał poczekać, bo wiedział, że chłopak wróci. Tak też się stało. Lee postawił szklanki pełne coli na małym stoliczku i zaczął mówić:
– Jest mi tylko smutno. Nigdy się tak nie czułem. Daesoon dawał mi siłę. Nawet kiedy się sprzeczaliśmy, dostawałem kopniaka energii. W chwili, kiedy mnie zdradził z tym… Bywało, że ciągle się kłóciliśmy. On tak łatwo wybuchał. Bywały chwile, że według niego wszystko robiłem źle, ale zdarzały się momenty tak wspaniałe… On mnie nie kocha, nigdy mnie nie kochał. Był ze mną ze względu na dziecko. Czuł, że tak musi. Pewnie sądził, że jak nie będzie ze mną, to odbiorę mu synka. Nie zrobiłbym tego. Ja jestem rodzącym ojcem, ale on też jest tatą Jinsoona. Mały ma prawo do kontaktów z nim. Daesoon nie jego skrzywdził, tylko mnie – wypalił, prawie nie robiąc przerw pomiędzy zdaniami.
– A seks? Kiedy byliście razem, nie zaprzeczaj – zaznaczył JunHo, kiedy Lee chciał coś powiedzieć. – Tak było. Byliście razem. Może nigdy tego sobie nie powiedzieliście, ale żaden z was otwarcie temu nie zaprzeczył.
– Seks, o ile był, był fantastyczny. – Brakowało mu tego. Dotyku rąk Kima, jego pocałunków, objęć i tej rozkoszy oraz intymności, którą dzielili.
– Powiedział, że cię kocha. Kiedy rodziłeś, pamiętasz?
– To było dawno temu – powiedział tak, jakby od tamtej chwili nie minęło kilka miesięcy, a długie lata. – Wpływ chwili. Nie wiem, czy to było prawdą, może tylko sobie to wyobraziłem. Dlaczego bawisz się w mojego terapeutę?
– Bo tego potrzebujesz. Z nikim nie rozmawiasz. Unikałeś mnie.
– Już tak bywało – prychnął Jaemin, sięgając po napój. Przyjrzał się przyjacielowi. Chłopak miał prawie dwadzieścia lat, a wyglądał jakby miał dużo więcej. Owszem, trzymały się go jeszcze młodzieńcze głupoty, ale bardzo dojrzał, od kiedy on i EunRa znów byli razem. W jego oczach dostrzegł zmartwienie. – Nie martw się o mnie. Przejdzie mi, za pół roku, za rok.
– Nigdy mu nie wybaczysz?
– Zdrady nie można wybaczyć. Nic go nie usprawiedliwia. – Co z tego, że kochał go nad życie. Czy miłość miała siłę, by wybaczyć coś takiego? Jeżeli tak, to on tego w niej nie odnajdywał.
– Co ze studiami? Chyba nie zrezygnowałeś.
Lee miał dość tego przesłuchania. Pewnie, że nie zrezygnował ze studiowania. Cokolwiek by się działo, nie było o tym mowy. Prawda, że nie widział swojej przyszłości tak jasno jak wcześniej, ale poganiał siebie, by do czegoś w życiu dojść. Przecież zawsze tego chciał. Jeszcze w liceum powtarzał sobie, że musi się uczyć, by zapracować na lepszą przyszłość. Jego plany przerwała ciąża, ale znów mógł do nich wrócić. Przynajmniej miał jakiś cel. Bez niego i bez synka pozwoliłby całkowicie zapanować nad sobą czającej się na niego ciemności.

*

Babcia zachorowała i mama Jaemina musiała do niej jechać, tym samym zostawiając swoją jadłodajnię synowi. Chłopak nie miał pojęcia, jak prowadzić jej lokal, a na pewno nie gotował tak dobrze jak ona. Niemniej nie miał wyjścia i kiedy mama wyjechała, a zaczął się nowy tydzień, ubrał synka i pojechali do niewielkiego baru, bo tak można było nazwać to, co stworzyła jego mama. Kobieta po cichu marzyła o tym, by w przyszłości rozwinąć to miejsce na miano restauracji. Miała dużo planów, a Jaemin kibicował jej w ich realizacji.
Lokal nie był duży, mieścił zaledwie kilka stolików, ale klientów było sporo. Na szczęście kucharz, którego przyjęła do pracy mama, doskonale sam sobie radził ze wszystkim, a Jaemin obsługiwał stoliki, podczas gdy jego synek bawił się w wydzielonym dla niego miejscu. Chłopak co rusz do niego zaglądał. Był przyzwyczajony do tego, że Jinsoon tu przebywał, bo nie raz spędzali tutaj czas. Tylko wtedy Jaemin bawił się z dzieckiem i nie siedzieli tu cały dzień. Dzisiaj pracował i nie miał chwili, aby usiąść. Mimo tego był zadowolony, że to miejsce przyciąga ludzi. Nie bał się już tak o przyszłość mamy. O swoją też musi zadbać i wierzył, że mu się to uda. Przez cały dzień starał się nie myśleć o Daesoonie, ale było to trudne, kiedy niektórzy ze stałych klientów, znający ich obu, pytali o chłopaka. Uśmiechał się wtedy do nich i grzecznie odpowiadał, że Kim dużo się uczy i nie ma za wiele wolnego czasu.
Minęło już popołudnie, kiedy szklane drzwi jadłodajni się otworzyły, a w nich pojawił się wysoki chłopak. Zwrócił uwagę zajętego Jaemina, bo był wyższy niż inni. Rozpoznał go od razu. Chłopak go zauważył i podszedł do niego, zręcznie omijając podłużne stoliki, a także siedzących przy nich ludzi. Skłonił głowę i powiedział:
– Nie spodziewałem się, że tu pracujesz.
– SuJong, nie widziałem cię od zakończenia liceum. – Pamiętał, jak zaufał temu chłopakowi, lubił z nim rozmawiać. Potem na szkolnej stołówce, gdzie było mnóstwo ludzi, Choi na głos powiedział, że Jaemin spodziewa się jego dziecka. Chciał go zdobyć dla siebie. To wtedy Daesoon się wściekł i oficjalnie przyznał, że to on jest ojcem, mimo że wcześniej walczył o to, aby nikt się o tym nie dowiedział.
– Ja ciebie też. Zmieniłeś się. – Nie potrafił oderwać oczu od Jaemina.
Lee nie czuł się komfortowo, rozmawiając z tym chłopakiem, podczas gdy inni im się przyglądali, a większość nadstawiała uszu.
– Co ci podać?
– A co masz dobrego, co bym mógł dostać? – Choi uniósł brew.
Jaemin pokazał mu wiszącą na ścianie tablicę z wypisem dań oraz ich cenami.
– Wybór jest duży. Zastanów się. – Odwrócił się od niego i poszedł na zaplecze, by zajrzeć do synka, który nakarmiony spał. Potem ruszył do kuchni, skąd odebrał zamówienie i zaniósł do odpowiedniego stolika. Kobieta i mężczyzna podziękowali mu. Kilku osobom wręczył rachunki, wytarł wolne stoliki, mimo że były czyste i robił wszystko, aby nie zwracać uwagi na SuJonga, który zajął miejsce przy barze. Dopiero kiedy nie miał już wyjścia, podszedł do niego z pytaniem w oczach. Szybko uzyskał odpowiedź:
– Nic nie wybrałem… Może poza tobą. Wyjdziemy gdzieś i porozmawiamy jak za dawnych czasów?
– Nie mam na to czasu i siły. Poza tym muszę wracać do domu. Syn jest ze mną, a nie powinien przebywać w takim miejscu i to bez ciągłej opieki. – Musi to sobie przemyśleć, bo dzwoniła mama i powiedziała, że zostaje u babci na dwa tygodnie. Staruszka była bardzo przeziębiona, ale była trudnym pacjentem odmawiającym leków, przez co przeziębienie mogło przemienić się w coś gorszego. Musiała zostać przypilnowana jak małe, uparte dziecko. Dlatego też powinien skontaktować się z Daesoonem i zapytać go, czy popołudniami nie zabierałby Jinsoona do siebie. Niestety, to oznaczało dłuższą rozmowę, a nie tylko zamienienie zwykłych uprzejmości.
– Syn. Prawda, masz dziecko z Kimem. Co u niego?
– W porządku, studiuje. – Zaczął wypisywać kolejne rachunki. Lokal miał niedługo zostać zamknięty, więc klienci, którzy już zjedli, zbierali się do wyjścia.
– Jesteście razem? – dopytywał SuJong, wwiercając spojrzenie w Lee, któremu bardzo się to nie podobało.
– Nie powinno cię to obchodzić. Zamawiasz coś? Za chwilę zamykamy i nie przyjmujemy już zamówień, ale mogę zrobić wyjątek.
– Nie jesteście razem. Inaczej byś mi o tym powiedział. – Choi uśmiechnął się pod nosem. – Mogę w takim razie zaprosić cię do kina?
Lee na chwilę odszedł, by podać klientom rachunki, ale kiedy wrócił, spojrzał na Sujoonga.
– Powiedziałem już, że mam syna, poza tym nie jestem zainteresowany.
– Ja jestem. Zawsze byłem. Gdyby nie Kim, miałbym cię, Jaeminie Lee – szepnął tak, aby nikt go nie słyszał. Obrysował przy tym nachalnym wzrokiem ciało chłopaka. – To tylko kino. Co ci szkodzi? Do niczego cię to nie zobowiązuje. Porozmawialibyśmy o szkolnych latach, planach na przyszłość. Jeżeli nie jesteś z nim, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby przyjąć moje zaproszenie. Kino i może spacer. Romantycznie. Chyba to lubisz, co nie?
Lee odetchnął, po czym odpowiedział chłopakowi jednym,przepełnionym chłodem słowem:
– Nie.
– Dzisiaj mówisz nie, ale jutro tak – odparł SuJong. – Postaram się, by tak było.