11 listopada 2018

Ucieczka do Limare - Rozdział 5

Dziękuję za komentarz. :)



Domenico spojrzał na zegarek. Było już późno, a Paolo jeszcze nie wrócił z pracy. Mężczyzna mówił mu, że Amare zamykają o siedemnastej. Godzinę zajmowało im sprzątanie, a było już po dwudziestej. W ogóle nie powinno go to obchodzić. Powinien zająć się sobą, a nie wyczekiwać, na to by ponownie ujrzeć seksownego kucharza. Spędził dzisiejszy dzień rozmyślając o nim, o tym jakie DiCarlo może mieć problemy i o wczorajszym prawie pocałunku. Zawracał sobie głowę tym czym nie powinien. Lepsze to niż przejmowanie się sobą. Gdyby tak robił, nie był pewny czy potrafiłby się uśmiechać.
Drgnął, kiedy usłyszał dolatujący z dworu odgłos silnika, który wpadał przez otwarte okna. Zostawił laptopa i przeglądanie zdjęć, które dzisiaj zrobił, by wyjść do mężczyzny. Już od progu dostrzegł, że coś było nie tak. Paolo wyglądał na zdenerwowanego, zrezygnowanego, może smutnego, nie potrafił wybrać. Możliwe, że to była mieszanka tego wszystkiego. Coś musiało się stać, odkąd widział go ostatni raz.
– Wszystko dobrze? – zapytał, ale jego pytanie pozostało bez odpowiedzi.
DiCarlo bez słowa wyminął go idąc prosto w stronę kuchni. Tam wrzucił kluczyki do szklanej, ozdobionej w różne kolorowe listki misy. Umył ręce, a później podszedł do lodówki. Domenico cały czas go obserwował i był coraz bardziej pewny, że stało się coś złego. Być może chodziło o zawartość kopert lub o ważne spotkanie, o którym tylko raz mężczyzna wspomniał. Na dwoje babka wróżyła.
– Będziesz tak stał i gapił się na mnie czy może pójdziesz zająć się sobą? – warknął Paolo mając dość tego, że facet się na niego patrzył. Nawet on go wkurzał. Jak każdy dzisiaj. Przez niego Ivo się popłakał, kiedy się na nim wyżył i nie oszczędził też pozostałych pracowników. Nie chciał do ich grona dołożyć swojego gościa, ale ten sam się o to prosił.
– Po prostu, jeżeli masz jakieś problemy to może mógłbym pomóc.
Odwrócił się do Domenico ze wściekłym wyrazem twarzy i emocjami, nad którymi dzisiaj nie panował.
– Jak mógłbyś pomóc?! Co ty wiesz o problemach?! Jeździsz sobie na wycieczki drogim samochodem, jesteś beztroski, robisz te głupie zdjęcia i sądzisz, że świat jest pełen barw! – krzyknął. Nie umknęło mu to, że Salieri cofnął się o krok, jakby jego słowa uderzyły go zbyt mocno. Nie obchodziło go to. – Coś ci powiem, tak nie jest. Życie potrafi być do dupy. W jednej chwili może się wszystko zawalić, ale tacy jak ty gówno wiedzą!
Tym razem Domenico nie chciał uciec. Nawet podszedł bliżej i syknął:
– Nie oceniaj mnie, bo mnie nie znasz. To, że chcesz się wyżyć w żaden sposób nie usprawiedliwia tego co mówisz. Sądzisz, że nie wiem jakie może być życie, jaka może być rodzina i nie czuję w sobie żadnego bólu? Mylisz się człowieku. Nie jesteś jedynym, który przechodzi przez piekło. Tylko ja nie zadaję nikomu bolesnych ciosów w przeciwieństwie do ciebie! Ty to robisz z premedytacją, bo chcesz, aby inni cierpieli razem z tobą!
– Jaki ty jesteś mądry! Psychoanalityk się znalazł, cholera jasna! Wiesz co ja czuję?! Jakby mi ktoś wyrywał serce kawałek po kawałku. – Paolo przyłożył dygoczącą dłoń do piersi. – Ten ktoś robi to starannie, powoli, by w końcu zadać ostateczny cios. Zabija mnie na raty, więc nie pieprz mi głupot, że cokolwiek o tym wiesz!
Jeszcze przed chwilą Domenico chciał się z nim kłócić, wyrzucić mu swoje racje, lecz teraz zadziałał po prostu automatycznie. W dwóch krokach był przy Paolo, który zanim się zorientował co się dzieje był już przytulany.
– Ja też… Ja też, wiem jak to jest, kiedy ktoś chce wyrwać ci serce – szepnął Domenico mocno trzymając mężczyznę przy sobie.
Do momentu, zanim nie poczuł otaczających go ramion, a potem wypowiedzianych słów, Paolo nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebuje czyjejś bliskości. Nie pamiętał kiedy ostatni raz ktoś go przytulał. Teraz okazało się jak mocno tego potrzebuje. Podniósł ręce by owinąć je wokół pleców przytulającego go mężczyzny, dającego mu coś w rodzaju bezpieczeństwa. Do tej pory sądził, że tonie, a Salieri rzucił mu siebie jako boję ratunkową. Wcisnął nos w jego szyję i cała złość powoli ulotniła się pokazując rozmiar zniszczeń, które wywołała. Po wszystkim pozostał tylko bezgraniczny smutek i żal jaki czuł do ludzi, chcących odebrać mu dziecko. Jęknął czując się słabym jak nigdy wcześniej i mocniej ścisnął Domenico, pragnąc by ten go trzymał.
– Chcą mi wszystko odebrać. Chcą zabrać mój dom, Amare, a najbardziej boli to, że chcą mi odebrać moją córeczkę – powiedział cicho.
Nie tego Domenico spodziewał się usłyszeć, kiedy Paolo wypowiedział swoje słowa. DiCarlo miał córkę. To w pierwszej chwili go zszokowało, bo sądził, że mężczyzna był homoseksualistą, ale przecież to się zdarzało. Potem po prostu przyjął tę wiadomość do świadomości, traktując ją jako coś wyjątkowego. Zawsze chciał mieć dzieci i wiedział, że to nigdy nie będzie możliwe. Najmocniej jak mógł, trzymał kucharza przy sobie i odwróciwszy twarz ucałował go w szyję. Dopiero kiedy Paolo drgnął Salieri uświadomił sobie co zrobił. Mimo tego nie odsunął się obejmując go nadal i dając mu siły, jakiej mężczyzna potrzebował. Sam też z tego czerpał, bo dobrze było trzymać kogoś w ramionach. Tak dobrze, że mógł się w tym zatracić.
– Opowiedz mi o tym – szepnął. – Kto chce ci ją zabrać?
Paolo zacisnął powieki ukrywając pod nimi oczy pełne łez. Rozpadał się właśnie tuląc obcego człowieka i nie miał pojęcia jak się z tym czuć. Nawet nie chciał tego rozważać. Dlatego po prostu przyjął to, że było mu dobrze. Nie mógł jednak tak wiecznie stać. Powoli odsunął się od mężczyzny bardziej zakłopotany swoimi łzami, które szybko otarł nie patrząc na niego, niż swoim wcześniejszym wybuchem. Odwrócił się do produktów, które wyjął z lodówki i zastanawiał się co z nich chciał zrobić. Oparł dłonie na marmurowym blacie zaciskając palce na brzegu. Rozluźnił je wtedy kiedy poczuł dłoń na swoich plecach, a potem usłyszał ciepły głos stojącego obok niego Domenico.
– Paolo, opowiedz mi o tym.
– Nie wiem od czego zacząć.
– Może od tego, że masz córkę.
DiCarlo kiwnął głową, ale zanim zaczął mówić, sięgnął do górnej, oszklonej szafki po kieliszki. Postawił je na stole, a potem wyjął z lodówki wino. Otworzył je i napełnił szkło. Butelkę postawił obok, mając ochotę wypić całą jej zawartość.
– Moją córkę spłodziłem mając dziewiętnaście lat. – Wziął kieliszek w dłoń, kiedy obaj usiedli naprzeciwko siebie. – Byłem młody, głupi, nie do końca wiedziałem czego chcę. To znaczy bardziej ciągnęło mnie do facetów, ale tak jak inni chciałem być… jak to się mówi, normalny.
– Jesteś normalny – powiedział Domenico chcąc wyciągnąć dłoń i położyć swoją na jego.
– Wtedy tak nie sądziłem. Z Maristellą chodziłem razem do klasy. Wiedziałem, że jest we mnie zakochana, więc kiedy skończyliśmy szkołę zacząłem się z nią umawiać. Wcześniej miałem chłopaka, ale go zostawiłem – mówił wpatrując się w do połowy pusty kieliszek. Palce trzymał owinięte na cienkiej nóżce skupiając się na tym, by spokojnie wszystko opowiedzieć. Tak jakby cała sytuacja nie dotyczyła jego, tylko kogoś innego. – Ona nie posiadała się ze szczęścia. Szybko poszliśmy do łóżka. Była bardzo namiętna, ale ja… Cholera, ja musiałem myśleć o tym co robiłem ze swoim chłopakiem, żeby móc dojść. Spotykaliśmy się dwa miesiące, kiedy zdarzyło nam się nie zabezpieczyć. Maristella zaszła w ciążę. Byłem wtedy taki szczęśliwy. Nawet nie wyobrażasz sobie co czułem, kiedy się o tym dowiedziałem. – Ręka mu drżała, kiedy podniósł kieliszek i wypił resztę jego zawartości. – Przez resztę ciąży opiekowałem się nią. Dałem jej wszystko. Jej rodzice chcieli zmusić mnie do ślubu, ale się nie zgodziłem. Nie chciałem być mężem Maristelli, ona też nie planowała tak wcześnie brać ślubu. Byliśmy za młodzi na cokolwiek. Nawet na dziecko, ale przydarzyło się, więc chciałem być dobrym, odpowiedzialnym ojcem.
Domenico nalał Paolo kolejny kieliszek wina. Nic nie mówił, nie pytał. Po prostu słuchał.
– Przez kolejne miesiące żyłem w euforii. Ciąża, potem poród i chwila kiedy wziąłem po praz pierwszy córkę na ręce. – Nie powiedział tego, ale w tamtym momencie płakał z radości. Nie potrafił się uspokoić, bo na świecie pojawiło się dziecko, stworzone z jego krwi, z jego genów. Coś czego nikt mu nie odbierze. Tak wtedy sądził. – Spotykałem się z Maristellą przez kolejny rok. Z czasem nawet namówiła mnie do wzięcia ślubu. Zgodziłem się, ale już wiedziałem, że robię źle. Lubiłem ją i nie chciałem, aby była z kimś kto nic do niej nie czuje. Nawet jej nie pragnie. Nie dotknąłem jej od kiedy urodziła. Wcześniej też unikałem zbliżeń. Cierpiała, ale chciała być ze mną. Ja powoli zaczynałem czuć się jakbym znalazł się w pułapce. Chciałem córkę, ale nie chciałem jej matki. Poza tym w tamtym czasie ktoś pojawił się w moim życiu. Słodki chłopak, który sprawił, że poczułem jak to jest naprawdę kogoś pożądać. Wyczekiwać spotkania z tą osobą. Miałem dwadzieścia jeden lat i ponownie żyłem. Dlatego powiedziałem matce mojego dziecka, że nie chcę z nią być. Wydawało mi się, że przyjęła to normalnie. Z czasem i ona sobie kogoś znalazła. Ale w chwilach kiedy przyjeżdżałem po córkę widziałem żal i złość w jej oczach. To z czasem przerodziło się w nienawiść. Mijały lata, a ona i jej rodzice powoli odsuwali mnie od Gianny. Tak ma na imię moja córka – wyjaśnił. Zrobił małą przerwę, by ponownie się napić. Odstawił kieliszek na stół i dopiero w tej chwili spojrzał w oczy Domenico. – Nienawiść Maristelli do mnie jest tak duża, że chce mi małą odebrać. Ona i jej mąż. Dużo od niej starszy, obślizgły typ. Najpierw poszła do sądu i zakazano mi zabierać małą co weekend. Dano mi dwa weekendy w miesiącu. Z czasem zrobił się tylko jeden. Nie mogłem zabierać jej na wakacje. Dzwonić do niej kiedy chciałem. Maristella przy ludziach powiedziała, że nie da dziecka pedałowi.
Domenico zazgrzytał zębami mając ochotę odnaleźć tę kobietę i przemówić jej do rozumu. Za dobrze znał takich ludzi.
– Ja wiem, że to przez to w jaki sposób ją odrzuciłem. Może zniosłaby inną kobietę, ale nie mężczyznę. Dla niej jestem obrzydliwy. A jej mąż tylko podkręca tę nienawiść.
– Kim jest jej mąż? – zapytał Salieri.
– Właścicielem banku, z którego przychodzą do mnie ponaglenia o spłatę kredytu. Facet jest dupkiem, który uwziął się na mnie. To dzisiaj się z nim spotkałem i powiedział mi, że odbiorą mi prawa do Gianny.
Domenico wyciągnął rękę i położył na leżącej swobodnie na stole dłoni mężczyzny. Ta wyraźnie drżała, więc ścisnął jego palce mocniej.
– Nikt ot tak nie ma prawa zabrać ci praw do córki. Ile ona ma lat?
– W tym roku skończyła dwanaście.
– To już duża dziewczynka. Ona też ma prawo głosu w sprawie tego czego chce.
– Facet ma pieniądze. Dużo pieniędzy. One zrobią wszystko i nie będzie się liczyć to czego chce Gianna i czy jest coś niemożliwe. Każdy prawnik w tym mieście i sędzia siedzą u niego w kieszeni. Ja nie jestem w stanie walczyć, bo nie mam czym. Sama miłość do dziecka nie wygra. Nawet przestałem spotykać się z facetami, byle tylko nie mieli…
– Paolo, nie tędy droga. Z takimi ludźmi trzeba walczyć, a nie rezygnować z siebie. Gianna to twoje dziecko i nie ma znaczenia z kim sypiasz. Nie krzywdziłeś jej, nie robisz tego. To oni to robią.
– Jak mam to wytłumaczyć przed sądem? Nikt mi nie uwierzy – powiedział z rezygnacją. Wysunął dłoń spod tej drugiej i przeczesał włosy. – Ludovico Salerno chce mi odebrać wszystko i nie wiem dlaczego.
– No właśnie, o co chodzi z tymi kredytami?
– Nie wziąłem żadnego. Moja zmarła babcia wzięła jakiś kredyt na rozbudowę Amare. Chciała kupić drugą część budynku i zrobić z naszego małego bistro restaurację. Podzielałem jej pragnienia, ale wiedziałem, że to nie może być takie proste. Wzięła kredyt, a potem zginęła w wypadku. Jej samochód zjechał z drogi do morza. Utonęła. – Wciąż było mu trudno o tym mówić, więc zamilkł na chwilę i głęboko odetchnął. – Jej dług przeszedł na mnie – kontynuował. – Podobno ze spadkiem odziedziczyłem i to. Dobra, w porządku. Tylko nie mam pieniędzy, które wzięła… Nie mogę nic zrobić. Spłacam regularnie raty.
– Czekaj. – Domenico wstał i zaczął chodzić po kuchni. – Nie wzięła pieniędzy, a ty spłacasz raty? Wiesz jaka to suma?
– Pieniądze miały wpłynąć na jej konto. Miałem upoważnienie i sprawdziłem je. Było i jest puste. Widziałem tylko umowę z bankiem. Dokładną listę rat, które co miesiąc musiała spłacać. Ledwie mnie na to stać. – Nalał sobie kolejny kieliszek wina.
– Czyli wzięła dużą sumę. Coś czego nigdy nie otrzymaliście. Co jest zastawem za niespłacenie kredytu?
– Mój dom i Amare. Do końca miesiąca muszę oddać całą sumę inaczej zamieszkam pod mostem. – Pochylił głowę i chwycił się za włosy próbując je sobie wyrwać. – Ale to się nie liczy, bo kiedy nie będzie ze mną córki, wolę umrzeć.
Ktoś na miejscu Domenico powiedziałby, żeby Paolo nie dramatyzował, ale nie on. On po prostu podszedł i przytulił jego głowę do siebie. To był tak naturalny gest, że nie myślał nad tym co robił. Po prostu czuł, że to jest dobre. Wyobrażał sobie co musi czuć ktoś, komu odbierają dziecko, które kocha najbardziej na świecie. Nigdy tego nie przeżył, ale wizualizacja tego nie była trudna. Szczególnie kiedy wcześniej DiCarlo opisał jak się czuje.
– Gdyby tego było mało, to nie umiem zarządzać Amare – mówił Paolo jakby nie był świadomy, że właśnie trzyma głowę opartą o brzuch Domenico. – Tracę na tym. Jest coraz gorzej. Umiem gotować, nie znam się na papierkach. Dostawcy żądają ode mnie zapłaty za swój towar, a ja się pogubiłem. Jestem na to wszystko za głupi. Giovanna próbuje mi pomóc, ale też się na tym nie zna. Do takich rzeczy miała głowę tylko stara, dobra Irene. Aczkolwiek może nie do końca, bo nie podpisałaby umowy, która była korzystna tylko dla banku.
– Umowy kredytowe przeważnie takie są. To bank ma korzystać, nie klient. – Pochylił się i ucałował czubek głowy Paolo. – Podejrzewam, że została oszukana. Ty również.
DiCarlo odsunął się i spojrzał w górę na mężczyznę.
– Nawet jeżeli, to już za późno na cokolwiek. W ciągu dwóch tygodni nie da się nic zrobić. Nawet mnie na to nie stać.
– Dwa tygodnie to dużo – odpowiedział zamyślony Domenico. Podszedł do okna za którym rozciągała się ciemność. Nie miał pojęcia jak długo rozmawiali, ale nie obchodziło go to. Teraz po głowie chodziło mu coś innego.
Paolo prychnął i dopił wino.
– Nie mów, że jesteś prawnikiem i cudotwórcą, bo nie uwierzę. – Wstał zabierając ze stołu pustą butelkę po winie i schował ją do szafki pod zlewem. Z lodówki natomiast wyjął kolejną i otworzył. Potrzebował dużo, aby poczuć skutki alkoholu i żałował, że w domu nie ma nic innego.
– Nie jestem. Za to mogę ci pomóc w Amare.
– Będziesz gotował? – zakpił kucharz, który pragnął się upić i na chwilę zapomnieć o problemach.
– W moim dawnym życiu byłem restauratorem. Należę do rodziny, która ma sieć najlepszych restauracji w Rzymie i nie tylko. Jedną zarządzałem. – Odwrócił się, a ciemne oczy przyglądały mu się badawczo. – Możesz sprawdzić w Google kim jest Domenico Salieri. Takim ktosiem kto odkrył przed światem, że woli mężczyzn. To nie spodobało się jego rodzinie i wykopała go zabierając mu wszystko. Powiedzieli, że Domenico dla nich umarł. Dzień wcześniej zostawił go facet, dla którego się ujawnił, bo nie chciał żyć w kłamstwie. Rodzina Salierich zapłaciła mu, by odszedł. Wolał kasę, nie mnie. Tak jak rodzina, która wolała moją śmierć niż ciotę w swoim idealnym drzewie genealogicznym. Ty dla swojej córki zrobiłbyś wszystko. Moi rodzice dla mnie nie zrobiliby nic.
– Kurwa – wymsknęło się kucharzowi.
– Idealne słowo obrazujące całą sytuację. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. – Zbliżył się do Paolo i wyjął mu z dłoni pusty kieliszek. Zaplótł ich palce razem czując się tak, jakby po raz kolejny robił coś właściwego. – Za to mogę pomóc tobie. Chętnie to zrobię.
– Ale Amare to…
– To najlepsze miejsce w jakim byłem. Poza twoim domem. Nawet we własnym nigdy nie mogłem być sobą. Tutaj mogę. Pozwól mi sobie pomóc, Paolo.
DiCarlo spojrzał w dół na ich złączone dłonie, a potem w szare oczy, których właściciel czekał na odpowiedź. Paolo nie lubił prosić. To było ostatnie o czym zawsze myślał i uciekał od tego. Niestety nie mógł tak dłużej trwać, bo naprawdę potrzebował pomocy, chociaż nie wierzył, że jest sens cokolwiek ratować. Miał tylko trzynaście dni, a potem zabiorą mu wszystko.
– Paolo, pozwól mi sobie pomóc. Dobrze?
Kucharz skinął głową próbując nic nie mówić, bo nie był pewny czy wydobyłby z zaciśniętego gardła jakikolwiek głos.
– Świetnie. Jutro od rana zaczynamy. – Salieri uśmiechnął się do kucharza, który zapytał:
– Jak to robisz, że jesteś w stanie się śmiać?
– Po prostu nie mogę pozwolić na to, aby odebrali mi radość – odpowiedział odsuwając się od mężczyzny, by nalać im jeszcze wina.
Tej nocy, może godzinę później, może dwie, Domenico czasu nie liczył, bo ważniejszy był telefon, który chciał wykonać. W chwili kiedy przekroczył próg swojego pokoju wyciągnął komórkę, której nie używał od ucieczki z Rzymu. Co jakiś czas tylko go ładował, by mógł zadzwonić kiedy poczuje potrzebę. Ta potrzeba nadeszła. Bateria była do połowy pełna, więc włączył telefon. Chwilę trwało zanim urządzenie były gotowe do użytku, ale to dało czas Salieriemu na jeszcze jedno przemyślenie tego, co miał zamiar zrobić. Droga była tylko jedna.
Zignorował wiadomości, które nadeszły hurtem poza jedną. Właśnie do osoby, która nawet wczoraj próbowała się do niego dodzwonić, miał sprawę, z którą nie chciał czekać do rana.  Z bistro sam sobie poradzi. Za to z całą resztą, która wisiała nad Paolo niczym topór kata nie dałby rady. Na szczęście znał kogoś kto potrafił czynić cuda, w które nie wierzył właściciel tego domu.
Nacisnął na oddzwoń przy imieniu odpowiedniej osoby i przystawił telefon do ucha. Po kliku dzwonkach połączenie zostało odebrane i odezwał się zachrypnięty głos.
– Domenico?
– Przepraszam, że cię budzę, ale potrzebuję twojej pomocy.

4 listopada 2018

Ucieczka do Limare - Rozdział 4

Dziękuję za komentarze. :)



Targ mieścił się w zachodniej części miasteczka. Niedaleko wybrzeża, z którego dolatywał dźwięk szumu morza. Nie przebijał się jednak tak wyraźnie, kiedy sprzedający zaczęli nawoływać klientów zachwalając swój towar. Inni natomiast zachowywali ciszę, ale za to przyciągali wzrok wystawionymi owocami oraz warzywami. Na niektórych straganach można było dostrzec też ryby obłożone lodem. Domenico nie znał się na gatunkach, więc żadnego nie rozpoznał. Zresztą wolał ominąć takie kramy. Nie znosił ryb. Niezależnie w jakiej formie by je serwowano, unikał wszystkich owoców morza. Zdecydowanie wolał jeść to co chodzi po ziemi lub w niej rośnie.
Przez cały czas towarzyszył Paolo obserwując jak mężczyzna robi zakupy. Oglądał każdy owoc, każde warzywo zanim zdecydował się je kupić. Kupcy chyba nie mieli nic przeciw temu, a niektórzy nawet zwracali się do niego po imieniu, doskonale znając właściciela Amare.
– Zebrałem je wczoraj. Moja najlepsza odmiana – mówił kupiec opowiadając o brzoskwiniach. – Lepszych nie znajdziesz. Są słodkie i soczyste.
– Jeszcze się nie zawiodłem na twoim towarze. Coś mi się wydaje, że dzisiaj będzie u mnie królować ciasto z brzoskwiniami. – Paolo spojrzał na Domenico i rzucił mu jeden z owoców. Uśmiechnął się kiedy mężczyzna złapał go bez żadnych problemów. Potem kupił siatkę dorodnych brzoskwiń i przeszedł do kolejnego straganu.
Tymczasem Domenico otarł brzoskwinię o koszulkę i ugryzł kawałek. Słodki smak rozlał się na jego języku i mężczyzna niemalże zamruczał. Sok z owocu spłynął mu po ustach i przyłożył do nich wierzch dłoni, aby go wytrzeć.
– Prawie zachlapałem koszulkę. Naprawdę są soczyste.
– Mhm. Dlatego je u niego kupuję. Myślę żeby zrobić na śniadanie rogaliki z nimi. Filiżanka gorącego espresso i słodkie cornetto[1]. Co powiesz na takie śniadanie? – zapytał Paolo docierając do straganu z warzywami. Miał pomysł na kilka nowych przepisów i chciał je dzisiaj wypróbować.
– Brzmi smakowicie. Jeżeli będę mógł prosić o dwa rogaliki, to chętnie wpadnę. – Nie ukrywał, że był łasuchem.
– Możesz dostać i trzy. Jakie plany masz do tego czasu? – DiCarlo zatrzymał się przy kramie, oczami skanując to, co było przygotowane do sprzedaży. Od dawna nie czuł się tak dobrze. Jakby nie wisiały nad nim żadne czarne chmury. Po prostu obudził się i wszystko było jakieś inne. Miał wrażenie, że po ponurych, deszczowych dniach, w jego życiu wzeszło słońce. W ostatnich tygodniach poranki były najgorsze, bo ledwie otwierał oczy i już rozmyślał o tym co złego go dzisiaj spotka. Każdy rachunek, każda koperta z czerwonym napisem z banku, to były jego coraz poważniejsze koszmary. Za to dzisiaj, tuż po tym jak uniósł powieki jego jedyną myślą, było to, że nie jest w tym dużym domu sam. W pokoju obok spał mężczyzna, o którym myślał kiedy zasypiał. Rano tak dobrze było zobaczyć jego twarz. Na tyle dobrze, że wziął go na zakupy i w dodatku zaproponował śniadanie. Dlatego nie wątpił, że to właśnie dzięki Domenico jego dzień zaczął się tak dobrze. O tym, że koło południa to się zepsuje wolał nie myśleć.
– Pospaceruję po mieście. Zrobię zdjęcia. Jest tak ciepło, spokojnie, sennie. – Rozejrzał się wokół nie zwracając uwagi na to, że Paolo się w niego wpatruje. – Podoba mi się tutaj. Cieszę się, że tu dotarłem. – Odszedł kawałek zahipnotyzowany widokiem morza, które rozbijało się o skały w oddali. – Dla takich widoków można zrobić wszystko.
Paolo nie potrafił oderwać oczu od mężczyzny i jego fascynacji czymś, czego tutejsi mieszkańcy już nie dostrzegali i nie doceniali. Zastanawiał się czy powinien spojrzeć na swoje miasteczko i okolice, które otaczały Limare oczami Domencio. Zaczął zazdrościć mu tej radości, naturalności, tego, że potrafił cieszyć się czymś tak zwykłym jak widok morza, które właśnie fotografował. Wydawał się taki rozluźniony, kiedy zajmował się swoją pasją. Lekki wiaterek powiewał jego koszulą oraz nogawkami spodni, kasztanowymi włosami. Wydawał się Paolowi czymś zjawiskowym, niezwykłym, czymś co pojawiło się w jego życiu, by potem zniknąć niczym mara. Na samą myśl o tym żołądek mu się ścisnął. Położył dłoń na brzuchu, mając ochotę skulić się z bólu, który nie był bólem fizycznym. Wszystko przez to, że nie chciał, aby zniknęło światło, które wkroczyło do jego życia zaledwie wczoraj. Z początku nie chciał go w swoim domu, ale potem wszystko się zmieniło.
Salieri odwrócił się z aparatem w dłoni dostrzegając wpatrzonego w niego Paolo. Uśmiechnął się szeroko i zrobił mu zdjęcie. Potem roześmiał się, kiedy mężczyzna pokazał mu środkowy palec. Naszła go ochota, by go za niego chwycić i pociągnąć w swoją stronę. Pewnie by się przed tym nie powstrzymał, gdyby nie stali tak daleko od siebie. Co było dobre, bo znał siebie. Mógłby zrobić za dużo, a przecież nie przyjechał tu szukać miłosnych wrażeń. Potrzebował odpocząć po swojej ucieczce. Paolo nawet nie domyślał się jak pragnął spokoju, rutyny i odnalazł je właśnie w jego domu. Najchętniej to zostałby w nim na zawsze. Kiedy wczoraj usiadł pod zadaszonym tarasem, słuchając szumu morza, śpiewu ptaków odniósł wrażenie, że nareszcie odnalazł swoje miejsce na ziemi. Dlatego kiedy zasypiał, zadał sobie jedno, ważne pytanie. Czy pozostanie tutaj byłoby takie złe? Mógłby wynająć jakiś niewielki domek, najlepiej poza miastem i żyć tym razem tak jak tego chciał.
– Powiedziałem, że nie jestem fotogeniczny – odezwał się DiCarlo, a jego oczy błyskały figlarnie, co jasno mówiło, że podobała mu się atencja Domenico.
– Jesteś. W końcu w to uwierzysz. – Podszedł do niego i zapytał: – To co jeszcze kupujemy?
Paolo drgnął przypomniawszy sobie, że znajdują się na bazarku, a pomimo wczesnego poranka coraz więcej ludzi schodzi się na zakupy.
– Kupujemy. Tak. Kupujemy – szepnął do siebie pod nosem mając ochotę śmiać się z samego siebie. Jeszcze nie zdarzyło mu się tak zapomnieć, ale po chwili stwierdził, że to nie było takie złe.

*

Paolo kończył piec rogaliki, kiedy do pracy przyszła Giovanna. Od samego początku mu się przypatrywała, a on modlił się w duchu, żeby tylko nie zaczęła zadawać pytań. Jego modlitwy nie zostały wysłuchane, bo po tym jak przebrała się w krótką, szarą spódniczkę i białą bluzkę, pojawiła się w kuchni od progu zadając pierwsze z wielu pytań jakie chodziły jej po głowie. Korzystała z tego, że pozostali pracownicy będą dopiero za pół godziny.
– Jak się ma twój gość? Nie pozbyłeś się go chyba, co? Przystojny, sympatyczny facet. Wczoraj miałeś ochotę mu łeb ukręcić. – Nie odpowiadał, tylko popatrzył na nią zagniatając ciasto na małe pizze. – Nie mów… A pozbyłeś się jego ciała?
Wbił pięść w ciasto i spuścił głowę próbując nie wydobyć z siebie śmiechu, ale to było naprawdę trudne. Miał ochotę walnąć ją tym ciastem, ale byłoby go szkoda, bo jeszcze chwilę i będzie gotowe.
– Może lepiej przygotujesz salę i sprawdzisz czy nasz barista pojawi się punktualnie. – Większego spóźnialskiego nie było w jego życiu, ale trzymał chłopaka, bo robił najlepsze kawy na świecie i lubił go. Do tego miał talent do ich ozdabiania pokazując swoją artystyczną duszę. Poza tym Ivo jak nikt inny potrzebował tej pracy.
– Na to nie licz. Pewnie znów siedzi na brzegu i rysuje. Romantyczna dusza z niego.
– A ja potrzebuję tej jego romantycznej duszy za barem, by robił kawę.
– Odwracasz moje myśli na całkiem inne tory. Co zrobiłeś z Salierim?
Przewrócił oczami wkładając ciasto do miski, aby wyrosło. Potem nadal milcząc poszedł umyć ręce ciesząc się z tego, że kuzynka umiera z ciekawości. W końcu ją zaspokoił mówiąc:
– Żyje. Obaj doszliśmy do wniosku, że byłby problem z jego trupem.
– Do morza go i już. – Zaśmiała się.
– Wypłynąłby prędzej czy później. – Mrugnął do niej, kiedy uderzyła go w ramię. – Za duży kłopot. No, chyba że doczepiłoby się do niego naprawdę olbrzymi głaz… – Zmarszczył brwi, kiedy kobieta wybuchła śmiechem.
– Lubisz go. W dodatku masz dobry humor. Nie burczysz pod nosem. Wracasz dawny ty.
– Dlatego go niczym nie psuj. Nie pytaj o listy, o nic. – Pochylił się i cmoknął ją w policzek. – O nic – zaznaczył.
Patrzyła na kuzyna jakby był kimś kogo nie widziała od bardzo dawna i poczuła jak do oczu napływają jej łzy. Zamrugała szybko, by je odgonić. Nie pytała, ale wiedziała, że to dzięki Domenico jej stary kuzyn wrócił. Miała nosa, by namówić Paolo na wynajęcie mu pokoju.
– Nie stój tak kobieto, pracuj. I zadzwoń do Ivo. Ma tu przytargać swój tyłek do śniadania. – Umył pomidorki koktajlowe i zaczął je kroić na połówki. Sprawdził też oba piekarniki w których piekł się placek brzoskwiniowy. Zostało jeszcze kilka owoców, które zamierzał zabrać do domu, by mogli z Domenico spałaszować je wieczorem.
– Dobra, już dobra. Miło widzieć cię takiego. – Niemalże tanecznym krokiem udała się do swoich obowiązków.
Niedługo potem przyszli pozostali pracownicy od razu zabierając się do pracy. Każdy wiedział co ma robić. Poinformował ich tylko co podadzą w porze obiadowej, która przypadała na godziny od dwunastej do trzynastej trzydzieści. Akurat w czasie kiedy go nie będzie. Drugi kucharz Enrico był bardzo dobry w swoim fachu i Paolo mu ufał. Tak samo jak dwóm pomocnikom, Livio i Sergio. Nie wątpił w żadnego z nich i cała trójka doskonale zajęłaby się Amare, kiedy chciałby dzień lub dwa wolnego, ale od dawna nie zdarzyło się, by miał takie potrzeby. Poza tym uwielbiał gotować i kochał to miejsce, które nazywał drugim domem. Szkoda tylko, że za niedługo może ten dom stracić i nie miał pojęcia co robić. Jego dobry humor na tę myśl wypalił się. Na szczęście nie na długo, bo kiedy przyszła pora śniadania z niecierpliwością oczekiwał Domenico.
Mężczyzna jakby zwołany jego myślami, chwilę później przekroczył próg Amare. Zdjął przeciwsłoneczne okulary i trzymając je w dłoni rozejrzał się po pomieszczeniu. Zamierzał zjeść na dworze w ogródku, ale koniecznie chciał się przywitać z kucharzem. Dzisiaj zjawił się o odpowiedniej porze, bo w lokalu było już kilkoro ludzi, którzy jedli śniadanie, a za barem stał barista, który w skupieniu pochylał się nad filiżanką kawy i coś rysował. Chłopak nie miał więcej jak dwadzieścia lat, był szczupły, dorównywał mu wzrostem. Miał na sobie strój pracowniczy i ciężko było stwierdzić w co lubi się ubierać, za to włosy miał interesujące. Po prawej stronie od czubka były dłuższe, zakrywając ucho i całkowicie białe, a po lewej bardzo krótkie, ostrzyżone maszynką i czarne. Na lewym uchu znajdowało się kilka srebrnych kolczyków, a kiedy chłopak wyprostował się, w jego lewej brwi odkrył dwie małe kuleczki. Twarz miał szczupłą, piękną, z ładnie wyrzeźbionymi kościami policzkowymi.
Podszedł do niego chcąc zamówić espresso i zaciekawiony zajrzał co tam też za arcydzieło tworzy chłopak. Zawsze podziwiał tych, którzy potrafili malować mlekiem po kawie. Na tej rozkwitał tulipan, którego płatki rozchylały się na boki.
– Aż szkoda to ruszyć – powiedział Domenico.
Chłopak uniósł na niego spojrzenie. W dłoni trzymał wykałaczkę, którą rysował wzór po spienionym mleku.
– Dziękuję. To najprostszy rysunek. Robiłem go już na samym początku gdy zacząłem pracować jako barista.
– Zawsze podziwiałem coś takiego. To wszystko powstaje z mleka? – zapytał z zainteresowaniem. Przyglądał się oczom młodzieńca, których rzęsy były podkreślone czarnym tuszem.
– Mleko dla baristy jest niczym farba dla malarza. A zarazem farba nie sprawi tyle problemów co mleko, które potrzebuje idealnej konsystencji, by powstawały te mini dzieła sztuki. – Podał klientowi jego napój, a potem zwrócił się do Domenico: – Co panu podać? Klasyczną espresso, a może cappuccino, caffe latte, cafe macchiato, marocchino, latte macchiato con cafe czy jeszcze inne smakowitości. Wybór duży, przygotuję wszystko – mówił z wielką radością, jakby praca, która wykonywał była dla niego czymś najwspanialszym na świecie.
– Ivo to nasz mistrz – odezwała się Giovanna stając przy Domenico. – Nasz artysta.
– Właśnie widzę. Ja poproszę… Coś z czym podasz mi swoje mini arcydzieło. Zrób mi niespodziankę.
– Z przyjemnością. – Chłopak odwrócił się do ekspresu za sobą, a Giovanna powiedziała do Domenico:
– Usiądź przy stoliku. Przyjdzie do ciebie.
Nie musiał pytać o kogo chodzi. Skinął jej głową i dodał, że usiądzie na dworze. Wyszedł i zajął jeden z wolnych stolików, tuż pod drzewem na którym ktoś zawiesił owalne lusterko. Przeglądał zdjęcia na aparacie delektując się ciszą, kiedy postawiono przed nim filiżankę kawy z rysunkiem łabędzia. Tak majestatycznego, że po raz kolejny Salieri upewnił się, że takie kawy są po to, aby je podziwiać, a nie pić.
– Polubił cię – stwierdził Paolo zajmując drugie krzesło.
– Kto?
– Ivo. Łabędzie rysuje tylko dla ulubionych klientów. Czymś zdobyłeś jego serce. – Obok kawy postawił talerzyk z cornetto.
– Pochwaliłem jego dzieła. To wszystko. Nie zjesz ze mną? – zapytał dostrzegając, że DiCarlo nic dla siebie nie przyniósł.
– Nie mam czasu. Mam dzisiaj ważne spotkanie i muszę wszystko przygotować do obiadu. Jedz. Wczorajszy rogalik był inny niż ten. A wracając do Ivo, to dobry dzieciak. Skręciłby mi kark, gdyby się dowiedział jak go nazywam. Pochwal go jeszcze, to może znów narysuje dla ciebie łabędzia. –Wstał, już mając ochotę usiąść ponownie.
Domenico zareagował szybko i zrobił Paolo kolejne zdjęcie.
– Jeszcze ci się to nie znudziło? – spytał właściciel Amare, przypominając sobie moment, w którym o mało co nie pocałował Salieriego. Tuż po tym jak mężczyzna zrobił mu zdjęcie.
– Jesteś bardzo ciekawym obiektem. Nie, nie znudzisz mi się. – Sięgnął po filiżankę, a pijąc uniósł wzrok na oddalającego się kucharza, pragnąc by ten się obejrzał. Kiedy to zrobił Domenico nie posiadał się ze szczęścia.

*

Nadeszło południe, które Paolo chciał przywitać jak najpóźniej. Niestety godziny i minuty biegły za szybko i wziąwszy listy, które nie dawały mu spokoju, wszedł do banku. W środku było kilku klientów, którzy stali w kolejce przy otwartych okienkach do kas. On jednak ominął je wszystkie kierując się na koniec sali. Podszedł do jednego ze stolików przy którym siedział młody mężczyzna w garniturze i powiedział:
– Jestem umówiony z właścicielem tego przybytku. Gdzie go znajdę?
– Pan DiCarlo?
– Tak.
– Może pan porozmawiać ze mną. Pan Salerno…
– Nie będę z nikim rozmawiał, tylko z nim. Zadzwoń do niego i powiedz, że albo tu przyjdzie, albo ja wpadnę do jego biura. – Dobry nastrój z poranka całkowicie się ulotnił, pozostawiając go gburowatego i wściekłego.
– Tak, już się z nim skontaktuję. Może pan poczekać? – Wskazał na fotel, ale Paolo nie zamierzał siadać. Przyszedł tu tylko po jedno.
Poczekał aż mężczyzna zadzwoni do szefa i z tego co usłyszał, był mile widziany w jego biurze.
– Pan Salerno czeka na pana. Zaprowadzę pana do niego.
Zamierzał powiedzieć, że sam go znajdzie, ale w końcu to był bank. W niektóre miejsca nie mógł wejść ot tak sobie. Jeszcze by go o coś oskarżyli, a dość już miał z nimi problemów.
– Pan Salerno nie ma dużo czasu i prosi, aby wizyta przebiegła szybko.
– Oj, będzie bardzo szybka. Szybsza nie mogła by być – zironizował Paolo ściskając w ręku koperty.
Zaprowadzono go do biurowej części banku, gdzie za ostatnimi drzwiami w długim korytarzu znajdował się gabinet Ludovica Salerno. Największego dupka z jakim DiCarlo miał do czynienia. Sekretarka mężczyzny zapowiedziała go, a potem został wpuszczony do gabinetu pełnego przepychu. Samo stojące na środku rozległego pomieszczenia starodawne biurko, musiało kosztować tyle co jego Amare. Za nim siedział mężczyzna po pięćdziesiątce, wytworny, z posiwiałymi włosami po bokach, z dobrze przystrzyżoną brodą, orlim nosem i wąskimi ustami. Może ludzie się go bali, ale Paolo nie zamierzał zginać przed nim kolan. Podszedł do biurka, kiedy tylko sekretarka wyszła i rzucił koperty wraz z ich zawartością na blat.
– Sądzisz, że mnie tym przestraszysz? Spłacam każdą ratę, mam na to dowody i nic…
– Wraz ze śmiercią swojej babci jesteś winien nam od razu całą sumę. Tak było w umowie kredytowej. Raty nic ci nie pomogą – powiedział Salerno.
– Nie ja podpisywałem umowę!
– Ale ty byłeś jej spadkobiercą. Przejąłeś wszystko, w tym jej długi. Przykro nam…
– Przykro ci? – Oparł dłonie na biurku pochylając się do mężczyzny. Był tak wściekły, że wyobrażał sobie jak wyciąga w jego stronę ręce, a potem zaciska palce na jego szyi. – Tobie nie jest przykro. Od dawna miałeś chrapkę na wszystko. Nawet namówiłeś swoją żonę, by nie pozwalała mi spotykać się z moją córką.
– Pedał nie będzie wychowywał Gianny. Poza tym to moja córka.
– Ja jeszcze figuruję w dokumentach jako jej ojciec i ona mnie za takiego uznaje.
– Już niedługo. A co do długu…
Paolo nie zamierzał słuchać niczego co dotyczy kredytu. Bardziej go w tej chwili interesowało pierwsze zdanie. Zmarszczył brwi i warknął:
– Co powiedziałeś? Już niedługo? Co masz na myśli?! – Bankier nie musiał mu odpowiadać. Wystarczyło, że ten obślizgły gad na niego patrzył. Zrozumiał wszystko i poczuł się tak jakby ktoś go właśnie walnął obuchem w głowę. Ledwie ustał na nogach, kiedy uderzyła w niego świadomość, że chcą mu odebrać prawa do jedynego dziecka jakie miał. Chcą mu zabrać wszystko. Dom, który kochał, miejsce gdzie realizował swoją pasję gotowania i córkę, która była częścią niego. Kawałek po kawałku wyrywali mu z piersi serce. A on nie miał pojęcia dlaczego to robią.
– Masz czas do końca miesiąca. Po tym czasie wszystko przejmie bank. Co do Gianny to już nie jest twoja spawa. Tym się nie przejmuj.
– Po moim trupie dostaniesz moją córkę i mój dom! – krzyknął, potem odnajdując w sobie resztki sił wyszedł zanim zrobił coś, za co poszedłby za kratki na długie lata. Cały dygotał w środku. Trząsł się wewnątrz tak mocno, że gdyby tylko pokazał to innym, pomyśleliby, że zwariował lub jest chory.
Opuścił bank tak szybko jak to było tylko możliwe i wsiadł na skuter. Nie powinien prowadzić w takim stanie w jakim się znajdował, ale musiał tam pojechać. Dlatego odpalił silnik i ruszył wąskimi dróżkami w stronę dużego domu na przedmieściach. Biały, dwupiętrowy, ogrodzony wysokim murem budynek był domem jego córeczki, której nie widział od kilku tygodni. Mogli tylko rozmawiać przez telefon, a i tak nieczęsto. Jej matka nie pozwalała na to, a dziewczynka jej słuchała. Co innego miała zrobić dwunastolatka, która była zamknięta niczym słowik z klatce.
Parę razy próbował zobaczyć się z Gianną po jej zajęciach w szkole, ale zawsze ktoś po nią przyjeżdżał. Zabierali ją wtedy szybko od niego, jakby był kimś kto jej zagraża. Przecież w życiu by jej nie skrzywdził. Kochał swoje dziecko najbardziej na świecie. To dla niej zrezygnował ze spotykania się z mężczyznami, żyjąc jak mnich, by nikomu nie dać powodów do odebrania mu jej. Oni i tak chcieli to zrobić.
Zsiadł ze skutera opierając go na stopce. Chciałby tam wejść, ale w życiu go nie wpuszczą. Nie miał nadziei, że ją zobaczy. Dlatego tak bardzo ucieszył się, kiedy ujrzał ją stojącą przed domem i bawiącą się lalką.
– Gianna! Gianna! – krzyknął.
Czarnowłosa dziewczynka odwróciła się. Jej uśmiech rozjaśnił twarz i zaczęła biec do bramy krzycząc:
– Tatusiu!
Niestety nie udało jej się dobiec do ogrodzenia, chociaż nie znajdowało się ono tak daleko od domu, bo na jej drodze pojawiła się jakaś kobieta i ją zatrzymała chwytając za rękę. Mała pisnęła i zaczęła płakać, a Paolo mógł tylko próbować wyrwać gołymi rękami bramę by dotrzeć do córki.
– Puść ją! Robisz jej krzywdę!
– Niech pan odjedzie, bo wezmę policję – zawołała kobieta.
– Ale ja chcę do taty. – Tylko tyle udało mu się usłyszeć, zanim nie wciągnięto jej siłą do domu, a jemu krwawiło serce.
– Nie odbiorą mi ciebie – powiedział zaciskając palce na prętach. – Nie pozwolę na to. – Tylko miał problem, ponieważ nie wiedział co zrobić. Znał się tylko na gotowaniu. W innych sprawach był głupi. Nie znał żadnego prawnika. Poza tym, żeby cokolwiek robić trzeba mieć pieniądze. On nie miał nic. Żadnych możliwości, a w tej chwili i sił do walki.
Zrezygnowany oparł się plecami o mur i wpatrując się w niebo pomyślał dlaczego omijają go cuda.


[1] Rogalik/rożek z nadzieniem.