28 lipca 2014

Prezent od losu - Rozdział 2



Zapraszam na kolejny rozdział i bardzo dziękuję za komentarze.  :)


ROZDZIAŁ 2

Rozmowa z Jackobem trwała około dwóch godzin. Alfa sfory Langston był już doskonale poinformowany przez Daniela o sytuacji, więc nie musieli mu wszystkiego od nowa opowiadać. Jedynie Luis został zobowiązany, żeby odpowiedzieć na masę pytań. W tym czasie jakoś znosił kolejne dziwne zachowanie przyjaciela. Christian uśmiechał się pod nosem, gapił na niego i wyglądał, jakby coś analizował w głowie. Gdy już wyszli, chciał zapytać go, co się dzieje, ale trudno mu było to zrobić, kiedy podszedł do nich Dario z Justinem. Luis po raz pierwszy mógł obserwować ich razem. Tak wiele się nasłuchał o ich związku, że wydało mu się jakby znał tę parę na wylot. Pamiętał Justina jako nieśmiałego i strachliwego, a tymczasem przy boku partnera stał się pewnym siebie mężczyzną. Zaś Dario z kilkudniowym zarostem i niezwykłym błyskiem w oku wyglądał równie przystojnie jak dawnej. Czy on właśnie pomyślał o innym facecie, że jest przystojny? Jeszcze brakowało, żeby porównywał go do tego całego Alessio. I tak zdążył zauważyć, że w czasie rozmowy z Jackobem za dużo mówił o tym zmiennym.
– Przykro mi, Luis, że spotkały cię takie rzeczy – powiedział Dario. Obejmował partnera w pasie. Obaj byli elegancko ubrani i wyglądało na to, że gdzieś wychodzą.
– Uwierz, że mnie też. Szczególnie, że ktoś dybie na moje cudowne życie.
– Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – rzucił Christian mimochodem. Nie wytłumaczył o co mu chodziło, co tylko Luisa jeszcze bardziej zaciekawiło. – Gdzie to się udajecie, panowie?
– Dzisiaj świętujemy. Każda okazja dobra na to by pobyć ze sobą. Szczególnie jak ostatnio Dario miał tyle pracy, że widywaliśmy się jedynie w łóżku.
– Nie narzekałeś.
– No nie. Ale w związku nie chodzi tylko o seks. Prawda? – Justin puścił oczko gościom. – Dlatego wybaczcie, ale zobaczymy się, jak już nacieszę się wreszcie wolnymi dniami mojego partnera.
– Bawcie się dobrze.
Zażenowany rozmową o łóżku i samą sugestią, co Dario z Justinem mogli w nim robić, Luis pożegnał się z nimi, wyciągając przyjaciela z domu Langstonów. Mimo wszystko dobrze byłoby, jakby już wrócili do Arcadii. Chciał już wiedzieć, czy ten Alessio coś znalazł. W sumie nawet nie był pewny, że mężczyzna zajmie się tą sprawą tak od razu, ale wyglądał na bardzo zdeterminowanego by pomóc. W ogóle nie powinien interesować się kimś obcym, ale jak widać zmienni mieli to do siebie, że lubili pomagać.
Całą drogę do domu – razem z Christianem – wspominali stare czasy. Czasami tęsknił za tamtym beztroskim życiem dzieciaka i nastolatka. Chociaż biorąc pod uwagę Chrisa, to on zdecydowanie nie chciał wracać do tamtych czasów, kiedy mieszkał z ojczymem. Dlatego najwięcej rozmawiali o wspólnych wygłupach i szkole. Luis był starszy od Chrisa o dwa lata i wcześniej opuścił liceum, ale później przyjaciel dołączył do niego na studiach. Wiele ich łączyło. Dlatego w jakiś sposób oddzielili się od siebie, kiedy Christian związał się ze swoimi partnerami i chwilami Luisowi było ciężko, ponieważ jego przyjaciel mieszkał od niego bardzo daleko. Owszem, Luis mógł przyjeżdżać do nich, lecz obowiązki i życie sprawiały, że ciągle brakowało mu czasu. Szkoda, że odwiedził go dopiero gdy sam miał kłopoty.
Po dojechaniu na miejsce, wrócił do swojego pokoju i zdębiał. Na podłodze, stoliku i wolnych półkach stały kosze, ewentualnie wazony z kwiatami. Czerwone róże rozniecały duszący aromat przez co zaczęło mu się kręcić w głowie. Przesunął ręką po krótkich włosach.
– Luis masz tę maść? Trzeba ci zmienić opatrunek – powiedział Christian wchodząc do pokoju. – Co to jest?
– Kwiaty? O ile widzisz to samo co ja. Po tych lekach od tego waszego doktorka może mam jakieś opóźnione w działaniu halucynacje.
– Zdecydowanie nie masz tajemniczych widzeń. Oni nie zasypali mnie kwiatami – wymruczał pod nosem.
– Jacy oni i wiesz od kogo to?
– Moi partnerzy. I nie wiem od kogo. Widać masz tajemniczego… albo tajemniczą wielbicielkę. – Martin wyjawił mu sekret i dopóki sam Alessio nie powie Luisowi kim dla niego jest, tak do tej pory będzie trzymał język za zębami. W międzyczasie pokaże przyjacielowi, jak dobrze mieć u boku mężczyznę.
Jakoś mu nie wierzył. Czyżby któraś ze zmiennych kobiet potajemnie zakochała się w nim? Gdy wypowiedział to na głos, Chris poklepał go przyjacielsko po plecach i zostawił samego, śmiejąc się na cały głos.
– Co ja teraz z tym zrobię? – zapytał sam siebie, sunąc wzrokiem od bukietu do bukietu.

***

Trzydziesta dziewiąta ulica znajdowała się we wschodniej części miasta. Ktoś nieobeznany z miastem lub niemający tak teraz popularnej nawigacji, zgubiłby się już po kilkunastu krokach. W całej tej sieci każda przecznica wyglądała jakby miała swoją własną historię. Ta, na której stał Alessio, miała popękaną jezdnię, chodnik w czasie remontu i graffiti na każdym z takich samych budynków. Plac przed każdym z nich przypominał coś w rodzaju ogródka, ale od dawna nikt go nie wykorzystywał do posiedzenia na ławeczce i kontemplowania widoków. Właściwie nie było tutaj żadnych ławek, a trawa wyglądała jakby od dawna nikt jej nie kosił. Zbyt często bywał w takich dzielnicach, by nie znać ich historii. Gangi, pijaństwo, bezrobocie i lenistwo zapoczątkowywały upadek takich miejsc, które, gdyby się nimi zająć, miały swój urok w przeszłości. O wiele lepiej wyglądały stare kamienice, wzniesione każda obok siebie i pomalowane kolorowo w porównaniu do wielkich, szklanych i zimnych molochów. Niestety tutaj daleko było do uroku zwyczajnych, miejskich czynszówek. Znalazł się na tej ulicy, gdyż było to jedyne miejsce, gdzie mógł spotkać Henry'ego, ale nie wiedział nic więcej. Gdzie miał się ruszyć? Powinien pytać każdego z osobna czy zna daną osobę? To tylko ściągnęłoby mu na głowę tych gangsterów. Gdyby dostał się do mieszkania tego mężczyzny, mógłby coś znaleźć. Tylko mieszkań było tu bez liku. I na usta nasuwało się pytanie, które z nich należało do znajomego Luisa. Na myśl o chłopaku uśmiechnął się chytrze pod nosem, przypominając sobie, co zrobił. Luis z pewnością już widział kwiaty. Nie żartował, pytając Martina o to, co lubi chłopak. Niech się teraz Lu zastanawia, skąd ten niespodziewany prezent, a on postara się o jakieś informacje.
Skupił spojrzenie na jakimś ruchu pomiędzy budynkami najbardziej obrysowanymi rysunkami grafficiarzy. Mogło to być jakieś zwierzę, ale było za duże jak na psa. Zainteresowany wysiadł z auta i zamknął je, włączając alarm. Niezwykła pustka i cisza miejskiej ulicy wydawały mu się podejrzane, ale tak bywało w biedniejszych dzielnicach, których nie ominęły gangi. Ślad ich działania pozostawał doskonale widoczny w postaci oznaczenia budowli kolorowymi freskami i głoszącymi różne idee napisami. Dlatego lepiej było siedzieć w domu i nie wychylać się, aby przypadkiem nie trafiła cię zbłąkana kula.
Ominął kilka kałuż będących dziełem deszczu padającego jeszcze przed godziną. Skręcił w prawo i przeszedł przez ulicę. Dotarł do wysokiego parkanu z ogrodzeniowej siatki. Ta już w kilku miejscach pordzewiała i miała dziury. Przeskoczył zwinnie ogrodzenie, jakby było maleńkim białym płotkiem. Wylądował lekko na podmokłej ziemi. Na jego wyczyszczone czarne glany upadło kilka kropel błota. Rozejrzał się za jakimś ruchem, ale nic nowego nie wypatrzył, mimo to nie zamierzał rezygnować z poszukiwań. Tym bardziej, że na tyłach budynku, przy którym właśnie się znajdował, dostrzegł otwarte okno do piwnicy i ślady butów. Skrzywił się, że będzie musiał przecisnąć się do środka. Ale czego się nie robi dla swoich alf i partnera. Nie miał wątpliwości, że chce Luisa. Ze zdobyciem go może pójść trochę trudniej, ale jak się czegoś pragnie, wszystko można osiągnąć.

***

Porozdawał zmiennym kobietom kwiaty, które z radością przyjęły. Niektóre chichotały pod nosem, inne rumieniły się, a jeszcze inne prowokowały go i zapraszały do siebie. Sam się zastanawiał czy nie skorzystać z propozycji ostatniej wilczycy. Szybko jednak wybił to sobie z głowy. Miał kłopoty, więc nie chciał mieszać w to jakiejś niewinnej dziewczyny, chociaż na niewinną to ona nie wyglądała. Musiała być tutaj nowa, tak samo jak połowa mieszkańców. Grupa się powiększała. Ciekaw był z czego oni wszyscy się utrzymują. Niby mieli pracę, ranczo zarabiało na siebie, a Daniel z Martinem nie porzucili tego, co robili mieszkając w mieście. Prowadzili biura przez Internet, ale Martin czasami musiał odwiedzić swoje kluby, którymi opiekował się zaufany zmienny Tony. Dużo wiedział z opowieści Christiana, a i sporo z tego, że czasami odwiedzał jeden z ulubionych klubów Martina.
– Naprawdę rozdałeś te kwiaty?
No tak, Christian będzie mu teraz jęczał, że on kwiatów nie oddałby i przeprowadziłby się do innego pokoju byle tylko „prezenty” pozostały jego. Nie odpowiedział mu. Nie musiał. Wszak przyjaciel ma swój własny rozum, zresztą mówił mu już, dlaczego tak zrobił. Siedział teraz w salonie patrząc, jak trójka dzieci Chrisa bawi się na środku dywanu. Ktoś w pokoju obok odkurzał, a ktoś inny kłócił się z partnerką. Zwyczajny dzień w niezwykłym domu. Bardzo chciał dożyć kiedyś takiego spokoju, który tutaj panował, chyba brakowało mu normalnego codziennego życia.
– Alessio jeszcze nie wrócił? – zapytał.
– Jak widać nie. Niewątpliwie byłby tutaj. Kombinując jak cię zdobyć – pomyślał zmienny smok. – Steffi, masz swoją zabawkę, tamta należy do Felicji. – Christian podał córce jej złotowłosą lalkę. Adam, który wkładał różnego kształtu klocki do odpowiednich dziurek w pudełku, przerwał czynność i spojrzał swoimi wielkimi oczami na ojca. – Nie, ty nie dostaniesz lalki.
– Czemu mu nie dasz? Boisz się, że jak się będzie bawił lalkami będzie później wolał… wiesz co. Tak jak jego tatuś?
– Nie. Niech się w przyszłości zwiąże z kim będzie chciał, ale powyrywa włosy Barbie, a te dwie będą przez to całą noc płakały. – Wstał z dywanu i wygładził ubranie. Długie szerokie spodnie, zdaniem Luisa, bardziej przypominały spódnicę, oraz kusą koszulkę. Nadal długie włosy, wiązał w koński ogon. Doprawdy nic się nie zmienił. Może stał się bardziej wyszczekany i władczy, a jak trzeba to nad wyraz słodki, jednak przez to jego ukochani robili to, co on chciał.
– Tej trójce chcecie dać jeszcze jakieś rodzeństwo? – Podwinął nogę pod siebie. Nudził się. Najchętniej poszedłby do pracy. Wątpił, czy będzie ją miał jak się nie zgłosi po urlop i nie da znaku życia. Utrzymanie roboty w tamtej restauracji graniczyło z cudem.
– Kiedyś. Na pewno nie w najbliższych latach. Uwierz, że jest ich trójka, a czasami mam wrażenie, jakby była ich dwudziestka. Alessio lubi dzieci – wypalił siadając na kanapie bokiem do przyjaciela.
Zmarszczył brwi. Co on znów z tym Alessiem i to nie na temat tego nad czym mężczyzna pracował? Gdzie się nie obejrzy to Alessio i Alessio. Najgorsze, że sam łapał się na myśleniu i mówieniu o nim.
– Co mi do tego, że lubi?
– Może w przyszłości adoptuje jak się zwiąże z partnerem.
– Ma partnera? – zaciekawiony wyprostował się. Kim może być partner takiego typka? I po diabła go to interesuje?
– Jeszcze nie do końca.
– Jak można nie do końca mieć partnera?
– Wierz mi, że można. Adam, zostaw to. – Podbiegł do syna zostawiając przyjaciela samego.
Luis podrapał się po nosie w zastanowieniu. Tak wiele w ciągu ostatnich godzin się wydarzyło. Próbowano go zabić, na pewno dalej na niego polują, jego znajomy Henry w jakiś sposób naraził się gangsterom, trafił tutaj i poznał tego betę z tymi oczyskami, które jak na ciebie patrzą to jeżą ci się włosy na głowie i czujesz dreszcze kłujące cię po całym ciele. I cholernie dobrze ten samiec pachnie. Jakich perfum on używa?
– Ej, Christian?
– Hm?
– Czym Alessio pachnie?
– Czemu pytasz? – Wziął syna na ręce. – Idziemy do tatusia Daniela.
– Bo.. No… To coś ma fajny aromat.
– A… Cóż. To zapach partnerstwa.
– To czemu najbardziej przy mnie wydziela tę swoją woń?
– A skąd ja mam to wiedzieć i skąd wiesz, że przy tobie najbardziej? – Christian wzruszył ramionami i wyszedł, zostawiając dwie wgapione w Luisa dziewczynki.
– Siemka. Wasz tatuś szybko wróci, nie? – Co on miał robić z dziećmi? Nigdy nie miał z nimi do czynienia. Może będą tam siedzieć i się bawić, i dadzą mu spokój.

***

W pomieszczeniu było ciemno – światło dolatujące z okienka przez które się przecisnął nie rozświetlało piwnicy – co nie było dla niego przeszkodą, mogąc liczyć na swoje wyostrzone zmysły. Nie chciał za bardzo tego wykorzystywać, gdyż jego oczy w ciemności świeciły wtedy na czerwono taka jego cecha, a raczej nie miał do czynienia ze zmiennymi. Dlatego wolał polegać na słuchu i węchu, o ile powonienie nie zostanie stępione przez odrażające zapachy. W piwnicy chyba nikt od dawna nie sprzątał, czuć było stęchliznę i ogólnie smród, jakby coś tu zdechło. Wszędobylskie szczury patrzyły na niego ze swoich dziur. Doskonale wyczuwały, kim on jest i bały się go. Jako wilk chętnie pobawiłby się z nimi, polując na nie. Kusiło go to, ale miał wyższe cele. Zresztą siedzenie w tym pomieszczeniu nie było szczytem marzeń, zaś odnalezienie wyjścia i przedostanie się do dalszej części budynku wręcz przeciwnie. Wstrzymując oddech tak długo jak się dało, ostrożnie stawiając stopy na nierównej posadzce, bo raczej pięknej podłogi to tu nie było, bardziej na wyczucie odnalazł drzwi, a potem kratę. Całe szczęście, że nikt tego nie zamknął na kłódkę. Wszedł do wąskiego korytarza oświetlonego przez migającą żarówkę. Wokół znajdowały się takie same drzwi i kraty jakie oddzielały piwnicę, z której wyszedł. Na końcu znajdowały się wąskie schody. Zaczął iść po stopniach, obserwując to co go może czekać na górze. Parter okazał się już bardziej przyjazny w porównaniu do niższej kondygnacji budowli. Dochodziły go dźwięki z mieszkań położonych na parterze: rozmowy, głos z telewizora, muzyka kalecząca jego uszy. Zignorował je kiedy ktoś na piętrze otworzył skrzypiące drzwi, a po chwili zaczął zbiegać po schodach. Natychmiast schował się w najgłębszy cień, aby pozostać niezauważonym. Postać przeszła koło niego, kierując się do wyjściowych drzwi. Zabrzęczały klucze w ręku mieszkańca domu, a potem Alessio znów pozostał na korytarzu sam. Niechcący oparł się o niedomknięte drzwi znajdujące za jego plecami, przez co wpadł do jednego z mieszkań. Wydarzenia potoczyły się szybko, po raz pierwszy jego reakcje były opóźnione. Jedyne co zdążył zauważyć, to była ręka uniesiona w górę, a w niej znajdował się jakiś przedmiot, ten opadł w mgnieniu oka. Potem już nastąpiła ciemność.

***

Uwolniony od rączek, które definitywnie zbliżały się do niego, przez opiekunkę małych zmiennych, wybrał się na spacer. Samotność powinna mu dobrze zrobić. Zdecydowanie w tym domu mieszkało za dużo osób. Przyzwyczajony w ostatnim czasie do spędzania godzin w samotności, poza pracą oczywiście, ale to było zupełnie co innego, nie potrafił spokojnie myśleć w takim tłoku. Tym bardziej, że zaczął ponownie odczuwać niepokój. Przez to zadzwonił do rodziców z masą pytań i dowiedział się, że doskonale się bawili, opalając na plaży, i kąpiąc w oceanie. Sonia śmiała się, życząc mu, aby w końcu spotkał tę jedyną i się ustatkował, a potem zabrał ukochaną na jakieś rajskie wyspy. Nie powiedział im, co mu się przydarzyło, jakie niebezpieczeństwo jemu grozi. Nie chciał ich martwić i, dopóki będzie w stanie uchronić ich przed tym, tak będzie robił.
Wieczorne niebo nad nim pozostawało rozpogodzone, ale gdzieś tam nad miastem, oddalonym o kilka mil, wisiały chmury. Dobrze, że nie lało, kiedy ukrywał się w tym zaułku. Przesiąkłby do szpiku kości, a nienawidził nosić mokrego ubrania. Czym on się przejmował? Przecież ubranie mogłoby pozostać splamione jego krwią, więc co tam trochę kropel deszczu. Kiedy wróci Alessio zapyta się go czy tam lało. Potrząsnął głową. Po cholerę ma mu zadawać jakieś głupie pytania? Beta będzie miał inne rzeczy do powiedzenia. Czy odnalazł Henry’ego? Było to możliwe? Ilu mieszkańców może mieszkać na jednej ulicy? Bardzo wielu, jeżeli nie były to domy jednorodzinne tylko bloki. Czego od tego faceta chcieli ci ludzie? Czy Henry nadal miał to, czego oni żądali? I dlaczego tak długo Alessia nie było? Nie, nie martwił się o niego, ale chciał poznać odpowiedzi na swoje pytania, a ten mógł je dostarczyć.

***

Ocknął się. Głowa niemiłosiernie go bolała. Gdy dotknął czoła tuż przy skroni poczuł wilgoć na palcach. Spojrzawszy na nie zamglonym od bólu wzrokiem ujrzał ciemnoczerwoną krew. Ktoś prawie rozwalił mu łeb. Gdyby był człowiekiem, pewnie byłby już martwy. Aż tak jakiś człowieczek bronił swojego mienia? To przypadek, że trafił do tego mieszkania. Przekręcił się na brzuch i podniósł na czworaka.  Otarł spływającą mu do oka posokę. Podpierając się na jednej ręce, drugą łapiąc jakiejś zauważonej kątem oka szafki, wstał. Świat zawirował mu w oczach i bardziej oparł się na meblu wciągając do płuc powietrze.
Przeklinał siebie za nieostrożność. Przez ten jeden jedyny moment stał się mniej czujny, nigdy nie popełnił takiego błędu. Chciał uniknąć spotkania z mieszkańcem kamienicy, a wpadł na innego. Wyprostował się. Ignorował płynącą mu już po policzku krew. Rana powinna niedługo się zasklepić. Niestety został pozbawiony daru samoleczenia, więc przydałby mu się doktorek, ale to później. Wziął głęboki oddech, starając się skupić na tym, co widzi. Jak ktoś mógł żyć w takim syfie? To było pierwsze pytanie, które cisnęło mu się na usta, zanim dotarło do  niego, że nikt, nawet najmniej normalny człowiek nie mógłby mieszkać w czymś, przez co przeszło tornado. Przewrócona dwuosobowa kanapa, od której siedzisko i oparcie zostały porozcinane. Drewniany stolik z połamaną nogą opierał się o wybebeszony fotel. Szuflady szafek i rzeczy z nich leżały na podłodze. Kuchnia, połączona z tym pokojem została doszczętnie zdemolowana. Rozbite talerze, sztućce walające się gdzie popadły i nawet jedyna w pokoju lampa zwisając na jednym kablu była znakiem, że ktoś tu czegoś szukał. Coś mu mówiło, że drugie pomieszczenie, ukryte za uchylonymi drzwiami, wyglądało jak kolejne pobojowisko. Chyba właśnie znalazł mieszkanie Henry’ego, pytanie gdzie znajdował się jego właściciel?