28 sierpnia 2016

Buntownik - Rozdział 8

Dziękuję za komentarze. :)




Kolejne dni upływały Kamilowi głównie na wykonywaniu powierzonych mu zadań. Praca przy koniach dawała mu spokój, szczególnie gdy miał z nimi bezpośredni kontakt podczas czyszczenia. Rozmawiał wtedy z nimi i ktoś mógł się z niego śmiać, ale wierzył, że one go rozumiały. Szymon nadal go denerwował, ale musiał uczciwie przyznać, że mężczyzna wiedział, co robi. Naprawdę miał łeb na karku, potrafiąc nad tym wszystkim zapanować. Musiał zajmować się nie tylko zwierzakami, pracą w polu, zarządzaniem ludźmi, ale i wszystkimi dokumentami oraz finansami, by móc prowadzić działalność rolniczą i nie tylko.
Zarzycki nie chciał się sam przed sobą przyznać, że poczuł do niego nić sympatii. Może to po prostu był podziw, bo chłopak w tak młodym wieku, pomimo pomocy rodziców, wiele osiągnął sam. Kamil dowiedział się, że tak naprawdę to wszystko należało do Szymona, który jakimś cudem kupił sto hektarów ziemi, maszyny i zatrudnił ludzi do pomocy. Bieńkowski kochał to, kochał wieś, pracę na polu, w przeciwieństwie do niego. Chociaż po dwóch tygodniach Kamil z ociąganiem musiał przyznać, że nie jest tak źle. Opiekował się zwierzętami, karmił je i robił to już bez pomocy Szymona czy jego ojca, a tym bardziej bez, pożal się Boże, Konrada. Dawanie koniom kostek cukru i marchewek prosto z ręki, za co go uwielbiały, nie stanowiło dla niego problemu. Przywoził taczkami siano, trawę, owies iskładował je w odpowiednim do tego miejscu. Nawet pomagał przy Ariadnie, która już czuła się lepiej i została wyprowadzona na zewnątrz. Naprawdę lubił to wszystko robić. Kiedy wieczorami kończył pracę, był wykończony. Po powrocie do domu ledwie się umył, a już padał na łóżko, zasypiając twardym snem. Wszystko przez to, że nie był przyzwyczajony do ciężkiej pracy i dzień wykańczał go fizycznie. Podczas gdy Szymon będący w pełni sił wsiadał wieczorami na motor i jechał spotkać się ze znajomymi, Kamil leżał na obolałych plecach, nie mogąc się ruszyć. Pewnie też się przyzwyczai do takiego trybu pracy. Musiał przyznać, że i tak było lepiej i łatwiej niż na początku, kiedy po trzech pierwszych dniach wszystkie mięśnie tak go bolały, że ledwie mógł się ruszać. Zakwasy do dzisiaj chwilami dawały o sobie znać.
Przez to wszystko miał bardzo mało czasu dla siebie. Laptopa uruchamiał wieczorami tylko na kilka minut, żeby odebrać wiadomości i na nie odpisać. Raz zasnął z głową na klawiaturze. Dobrze, że wtedy nic do nikogo nie pisał, bo pewnie powysyłałby dość ciekawe, zaszyfrowane wiadomości typu: „dfkjfdkfhjkfh”.
Ze znajomymi rozmawiał rzadko, najczęściej z Bogdanem, który informował go, że u nich dobrze. Anka też się miała dużo lepiej, co go cieszyło. Nadal trwał w postanowieniu, że we wrześniu się stąd wyniesie i chciał, żeby do tej pory już jej minęło zauroczenie.
Czasami widywał się z Iwoną. Fajnie jej się pracowało z jego mamą. Dogadywały się. Dziewczyna bardzo dużo o sobie mówiła. Cieszyła się, że w lipcu idzie na wesele do kuzynki. Na przyjęcie zostało zaproszone pół wsi. Coś o tym wiedział, bo jego rodzina oraz Bieńkowscy także zostali poproszeni o przyjście.
Nie bardzo miał ochotę iść i raczej nie poszedłby, bo i po co. Co z tego, że znał pannę młodą? Niestety, w pierwszą sobotę lipca wciśnie się w garnitur, bo będzie towarzyszył Iwonie. Dziewczyna nie ma pary i wybłagała u niego, żeby z nią poszedł. Zgodził się, bo co miał innego zrobić. Tym bardziej, że dostał od niej paczkę miętowych gum do żucia i ładny, błagalny uśmiech.
Ostatnimi jego papierosami były te, które dostał w paczce od Świrusa. Nie stać go było, by kupić sobie kolejną. Za to zapalniczkę ciągle nosił przy sobie, traktując ją jak talizman.
Z Konradem w ogóle się nie dogadywał. Chłopak był do niego nastawiony wrogo. Próbował nim rządzić, na co Kamil nie zamierzał mu pozwalać. Wystarczyło, że musiał słuchać jego brata. Ten to przynajmniej coś wiedział, a Konrad… Po prostu lubił rządzić. Kamil zauważył w relacji braci, że obaj żarli się ze sobą, kiedy chodziło o dziewczynę młodszego z nich. Bernadetta Kawecka, córeczka nauczycielki i siostrzyczka Artura. To właśnie… a raczej ta właśnie rodzina, była powodem niesnasek pomiędzy braćmi. Kamil, chcąc nie chcąc, gdyby musiał wybierać, stanąłby po stronie Szymona. Może pani Kawecka była dobrą nauczycielką i nic do niej nie miał, ale jej syn dał mu się we znaki. Nawet myślami nie bardzo chciał wracać do tamtych chwil, ponieważ miał ochotę samemu sobie przywalić za to, jaką był wtedy pipką w stosunku do starszego chłopaka. W ogóle za długo był taką ciotą, która płacze, jak tylko ktoś na niego krzywo spojrzy. Nie lubił takich ludzi. Wkurwiali go. Małe, wystraszone gnojki. Na szczęście on już taki nie jest. W końcu wszystko się zmieniło i stał się górą.
– Usiądź i trzymaj się. Nie bój się – głos Szymona sprawił, że Kamil powrócił z dalekiej wędrówki, odsuwając na bok wszystkie myśli. Stał oparty o ścianę stajni, popijając oranżadę i przyglądał się, jak Szymon będący na wybiegu dla koni prowadzi zajęcia z hipoterapii.
Ten facet naprawdę jest niesamowity. Nie dość, że ukończył uniwersytet rolniczy z doskonałym wynikiem, zdobył tam papiery instruktora jazdy konnej, to jeszcze wyszkolił się na hipoterapeutę. Dlatego teraz, jako wykwalifikowana osoba, prowadził zajęcia z dziećmi w jakimś stopniu niepełnosprawnymi, czy to emocjonalnie, czy fizycznie. Widać było, że ta praca sprawia mu wiele satysfakcji.
Kamil nigdy by się na to nie zdobył. Nie był takim samarytaninem i filantropem. Złapał się na tym, że podziwia Szymona za to, co robi. Prychnął niezadowolony. Jeszcze tego by brakowało, że go polubi i będzie problem. Podziwiać mógł coś innego. Na przykład jego motor. Przepiękna maszyna. Dwukołowy potwór. Chętnie by się na nim przejechał. Nie mógł tego zrobić, bo nie miał prawa jazdy nawet na samochód, a co dopiero na motor. Mógłby poprosić Szymona, żeby go kiedyś przewiózł, ale tego nie zrobi.
– Przytul się do szyi konia – ciepły głos Szymona ponownie wdarł się do uszu Kamila. Naprawdę nie miałby tyle cierpliwości i chęci pomocy komuś, ile niezaprzeczalnie posiadał Bieńkowski. Owszem, zwierzętom pomógłby natychmiast, ale ludziom nie. Uważał, że oni muszą sobie radzić sami, a zwierzaki są raczej bezbronne. W tym względzie – pomimo że Szymon również niósł pomoc wszelkiego rodzaju stworzeniom – byli ulepieni z innej gliny.
Skończywszy oranżadę, którą pił o wiele za długo, odstawił butelkę do stojącego w cieniu transportera przeznaczonego na puste butelki. Konieczność powrotu do pracy zmusiła go do przerwania gapienia się na młodego instruktora.

*

Skończywszy kolejne zajęcia z dziećmi pożegnał się z nimi lub ich opiekunami. Zmęczony oraz zadowolony i spełniony, zajął się końmi. Były to zwierzęta specjalnie wyszkolone i wybrane do tego typu zajęć. Spokojne, zrównoważone i lubiące dzieci. Spojrzał na Ariadnę chodzącą po wybiegu obok. Dobrze byłoby, aby mogła się nadać do tego typu zajęć, bo inaczej nie wiedział, co z nią będzie. Nie nadawała się na długie wędrówki. Jej ścięgna naprawdę były słabe. Obawiał się, że może będzie musiał podjąć trudną decyzję, jeżeli klacz nie nada się do hipoterapii.
Przybiegł do niego Ares. Szymon ukucnął i pogłaskał psa.
– Hej, piesku. Idziemy do Kamila? – Pies zamerdał szybciej ogonem i odbiegł od niego, wołając go szczeknięciem. – Mądry zwierzak. Doskonale wiesz, kto to jest Kamil. – Widział, że chłopak przez pewien czas stał i mu się przyglądał, a potem zniknął.
Szymon zamierzał zaproponować mu naukę jazdy konnej. Gdyby Kamil się tego nauczył, mogliby wybierać się razem na przejażdżki z psami. Ares i Mili bardzo się lubili. Kamil nawet przyprowadził suczkę parę razy i psy bawiły się w ogrodzie, dopóki zmęczone nie padły w cieniu pod drzewami, dając ludziom spokój.
Wszedł do stajni i odszukał Kamila. Zastał go sprzątającego boks Lajli, klaczy należącej do jego siostry.
– Kamil? – Wszedł do boksu.
– No co? – Nabrał na widły gnoju i wrzucił go na taczkę.
– Nauczę cię jeździć. – Po co pytać, lepiej od razu postawić chłopaka przed faktem dokonanym.
– Na czym? – Oparł się o styl od wideł, wpatrując się uważnie w Bieńkowskiego.
Szymon ugryzł się w język, zanim złośliwie powiedziałby na głos coś, co przyszło mu na myśl w związku z nauką ujeżdżania. Brakowało mu seksu, a nie miał ochoty na przygodne znajomości.
Odchrząknął.
– Nie sprecyzowałem na czym. Na koniu. Choćby na Zefirze. Lubi cię za te dostarczane mu kostki cukru.
– Nie wiem, może i lubi. Co do jazdy, fajnie byłoby się nauczyć jeździć konno.
– Świetnie. Po południu zapraszam na pierwszą lekcję. Pomogę ci z tym gnojem. Będzie szybciej. – Wyszedł na chwilę ze stajni.
Kamil tylko wzruszył ramionami. Dla niego to i lepiej. Nie namęczy się tak bardzo, chociaż dzisiaj i tak miał wysprzątać trzy ostatnie boksy i wyścielić je słomą. Po chwili Szymon wrócił w kaloszach na nogach i z łopatą. Zaczął zbierać to, czego nie dało się nabrać widłami.
– Kiedy mój braciszek przyjdzie ze szkoły, to umyje ściany boksów i wysprząta żłoby.
– Będzie pyskował i mówił, że to moja robota. – Wrzucił na taczkę kolejną porcję gnoju.
– Niech pyskuje. Nie ma nic innego do roboty. Miał wczoraj wykosić trawę, bo już urosła, to powiedział, że nie ma czasu i nie ma zamiaru robić syzyfowej roboty. Dopiero co kosił dwa tygodnie temu i nie jego winą jest to, że urosła. – Chwycił rączki taczki i przejechał nią do innego boksu.
– Jak go pierwszy raz spotkałem, kiedy prosił mojego dziadka, żeby przyszedł do Ariadny, to pomyślałem, że jest spoko. – O wiele przyjemniej mu się pracowało w czasie rozmowy.
– Bo jest. Po prostu młoda Kawecka robi mu papkę z mózgu.
– Za co jej tak nie lubisz?
– Gówniara robi z moim bratem co chce, a on jej na to pozwala. Do tego mam stare z jej bratem porachunki.
Kamil nie chciał wypytywać, o co chodziło z Arturem, bo to nie jego sprawa, lecz zduszenie ciekawości nie było takie proste. Z doświadczenia wiedząc, że jeżeli ktoś chce się o czymś dowiedzieć, musi zdradzić jakąś swoją tajemnicę, przerwał pracę i powiedział:
– Kiedy miałem dwanaście, trzynaście lat, zanim stąd wyjechałem, Artur przezywał mnie, zabierał mi kasę, zastraszał, a ja mu się tak dawałem jak ostatnia ciota. Nienawidzę go. Nie umiałem mu się wtedy przeciwstawić.
– Artur zwodził Karolinę, moją siostrę. Była w nim ślepo zakochana, a on się nią bawił. Zażądał od niej dowodu miłości, a kiedy mu go nie dała, próbował wziąć go sobie na siłę – wyznał Szymon, ściskając styl od łopaty. – Na szczęście zapobiegłem temu. Znalazłem się w dobrym miejscu i we właściwym czasie. Myślałem, że go zabiję. Karolina powstrzymała mnie przed rozpieprzeniem mu buźki. Od tamtej pory on i ja mamy na pieńku. Robi, co chce i jest całkowicie bezkarny. Nawet policja nic mu nie zrobi, bo Kaweccy mają ich w łapie, że tak powiem. Zresztą, omal cię nie przejechał.
– Skurwiel – wyrwało się Kamilowi. – W sumie dzięki za tamto. Znów byłeś w dobrym miejscu i we właściwym czasie. – Uśmiechnął się ciepło do Szymona. Szybko jednak odwrócił od niego wzrok, skupiając go na zapełnionych taczkach.
– Do usług. – Przyglądał mu się chwilę w milczeniu, a potem dodał: – Co do skurwiela, to masz rację. Bernatka też ma swoje za uszami. Traktuje Konrada jak zero, a ten za nią łazi z wywieszonym jęzorem, bo mu da… – syknął pomiędzy zębami i przejechał taczkami do kolejnego boksu. – Mój brat myśli nie tą głową, co trzeba. Kiedy przejrzy na oczy, może to być dla niego przykry upadek. Seks to nie wszystko. Jest bardzo ważny, ale w udanym, dobrym, pełnym zaufania związku, a nie w czymś, gdzie jedna strona wykorzystuje drugą i się nią bawi – mówił coraz bardziej zły.
– Miłość jest ślepa. Wiem coś o tym.
– Chyba każdy wie. Konrad dopiero się o tym przekona. Szkoda, bo jest na to za młody, a do tego wrażliwy. – Wziął widły od Kamila i ze złością zaczął nakładać gnój.  – Lubi rządzić, jest leniwy, ale i wrażliwy. Gdy zerwała z nim jego pierwsza dziewczyna, przyszedł do mnie i płakał jak dziecko. Po Bernacie będzie jeszcze gorzej. Dlatego wolałbym, żeby kopnęła go w tyłek, zanim się w niej zakocha. Nie… – urwał, bo odezwała się jego komórka. Po wyjęciu jej z kieszeni spojrzał na wyświetlacz. – O, to mama.
– To z nią pogadaj, ja to wywiozę. – Wskazał na niezły ładunek na taczkach.
Zawiózł zawartość na przeznaczone do tego miejsce i wyładował. Wracając, napotkał Szymona w drzwiach stajni.
– Muszę lecieć. Karolina dojeżdża pociągiem do Rzeszowa i muszę po nią wyjechać. W końcu wraca. Zdała ostatnie egzaminy dopiero wczoraj, bo były jakieś trudności. Ale o popołudniu pamiętam. Godzina szesnasta. – Uśmiech rozjaśnił mu twarz.
– Super. Dokończę to i pójdę do domu na obiad.
– Nie zjesz u nas?
– Nie. Powiedziałem twojej mamie, że dziś jem w domu.
Szymon skinął głową i odszedł. Kamil zagapił się za nim, a kąciki jego ust nieznacznie poszły w górę.

*

Zdarzało się, że jadał obiady u Bieńkowskich, na dworze, wraz z innymi pracownikami i Szymonem oraz jego ojcem, ale robił to rzadko. Wolał wracać do domu na posiłek. Jeżeli miał taki zamiar, mówił pani Basi, żeby nie przygotowywała dla niego porcji. Dzisiaj tym bardziej chciał wrócić do domu, bo babcia robiła placki ziemniaczane, które kochał. Przygotowała też kalafiorową, której nie znosił, ale przełknie ją dla placków, bo inaczej ich nie dostanie.
Po umyciu się usiadł przy stole naprzeciwko dziadka. Babcia kręciła się po kuchni z marsową miną.
– Coś się stało? – zapytał.
– Nie pytaj – uprzedził dziadek Staszek, ale zrobił to za późno.
– Niech pyta – rzekła babcia. – Niech wie. Byłam dzisiaj u Hanki Kowalikowej zapytać się, czy nie potrzebuje w czymś pomocy. – Przerzuciła placki z patelni na talerz i nałożyła kolejne porcje do smażenia. – Ma osiemdziesiąt pięć lat, mieszka sama i ogólnie dobrze sobie radzi, ale nie ze wszystkim. Córka wyjechała do miasta, syn też, oboje robią kariery. Wnuki założyły już swoje rodziny i wszyscy mają starą babkę gdzieś. Widzą ją wtedy, kiedy dostaje emeryturę. Od razu się pojawiają i wyciągają ręce po kasę. Już bym im dała, ale po kilka razów przez tyłek. – Nałożyła parę placków na mały talerzyk i postawiła przed wnukiem. – Nie musisz jeść zupy.
– Dziękuję. – Ucieszył się.
– Wracając do Kowalikowej. – Do głębokiego talerza nalała kalafiorówki i podała mężowi. Powróciła do smażenia kolejnych placków. – Wiecie, co ta posrana rodzinka, dla której Hanka wypruwała sobie żyły, harując w polu i pracując całymi dniami w fabryce, postanowiła? Ukochane dzieci chcą ją wysłać do domu starców. Jak ona mi się żaliła z tego powodu, jak płakała. Miała nadzieję, że na starość któreś ją weźmie do siebie, ale nie, bo nie ma miejsca. Pewnie, nie ma, bo nikt się nie chce starą babką opiekować. – Machała widelcem w powietrzu. – Co za niewdzięczność. Im i ich dzieciom pieluchy zmieniała, dupy podcierała, a tu proszę… Jedno by się mogło do niej wprowadzić, a nawet tak by wolała, bo jak mówi, starych drzew się nie przesadza. Ale oczywiście nie ma mowy, bo karierę robią, pracę dobrą mają. A kto im dał pieniądze na kształcenie się? Hanka dała. We wszystkim pomogła, a teraz się jej pozbywają jak śmiecia. Nikt jej nie chce. Najłatwiej to ją gdzieś wysłać i pewnie jeszcze nie odwiedzać, zapomnieć. Zamiast zająć się nią… Co się na Boga teraz dzieje z tymi ludźmi? Nie idzie ku dobremu. Ja wam to mówię. Skoro nastały takie czasy, że nie szanuje się starszych, nie daje się im godnie żyć i umierać, tylko traktuje źle i się ich pozbywa… Kiedyś i oni się zestarzeją. Nadzieja w tym, że poczują to samo na własnej skórze i wspomną, co zrobili z ojcem, matką. – Obok talerza zupy postawiła mężowi kopczyk placków i dołożyła kilka wnukowi. – Już zapowiedziałam Beacie, że jak zechce nam zrobić to samo, to nigdy się na to nie zgodzimy. Tu jest nasz dom i tu umrzemy. Nie w jakimś domu opieki. – Usiadła przy stole, biorąc się za jedzenie.
Kamil przeżuwał spokojnie kolejny placek, słuchając biadolenia babci. Jak ją znał, to dzisiaj do końca dnia będzie mieć podły nastrój. Trochę żałował, że przyszedł na ten obiad. Nie odzywał się, bo na ten temat nie miał zdania. W sumie, jak tak się nad tym zastanowić, to sam nie chciałby, żeby jego dzieci pozbyły się go na starość jak starego mebla czy wywoziły do szpitala na święta, bo rodzinka przyjedzie lub zamknęły w komórce i tam zostawiły. Zresztą, on nie ma co liczyć na dzieci. Chyba że za kilka lat będzie miał stałego partnera, zalegalizują związki partnerskie, a najlepiej, jak w Irlandii, dopuszczona zostanie możliwość małżeństw homoseksualnych i będzie pozwolenie na adopcję dzieci. Czy on chce mieć dzieci? Nie. Na pewno nie. Nie za bardzo je lubi. Podejrzewał, że Szymon przeciwnie. Opiekował się dzisiaj tymi dzieciakami, które przyjechały. Czy Szymon Bieńkowski chciałby w przyszłości mieć dzieci? Pewnie tak, ale raczej to niemożliwe.
– Nalać ci kompotu? – zapytała babcia Zosia. – Z truskawek jest. Dzisiaj je zebrałam.
– Tak, poproszę. – Odkroił widelcem kawałek placka i podał go siedzącej pod stołem suczce.
– Widziałam. Nie karm jej, bo potem będzie gruba jak beczka. Ma do tego tendencje. Miała pełną michę i wszystko zżarła.
– Tylko kawałek. Gruba będzie, kiedy zostanie szczenna. Co, Mili?
– Jak skończy rok, zostanie wysterylizowana – odezwał się dziadek. – Nie będziemy produkować kolejnych psów, żeby potem biedactwa trafiały do schroniska, bo się znudzą właścicielom, albo, co gorsza, siedziały na krótkich łańcuchach zostawione same sobie.
Kamil musiał przyznać dziadkowi rację. Ileż to razy robił wojnę ludziom o złe traktowanie zwierząt. One nie są rzeczą, tylko czującą, żywą istotą. Nerwy go zawsze brały, kiedy ktoś mówił inaczej.
Babcia postawiła przed nim szklankę kompotu i wypił od razu połowę. Słodki, chłodny… tego mu brakowało. Jak kochał oranżadę, tak kompot z truskawek wygrywał ze wszystkim.
– Po południu idę plewić w ogródku – powiedziała babcia. – Znów w marchewce urosła trawa. Nic innego tak nie rośnie, jak ta przeklęta trawa. Ogórki już niedługo będą do zbioru. Dobrze, że te ślimaki wszystkiego nie zżarły, jak rok temu. Kamil, nałożyć ci jeszcze placków?
– Nie. Jestem pełen. – Poklepał się po płaskim jak deska brzuchu. – Szymon ma mnie uczyć jeździć konno i wolałbym do tego czasu to przetrawić.
– Jak ci się u niego pracuje? – zapytał dziadek. – Nie wkurzasz się jak na początku. Nie będę tam robił, nikt mi nie będzie rozkazywał i tak dalej. – Wymieniał frazy często powtarzane przez wnuka.
– Ja tak mówiłem? Na pewno nie ja. Dziadek, a co mam robić? Potrzebuję kasy. Nawet nie mam na głupią gumę do żucia. – Nic mu nie dawali, nawet mama, bo wiedział, że to była solidna lekcja za tą kradzież. Rodzinka chciała mu uświadomić, że nie ma nic za darmo i na wszystko trzeba ciężko pracować, czy to intelektualnie, czy fizycznie. – Trochę trudno było na początku, ale przyzwyczajam się. Poza tym Szymon mi pomaga i gdy z urlopu wróci Jacek Topolski, zawsze będę miał jakieś wolne dni. Chociaż w sumie lubię pracować przy koniach.
– Nadal się tak dobrze spisuj. Rozmawiałem z Mariuszem. Powiedział mi, że Szymon cię chwalił. – Podobało mu się to, że wnuk wyciszył się i już tak łatwo nie wpadał w szał. – Wciąż nie może się ciebie nachwalić.
Ta nowość zaskoczyła Kamila i mile połechtała. Nie sądził, że Szymon miał o nim dobre zdanie. Co prawda jako o pracowniku, ale w ogóle się czegoś takiego nie spodziewał. Od wieków nikt go w niczym nie pochwalił, a wiecznie była ta sama śpiewka, że wszystko, co robi, robi źle. Dlatego po tym, co usłyszał, postanowił dobrze wykonywać swoją pracę.
– Szymon też jest spoko – odpowiedział, dopijając kompot. Na talerzu leżał ostatni kawałek placka ziemniaczanego i oddał go Mili. Babcia tylko skarciła go wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Spojrzał na zegarek. Było dopiero po czternastej, więc najpierw chwilę odpocznie, potem wróci do pracy, a jeszcze później czekała go lekcja jazdy konnej. Chciałby, żeby już była czwarta po południu.