27 października 2014

Prezent od losu - Rozdział 15



Dziękuję za komentarze. :)

ROZDZIAŁ 15

Obudził ich krzyk kobiety. Luis zrywając się z łóżka nałożył na siebie spodnie i wybiegł na korytarz. Alessio poszedł w jego ślady i już niedługo później obaj byli świadkami zadziwiającego przedstawienia. Stojąc u szczytu schodów znaleźli rozwiązanie tak szybkiej pobudki. Niewątpliwie krzyk wyszedł z ust mamy Luisa, która była w stanie przywołać wszystkich mieszkańców domu i tych co w nim akurat przebywali. Kobieta stała w holu z podniesionymi rękoma nie ruszając się, podczas gdy obok niej siedział młody wilk. Wilczek sięgał jej prawie do talii, merdał radośnie ogonem zamiatając nim podłogę oraz ciekawsko na nią patrzył mając do tego wszystkiego podniesione uszy.
– Dobry… pies – mówiła pani Bright opuszczając powoli ręce. – Grzeczny piesek. Jakiś ty duży.
– Który to? – zapytał Luis Alessia.
– Mark. Brat partnerki Madrasa. On uwielbia się bawić i przebywać w zwierzęcej skórze. Twoja mama musiała przeżyć szok widząc takiego… psa.
– Taaa. – Luis oparłszy się o barierki zawołał: – Mamo, on ma na imię Mark i kocha zabawę.
Kobieta obejrzała się na syna, dzięki temu ujrzawszy nie tylko jego, ale i kilka innych przyglądających się jej osób. Ponownie skierowała wzrok na potwora.
– Ładny jesteś. Lubię zwierzęta. Mamy w domu kotkę, która teraz przebywa u naszej rodziny.
Luis widział, że wilczek przekręcił łeb i zastrzygł uszami uważnie słuchając kobiety. Zaśmiał się pod nosem. Ciekaw był co jego mama powie na to kim naprawdę jest Mark. Nie miał wątpliwości, że musiał rodzicom powiedzieć prawdę.  W końcu się o tym dowiedzą tym bardziej, że on będzie żył o wiele, wiele dłużej niż zwyczajny człowiek. Dotknął ręką znaku po ugryzieniu. Nie żałował. Alessio objął go ręką i przyciągnął do siebie. Pocałunek w kark powiedział dużo i nie trzeba było słów, żeby znać uczucia mężczyzny.
– Odwołam Marka i pójdziemy się ubrać. Wiedziałeś, że już południe?
– Zasnęliśmy po tym jak… Chętnie to powtórzę jak będziesz chciał – wyszeptał do ucha Alessia. Pragnął jeszcze się z nim kochać tak jak rano, kiedy to on był na górze, mimo że odkrył, że to on woli oddawać się kochankowi. Jednak zmiana od czasu do czasu była dobra.
– Zobaczymy, jak ładnie o to poprosisz to może… – zawiesił głos Alessio, ale jego oczy powiedziały „kiedy tylko zechcesz”, po czym mężczyzna zwrócił się do Marka przebywającego w wilczej skórze: – Mark, wracaj do domu i powiedz Madrasowi, że po południu przyjdę sprawdzić jak idą postępy z moim autem.
– Jak on ma temu komuś to powiedzieć? – zapytała mama Luisa unosząc głowę.
– Ekhem, mamo będę chciał ci coś opowiedzieć. Tacie też i wierzcie mi, że to nie będzie sen – rzekł Luis. – Tylko pójdę się ubrać. – Zawrócił do pokoju.
Miał na sobie już czyste spodnie i koszulkę, kiedy do sypialni wszedł Alessio po tym jak dopilnował, żeby urwis Mark go posłuchał. Mężczyzna wyjął z szafy ubranie, które nosił zazwyczaj kiedy wybywał z domu na dłużej. Wyjściowe dżinsy i granatowa koszula z kołnierzykiem podpowiedziały młodszemu z kochanków, że partner musiał gdzieś jechać.
– Nie miałeś planów na dzisiaj. Sam powiedziałeś, że spędzimy ten dzień razem. – Luis podszedłszy do Alessia poprawił mu kołnierzyk. Zachowywał się jak dobry, przykładny partner.
– Miałem ci tego nie mówić, ale właśnie dzwonił facet, z którym wczoraj rozmawiałem w sprawie Henry’ego. – Zapiął mankiety koszuli. – Poszperał gdzieniegdzie i chociaż to miało zająć masę czasu, coś znalazł. Niestety nie może tutaj przyjechać, więc ja muszę udać się do niego.
– Czego szukał? – Luis założył ręce na piersi.
– Prawdziwych danych Henry’ego. Wie też gdzie pracował. Będę chciał tam pojechać i się czegoś dowiedzieć. Ty tymczasem porozmawiaj z rodzicami. Wiesz, że masz zgodę alf  na powiedzenie im prawdy. Do tego przygotuj ich do uroczystości połączenia za dwa tygodnie. Lecę. – Cmoknął Luisa szybko w usta.
– Nic nie zjadłeś.
– Kupię sobie coś po drodze.
– Uważaj na siebie – poprosił chłopak zostając sam. Gdyby mógł to by z nim pojechał, ale po pierwsze Alessio nie wziąłby go, a po drugie w mieście na razie był stracony. Może policja go otwarcie nie poszukiwała, ale z tego co wiedział po cichu, każdy gliniarz wypatrywał jego obecności. Kiedy to się wreszcie skończy i będzie mógł normalnie żyć?
Wychodząc z pokoju natknął się na Christiana. Zmienny smok stał oparty o ścianę i czekał na niego.
– Co ty tu robisz?
– Domyślam się, że chcesz powiedzieć rodzicom o zmiennych. Chętnie ci w tym pomogę, mam już doświadczenie z wami. – Wyszczerzył się przyjaciel.
– Najpierw coś przekąszę, a potem będzie czas na rozmowę – burknął kierując się w stronę schodów.

***

Alessio dojechawszy na miejsce spotkania, pożyczonym od Martina samochodem, zauważył zmiennego kota, panterę, siedzącego na ławce w parku. Mężczyzna wśród osób przebywających w parku wyróżniał się potężną posturą – chociaż nie dorównywał Madrasowi – śniadą skórą i długimi, czarnymi niczym noc włosami związanymi nad karkiem. Alessio dobrze znał tego zmiennego i ufał mu jak nikomu innemu. Zbliżywszy się do niego podał mu rękę na powitanie.  Usiadłszy obok znajomego zapytał bez owijania w bawełnę:
– Czego się dowiedziałeś?
– Ten wasz Henry, tak naprawdę nazywał się Andrew Karinsky i był dziennikarzem śledczym. Pracował w gazecie zajmującej się wykrywaniem afer, korupcji i ogólnie sensacją – mówił zmienny kot rozglądając się czujnie wokół. – Z tego czego się dowiedziałem, a pracowałem całą noc, więc jesteś mi winien kawę i ciacho, to przypadkiem wpadł na coś cholernie wielkiego. Rozmawiałem z naczelnym pisma, w którym Andrew pracował, podobno mężczyzna powiedział mu, że wie coś w co zamieszany jest komisarz, ale musi zdobyć więcej dowodów. Podjął pracę w jakiejś restauracji, bo podobno „mój szef” często do niech chodził, ironia losu co…?
– Taaa.
– Komisarz, lubił tam jadać i nieraz miał tajemnicze spotkania z jakimiś ludźmi. Ci byli biznesmenami, dobrze sytuowani i tak dalej. W sumie byłem tam i znalazłem przy jednym ze stolików coś w rodzaju podsłuchu. Podobno zawsze tam siadał nasz podejrzany. Rozumiesz?
– Mhm. Dobra, ale powiedz mi czy wiesz na co wpadł Henry czy tam Andrew? Co to było? Mój partner powiedział, że komendant wyraźnie czegoś szukał.
– Podobno Karinsy nagrał go jak ten przyjmuje łapówkę od handlarzy narkotyków, a kto wie, może i swoją dolę. Nie wiemy tylko czy taki film naprawdę istniał, czy Andrew był świadkiem takiej sceny, ale nic nie nagrał. W sumie sam powiedział, że nie ma wystarczających dowodów. Mógł blefować, że coś ma. Rozumiesz o co mi chodzi? – zapytał zmienny kot.
– Biorąc pod uwagę twoje skomplikowane myślenie i twój słowotok, chyba rozumiem. Tym czego komendant szukał jest zwykły film przedstawiający go w niepochlebnej sytuacji. Gdyby ktoś to zobaczył, nawet sam burmistrz by mu nie pomógł. Trzeba było pozbyć się filmiku, o ile istniał, i świadka. Nie było to trudne biorąc pod uwagę, że nasz… nazwijmy go złym na czas tej rozmowy, ma kontakt z różnymi typkami i wystarczyło zapłacić, żeby ci zrobili za niego brudną robotę. Pomyśleć, że gdyby osobiście nie chciał załatwić Andrew alias Henry’ego, a Luis nie pojawił się w nieodpowiednim czasie ten człowiek nadal miałby nieposzlakowaną opinię.
– Przypominam ci, drogi Alessio, że nadal ma.
– Niedługo. Sam powiedziałeś mi przez telefon, że nasz pan zły, zachowuje się dziwnie. Jest niespokojny, a to znaczy, że nie ma filmu, który go kompromitował.
– O ile film istniał.
– Istnieje, tylko muszę go znaleźć. – Był niemal pewien, że film naprawdę został nagrany. I gdyby pan Karinsy nie szukał jeszcze więcej dowodów, tylko wysłał film do telewizji, nadal by żył, a komisarz siedział.
– Jak go znajdziesz?
– Pod latarnią zawsze najciemniej – powiedział Alessio i zebrawszy od znajomego jeszcze kilka innych informacji – nie próbując wyciągać z niego w jaki sposób ten poznał prawdę – obiecując mu zaproszenie na kawę i ciacho pożegnał się z nim.
Pół godziny później, omijając korki bocznymi drogami, zajechał pod kamienicę, w której mieszkał Andrew jako Henry. Okazało się, że to mieszkanie wynajął od razu po tym jak zaczął pracować nad sprawą komisarza. Tam też spędzając masę czasu musiał ukryć dowody. Na pewno trzymał je z daleka od rodziny. W jakiś sposób komisarz dowiedział się, że jest śledzony, może nawet sam Karinsky się tym zdradził chcąc go zaszantażować, wszak niektórzy ludzie moralność mają tylko do pewnego momentu. Ta się kończy kiedy w grę wchodzą duże pieniądze. Przecież inaczej, jeżeli dowody już istniały dlaczego ten facet szukał kolejnych? Możliwe, że to było za mało, żeby skazać takiego ważniaka, ale wątpił w to. Po prostu szantażował komisarza i brał za to kasę.
Nie wiedział czego szuka, ale dostawszy się do mieszkania już normalnie, mając do niego klucze, stanął pośrodku dużego pokoju zdając się na swój instynkt. Ten go nigdy nie zawodził. No, czasami tylko, w sprawie z Arthurem. Pomyślał co by zrobił na miejscu Henry’ego. To imię tak mu weszło w pamięć, że nie zważał na to jak nazywa go w myślach.
– Gdzie to schowałeś? – mówił do siebie Acardi. – Zrobiłeś to tak, że nikt tego nie znalazł. Co najlepsze wszyscy to widzieliśmy. Nie ma to jak skarby schowane na widoku. Film istnieje, bo komisarz widział jego kopię inaczej by tak nie szalał. – Przemierzał powoli pokój sunąc oczami po wszystkich przewróconych meblach oraz wiszących nienagannie obrazach. Jego wzrok skupił się na książce leżącej przy elektrycznym czajniku. Wziąwszy ją do ręki zaczął wertować strony. Na wielu filmach widział małe skrytki robione w książkach lub ich atrapach. Niestety ta taką nie była. Odłożywszy ją z powrotem odwrócił się na pięcie, a jego wzrok padł na mały niepozorny obrazek leżący na podłodze. Musiał spaść w czasie kiedy banda komisarza przeszukiwała mieszkanie. Podszedł do niego i już miał go powiesić na gwoździu kiedy palcem natrafił na kawałek grubszego, nierównego drewna. Obrócił dzieło sztuki i zmrużył oczy. Rzeczywiście rama w tym miejscu była jakby grubsza, ale gołym okiem nie dało się tego zobaczyć, tylko wpatrując się bardziej zdołał zauważyć, że niewielki kawałek prostokąta okrążała ledwie widoczna szpara. Ktoś musiał się bardzo postarać, żeby nikt nie zwrócił na to uwagi. Gdyby nie jego wyczulone palce w życiu nie natrafiłby na to zgrubienie. Kierowany nagłym impulsem wrócił do kuchni. Wziąwszy pierwszy lepszy nóż podważył czubkiem prostokącik. Ten nie chciał się wysunąć, ale po kilku próbach ujawnił to co było pod nim ukryte. Na maleńkiej przestrzeni w ramie obrazu leżał sobie ukryty miniaturowy pendrive. Jego grubość i ogólna wielkość pozwalała na schowanie go wszędzie. Wyjął urządzenie i zamknął go w pięści. Najchętniej to już sprawdziłby co na nim jest, ale nie miał jak i podejrzewał, że znalazł dowody. Raczej filmy rodzinne czy zdjęcia nie musiałyby być tak starannie schowane. Czyli nie mylił się, że to czego szukali znajdzie właśnie w tym mieszkaniu. Gdyby ostatnio się postarał, nie pozwoliłby sobie rozwalić głowy, możliwe, że dzisiaj już byłoby po wszystkim. Teraz tylko musiał podjąć kolejne kroki do tego, aby Luis przestał się bać.

***

Rodzice Luisa siedzieli z niemal opuszczonymi szczękami, po rewelacjach jakie przekazał im ich syn oraz Christian, których wspomagała Sonia. Luis opowiedział rodzicom całą historię Christiana, swoją włącznie z tym dlaczego się tutaj znalazł i dlaczego oni mieli tak długie wakacje. W tej chwili w salonie panowała cisza i byłaby trwała, gdyby do pokoju nie wpadł maleńki chłopczyk wołając swojego tatę. Luisa zadziwiało to jak zmienni szybko się rozwijają. Adaś wyglądał jak dwulatek, a zachowywał się inaczej niż inne dzieci. Chodził już bez żadnej pomocy, nawet biegał, mówił bez seplenienia i co najważniejsze doskonale rozumiał kto jest kim w tym towarzystwie.
– Tata. – Chłopiec owinął ręce wokół szyi Chrisa, gdy zmienny smok wziął go na ręce.
– Tata? – głos zabrała pani Bright. – Myślałam, że to dziecko którejś z tych kręcących się tu kobiet. Jakim cudem ty masz syna i to tak dużego? – zwróciła się do przyjaciela syna.
– Mamo, o tym wam nie powiedzieliśmy. Wiecie, że Christian jest diamentowym smokiem i oni mają tę… to znaczy mężczyźni mają tę właściwość, nie wiem jak inaczej można to nazwać, że… mogą rodzić dzieci i Chris ma trojaczki – dokończył płasko i nad wyraz cicho nie wiedząc co ma jeszcze dodać. Jemu samemu przyszło z trudem pogodzenie się z tą całą ciążą przyjaciela, a co dopiero rodzicom. Ci nie byli tak otwarci jak Sonia i on. Do tego przecież nakładli im dzisiaj do głowy całe tony zadziwiających rzeczy. Tata siedział cicho z miną nic nie mówiącą. Podejrzewał, że była to tylko maska i naprawdę bał się jego wybuchu, mimo że ten był raczej spokojnym człowiekiem. Zaś mama… Ona go właśnie zaskoczyła. Rodzicielka podeszła do dwójki zmiennych i wzięła dziecko na ręce. Zaczęła do niego mówić, a chłopiec złapał ją za włosy i się do niej uśmiechał. Luis zarejestrował wśród zachwytów mamy coś w stylu „będę twoją babcią zgadzasz się?” Odetchnął. Z mamą poszło dobrze. Zadziwiająco dobrze. Pomylił się sądząc, że jego matka nie poradzi sobie w tym wszystkim, a ona jeszcze mianowała się babcią i do tego chciała poznać pozostałe dzieci oraz kochanków Christiana. W końcu został sam z ojcem.
– Tato, nic nie powiesz?
– Nic dziwnego, że mieszkając tutaj nabrałeś przekonania, że jesteś pedałem.
– Gejem, gejem tato. Pedały są przy rowerze. Zresztą nieważne. Tu nie chodzi o mieszkanie… Nic nie zmieni tego kim jestem, jaki jestem. Mam nadzieję, że to zrozumiesz. – Wstał z fotela. – Idę się przejść. Liczę, że porozmawiamy o tym kiedy wszystko sobie przemyślisz.
– Matkę zaczarowało to dziecko i nie zapytała się ciebie o co chodzi z tym, że ktoś cię szuka? Kto to jest? – spytał pan Bright zatrzymując syna zanim ten wyszedł.
– Porozmawiamy później. Potrzebuję powietrza i spaceru. – Opuściwszy salon wyszedł na zewnątrz. Martwił się o Alessia. Partner nie oddzwaniał, a on nie chciał dobijać się do niego co pięć minut na wszelki wypadek, żeby mu w czymś ważnym nie przerwać.
Zszedłszy ze schodów zobaczył Christiana opartego o Hamera – jak wcześniej o ścianę – jakim jeździł szukając Alessia.
– Pomyślałem, że przyda ci się nie tyle spacer co szalona przejażdżka. Wybiorę się z tobą, bo twoja mama zawłaszczyła sobie moje dzieci. – Roześmiał się.
– Nie doceniłem jej.
– Masz świetną rodzinę. W sumie to twoi rodzice byli dla mnie jakby rodziną zastępczą. – Zasmucił się Christian. – Gdyby nie Daniel, Martin i nasze dzieci nie miałbym kogo nazywać swoimi. Nie należałbym do stada tak ja czasami nazywam w duchu sforę.
– Czy wiesz gdzie są inne diamentowe smoki? Żyją długo, więc wszystkie nie wyginęły. Jesteś ich księciem.
– Daniel szukał jakiegoś śladu, ale na nic nie natrafił. Może kiedyś się ktoś zjawi, może nigdy. To co chcesz te kluczyki czy nie? – Ponownie uniósł wspomnianą rzecz.
– Chcę. – Zabrał kluczyki od przyjaciela. – To gdzie się wybieramy?
– Na północne strony. Tam jest dobre miejsce do jazdy terenowej i możesz docisnąć pedał gazu. Chyba że się będziesz bał. – Podpuścił go wskakując do potężnego auta.
– Prędzej ty narobisz w gacie.

Musiał przyznać, że Christian miał doskonały pomysł. Szalejąc po polnych drogach, zostawiając za sobą tumany kurzu czuł, że opuszcza go całe napięcie. Naciskając pedał gazu czuł, że żyje. Pędził samochodem po różnych wertepach, górkach i pojazd prowadził się wprost nieziemsko. Siedzący obok Christian śmiał się, to krzyczał kiedy wjeżdżali na sporej wielkości pochyłość, a potem zjeżdżając z niej znajdowali się nagle na płaskim terenie, który rozciągał się całymi milami. Dlatego zawrócił i jadąc ponownie tą samą drogą musiał zwolnić, żeby odebrać telefon od Alessia.
– Co tam? Dzwoniłem do ciebie.
– Gdzie jesteś? Włącz Youtuba lub pierwszą lepszą stację telewizyjną.
– Jestem z Christianem na północnej drodze. Szalejemy Hamerem. Jesteś już w domu?
– Dojeżdżam właśnie.
– To my też jedziemy. Jestem ciekaw co ty tam wykombinowałeś. Za dziesięć minut dojedziemy na miejsce.
– Czekam.
Rozłączył się i ponownie wcisnął gaz do dechy wzbudzając tumany kurzu. Nie wiedział co go tak do domu goniło, ciekawość czy czekający na niego partner. Pokonawszy jeden z zakrętów ujrzał kierujący się w ich kierunku samochód. Robiąc mu miejsce zjechał na prawą stronę ponownie zwalniając, żeby nie przejechać obok drugiego pojazdu z nadmierną prędkością. Niestety kierowca drugiego auta nie zamierzał zjechać tylko pędził na nich środkiem drogi zbliżając się z wielką prędkością.
– Co on wyprawia? Wariat jakiś czy co? – Christian poruszył się niespokojnie na siedzeniu. – Wycofaj i zawróć tam gdzie ci przedtem pokazywałem, bo tu nie damy rady za wąsko. Tuż przy tych drzewach. Ruszaj dupę, bo nas staranuje! – krzyknął Christian widząc, że przyjaciela zamurowało.
– Tak, tak już. – Wrzucił bieg wsteczny i cofał dopóki nie było możliwości wjechania na łąkę i zawrócenia na niej. Niestety ten jeden błąd, zawahanie jakie miał, sprawiły, że po zawróceniu drogę zajechał im samochód, przed którym chcieli uciec. Krew w żyłach zaczęła szybciej krążyć i mając złe przeczucie próbował jeszcze uciec, gdy nieznany kierowca ponownie im przeszkodził. Warknął zaciskając ręce na kierownicy tak mocno, że kostki mu pobielały. Chciał znów cofnąć i przejechać na drugą stronę pastwiska, ale zanim to zrobił – za co przeklinał siebie i swoje zwolnione z dziwnie pętającego go strachu ruchy – z atakującego ich samochodu wysiadł mężczyzna, którego zdjęcie pokazał mu Alessio. Komisarz wyciągnął broń i przestrzelił obie opony.
– O kurwa mać – zdołał powiedzieć Luis, kiedy mężczyzna otworzył drzwi i wycelował mu lufę pistoletu prosto w głowę.