15 grudnia 2014

Nie powiem dobranoc - Rozdział 5



Hej. Przed Wami kolejny rozdział. Dziękuję za komentarze. Widzę, że czasami zdarzą się drobne błędy, ale jak takie znajdziecie wypiszcie je to je poprawię w pliku. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania. :)
 

Przenośna lodówka i pojemniki do przechowywania żywności stały równo ustawione na stole. Steven spakował jeszcze dodatkowe koce i śpiwór. Starał się pozytywnie nastawić do tej wyprawy. Nawet się nie zorientował, a już nadszedł dzień wyjazdu. Dwa tygodnie minęły bardzo szybko. Podczas tych czternastu dni kilka razy chciał zrezygnować, lecz byłoby to bardzo głupie posunięcie. Nie był tchórzem i powinien zachowywać się jak dorosły facet. Poza tym należał mu się urlop, który jakoś trzeba wykorzystać. Do tego czas spędzony na łonie natury pozwoli mu nabrać sił. W każdym razie bardzo na to liczył. Do podręcznego bagażu, poza kosmetykami i kilkoma ubraniami, wrzucił też książkę, z nadzieją, że znajdzie kilka chwil samotności i poczyta. Nie był na tyle zdesperowany, aby non stop gapić się na faceta, którego nie będzie miał. Ostatnio widział się z nim trzy dni temu, kiedy przyjaciel zawiózł go do szpitala na zdjęcie szwów. Niby między nimi wszystko było w porządku, ale od tamtej „szczerej” rozmowy coś się zmieniło. Przemiany niewielkie, lecz on i tak zauważał nikły dystans Kierana. Steven nie dał mu żadnego znaku, że coś do niego czuje. Wszelkie emocje i pragnienia starał się dusić w sobie. Uważał na wszelkie gesty, by przy powitaniu nie przytrzymać jego ręki zbyt długo, nie porwać w ramiona, gdy stali blisko siebie, nie patrzeć na niego jak zakochany sztubak. To, niestety, budziło napięcie i być może to on się izolował.
 Sprawdził jeszcze, czy na pewno zabrał ze sobą to, co miał zapisane na kartce. Każdy z ich grupy miał coś wziąć ze sobą, chociaż szczególnie chodziło o rzeczy typu koce i poduszki. On dodatkowo przygotował posiłki, które mogli odgrzać na miejscu podczas pierwszego dnia pobytu, nie zawracając sobie głowy jeżdżeniem w dolinę do sklepu. Dobrze pamiętał tamtejsze drogi, więc czym rzadziej będzie się nimi poruszał, tym lepiej. Nie zapomniał spakować swojego napoju, od którego nie potrafił zacząć dnia. Ostatnio kupił dość dobrą kawę, która z dodatkiem cukru i kilku kropel mleka dawała połączenie wręcz idealne od względem smaku. Zaniósł wszystkie rzeczy do samochodu i załadował nimi bagażnik, zostawiając trochę miejsca na rzeczy Davida i Martina, któremu miała towarzyszyć jakaś nowa panna. David koniecznie chciał namówić Elis, by z nim pojechała, lecz dziewczyna była nieugięta i odmówiła. Pozostało mu jeszcze podjechanie po nich, wcześniej zahaczając o dom Holly, by stamtąd mogli już wyruszyć razem.
– Po co tyle jedzenia? Wystarczy zejść do miasteczka i kupić potrzebne rzeczy – marudziła Holly, starając się upchnąć swoją walizkę pomiędzy innymi. Bagażnik był dość spory, a ona i tak miała z tym problemy. Do tego, jako kobieta wyzwolona, nie zamierzała korzystać z męskiej pomocy, gdy jej to zaproponowano. Dlatego Steven z Zackiem stali obok siebie i patrzyli na jej walkę z bagażami.
– Ja natomiast nie wiem, po co ci tyle rzeczy? Jedziemy tam na tydzień, nie na rok. – Steven wsunął ręce w tylne kieszenie spodni i ledwie powstrzymywał śmiech, widząc biegającą dookoła przyjaciółkę, która starała się teraz domknąć bagażnik. Jaka by nie była, gdzie by nie jechała, zawsze musiała brać ze sobą multum rzeczy. Szafy pewnie pozostawiła puste, ponieważ nie wiedząc, co ma ze sobą zabrać, brała wszystko. – Zack, może powinieneś kupić ciężarówkę? – podrzucił przyjacielowi.
– Słyszałam. Oberwiesz zaraz po tym, jak zamknę to cholerstwo. Poza tym przezorny zawsze ubezpieczony. Jestem przygotowana na każdą pogodę.
– Na seks i jego brak też?  – podsunął Zack.
– Tobie tylko jedno w głowie – oburzyła się kobieta, zatrzaskując klapę bagażnika. – O, udało się.
– Wiesz, kochanie, ja na takie chwile biorę tylko kilka ubranek do portfela i gotowe – powiedział Zack.
– Ktoś tu jest na głodzie. Holly, zaniedbałaś swego faceta – zaśmiał się Steven, odganiając sprzed nosa natrętną muchę.
– Jeszcze o niego zadbam. Mam na to całe życie. – Podeszła do narzeczonego. – Jeśli chcesz buziaka, to się pochyl.
– To ty powinnaś urosnąć.
– Kochanie, masz ze dwa metry, więc to nie moja wina, że przy tobie jestem niska. Nawet Steven jest. Nie chcesz buziaka… – Nie dokończyła, gdyż Zack skutecznie zamknął jej usta.
Steven uśmiechnął się pod nosem. Chciał, aby ta para była ze sobą szczęśliwa. Komuś należał się uśmiech losu, więc jak nie jemu, to przynajmniej im.
Stukot szpilek uderzających o chodnik zwrócił jego uwagę. W ich stronę szła młodziutka dziewczyna z czarnymi, długimi włosami usztywnionymi lakierem, który był nieodłączną i zawsze obecną częścią w jej torebce. Czasami zastanawiał się, kiedy wypadną jej włosy od nadużywania kosmetyku. To one wpierw rzucały się w oczy, później był kolczyk w nosie, a potem cała postać dwudziestolatki, która potknęła się na wystającej płycie chodnikowej i omal nie upadła, przygnieciona ogromnym plecakiem, jaki dźwigała na barkach. Zobaczywszy ich, pomachała im i przyśpieszyła kroku.
– Cześć wszystkim.
– Grace, szpilki? Żartujesz chyba – powiedziała Holly.
– No, coś ty. Taka głupia to ja nie jestem. – Grace postawiła swój bagaż na trawniku i ukucnęła przy nim. Rozsunęła zamek przedniej kieszeni, wyjmując z niej tenisówki. – Założę je już na miejscu. Nie zamierzam paradować w nich teraz. Nie bójcie się. – Schowała buty z powrotem i wyprostowała się, poprawiając i tak nienaganne, jasnobłękitne szorty. – To gdzie mam to wrzucić? – zapytała.
Grace poznali dwa lata temu, kiedy Holly omal nie potrąciła jej samochodem. Od tamtej pory brunetka spotykała się z nimi, będąc najmłodszą w ich grupie. Wyglądała na słodką i głupią dziewczynę interesującą się tylko i wyłącznie kosmetykami, która potrafi jedynie pokazywać swe ciało i polować na facetów. Mimo że Steven nie poznał jej tak jak Holly, wiedział, że Grace ma swoje wartości i bardzo silną moralność. Moralność, jakiej nie mógł zaakceptować Martin, podrywając ją. Mężczyzna spasował dopiero wtedy, gdy usłyszał, że nie jest zainteresowana kimś, kto nie potrafi uszanować kobiety, a ona nie zamierza oddać swojej cnoty pierwszemu lepszemu, tylko mężowi, czyli partnerowi, którego będzie kochać. Kazała mu spadać na drzewo i od tamtej pory Martin traktował ją wyłącznie jako koleżankę. Grace kusiła mężczyzn, ale też zawsze powtarzała, że nie będzie nosiła na sobie worka po kartoflach, byle by tylko ukryć swoje ciało. Będzie się ubierała jak chce i w co tylko zapragnie, jednak to wcale nie oznacza, że jest chętna na spędzenie z kimś nocy. Jeśli tak jej wygodnie, może chodzić nawet nago i wszyscy mają się od niej odczepić. Steven czasami zastanawiał się, co nią kieruje i jak odbierać tę mieszankę charakteru i wprost przeciwny z nim wygląd.
– Zbieramy tyłki i ruszamy. Inni dojadą na miejsce bez nas – powiedział Zack, pakując plecak Grace na tylne siedzenie.
– Po drodze musimy jeszcze wpaść po Davida i Martina – przypomniał im Steven, obchodząc swój samochód. – Obdarliby mnie ze skóry, gdybyśmy ich nie wzięli.
Mężczyźni razem wynajmowali mieszkanie, dzieląc na połowę koszty utrzymania i opłaty, przy okazji nie pozwalając na to, by lokum ciotki Martina stało puste i się niszczyło, kiedy kobieta wyjechała na drugi koniec kraju, by być przy mężu pracującym na platformach wiertniczych.
– Od razu po nich podjedziemy. Grace, wsiadaj. Steven weźmie chłopaków. Ja podzwonię jeszcze po ludziach, a moje kochanie zajmie się prowadzeniem – rozkazała Holly, która zawsze była rozgadana i najgłośniejsza.
Chciał zapytać o Kierana, ale powstrzymał się. Przyjaciel miał przyjechać jutro z rana wraz z Jessicą i jej znajomą. Do tej pory nie udało mu się poznać kobiety. Sam nie wiedział, czy to cud, czy zwyczajnie tak pochłonęła go praca, że nie miał czasu na spotkania, a i Kieran na to nie nalegał. W sumie rzadko się widywali.
Wsiadł za kierownicę i zapalił silnik. Poczekał, aż Zack wyjedzie pierwszy i ruszył za nimi. 

~*~

Dojazd w góry zajął im trzy godziny, wliczając jeden przystanek na stacji benzynowej. Steven całą drogę słuchał planów Davida, co do jego przyszłości i napatrzył się na parę całującą się na tylnym siedzeniu. Miriam, nowa towarzyszka Martina, za każdym razem chichotała, gdy mężczyzna szeptał jej coś do ucha. Nie chciał wiedzieć, co to było, jednak był pewien, że dowie się tego podczas pierwszego pijackiego wieczorku z Martinem i Davidem. Chyba będzie musiał zalać się w trupa, by się znieczulić, kiedy kumpel obrzydzi mu wszystko. Nie to, żeby seks heteroseksualny go brzydził. Po prostu nie lubił, jak ktoś opowiada o tym w ten sposób, jakby to był jakiś mecz, czy zabawa. Jemu samemu zdarzało się rozmawiać o tym z Holly, a raczej o jego seksie, lecz nigdy nie zwierzał się z tak intymnych szczegółów, jakich nie powstydzi się Martin, a już na pewno nie chwalił się, że kogoś zaliczył. W przeciwieństwie do kolegi, nie traktował partnerów seksualnych jak przedmioty. Bóg mu świadkiem, chociaż w niego nie wierzył, że nieraz miał ochotę przestawić szczękę kumpla. Jednak pokłady cierpliwości były w nim na tyle duże, że jeszcze się nie skończyły. Z ulgą zaparkował tuż obok samochodu Zacka i wysiadł, mając ochotę na rozprostowanie zasiedziałych kości.
– Cudnie tu. I to powietrze... Czujecie? Można zaćpać się tą świeżością. Zero smogu, hałasu. Tylko my, cud, miód i las oraz błękitne niebo – mówiła uradowana Holly, przy okazji obdzielając swoim humorem pozostałe towarzystwo.
– Chyba zapomniałaś o orzeszkach – poprawił ją Steven, wypakowując bagaże.
– E tam, nie znasz się. Ruszajcie tyłki, panie i panowie. Do wieczora musimy tutaj wszystko ogarnąć. Pójdę jeszcze zobaczyć, czy tata z mamą wykosili trawę za domem, gdy byli tu ostatnio, więc będzie tam można śmiało postawić namioty, jeżeli ktoś zechce. Ot, tak dla prywatności. – Spojrzała wymownie na lepiącą się do siebie parę.
– Namioty? – zapytała zdezorientowana Miriam.
– Tak, śliczna, namioty. Chyba, że chcesz spać pod śpiworem, czyli w domku, w towarzystwie reszty. Tam są tylko trzy izby – wyjaśnił jej Martin. – Ale nie martw się, tam jest łazienka. Całkiem luksusowa, jak na dzicz.
– Jak ja ci zaraz dam dzicz, kretynie, to wybiję ci głupotę ze łba. – Holly podeszła do Martina i trzepnęła go dłonią po głowie.
Steven przewrócił oczami, biorąc zestaw pudełek z posiłkiem, które zaniósł do wnętrza drewnianego budynku. Jednopoziomowe zabudowanie miało jedno duże pomieszczenie, w którym mieścił się aneks kuchenny i coś w rodzaju pokoju wypoczynkowego. Mężczyzna ustawił pojemniki na jasnoorzechowej szafce i otworzył lodówkę. Skrzywił się na myśl, że najpierw muszą ją umyć, aby móc z niej korzystać. Rodzice Holly byli tutaj wcześniej, ale wyjeżdżając, zawsze odłączali wszystko, co miało jakikolwiek związek z elektrycznością. Było tak, jak przeczuwał. Zanim tu się rozgoszczą, czeka ich zrobienie porządków.
– Włączyłem prąd – poinformował Zack, przynosząc walizki swojej narzeczonej.
– Zajmę się kuchnią, a resztę zostawiam wam – powiedział Steven. – Ciepłej wody na umycie tego pewnie też nie ma?
– Kochany, warunki polowe. – Wyszczerzył zęby Zack.
– Nie świeć ząbkami, bo ci jeszcze coś między nie wpadnie. Tutaj o to nietrudno. Włączę bojler. – Udał się do łazienki, która była jeszcze mniejsza niż ta w jego mieszkaniu. Nie narzekał. Lubił tutaj przyjeżdżać i miał nadzieję, że mimo obaw będzie się świetnie bawił.

~*~

– No, to gotowe. Teraz możemy się jakoś rozlokować – mówiła Holly, kiedy skończyli sprzątać po dwóch godzinach i dołączyło do nich kilka nowo przybyłych osób, których Steven nie znał. – Jak ktoś chce ulokować się w namiocie, to za domem jest wyznaczony do tego teren. Inne rozwiązanie jest takie, że panowie zostają w dużym pokoju, a my bierzemy sypialnię.
– Czy ty zawsze i wszędzie musisz rozkazywać? – zapytał Steven klęczący na podłodze i układający garnki na dolnej półce. Kobieta kucnęła przy nim.
– A co? Ktoś musi rządzić. Mamy tutaj piętnaście osób, więc sam wiesz, jak jest. Ale mniejsza z tym. – Machnęła ręką. – Co tam u ciebie? Jestem tak zajęta przygotowaniami do wesela, że nie nawet mam czasu z tobą porozmawiać.
Zamknął drzwiczki szafki, które zapiszczały, kalecząc mu uszy. Od zawsze był wrażliwy na takie dźwięki. Usiadłszy na podłodze, oparł się o mebel, a nogi zgiął w kolanach, na których oparł łokcie.
– Przyznam, że trochę się niepokoję poznaniem Jessiki, jednak jestem dobrej myśli. – Od razu wiedział, o co pyta przyjaciółka. Na pewno miała na myśli jego pracy, czy też zagojonej rany na stopie. – Na razie nie żałuję, że tu przyjechałem.
– Mam nadzieję, że nie będziesz żałował. – Wsunęła kosmyki włosów za ucho, gdy te próbowały dostać się do jej oczu.
– Dam sobie radę, Maleńka.
– Nie jestem…
– Tak, wiem.
Ryk silnika i światła, jakie odbiły się w oknach domku, zapowiedziały kolejnych gości. Oboje byli tym zdziwieni, gdyż tego wieczoru nie spodziewali się już nikogo więcej, a Kieran miał przyjechać jutro. Podnieśli się i obeszli wyspę kuchenną, by skierować się do wyjścia. Po drodze, Holly wyłączyła telewizor, mrucząc pod nosem, że musi wyrzucić to cholerstwo, bo nie pozwoli nikomu siedzieć przed ekranem. Wszyscy mają się integrować i aktywnie spędzić czas. Steven przyznał jej rację, sam mając wielką ochotę na spacer pomimo później godziny. Wyszli na taras otoczony dziko rosnącymi kwiatami, w pobliżu którego rosło kilka świerków. Serce mu omal nie stanęło, gdyż widząc wysiadających gości, nie był przygotowany na to, aby dzisiaj ich zobaczyć. Mieli przyjechać jutro. Patrzył, jak Holly podbiega do brata i rzuca się w ramiona brata, a potem wita się ze śliczną brunetką oraz wysoką blondynką. Też powinien tam podejść, ale nogi wrosły mu w ziemię i nie miał sił ich od niej oderwać. Szczególnie wtedy, kiedy zobaczył jak Kieran obejmuje swą partnerkę w pasie i przyciąga do swego boku. Znów powróciły te same uczucia. Zazdrość i ból. Brunetka uśmiechała się słodko, rozmawiając z Holly, a Kieran spojrzał na niego. Jedyny gest, jaki był mu w stanie pokazać, to uniesienie ręki w wymownym „hej”. Wstrzymał oddech, gdy mężczyzna pocałował partnerkę w policzek i ruszył w jego stronę. Dlaczego teraz nie dzieliły ich dziesiątki metrów, tylko dwa?
– Co tak stoisz, zamiast do nas podejść? – zagadał Kieran. – Chodź, poznasz Jessicę.
– Weź się w garść. Weź się w garść  – powtarzał sobie w myślach. – Tak jakoś. Nie chciałem przeszkadzać.
– Pierdolisz. Chodź.
Kieran złapał go tuż nad nadgarstkiem i pociągnął za sobą, nie mając pojęcia, że jemu żołądek wywraca się na wszystkie strony. Po pierwsze, dotyk mężczyzny sprawiał, że włączał się w nim samiec, który chce bliskości ukochanego i tego, żeby zagarnąć go dla siebie, a po drugie, ten samiec prawdopodobnie miał poznać przyszłą żonę Kierana. Ostrożnie wysunął rękę z uścisku i starał się zapanować nad swymi uczuciami.
– Kochanie, to jest Steven, mój przyjaciel, z którym odnowiłem kontakt i mam nadzieję, że znów on się nie urwie. Przyjacielu, a to Jessica – przedstawił ich sobie, stając ponownie u boku swojej dziewczyny.
– Cześć, miło mi cię poznać. Wiele o tobie słyszałam – powiedziała uprzejmie młoda kobieta. Jej włosy falami spływały wokół twarzy i lśniły w świetle lamp.
Jessica wyciągnęła dłoń w jego stronę. Na każdym z palców miała jakiś pierścionek. Uścisnął drobną rękę, czując, jak delikatną miała skórę. Nie to co jego, twarda, męska i pokryta odciskami od zbyt mocno ściskanego w ostatnich dniach noża.
– Cześć. Też słyszałem o tobie co nieco i to w samych superlatywach.
– Kochanie, mam nadzieję, że za bardzo mnie nie wychwalałeś – zwróciła się do Kierana. – Nie jestem idealna.
– Dla mnie jesteś. – Mężczyzna pochylił się nieznacznie i pocałował kobietę.
Na to Steven nie mógł patrzeć. Teraz tym bardziej miał ochotę na spacer, ale zaraz miała być kolacja i chciał się nią zająć, woląc niczego nie pozostawić w rękach Holly. Później wybierze się na długą, nocną przechadzkę. Jezioro w czasie pełni musiało wyglądać pięknie.
– Przepraszam – wtrąciła się stojąca z tyłu blondynka. – Jestem Nicki. Cześć.
– Cześć – odpowiedział, myślami błądząc gdzie indziej.
– Chodźcie do środka, bo zaraz będzie wyżerka. Podziękujcie za nią Stevenowi – zakomunikowała Holly, której wzrok czuł na sobie przez cały czas wymiany zdań z Jessicą. Fakt, teraz miał ochotę z nią porozmawiać i to bardzo, lecz wolał nie psuć jej nastroju swoim smutkiem. Chciał pobyć sam, ale to dopiero później. Gdyby teraz zniknął, zaczęłyby się pytania, a nie miał na nie w tym momencie ochoty. Dobry humor prysnął jak bańka mydlana.

Podczas kolacji panowała luźna i wesoła atmosfera. Ci, którzy się nie znali, od razu złapali wspólny język z innymi. Osobami spoza paczki byli znajomymi z pracy Holly i Zacka. Jedna z kobiet, starsza od nich, zaproponowała jakąś zabawę, w której Steven nie zamierzał uczestniczyć. Skończył swoją surówkę i wyrzucił jednorazowy talerz do kosza. Zgrabnie omijając ludzi siedzących na kanapie i podłodze, podszedł do swojej torby leżącej pod ścianą i wyciągnął z niej dżinsową koszulę z długim rękawem. W tym roku było tu zdecydowanie za dużo osób. Upewnił się w tym, lawirując między licznymi rzeczami porozstawianymi na podłodze. Trzymając torbę w dłoni i wracając tą samą drogą, jednocześnie starając się nikogo nie zdeptać, udało mu się jakoś opuścić domek. Zszedł z tarasowego podestu i spojrzał na niebo. Doskonale je widział, gdyż wysokie drzewa rosły w oddali i ich konary nie przysłaniały gwiazd, które usiały cały nieboskłon. Na podkoszulek z krótkim rękawem, jaki miał na sobie od wielu godzin, założył koszulę, nie zapinając jej jednak. Noc była ciepła. Podążył w znanym sobie kierunku w stronę do jeziora, w którym czasami pływał. Kto wie? Może w najbliższych dniach skorzysta z okazji i przepłynie na sztucznie utworzoną wyspę umieszczoną na środku zbiornika wodnego. Jednak tego wieczoru potrzebował chwili spokoju. Ścieżka, którą szedł była nieco zarośnięta, więc wystające gałązki różnych krzaków smagały go po rękach i nogach. Holly opierdoliłaby go za to, że szwenda się po zmroku. Szczególnie, że nie był tutaj od roku i wiele mogło się zmienić. Naprawdę czasami traktowała go jak mama. To przywiodło mu na myśl rodziców. Ostatnim razem był u nich podczas tej nieudanej kolacji. Wolał nie denerwować ojca, który niekiedy ledwie panował nad sobą, a on mógłby mu wykrzyczeć parę rzeczy. Szczególnie, kiedy ten nazywał go nieudacznikiem, bo oczywiście nie zajął się pilotażem, tak jak tata oczekiwał, a w dodatku pierworodny syn nie da mu wnuków i co będzie z jego nazwiskiem? Mówił tak, jakby nie miał i nie widział drugiego syna. Lukasowi robiło się przykro z tego powodu, że ojciec nie zwracał na niego uwagi, wciąż zajęty starszym i jakże wkurwiającym synem. Postanowił, że po powrocie porozmawia z Lucasem. Chciał, aby jego brat wiedział, że ma w nim oparcie.
Na rozmyślaniach upłynęła mu cała droga, dlatego szybko dotarł do ogromnego jeziora, którego woda odbijała tarczę księżyca. Otaczający je wokół las i dzikie krzewy tworzyły bajkowy krajobraz. Wokół cykały świerszcze, szumiał wiatr grający w konarach drzew, a powietrze pachniało wyjątkowo. Steven przeszedł po miniaturce mola i zdjął buty, podwijając nogawki spodni. Usiadł na samym brzegu, zatapiając stopy w chłodnej wodzie, a rękoma podparł się za plecami. Potrzebował wyciszenia, a to miejsce zawsze mu to oferowało. Właśnie tutaj potrafił oczyścić swój umysł na tyle, aby zrozumieć siebie, swoje postępowanie. Nie dotyczyło ono tylko tego, co się z nim obecnie działo. Nieraz całe życie podlegało przemyśleniom, chociaż obecnie sen z powiek spędzał mu tylko jeden człowiek. Zastanawiał się, czy jego miłość do Kierana nie opiera się wyłącznie na pożądaniu. To, co się z nim ostatnio działo, te wszystkie myśli i reakcje, mogły o tym świadczyć. W takim razie, co oznaczałaby ta chęć troski o niego, czysta ochota to, by tylko się przytulić i nie liczyć na nic więcej? Cóż znaczyło zbyt szybko bijące serce i ból w piersi, że straci Atkinsona? Czym było to przytłaczające „coś”, co w nim tkwiło i sprawiało, że miał ochotę płakać? Cieszył się, że Kieran jest, że wrócił na jakiś czas, a jednocześnie przeklinał na to. Jak dotąd miał spokój, a teraz wszytko się popierdoliło! Poczuł, jak wilgotnieją oczy mu, a w gardle rośnie gula. Nagle usłyszał za sobą jakiś szelest, a potem odgłos butów stąpających po drewnianej kładce. Otarł oczy i odwrócił się z rozmachem. W ciemności trudno było rozpoznać osobę, jaka szła w jego stronę z zapaloną latarką w ręku, ale czuł, że nic mu nie zagraża. Tym bardziej, że zarys sylwetki i odgłos znajomych kroków przypominał mu kogoś. Kogoś, z kim dzisiaj nie miał chęci rozmawiać. Ponownie zatopił wzrok w jeziorze, starając się wyglądać na pewnego siebie i wyluzowanego.
– Szukałem cię. – Kieran ukucnął przy nim i podsunął mu pod nos butelkę piwa. – Zniknąłeś tak nagle, że nawet nie zauważyłem twojego wyjścia.
Odebrał butelkę i od razu pociągnął z niej solidny łyk alkoholu. Wolałby swoją whisky, ale to też może być.
Byłeś zajęty Jessicą. Nie miałem ochoty uczestniczyć w głupiej zabawie – wytłumaczył się.
– Ja też.
Steven miał nadzieję, że wypiją razem po piwie i Kieran sobie pójdzie, lecz kiedy mężczyzna także zdjął buty i usiadł tuż przy nim, wszelkie szanse na pozostanie samemu przepadły.
– Zapomniałem, jak tutaj jest pięknie. Musimy tu przyjść w dzień i wykąpać się nago.
Steven zachłysnął się piwem i zaczął kaszleć, nie mogąc nabrać tchu.
– Ej, stary, ok? – pytał zaniepokojony Kieran, klepiąc go po plecach.
– Tak i nie wal mnie tak mocno. – On i Kieran nago? Razem? Nie ma mowy! To znaczy, bardzo chętnie, ale nie w takiej sytuacji. Nie, kiedy on wariował na jego punkcie, kochał i pragnął tak mocno, że aż bolało.
– Spoko.
Steven nie patrzył na przyjaciela, lecz wiedział, że ten w tej chwili wlewał w gardło alkohol. Słyszał przełykanie, które było wyraźnie słyszalne wśród cykad świerszczy. Zawsze fascynowało go to, jak nocą dźwięki stają się wyrazistsze. Szept słychać tak, jakby ktoś mówił głośno, a szuranie krzesłem i brzmienie kroków potęgowało się o wiele bardziej.
– To teraz powiedz mi prawdę. Co tu robisz sam w nocy? Nigdy tu nie przychodziłeś o takiej porze – zagadnął Kieran po chwili ciszy.
– Jedno wytłumaczenie ci nie wystarczy? Po prostu chciałem pobyć sam. Holly przesadziła z listą gości. Całe szczęście, że niektórzy mają namioty i w nich się rozlokują. Podłogi do spania by brakło. – Zaczął bawić się prawie pustą butelką, zdrapując z niej etykietę.
– Ta. Moja siostrzyczka uwielbia towarzystwo. Już widzę, jak jutro zabiera wszystkich na wycieczkę. Wieczorem planuje ognisko.
– Wiem.
– Pamiętasz imprezę na zakończenie wakacji, tuż przed rozpoczęciem studiów?
– Nawet mi nie przypominaj. Nie upijam się do nieprzytomności, jednak wtedy, ten jeden jedyny raz, schlałem się, jak nie wiem co, a potem umierałem przez tydzień. Nie wiem, co mnie do tego podkusiło. – Może to, że widział, jak Kieran zabiera jakąś dziewczynę w ustronne miejsce, by mogli…
– Obrzygałeś mi samochód – przypomniał meżczyzna, trącając go łokciem.
– Zamknij się, bo cię zaknebluję. Taki wstyd. – Przystawił szyjkę butelki do ust i opróżnił ją. Film mu się wtedy urwał, ale akurat to przykre zdarzenie dziwnym trafem dobrze pamiętał. Na myśl o tym, nadal czuł zażenowanie. Kieran widział go w tragicznym stanie i więcej nie zamierzał pozwolić, by ukochany… by przyjaciel musiał po nim zmywać jego… Wstrząsnęło nim na samą myśl. – Nie mów już o tym.
– Zgoda, ale pod warunkiem, że nie będziesz miał już miny, jakby ktoś ci umarł.
Spojrzał na niego. Niemożliwe, że aż tak było po nim widać, że coś jest nie tak. Skoro Atkinson to zauważył, to co z całą resztą?
– Zmęczenie, to wszystko. – Znów zmyśla, lecz co miał mu powiedzieć? ‘Kieran, kocham cię i cierpię, kiedy widzę, jak całujesz i obejmujesz Jessicę, a nie mnie’?
– To zamiast spędzać tutaj noc na rozmyślaniach, bierz dupę w troki i wracamy. Pora pójść spać. Założę się, że jutro czeka nas intensywny dzień. – Kieran wstał i podał mu rękę. – No, już.
– Dobrze, tatuśku. – Chwycił jego dłoń i pozwolił się pociągnąć w górę.
Zawsze tak robili. Gdy któryś pierwszy wstawał, pomagał drugiemu. To było u nich tak naturalne jak jedzenie czy spanie. Często nieświadomie działali w ten sposób, ale Steven rejestrował każdy taki gest Kierana skierowany do niego. Teraz, kiedy stanął pewnie na nogach, zauważył, że znajduje się zbyt blisko przyjaciela. Kieran puścił jego dłoń, co ledwie zarejestrował. Jego umysł skupiał się na zupełnie czymś innym. Czuł ciepło pochodzące z ciała Atkinsona i intensywny zapach dobrej wody kolońskiej. Tak bardzo zapragnął pochylić się i go pocałować, że wstrzymał oddech, by ten nie przyśpieszył i nie zdradził podenerwowania. Tylko jeden pocałunek, nic więcej. Połączenie dwóch par warg, zespolenie języków… Och, jak tego pragnął. Przysunął się bardziej, pochylił, i… Mgła z jego umysłu rozpłynęła się. Co on robi? Na zawsze go straci. Odsunął się, jak oparzony i ponownie zaczął oddychać. Pospiesznie założył buty, nie przejmując się tym, że miał jeszcze wilgotne stopy. Robił wszystko, by nie patrzeć na przyjaciela. Wyprostował nogawki spodni i chciał już iść, ale silna dłoń chwyciła go w łokciu.
– Co się dzieje, Steven? Wiem, że coś jest nie tak. To przed chwilą… Co to było?
– Nic nie było. Puść mnie, dobrze? Puść, zanim zrobię coś, czego będę żałował – powiedział stanowczo i w taki sposób, że Kieran natychmiast uwolnił jego rękę. Wiedział, że jutro zaczną się pytania, a przyjaciel będzie go obserwował, lecz on do jutra się zdoła się uspokoić i wymyślić jakąś wymówkę. Cholera, niewiele brakowało, aby go pocałował. – Panuj nad sobą, napalony debilu! – krzyczał na siebie w myślach, idąc w stronę domku. Czuł się jak szmata, jak nic. Jak głupi pacan, którym kieruje pożądanie. Straciłby przyjaciela przez jeden głupi pocałunek. Przed nim była perspektywa zapomnienia o wszystkim podczas snu. Och, już on to widział, jasne. Pewnie nie zmruży oka, męczony przeróżnymi obrazami i myślami oraz przeklinaniem siebie.

~*~

Zabije ją! Zabije, ożywi i jeszcze raz zabije za poranną pobudkę bladym świtem. Ledwie zasnął, a Holly urządziła im alarm, włączając muzykę tak głośno, że bębenki w uszach omal mu nie pękły. Słyszał, jak ktoś ją przeklina i miał ochotę bić brawo tej osobie. Rozsunął śpiwór i usiadł, przecierając dłońmi twarz. Wczoraj zasnął w ubraniu, nie mając już ochoty na to, aby przebrać się. Potrzebował prysznica, a w szczególności umycia zębów. Był jeden problem - nie chciało mu się wstać, a łazienka zapewnie była zajęta. Jedyne, co mógł zrobić, to napić się pysznej, aromatycznej kawy. Powinna postawić go na nogi, a dopiero potem zajmie się sobą. Odetchnął, gdy nareszcie wyłączono muzykę. Holly mogła puścić coś ludzkiego, a nie jakieś piszcząco-wyjące badziewie, które nijak nie pasowało do jakiegoś gatunku.
– Ludziska, podnosić tyłeczki. Umawialiśmy się, że rankiem wyruszamy na szlak. – Jak nie muzyka, to głos Holly przedzierał się spomiędzy rozmów. – Jemy śniadanko i w drogę.
– Chcesz żeby cię ktoś ukatrupił? – zapytała Grace, wlokąc się do łazienki. Ktoś chciał wejść przed nią, ale pierwsza dopadła do drzwi.  – Muszę siusiu. Minutka i wychodzę.
– Niech ktoś obudzi tych w namiotach. Trzeba jeszcze tak wiele przygotować – kontynuowała Holly.
– Z pewnością ten hałas, jaki zrobiłaś, obudził nawet ludzi w miasteczku – burknął pod nosem Steven. Nadludzkim wysiłkiem zmusił się do wstania i ziewnął, zasłaniając usta dłonią. Zwinął śpiwór i położył tak, by nikomu nie przeszkadzał, po czym poszedł zaparzyć kawę. Zauważył, że Kierana nigdzie nie było, gdyż nocował w namiocie wraz z Jessicą. Na samą myśl, co mu wczoraj strzeliło do głowy, robiło mu się niedobrze. Postąpiłby głupio, zdradzając się i tracąc przyjaciela oraz przysparzając im obu problemów. Co się, kurwa, z nim działo? Zachowywał się gorzej, niż napalony nastolatek. Mieszanka uczuć i pragnień, jaka w nim była, robiła z jego mózgu wybuchowy cocktail.
 – Zrób kawci dla wszystkich – poprosiła Holly. – Pomogę ci. – Sięgnęła po kubki.
– Wstawię wody w garnku. Czajnik jest za mały na tyle osób.
– Dobra. Idziesz z nami, co nie? – zapytała, wsypując do garnuszków po dwie łyżeczki kawy.
– Chyba cię popierdoliło.
– Oho, nasz Steven ma kiepski humorek.
– Nie mam z rana „humorku” tak dobrego jak ty, kiedy ktoś mnie budzi po dwóch godzinach snu. – Odpalił gaz i postawił na palniku garnek z wodą.
– To coś ty robił w nocy? – spytała zaciekawiona, patrząc na niego oczami jak dwa spodki.
– Nie to, o czym właśnie myślisz. – Dał jej prztyczka w nos. Lubił, jak po czymś takim zawsze go zabawnie marszczyła. – Nie mogłem zasnąć i tyle. Poza tym, nie mogę iść. Ktoś musi przygotować ognisko. Trzeba narąbać drewna, a nie widziałem, by za domem jakieś było.
– Ja narąbię.
Tuż koło niego z nikąd pojawił się Kieran. Omal nie upuścił cukiernicy na wibrujący dźwięk jego głosu. Ciało naprężyło się, a włoski na rękach stanęły, jakby ktoś je naelektryzował. Na dodatek mężczyzna stanął za nim i sięgnął przez jego ramię do szafki, w której znajdowały się płatki kukurydziane. Dla Kierana było to najnormalniejsze w świecie zachowanie. Zawsze był bardzo dotykalski, niczym się nie przejmował, a gdy czegoś chciał dosięgnąć, to nie poczekał aż ktoś się odsunął, tylko sięgał ponad tę osobę. Jednak dla Stevena ta sytuacja stała się wyjątkowo krępująca, a ponadto zdawał sobie sprawę, że potrzebuje kąpieli.
– Mógłbyś poczekać, aż się odsunę na bok? – zawarczał.
– Przecież dostanę. Nie wypiłeś kawki i nie masz pozytywnego nastroju, co?
– Wal się. – Skulił się tuż pod jego ramieniem i odszedł na bok. Odstawił cukiernicę. – Pilnujcie wody.
Zanim oddalił się od nich, usłyszał pytanie Kierana:
– Siostra, nie wiesz, co się z nim dzieje? Jakiś taki ponurak z niego wychodzi.
– Po prostu czasem mu odwala. Znasz go.
– Mam wrażenie, że już go nie znam – odpowiedział jakimś dziwnym, przytłumionym głosem.
Zrobiło mu się smutno. To, co w nim było, odsuwało go od Kierana i mężczyźnie było z tym najwyraźniej źle. Nie wyeliminuje miłości ze swego serca, tak samo pożądania, Już nie potrafił tego zrobić. Przekonywał się o tym przed ostatnie dni. To nie Kieran trzymał dystans, bo to Steven był temu winien, a przyjaciel wyczuwał, że on nie chce się częściej spotkać, dlatego nie namawiał go do tego. Widocznie Atkinson uznał, że tutaj poprawią się ich stosunki i próbował to naprawić, lecz nic z tego nie wychodziło. To nie była jego wina, choć sytuacja z pewnością przedstawiała się przed nim niezwykle prosto. Nie wiedział, że każda jego bliskość to dla Stevena istna tortura, przez co ten nie był w stanie być tak dobrym przyjacielem, jak miało to miejsce w liceum. Zwłaszcza, że teraz czuł o wiele więcej, niż dawniej i nie mógł sobie z tym poradzić. Lata chowania się ze wszystkim chyba właśnie traciły swój termin ważności lub zwyczajnie robił się za stary na takie coś. Przetrzyma ten wypad na łono natury, a potem… Potem nie wie, co zrobi. Przygnębiony, udał się do łazienki, trzymając w ręce szczoteczkę do zębów i świeże ubrania.