24 lipca 2016

Buntownik - Rozdział 3



Dziękuję za komentarze. :)

Całą grupą szli przez park. Musieli przez niego przejść, by dotrzeć ze szkoły do znanej im pizzerii. Kamil zdjął marynarkę i przewiesił ją przez ramię. Pogoda w końcu pokazała, że wiosna nastała w pełni. Na dworze zrobiło się ciepło, a słońce pod koniec maja już potrafiło nieźle dogrzewać. Nawet dziewczyny bardziej odsłoniły górną połowę ciała i ubrały białe bluzki z krótkim rękawem, pozbywając się swoich bliźniaczych sweterków. Natomiast chłopaki, tak jak on, zdjęli marynarki i poluźnili krawaty.
Kamil opowiadał swojej grupie, jak przetrwał ustny egzamin maturalny. Mówił o tym, jak z początku nie wiedział, od czego ma zacząć i co powiedzieć, przeklinając co chwilę temat, w którym znalazło się słówko „wieś”. Poza tym „Pan Tadeusz” to coś, za co nigdy się nie zabrał. Już po pierwszych stronach stwierdził, że tego nie da się czytać, ku oburzeniu Anki, która pochłonęła książkę w dwa dni.
– Sądziłem, że jestem w koziej dupie i padnę. Nic, tylko mnie rozstrzelać – mówił Zarzycki. – Ale przypomniałem sobie te streszczenia niektórych opisów, na które w swoim czasie rzuciłem okiem. Wszystko sobie w łepetynie poukładałem. – Postukał się palcem po skroni. – Gdy przyszedł czas, po mistrzowsku udałem znawcę tematu i zacząłem nawijać jak najęty. Robiłem to w taki sposób, że dziesięć minut upłynęło jak z bicza strzelił. Nawet nie było czasu na chwilową pogadankę. Chyba byli pod wrażeniem.
– Jesteś „miszczu” – oświadczył Świrus.
– Ma się czasami to gadane, co nie? – Anka walnęła Kamila pięścią w plecy.
– Bosz, dziewczyno, uspokój się. – Zarzycki położył rękę na ramionach przyjaciółki.
– Ej, ludzie, może przysiądziemy tutaj? – Dorota wskazała na puste ławki. – Nie mam ochoty na pizzę. Niedaleko jest budka z lodami.
– No spoko – odparł Małecki. – Jak jest ktoś głodny, to obok można też kupić hot-dogi.
Jednogłośnie zgodzili się na ten pomysł, ponieważ nikt nie miał ochoty gnuśnieć w czterech ścianach, jeżeli można było skorzystać z miłych chwil na powietrzu.
– Oblejemy zakończenie w sobotę u mnie, co? – zaproponował Tomek.
– Beze mnie – mruknął Zarzycki. Dobry humor od razu u niego prysł. – Z samego rana wyjeżdżam. – Rozsiadł się wygodniej na ławce. Marynarkę rzucił wcześniej na jej oparcie.
– To naprawdę już w tę sobotę? – Anka zmarkotniała. Usiadła obok Kamila, podwijając jedną nogę pod siebie. Do uszu wszystkich dotarł dźwięk jadącej na sygnale karetki, ale nie zainteresowali się tym. – Myślałam, że zostaniesz jeszcze tydzień.
– Matka chce wyjechać. Wczoraj przyszło pismo z urzędu. Mamy miesiąc na opuszczenie mieszkania. Ona nie chce czekać.
– Uuuu, czyli ostateczny wyrok zapadł. – Małecki wyjął portfel z kieszeni spodni.
– Yep. – Kamil pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Nie tak planował te wakacje. Zrozumiał, że nie zawsze ma się to, czego się chce.
– To może wieczorem zrobimy bibę? – odezwała się Dorota.
– Też beze mnie. Muszę się spakować, a poza tym pierwszy raz od dawna nie mam nastroju na imprezki.
– Ludziska, zrobiło się ponuro – powiedział wesołym głosem Bogdan, przerywając grobowy nastrój. – Zarzycki, nie umierasz. Jak się za tobą stęsknimy, to latem cię odwiedzimy, a we wrześniu wrócisz, nie? Świrus gada, że wieś jest spoko, więc smuty na bok, póki tu siedzimy. Dobra, to zrzutka na hot-dogi, a lody wam stawiam.
– Dobrze, że nie powiedziałeś, że robisz lody, bo musiałbym się zmyć  – rzucił Świrus.
– Dlaczego? Może akurat spodobałoby ci się jak ciągnę – odparował Bogdan. – Mózg by ci wyssało. – Nigdy nie robił sobie problemów z takich żartów, pomimo że zdecydowanie wolał dziewczyny. Reszta grupy roześmiała się głośno, zwracając na siebie uwagę innych ludzi okupujących park i korzystających z pięknej pogody.
– Lepiej nie strasz Tomka, bo gotów by nam tu zejść na zawał. – Anka poklepała Prusa po głowie. – Świrus, nie bój żaby, jakby facet chciał ci lodzika zrobić, to bym cię przed tym ochroniła.
– Ty? – Tomek przeraził się. – Pierwsza przyniosłabyś kamerę i kazała ustawić się w dobrym kadrze.
Kamil tylko pokręcił głową, woląc nie wcinać się w żartobliwe uwagi tych dwojga. Włożył rękę do kieszeni i wyjął portfel. Otworzył go. Znalazł tylko kilka groszy. Nawet na bułkę by nie wystarczyło.
– Trzymaj. – Dorota podsunęła mu dziesięć złotych. – I tak jestem ci winna dychę, więc będziemy kwita.
– Dzięki. – Prędzej by stąd poszedł, niż obżerał się wyłącznie na czyjś koszt. W ich grupie zawsze, gdy kupowali jedzenie czy alkohol, robili tak zwaną zrzutkę, aby podzielić koszty po równo. Czasami tylko Bogdan upierał się, że to on wszystkim postawi ich piwa. Wtedy cała reszta składała się na pizzę czy chipsy.
Małecki pozbierał pieniądze i razem z Dorotą oraz Tomkiem poszli coś kupić. Anka wolała zostać z Kamilem, wychwytując jego podły nastrój.
– O czym myślisz? – zapytała.
– O tym, że to ostatnie nasze grupowe spotkanie, kiedy ja tu jestem.
– Jutro…
– Przed wyjazdem mam masę spraw do załatwienia. Wolę dzisiaj się pożegnać. Nie chcę się jutro spotykać. Nie ma po co. Poza tym muszę przejść się do szkoły i zapytać, czy mogliby mi przesłać pocztą świadectwo maturalne. Nie stać mnie, abym specjalnie na jeden dzień przyjechał po zwitek papieru.
– W takiej sytuacji, jak twoja, pewnie przyślą. To o której w sobotę wyjeżdżasz? Chcę przyjść się pożegnać. Musisz jechać? – W jej oczach pojawiły się łzy. Kamil był dla niej bardzo ważny. Podkochiwała się w nim, zanim dowiedziała się, że jest gejem. Nadal coś do niego czuła i cieszyła się, że ma go przy sobie. Może dobrze, że wyjedzie, bo wtedy jej uczucia się zmienią i zostaną te czyste, pełne przyjaźni.
– Koło szóstej. Nie musisz przychodzić. Jadę, by mieć spokój od ględzenia matki i awantur. – W końcu spojrzał na nią. Widząc jej stan, wziął dziewczynę za rękę.  Domyślał się, że ta czuje do niego coś więcej i czasami czuł się winny, że nie mógł odwzajemnić jej uczuć.
– Przyjdę. Chcę odprowadzić przyjaciela, bo kto wie, kiedy znów go zobaczę. – Zamrugała szybko, nie chcąc się rozklejać. – Może następnym razem jak cię zobaczę, będziesz miał faceta.
– Obawiam się, że nic z tego.
– Czemu?
Puścił jej rękę i wstał. Anka stanęła obok niego, musząc wysoko zadzierać głowę. Wkurzało ją, że on miał metr osiemdziesiąt, a ona była o trzydzieści centymetrów niższa.
– Tutaj trudno mi kogoś znaleźć, a co dopiero tam. Anka, daj spokój. Miałbym na wsi znaleźć…
– Księcia z bajki – wtrąciła się w jego słowa. – Dlaczego nie?
– To wieś. Zacofanie jak nie wiem. Pewnie geja to by tam ukamienowali. Będę musiał udawać cholernego heteryka i uważać, na kim zawieszam wzrok. Chociaż tego to się nie obawiam. Na pewno w ciągu pięciu lat, odkąd tam byłem, nic się nie zmieniło.
– Życie jest do dupy. – Wydęła usta.
– Mnie to mówisz?
– Ale może kogoś spotkasz. Geje są wszędzie.
– Chuj z tym, Mała. Pierdolę to. – Kopnął leżący w pobliżu kamień. – Trzy miechy wytrzymam. Ale nie mam zamiaru być tam posłusznym pupilkiem i syneczkiem mamusi.
– Chyba twój czas buntu już minął.
– Mój czas dopiero nadchodzi – powiedział twardo. Już on im wszystkim na tej wsi pokaże i na pewno nie będzie parobkiem.
*

Włożył do kartonowego pudła płyty z grami i muzyką. Przez jakiś czas zastanawiał się czy ich nie sprzedać, by zarobić parę groszy, ale zrezygnował z tego pomysłu. Przez kilka lat wydawał na to pieniądze i zbierał kolekcje nie po to, żeby je później oddać za bezcen. Wszystko starannie zapakował, zakleił karton, podpisał go i odstawił na bok. To już były jego ostatnie rzeczy, które zabierał. Pozostało mu tylko spakowanie laptopa, ale to zrobi tuż przed wyjazdem. Od jutra już nie będzie miał Internetu. Rodzice miesiąc temu zgłosili do lokalnego dostawcy tej usługi, że z niej rezygnują z powodu przeprowadzki. Na szczęście nie musieli płacić kary za wcześniejsze zerwanie umowy. Tak samo z czasem zostaną odłączone pozostałe media. Nie będą płacić za prąd czy wodę, kiedy przez kolejny miesiąc nie będą niczego używać. Tata, dopóki będzie miał klucze, może tutaj zaglądać i sprawdzać co i jak.
Mimo wszystko Kamilowi było trochę żal, że tata zostawał. Jakiś czas potrwa rozdzielenie rodziny. Nie powinien tym sobie zawracać głowy, bo tak czy owak on za trzy miesiące wraca do Zamościa. Żył w nim sześć lat. Tu zostawia znajomych, rozrywkę i na pewno swoją przyszłość. Nie było mowy, aby żył na wsi.
Padł na łóżko. Leżał, gapiąc się w sufit. Wspominał, że matka i ojciec wyprowadzili się z Jabłonkowa, kiedy okoliczności życiowe sprawiły, że rodzice jego taty potrzebowali pomocy, a w domu rodzinnym mamy nie dało się żyć z powodu jej brata i jego rodziny, która nie zamierzała się wyprowadzać. Natomiast mama nie chciała dokładać do ich życia i remontować domu dla brata. Dlatego rodzice, nie zastanawiając się długo, opuścili Jabłonkowo i zaczęli życie gdzieś indziej. Tak jak teraz, on również musiał się przenieść. Wtedy zostawił tam kolegów ze szkoły. Historia lubiła się powtarzać.
Sądził, że będzie bardziej szalał, kiedy zbliżał dzień wyjazdu, ale dzisiaj, po tym jak odprowadził Ankę, stało się coś, co sprawiło, że wyjazd uznał za rozsądny. Nie spodziewał się, że dziewczyna, każąc mu się pochylić, pocałuje go prosto w usta. To nie było zwykłe cmoknięcie. Przyjaciółka przyssała się do jego warg na dłuższą chwilę. Zamurowało go wtedy, ale zdobył się na to, by ją lekko odepchnąć. W tamtej chwili ujrzał w jej oczach uczucia, którymi go darzyła i nie były one małe. Zrozumiał, że ten wyjazd nadszedł w odpowiednim czasie. Musiał się od niej odciąć, aby ona mogła wszystko sobie ułożyć. Gdy  nie będzie w zasięgu jej wzroku, może dziewczyna w końcu zobaczy, jak Bogdan wodzi za nią tęsknym spojrzeniem. Chłopak byłby dla niej dobry. Może dzięki wyjazdowi i nieobecności Małecki zadziała i ona skieruje swoje uczucia na niego. Dziwna byłaby to para. Bogdan jest od niego wyższy i lekko grubawy, przez co wydaje się naprawdę potężnym facetem, a ona to chucherko, lekki wiaterek mógłby ją zmieść z powierzchni ziemi. Kamil chciał dać szansę obojgu, a było to możliwe, kiedy on zniknie.
Jego telefon oznajmił świergotem ptaków nadejście wiadomości tekstowej. Kamil z ociąganiem podniósł się i zgarnął komórkę z biurka, a wraz z nią ostatnią, prawie pustą paczkę papierosów. Usiadł na łóżku, podpierając się plecami o ścianę. Zauważył, że esemes przyszedł od Anki i zanim go odczytał, wyjął papierosa. Wsadził go sobie do ust i zapalił ulubioną zapalniczką w kolorze czerwonym, z grawerunkiem głowy tygrysa. Zaciągnął się głęboko i dopiero kiedy wypuszczał dym nosem, otworzył wiadomość.
„Co robisz? Ja myślę, że pojutrze już cię tu nie będzie.”
„Leżę i palę. Mam przerwę w pakowaniu.” Już wszystko porobił, ale wolał dać jej znak, że ma zajęty wieczór.
„Pomóc ci?”
„Nie.” Doskonale wiedział, że dziewczyna chce przyjść po to, aby z nim pobyć. Nie mógł jej na to pozwolić. Nie po tym, co zrobiła i jak ujawniła, że jej uczucia to nie zauroczenie. Po tym, jak go pocałowała, powiedział jej, żeby nigdy już tego nie robiła. Nic nie odpowiedziała, tylko uciekła. Nie, musiał przeciąć tę pępowinę.
„To jak skończysz, może wpadniesz na chwilę do mnie?”
Niby powinni porozmawiać, ale nie miał ochoty jej dzisiaj widzieć.
„Nie, Anka. Jest już późno. Położę się dzisiaj wcześniej. Jutro czeka mnie załatwianie sprawy z dyrektorką szkoły i tak dalej. Będę zajęty.”
„Aha.” Do wiadomości dodała smutną buźkę, która nie działała na Kamila. Po chwili otrzymał od niej kolejną wiadomość.
„Nie chcę, żebyś wyjeżdżał. Będę tęsknić. Bardzo, bardzo.”
„Sama mówiłaś, że takie jest życie, przyjaciółko.” Specjalnie dodał to słowo, żeby zrozumiała, że nikim więcej nie będzie.
„Czasami żałuję, że jesteś gejem.”
„Ja nie. Dobranoc, Anka.” Nie otrzymał już od niej odpowiedzi. Tak, ten wyjazd to doskonały sposób na przerwanie tego. Miał tylko nadzieję, że Bogdan zacznie działać i w niedługim czasie przypuści szturm na Ankę. Natomiast jego czekało jeszcze wiele nocy spędzonych w samotności.

*

Dzień wyjazdu, a raczej poranek, przyszedł nieubłaganie. Wczoraj pozałatwiał wszystkie sprawy z dyrektorką liceum i dostał potwierdzenie na to, że przyślą mu świadectwo pocztą. Do tego skończył pakowanie, a nawet pomógł mamie. Robił wszystko, żeby przez pół dnia unikać Anki. Po południu to się jednak nie udało. Po prostu nie mógł być skończoną świnią. Kiedy do niej poszedł, przywitała go jak przyjaciółka, a potem się po prostu rozpłakała. Pozwolił jej wypłakać się na swoim ramieniu. Wiedział, że płacze za tym, czego między nimi nie będzie, czego jej nie da. Zrozumiała to po tym, jak ją odepchnął. Co więcej, ona to wiedziała, ale i tak nie potrafiła zabić uczuć do niego. Płakała za czymś nierealnym.
– Nie mogę pozwolić, żeby to zniszczyło naszą przyjaźń – mówiła, chlipiąc. – Wiem, że nie możesz być kimś więcej. Sama przed sobą to ukrywałam. Chyba twój wyjazd… coś we mnie obudził. Serce jest jednak głupie. Nie mogę cię mieć jako kogoś więcej, a teraz tracę cię jako przyjaciela.
Ona mówiła. On milczał. Wiele rzeczy nie zostało powiedzianych. Nie było potrzeby. Jeżeli przez lata o tym nie rozmawiali, to tym bardziej w ostatniej chwili nic by się nie dało rozwiązać. Tego dobrego momentu nie było i nie będzie. Może po prostu tak musiało być, a wszystko samo się ułoży, kiedy wyjedzie i dziewczyna przestanie tęsknić za niemożliwym?
– Kamil, zanieś jeszcze ten karton. – Mama podała mu niewielkie pudło z książkami. – Resztę dowiezie nam Karol.
Karol był kuzynem taty Kamila. Jako właściciel dużego, przewozowego auta obiecał, że przewiezie ich rzeczy. Oczywiście mieli zamiar zwrócić mu przynajmniej za paliwo, chociaż się upierał, że nie muszą tego robić, bo wie, jak to u nich jest z pieniędzmi.
– Nic nie mówisz. Sądziłam, że będziesz walczył i upierał się, że nie jedziesz.
– I tak nie pozwoliłabyś mi zostać. Może tak będzie lepiej. – Na pewien czas.
– Dobrze, że to zrozumiałeś. Cieszę się, że zmieniło się twoje myślenie. Zobaczysz, będzie dobrze.
Nie odpowiedział, bo wolał nie przeklinać. Zaniósł pudło do samochodu i wrócił się po laptopa. Wychodząc z mieszkania, obejrzał się jeszcze za siebie i westchnął.
– Zaraz z ojcem zejdziemy – powiedziała matka.
Skinął jej głową i zszedł na dół do samochodu. Wrzucił laptopa na przednie siedzenie. Ma dobrą baterię, to może podczas jazdy obejrzy sobie jakiś film. Pudło z książkami, które wcześniej tam ustawił, przeniósł do bagażnika, który i tak był zawalony czym się dało. Czekając na rodziców, oparł się o samochód i zapalił ostatniego papierosa. W ramach oszczędności będzie musiał rzucić palenie, ale zapalniczki się nie pozbędzie.
– Hej. – Usłyszał i uniósł wzrok.
– Hej. Nie sądziłem, że taki śpioch jak ty obudzi się przed szóstą rano. – Nadal bawił się zapalniczką, popalając papierosa. Przyglądał się Ance stojącej na chodniku w nieuczesanych włosach, długiej koszulce i szerokich spodniach. Wyglądała na zaspaną i jakby w nocy płakała. Był dupkiem, bo nic nie czuł, nawet jej nie współczuł.
– Nie mogłam się z tobą nie pożegnać. – Podeszła do niego bliżej. – Przepraszam za wczoraj. Mam kiepskie dni.
– Mówiłaś. Spoko.
– Nie myślałam, że twój wyjazd dojdzie do skutku, a tu stoję przed faktem dokonanym. – Uśmiechnęła się nieporadnie. – Nie myślałam, że to mnie tak zgniecie. Ale jest okej. Będzie okej.
Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Na szczęście został od tego wybawiony przez głos Bogdana Małeckiego:
– Widzicie, zdążyliśmy.
Kamil nie zdziwił się, że cała grupa przyszła się z nim pożegnać, pomimo że zrobili to w czwartek. Mówili, że wpadną, bo nie pozbędzie się ich tak łatwo.
– Co tu robicie? Powinniście się w łóżkach przekręcać na drugi bok, a nie stać pod moim blokiem – mówił, wypuszczając dym ustami.
– I nie widzieć, jak odjeżdżasz? Twoje niedoczekanie – odpowiedział Świrus. Zatrzymał się przy metalowym koszu. Zgasił peta o jego bok i wrzucił go do środka.
– Będę za wami tęsknił – oznajmił Zarzycki.
– Tylko tak gadasz. – Dorota machnęła ręką, niby od niechcenia, a potem go uścisnęła.
– Grupowy uścisk – zarządził Bogdan.
Piątka osób zbliżyła się do siebie i objęła. Postali tak kilka chwil, mając świadomość, że wszystko się zmienia. Coś się skończyło nie tylko wraz z zakończeniem szkoły, ale i z powodu wyjazdu Kamila.
– Daj im tam popalić – rozkazała uśmiechnięta Anka kilka minut później, kiedy rodzice Kamila już przyszli.
– Spokojny twój rozczochrany czerep, Mała. – Poczochrał Ankę po głowie ku jej oburzeniu. Pożegnał się z tatą, nie mając pojęcia, kiedy następnym razem go zobaczy. Jeszcze raz uściskał każdego. Tomek dał mu nawet paczkę papierosów na drogę.
– Kamil, wsiadaj, bo czekają nas ze dwie godziny jazdy.
– Tak, mama, już idę. – Przyjrzał się jeszcze wszystkim, po czym, ponownie upomniany przez rodzicielkę, usiadł na miejscu pasażera. Czuł się jak skazaniec idący na ścięcie.
Gdy odjeżdżali, wyjrzał przez otwarte okno i pomachał ludziom stojącym na chodniku. Zaczęli coś do niego krzyczeć, ale ich nie rozumiał przez grające dość głośno radio. Poczuł, że faktycznie coś się skończyło. Coś się też zaczęło i bardzo ciekawiło go, co to takiego.