15 kwietnia 2014

Potęga miłości - Rozdział 2

 Na początek chciałam umieścić małą prośbę. Autorka tego bloga Kroniki watahy południowej  pisze opowiadanie, którego jeszcze nie publikuje, gdyż chce zacząć wstawiać je poprawiane i poszukuje bety, więc jak ktoś chciałby jej pomóc to zapraszam na jej stronę. :)

 Bardzo dziękuję za komentarze. Zgadywaliście kto będzie bohaterem trzeciej części i nikt nie brał z Was pod uwagę, że to może być ktoś kto jeszcze się w Wilczkach nie pojawił, ale nie zdradzę Wam czy zwiąże się z kimś kogo również jeszcze nie znacie, czy z kimś kogo już poznaliście. :D 

Życzę miłego czytania. Ja dzisiaj mam mnóstwo pracy przed świętami. Kto lubi myć okna to zapraszam do pomocy. :D

___________________

Lejący z nieba skwar dawał się we znaki zmiennym pracującym nad wykonaniem dachu jednego z domków. Dario zdjął koszulkę, otarł nią pot z czoła i położył  na swoim udzie. Spojrzał w niebo zanim powrócił do wbijania gwoździ w jedną z poprzecznie ułożonych łat. Zdecydowanie wolał pracę fizyczną, niż papierkową. Dlatego z wielkim zadowoleniem ukończył to co miał zrobić w gabinecie i wrócił na budowę. Jego opalone ciało o wiele lepiej znosiło pieszczoty słońca niż siedzenie za biurkiem. Odkąd tutaj się sprowadzili zrozumiał jak nie doceniał przyjemności przebywania na dworze.
– Dario, jeszcze jedna łata i można układać dachówki – powiedział siedzący niżej na dachu Robert. – Cieszę się, że remont dobiega końca i młoda para będzie miała gdzie spokojnie żyć.
Domek, który remontowali miał zostać zagospodarowany przez młodego samca pochodzącego ze sfory Langston i jego partnerkę z ich watahy. Dwa tygodnie wcześniej zatwierdzono ich związek i Daniel postanowił dać im kąt, w którym założą rodzinę. Na razie mieszkali razem z jej rodzicami. Mogli tam zostać, ale uważali, że potrzebują swego miejsca. W ten sposób jeden z niezamieszkanych domków zyskał nowy wygląd i gospodarzy.
– Ta – mruknął Dario. Myślami był gdzie indziej i przy innej osobie.
– Ej, chłopaki! – Z dołu doleciało ich wołanie jednej z samic. – Zejdźcie na dół, bo usmażycie się na tym słońcu.
– My nie wampiry! – odkrzyknął Robert.
– Wy nie, ale pić musicie. Czekają tu na was chłodne napoje i obiad.
– Tego to nie odmówię. – Roześmiał się Robert. Był to zmienny dorównujący posturze Daria i należał do tych zaufanych ludzi. Tajemnicą poliszynela było to, że uganiał się za jedną z samic, ale jak miał coś do niej powiedzieć to się jąkał nie potrafiąc wymówić słowa. Uwielbiał jeść dobrze i dużo. Dlatego za każdym razem jak słyszał „podano jedzenie” rzucał to co robił, by nakarmić swój żołądek. – To co stary, mała przerwa na żarełko i napitek?
– Ta.
– Rozmowny dziś jesteś. Wyglądasz jakbyś się zakochał.
– Słucham? – zapytał Dario.
– Nie, już nic. – Wrzucił młotek do skrzynki i podciągnął się w stronę drabiny.
Dario po chwili namysłu zdecydował się na ten sam krok. Niedługo zajdzie tutaj cień i po przerwie będzie im się lepiej pracowało. Zszedł na dół niosąc w dłoni koszulkę, którą zaraz rzucił na pobliską ławkę. Kilka zestawów stołów i ław stało w ogrodzie wśród drzew. Usiadł przy jednym z nich oddychając od upału w chłodnym cieniu. Nie był głodny, sięgnął tylko po dzban z lemoniadą i nalał sobie napoju do wysokiej, wąskiej szklanki o oszronionym szkle. Zanim się napił potarł palcami kąciki oczu, czuł się zmęczony.
– Nasze alfy nadal na pięterku? – zapytał Robert nakładając sobie cały stos ziemniaków.
– Teraz są z dziećmi – odpowiedziała Karia, która usiadła przy Robercie. Mężczyzna jakby zmalał przypominając sobie, że ona tu jest. Dario na ten widok miał ochotę parsknąć niepohamowanym śmiechem. – A ty co, taki cichy jesteś? – zwróciła się do swego sąsiada. – Jesteśmy umówieni na wieczór?
– Taa... tak.
– No. – Lubiła Roberta, w takich chwilach był taki słodki. Szkoda, że nie był jej partnerem, ale to nie zakazywało umówić się na kilka spotkań. Od trzech miesięcy raz w tygodniu wychodzili do kina i na kolację. – Jak wy możecie pracować w taki upał? – Powachlowała się dłonią.
Zanim któryś z nich zdążył na to pytanie odpowiedzieć, krzyk kobiety spowodował, że zostawili aktualne zajęcia i nawet nie zorientowali się, kiedy cała trójka biegła w odpowiednim kierunku. Szybko zorientowali się o co chodzi i Dario nie był zadowolony z tego co się działo. Wilk w nim zawarczał na słyszaną i widzianą sytuację. Jeden z nowych zmiennych w ich sforze, kolejny raz uderzył swoją partnerkę, która całe szczęście nie była wybranką więzi. Jak widać w każdym środowisku znajdą się wyjątki, które potrafią pastwić się nad kimś z kim są aktualnie związani. Na szczęście zdarzały się takie przypadki jeden na miliard. To był właśnie taki niechlubny okaz.
Kobieta leżała na ziemi w rozciętą wargą i płakała, a jej kochanek krzyczał na nią cały czerwony na twarzy z oburzenia.
– Ty suko! Nic nie potrafisz zrobić! Przypaliłaś kolejny obiad! Może myślałaś o tym swoim byłym! – Ponownie chciał ją uderzyć, ale Dario skoczył do niego i od tyłu złapał za ręce. – Puść mnie! Może sypiasz z nią co?!
– Stul pysk, bo ci go tak przemaluję, że rodzona mamusia cię nie pozna!
– A chuj z tym i tobą, beto!
Dario zawarczał groźnie i rzucił mężczyznę na ścianę domu z takim impetem, że ten gdy w nią uderzył od razu upadł na ziemię. Dopadł do leżącego, złapał za koszulę i zaczął uderzać pięścią w jego szczękę. Nos pękł pod pierwszym uderzeniem. Kolejny cios zostawił wielki siniak na policzku.
– Nie wolno bić osoby z tobą związanej!
– Nie jest moją partnerką więzi!
– To nie ma znaczenia, żyje z tobą!
– Ciągle mnie okłamuje! – Skupił się przed kolejnym uderzeniem.
– Nie okłamuję. Jestem mu wierna. – Kobieta wstała z pomocą Karii.
– Zazdrość to silna siła – powiedziała dziewczyna. – Beto, daj już spokój! – krzyknęła, widząc, że bity mężczyzna już z nim nie walczy. – Jest nieprzytomny! Przestań!
Robert próbował odciągnąć wściekłego Daria od zmiennego, ale beta odepchnął go nie panując nad sobą. Wyzwolona agresja tylko potęgowała siłę i nieobliczalność Daria. Mężczyzna dawał upust swojemu bólowi oddzielenia od partnera. On by nigdy tak nie potraktował osoby, z którą żyje. Ten zmienny dopuścił się wielu złych czynów w stosunku do swej kobiety jak i innych osób. Zakrwawiona twarz mężczyzny tylko dodawała mu animuszu w zadawaniu kolejnych razów. Na nic zdali się inni, którzy chcieli powstrzymać betę. Odrzucał ich wszystkich, bił się z nimi. Był w jakimś innym świecie głuchy na wszystko i ślepy. Kierowała nim furia. Gdyby był wilkiem pogryzłby każdego nie patrząc kto przed nim stoi.
– Dario Monahanie, natychmiast go zostaw! – Donośny, groźny ton alfy rozbrzmiał ponad istniejącym hałasem. – Masz natychmiast się uspokoić!
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Dario opuścił ramiona i głowę poddając się Danielowi.
– Co tu się u licha dzieje?! – Mimo że Daniel stał pośród swej sfory w samych spodniach, biła z niego władczość i wielka potęga. Gdyby był królem teraz wszyscy upadali by przed nim na kolana. Rzadko wykorzystywał władczość alfy, lecz w tym wypadku zwykły przyjaciel nie powstrzymałby Daria. Jakby mężczyzna się nie uspokoił lub rzucił na niego mieliby wielki problem. Musiałby zgłosić Starszyźnie, że jeden ze zmiennych oszalał. Na zawsze odebrano by Dariowi godność i pozycję. Zostałby skazany na więzienie lub wygnanie. Możliwe, że tylko na jakiś czas, lecz nie chciał takiej kary dla przyjaciela.
– Manuel, znów maltretował Kimberly – odpowiedziała Karia. – Beta rzucił się jej na pomoc, ale...
– Ale przesadził. – Przerwał jej Daniel. – Idź pod prysznic i przyjdź do mojego gabinetu, beto. Reszta niech się zajmie Manuelem. – Nie lubił tego zmiennego. Kombinował jak wydalić go ze sfory, ale chciał to zrobić zgodnie z prawem, nie tak jak pragnął tego dokonać Dario.
– Tak, alfo – odpowiedział usłużenie beta i skierował swe kroki do głównego domu. Jako beta mieszkał tam razem z alfami i ich partnerem.  Był zły na siebie. Znów przesadził. Jak w szkole, gdy bił tego dzieciaka i prawie go wykończył. Wtedy wyrzucono go ze szkoły. Nie wiedział co zrobi Daniel w podobnej sytuacji. Był pewny, że groziło mu wydalenie. Jedynie może mu pomóc to, że stanął w czyjejś obronie, lecz nikłą miał nadzieję, że będzie mógł tu pozostać. Teraz gdy miał szansę na zdobycie Justina. Co z tego, że zerową? Zawsze trzeba mieć nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Wyobraził sobie co by było, gdyby Justin ujrzał go takiego rozjuszonego. Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach na te myśli.
W swojej łazience rozebrał się i dopiero podczas tej czynności zobaczył, że jest pokryty krwią. Jak dobrze, że był zmiennym. Zmienni nie przenosili chorób, niezależnie od tego czy stykała się z krwią innego zmiennego, człowieka, czy wymieniali płyny podczas seksu. Jedyne co ich mogło złapać to lekki ból gardła, ale głównie tak było u dzieci. Odkręcił wodę i nie czekał, aż ta się wyrówna i poleci tylko ciepła. Wszedł pod strumień zimnej cieczy, a jego ciało pokryło się gęsią skórką. To go jeszcze bardziej otrzeźwiało. Co on uczynił? Mógł go tylko przytrzymać. Nie ulegało wątpliwości, że Manuel zasłużył na rozwalenie mu buźki, ale powinien dać mu szansę na bronienie się. Z drugiej strony czy on dawał szansę Kimberly? Tych dwoje było przykładem na to, co zazdrość potrafi zrobić z człowiekiem i ze zmiennym. Zmienni z natury byli zazdrośni, ale o partnerów więzi, lecz to mijało, kiedy dokonywano zatwierdzenia. Zaborczość nadal była, ale nikt nie rzucał się na nikogo, gdy ktoś spojrzał przymilnym wzrokiem na ukochaną lub ukochanego.
Gdy już zmarzł, do zimnej wody dołączyła gorąca, więc wziął żel i wylał trochę na rękę. Zapach płynu, ciepła woda uspokajały go. Nigdy tak się nie bał rozmowy z alfami. Nie wiedział co zrobi, jak go wyrzucą. Umył się szybko, głowę również, starając się nie przedłużać czasu oczekiwania na niego. Po wyjściu z kabiny ogolił się, zgalając kilkudniowy zarost i wysuszył włosy. Pozostało mu ubranie się w czyste rzeczy i pójście wysłuchać wyroku.

~*~*~

Jacob potknął się wchodząc do swojej sypialni. Sheoni roześmiała się czesząc swe długie włosy. Kochał tę kobietę bardziej niż swe życie.
– Odpoczęłaś? – Owinął rękę wokół jej talii patrząc na nią z czułością.
– Tak. Potrzebowałam trochę snu. Teraz jestem potwornie głodna, ale najpierw zajrzę do maleństwa.
– Byłem u niego, śpi jak kamień. Dał nam w nocy popalić.
– Twoja mama mówiła, że ty byłeś taki sam. – Podeszła do toaletki i usiadła na taboreciku zaczynając splatać warkocze. – Próbowałam rano porozmawiać z Justinem. Uciekł. Co w ogóle sądzisz o tym Dariu?
– Jest silny, mógłby zaopiekować się Justinem. Z tego co się orientowałem chciał tego. Potem jakby się schował i wczoraj w nocy mam wrażenie, że na nowo podjął walkę o mojego brata.
– To dobrze, partnerzy powinni być razem. – Upięła włosy tak jak lubiła. – Może porozmawiaj z Dariem. Tobie wypada to zrobić. – Obejrzała się na niego przez ramię.
– Około czterech miesięcy temu powiedziałem mu, żeby nie zbliżał się do Justina.
– Z tego co wiem, twoje słowa miały co innego na myśli. Nie wyganiałeś go od brata. Chciałeś by Dario dał mu czas. Sądzę, że kolejna rozmowa pomoże im obu, a i tobie też, może się przydać.
– Co ja bym bez ciebie zrobił? – Pochylił się i pocałował ją w skroń.
– Nie wiem, nie wiem. Idę coś zjeść.

Gdy zeszli do kuchni zastali siedzącego przy stole Justina. Mężczyzna czytał książkę, jedną ze swych ulubionych. Uniósł wzrok znad tekstu i uśmiechnął się nieśmiało.
– Wybacz. Rano...
– Daj spokój. – Kobieta machnęła ręką. – Niepotrzebnie naciskałam. Nadal jesteśmy przyjaciółmi, nie przejmuj się. – Miała chęć potargać mu włosy, ale się powstrzymała przed dotykiem. – Zrobić wam coś do picia?
– Ja zrobię, kochanie, ty miałaś jeść – zaproponował Jacob. – Sam, zostawił dla ciebie porcję zapiekanki z obiadu.
– Dobry, stary Sam. – Ich kucharz był mistrzem, a jego zapiekanka była niebem z gębie. Otworzyła drzwiczki lodówki i uśmiechnęła się jakby znalazła skarb. Jakob przechodząc obok niej pocałował ją w ramię.
Justin patrzył na ich relacje i zaczynał tęsknić do tego by być inny, stać się taki jaki był. Chciał mieć partnera... Zaraz jakiś głos w nim powiedział, że ma partnera. Co z tego, że go ma, jak boi się do niego zbliżyć. Chyba zawału by dostał, jakby ten mężczyzna podszedł do niego. Tak wiele on uosabiał tym kim był dla niego. Tak wiele, by Dario chciał. Justin na dzisiejszy dzień nie wyobrażał sobie, by mógł pozwolić się dotknąć obcemu. To nie jest obcy. To partner. Podpowiadał głos. Każdy obcy był zagrożeniem, nawet ktoś kto mówi, że cię kocha. Ufał tylko bratu i szwagierce. Nawet ludziom ze swej sfory nie ufał... Był popaprańcem. Dlaczego nie mógł przemóc swojego strachu?! Przecież tamtych już dawno nie było na tym świecie. Nic już mu nie zrobią. Zostawili tylko na nim piętno, które marnuje wszystkim życie.
– Justin, masz gościa – powiedziała Sheoni machając do kogoś przez okno.
Justin skierował swe oczy w stronę okna, przez które ujrzał przyjaciela. Zalała go ulga i przytłaczające myśli uleciały jakby nigdy nie istniały.

~*~*~

– Wiesz, że prawie go zabiłeś! Wysłanie go na tamten świat nie przyczyniło by się do niczego, a tym bardziej tobie! Wielka Rada żywcem by cię zeżarła! – Daniel uniósł na niego wzrok pełen wściekłości, ale i troski. Siedział za biurkiem opierając łokcie na blacie i mając dłonie złożone w piramidkę. Martin także był obecny podczas rozmowy, ale stał przed biurkiem z założonymi na piersi rękoma.
– Przepraszam, poniosło mnie. – Dario spuścił wzrok na swoje stopy okazując gest podporządkowania się.
– Od wielu tygodni cię ponosi! Sądziłem, że okres największej agresji już ci minął. Potrafiłeś sobie doskonale dawać z tym radę – mówił Alston już spokojniej. – Sam miałem ochotę pozbyć się Manuela, lecz nie w ten sposób. Co się dzieje, Dario?
– Chodzi o Justina Langstona? – zapytał Martin.
– Nie wiem – odpowiedział po chwili namysłu. – Być może.
– Nie móc być ze swoim partnerem jest bardzo ciężkie w odbiorze, lecz nie usprawiedliwia takiego działania jakim ty się ostatnio kierujesz – wtrącił Daniel.
– Zachowałem się karygodnie. Nie zasługuję na bycie betą.
– W tej chwili nie – rzekł Martin i obszedł biurko stając za partnerem. – Wiemy, że kierowały tobą dobre pobudki, lecz przyjąłeś złą taktykę. Chociaż moim zdaniem ci co wyżywają się na partnerach powinni na swojej skórze poczuć to samo. Niezależnie od tego czy kogoś maltretowali psychicznie, czy też fizycznie. To tylko moje zdanie i pozostaje dla twojej wiadomości, jest nieoficjalne. Co nie znaczy, że pochwalam to co zrobiłeś. – Położył rękę na ramieniu partnera.
– Dlatego musisz ponieść karę. Manuel wyliże się z tego. Jego rany się goją – przemówił Daniel. – Co jest dla ciebie dobrą wiadomością. W innym przypadku musielibyśmy to zgłosić Starszyźnie, co zapewne przyczyniło by się do wyrzucenia ciebie ze sfory i postawiło przed sądem Rady.
Dario spojrzał im na chwilę w oczy, ale od razu pokornie opuścił wzrok. Nie wyrzucą go? To w takim razie jak go ukarzą?
– Zdecydowaliśmy, tutaj podziękuj Christianowi, że zawiesimy cię w pełnieniu obowiązków bety na jeden miesiąc – poinformował Daniel. – W tym czasie masz zająć się swoim życiem, nauczyć panowania nad sobą, bo następnym razem ktoś popatrzy na ciebie krzywo, a ty się na niego rzucisz z pięściami. Jak nie zmienisz swojego postępowania, będziemy musieli cię całkiem usunąć ze stanowiska naszego zastępcy, a może i sfory.
Odetchnął z ulgą. Kara dla niego była solidna, ale nie groziła, jak na razie, wyrzuceniem stąd. Samotny zmienny wilk cierpi bez swojego miejsca i rodziny, którą była sfora. Tym bardziej oddalenie go z tego miejsca, zmusiłoby go do wyjazdu i wtedy na zawsze straciłby Justina.
– Mogę coś powiedzieć? – spytał.
– Oczywiście, że możesz. Daniel i ja nie tylko jesteśmy twoimi przywódcami, ale i przyjaciółmi.
– Dziękuję, alfo. Chciałem przeprosić jeszcze raz za wszystko i przyrzec, że będę się starał panować nad sobą, tak jak było od kilku lat. Dziękuję też za pozostawienie mnie tutaj.
– Masz jedną jedyną szansę i nie spieprz tego. – Daniel uśmiechnął się.
– Mogę wracać do pracy?
– Dziś odpuść sobie pracę przy dachu. Pora byś wypoczął i przemyślał sobie wszystko. – Daniel pamiętał jak Dario martwił się sytuacją, kiedy on nie chciał zatwierdzić Martina. Mężczyzna się bał o ich reputację i całą resztę, która wiąże się z partnerstwem. Kochał tego zmiennego wilka jak swego brata, którego nigdy nie miał. Dario był dobrym facetem, wiele przeszedł i należała mu się szansa od życia. Christian powiedział im o sytuacji z Justinem. Do tej pory wiedzieli co nieco, ale nie interesowali się tym. Pora, by pokazać, że nie jest tylko ich pracownikiem, ale kimś więcej. Kimś kim był każdy członek sfory. Zdarzały się czarne owce, jak Charlie i Manuel, ale to tylko dwie marne osoby wśród dwudziestki cudownych i poczciwych zmiennych, jacy żyli w Arkadii.
Z pokorą przyjął odsunięcie od pracy. Właśnie nie móc pracować, było dla niego karą. Wtedy każda chwila przywodziła mu na myśl Justina.
– Cóż chyba najwyższy czas pospacerować dla spokoju.
– Uważam, że to dobry pomysł – przyznał Daniel.

~*~*~

– Sądziłem, że nie przyjdziesz, bo miał wrócić dziś Martin. – Zaczął rozmowę Justin, gdy poszli na kolejny ze swych spacerów. Przy Christianie czuł się jak ryba w wodzie.
– Będziemy mieć przed sobą całą noc, a moi partnerzy mieli do załatwienia ważną sprawę. – Nie był pewny czy ma mu mówić o Dario. Niby wiedział, że Daniel z Martinem nie wyrzucą mężczyzny, lecz ta wiadomość mogłaby zdenerwować Justina. Nie chciał mu dorzucać kolejnego ciężaru na barki.
– On tu był. – Justin nerwowo wsunął ręce do kieszeni i spojrzał w bok.
– Kto? – Poprawił spadające ramiączko koszulki.
– Dario. W nocy był na wzgórzu. Czułem go.
– Zrobił coś więcej? – Nie wierzył, że beta zdecydował się podejść tak blisko terytorium Langstonów. Trzymał się z dala nawet od dróg, które prowadziły obok. Czyżby jednak zdecydował się na walkę o Justina, a może po prostu coś go poniosło w okolice posiadłości drugiej sfory.
– Nie. Tylko był tam. – Spojrzał w stronę wzgórza. Czy chciałby, aby mężczyzna tej nocy też tam się pojawił? Jego wilk krzyczał, że tak, ale człowiek...
– A ty co zrobiłeś? – Zatrzymał się i usiadł po turecku na trawie. Uśmiechnął się do Justina, który przysiadł obok, w stosownej odległości.
– Nie uciekłem. – Zerwał źdźbło trawy i bawił się nim, by czymś zająć ręce.
– Brawo. On cię nie skrzywdzi.
– Niby to wiem, ale przeszłość ma na mnie tak duży wpływ, że...
– Tamten nie był twoim partnerem. Oszukał cię, by zdobyć to o co mu chodziło. – Podparł się za plecami na rękach. – Dario to dobry facet.
– Mówiłeś mi o tym, ale... – Wciągnął nosem powietrze.
– Co się stało? – Christian zaczął się rozglądać widząc reakcję przyjaciela.
– On jest... On...
– Czujesz Daria? Gdzieś tam jest, prawda? – Widział jak mężczyźnie zaczynają trząść się ręce. Chętnie był wziął go za nie i potrzymał dodając otuchy, ale jakby Dario ich widział mogły by być problemy. Justin i Dario nie są sparowani i chociaż on jest, to beta mógłby przyjąć go jako zagrożenie dla jego partnera lub pomyśleć, że chce mu go odebrać. Ostatnio mężczyzna łatwo wpadał w szał i być może nie pomyślałby, że związany Chris nie jest zagrożeniem. Postanowił uspokoić Justina słowami. – Weź głęboki oddech i pomyśl, że dla Daria jesteś najcenniejszą istotą na świecie. To twój partner. Ten jeden jedyny, wybrany przez więź. Wiesz co to jest. Prędzej będzie cię nosił na rękach niż cię skrzywdzi. Niż cię oszuka.
– Mimo tego boję się go. Niepokoi mnie. Tak wiele on oznacza.
– Oznacza zmianę życia. Oznacza miłość i seks. Oznacza ochronę, opiekę i szczęście. To oznacza. Nie ból, wściekłość, zakazy i to co ci robiono. Uspokój się i czuj go.
Słuchał Christiana i niby to wszystko wiedział, ale i tak nie potrafił się przemóc. Mimo tego jeszcze raz wciągnął powietrze i zaczął wzrokiem przeszukiwać teren. Nie widział go, ale miał świadomość, że jego partner jest gdzieś w pobliżu.
– Jestem do niczego – wyszeptał. – Ile ja mam lat? Zachowuję się jak biedny nastoletni szczeniak. Mam partnera. Zawsze tęskniłem za kimś takim, a teraz co? Uciekam i chowam się.
– Słuchaj nawet dwustuletni wilk, po tym co ty przeszedłeś, byłby tak samo wystraszony i nieufny jak ty. Jesteś wiele wart. Tylko musisz znaleźć w sobie siłę, by pokonać koszmary. – W oczach Christiana pojawiły się łzy. Bardzo chciał mu pomóc. – I nie uciekasz. Zobacz, nadal tu jesteś. Bardzo się zmieniłeś od czasu naszego pierwszego spotkania. Nawet okazało się, że potrafisz mówić. – Zaśmiał się i starł niesforną łzę z policzka.
– Tylko z tobą tak się czuję, bo...
– Bo wiesz, że cię nie skrzywdzę. To kwestia zaufania, mój drogi. Dario też cię nie skrzywdzi.
– Czemu płaczesz? – zapytał Justin, kiedy spojrzał na twarz przyjaciela.
– Ponieważ jestem czasami płaczką, bo chcę, by mój brat był szczęśliwy.
– Głupi. – Uśmiechnął się nieśmiało do przyjaciela, który nazywał go bratem, a jego wilk otulał się zapachem będącego gdzieś tam partnera i nie chciał, aby zmienił się kierunek wiatru.
– Mogę cię o coś zapytać, o coś intymnego? – Po chwili milczenia Christian postanowił zadać pytanie, które go dręczyło. Justin skinął głową, więc kontynuował: – Spotykając partnera czuje się nie tylko miłość do niego, ale i pociąg fizyczny. Czy czujesz coś z tego?
– Podobno sam zapach z daleka tak nie działa. Miłość? Za bardzo się boję, by dopuścić to do siebie, a... wiesz co. – Zarumienił się i spuścił wzrok na swoje dłonie. – Nie chcę o tym mówić. – Jak miał powiedzieć, że od lat na nic nie reagował seksualnie. Nie był mężczyzną, który powinien się podniecać. Nic takiego nie czuł. Jego ciało zamknęło się na przyjemne bodźce. Był tylko skorupą co jadła, chodziła i spała, jak nie dręczyły ją w nocy koszmary. Był nikim.
Christian już nie pytał. Sama reakcja Justina wiele mu powiedziała. Nie wiedział co miał robić, by mu pomóc, więc postanowił po prostu zwyczajnie być tak jak to robił do tej pory.

~*~*~

Pragnął znaleźć się na miejscu Christiana, być podporą dla Justina, kochać go, pomóc mu. Tymczasem stoi tutaj ukryty w gąszczu świerków i patrzy na niego. To dopiero drugi raz, gdy go widzi po tak długim czasie. Justin go wyczuwa, ale nie widzi. Pewnie, gdyby nie przyjaciel, mężczyzna uciekłby lub wpadł w panikę. Rozerwałby gardła tym, co do skrzywdzili. Co ci zrobiono, kochany? Kto doprowadził cię do takiego stanu psychicznego, że nawet bliskość partnera powoduje u ciebie lęk? Zacisnął pięści wbijając wysunięte pazury w swoją skórę. Wilk był tuż pod powierzchnią. Pragnął oznaczyć swojego partnera i bolał nad tym, że nie może tego zrobić. Wilcze oczy patrzyły w ciele mężczyzny na ukochaną istotę. Dario miał ochotę albo coś rozwalić, albo płakać. Wybrał inne wyjście. Zdjął swoje ubrania i stojąc nago zamknął oczy, aby dokonać przemiany. Po chwili stał już na potężnych czterech łapach. Rzucił okiem na swego partnera, odwrócił się od ukochanej osoby i zaczął biec przed siebie. Jego celem były łąki i las na horyzoncie. Biegł co sił w nogach, by czuć wiatr w sierści, wyładować swój ból. Ukoić tęsknotę.
Wkrótce w całej okolicy dało się słyszeć rozpaczliwe wycie wilka. Wycie, które raniło serca przemawiając żałosną pieśnią. Pieśnią, która mówiła, jak bardzo chciałaby być ze swym ukochanym.

~*~*~

– To on – szepnął Justin słysząc wycie wilka. – Ranię go. Jak mogę być kimś dobrym, skoro skazuję go na coś takiego? To moja wina, że on płacze. – W tej chwili czuł w sobie cierpienie większe niż do tej pory okalający go strach. Gdy cierpiał jeden z partnerów, nawet jak nie byli ze sobą sparowani, drugi nie potrafił tego znieść. Justin zdał sobie sprawę, że Dario też cierpi, kiedy i on czuje ból.
– Sam widzisz, że jesteście sobie przeznaczeni. – Nawet dla Chrisa słuchanie tak wielkiej rozpaczy było trudne do zniesienia. Oszalałby, gdyby Daniel lub Martin tak zawodzili. Widok cierpiącego Justina podpowiedział mu, że mężczyzna jest silny i jest w stanie zburzyć barierę jaką wokół siebie stworzył. Tylko nie potrafił znieść tych przeraźliwe smutnych oczu przyjaciela. Gdy ustało wycie, obaj odczuli ulgę, lecz Justin nieruchomo siedział i patrzył gdzieś w dal, jakby chcąc ujrzeć wilka, jakim był jego partner.

~*~*~

Dario, już, jako człowiek, wskoczył do rzeki i przysiadł na jej brzegu, nie przejmując się swoją nagością. Dał upust swym uczuciom, ale nie znalazł ukojenia. Nigdy go nie znajdzie, jak nie będzie mógł skryć w ramionach partnera, dać mu szczęścia, kochać się z nim i powiedzieć tego, co chciałby mu wyznać. Jego partner się go boi. Przez dwa miesiące uciekał właśnie od tego bólu. Lecz on uderzył w niego jak taran, kiedy znów go czuł i zobaczył. Po raz drugi w życiu, Dario zapłakał. Pierwszy raz stało się to po śmieci brata, teraz, bo nie mógł zrobić nic, co by zbliżyło go do Justina. Każdy dzień bez niego był niczym najgorsza z tortur. Mimo tego nie chciał rezygnować. Wtedy już by tego nie przeżył. Wolał znosić takie męki i mieć nadzieję na cud.