22 października 2017

Szczęście od losu tom 1 - Rozdział 12

Dziękuję za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział. :)



Szli brzegiem rzeki, przyglądając się ludziom wokół i samej przyrodzie. Zarówno Jaemin jak i JunHo lubili to miejsce i w letnie dni często tu przychodzili uczyć się. Co prawda Cheong robił to z mniejszą chęcią. W przeciwieństwie do Lee, który po prostu lubił się uczyć. Teraz przyszli nad rzekę pospacerować i porozmawiać. Wcześniej coś zjedli w przydrożnej budce, by ciężarny chłopak nie musiał się śpieszyć do domu. Prawda była taka, że mu się nie śpieszyło. Na pewno Daesoon już tam był. Chłopak dostał klucze od domu, więc nie musiał czekać przed drzwiami.
Jaemin pokręcił głową, zły na siebie, że cokolwiek by nie robił, to i tak jego myśli  podążają do Kima. Tak było przez cały dzień w szkole. Nie rozmawiał z Dae, nawet na niego nie patrzył – a chłopak też trzymał się od niego z daleka – ale i tak łapał się na tym, że przez głowę przemykały mu myśli o nim. Chyba musiał się do tego przyzwyczaić.
            To powiesz mi, o co chodzi czy mam siłą to z ciebie wyciągać? – zapytał JunHo, kończąc pisać esemesa.
Jaemin wzruszył ramionami. Udało mu się przez cały dzień unikać pytań przyjaciela, bo byli w szkole, a Lee ostatnio był na świeczniku i każdy chętnie by chciał ich podsłuchać, aby mieć temat do nowych plotek.
         Nie mów, że nic się nie dzieje. Nie chodzi mi o tego skurwiela, SuJonga. Swoją drogą myślałem, że jest inny.
       Ja też.
       No, gadaj. – Lekko trącił Jaemina łokciem. – Coś z dzieckiem?
       Z dzieckiem w porządku. Cheong przewrócił oczami.
       Czy ja muszę siłą wszystko z ciebie wyciągać? Dawniej tak nie było.
        Daesoon powiedział, że chce, aby nasze dziecko umarło – wypalił. Już samo mówienie o tym sprawiało mu ból.
            O… Czy jego popierdoliło? – Przystanął, patrząc na przyjaciela. – Przecież to jego dziecko. Jak może chcieć jego śmierci?
        Bo jest dupkiem. Nie zaszedłem sam ze sobą w ciążę. – Lee uświadomił sobie, jak wiele się zmieniło. Dawniej przesiadywali nad rzeką, rozmawiali o szkole, nauce, grach, studiach, a nie ciążach, dzieciach i Daesoonie.


       Jemu chyba naprawdę coś na mózg odbiło.
       Padło.
       Jak zwał, tak zwał. – JunHo machnął ręką.
          Taa… Potrafi dowalić tam, gdzie najbardziej boli – powiedział smutno Jaemin. – Nie mam ochoty go widywać.
        I dobrze. W szkole da się go jakoś unikać. – JunHo pochylił się, zebrał kamień z ziemi i wrzucił go do wody. – Poza nią i tak nie…
         Mieszka u nas. – Wsunął ręce do kieszeni, popatrując na chłopaka. Gdyby był w innym humorze, to roześmiałby się z jego miny.
       Co?
       Rodzice… Mama wyrzuciła go z domu. A moja mama o złotym sercu, która przygarnęłaby pod swój dach nawet złodzieja, i jeszcze pokazała, gdzie trzyma pieniądze, zaprosiła go do nas. – Spojrzał w niebo pełne chmur. Znów zapowiadało się, że będzie padać. Ogólnie przez cały dzień pogoda nie była ciekawa, a chłód rozprzestrzeniał się wokół. Jaemin już tęsknił za latem.
       Mieszka u was? Aha.
         Sam rozumiesz, dlaczego do domu mi się nie śpieszy. Czym mniej czasu z nim spędzę tym lepiej.
         No. – JunHo przygryzł wargę na chwilę. Zawsze to robił, gdy myślał, a Jae doskonale znał ten gest.
       Pytaj. – Odgarnął włosy z czoła.
       No bo… Gdyby nie powiedział tego, co powiedział…
       Wczoraj rano pojechał ze mną na badanie USG. Był normalny. Zamurowało go, gdy zobaczył dziecko na monitorze. Jeszcze jest małe, bo dopiero się rozwija. Wszystko się kształtuje… A potem lekarz dał nam zdjęcia. Jeszcze kiedy wróciliśmy, Daesoon wpatrywał się w to, które dostał. – Powrócił myślami do tamtych chwil. – Potem otrzymał wiadomość od matki i wszystko uległo zmianie. Wkurzył się… Wyznał przy tym, co myśli.
        Zapytam jeszcze o coś, tylko się nie denerwuj. – Cheong przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. – Jesteś w nim zakochany?
Lee zatopił spojrzenie w wodzie. Jej tafla poruszała się wolno, biegnąc korytem wzdłuż miasta, by dosięgnąć celu, do którego biegła. Nie miał pojęcia, jak odpowiedzieć na pytanie przyjaciela.
       Twoje milczenie już odpowiedziało mi na pytanie.


          Gdy miałem piętnaście lat, zadurzyłem się w nim jak głupiec. Budziłem się z myślą o nim i szedłem spać. Nigdy mu tego nie powiedziałem. Bałem się, że mnie odepchnie. Tak by było. Z czasem zakopałem te uczucia głęboko w sobie. W końcu sądziłem, że minęły. Tamtej nocy, którą z nim spędziłem… Wszystko wróciło. Dae był czuły, delikatny, inny, jakby to nie był on. Otworzył furtkę do wszystkiego, co tak skrzętnie ukrywałem również przed sobą. Potem jeszcze łudziłem się, że to na pewno nie to. Nadzieja wzrosła wbrew mojej woli, kiedy wczoraj pojechał ze mną na badanie i zabrał mnie na ciastko. To było takie… Normalne. Sam nie wiem. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć. On, ja i nasze dziecko. Nie jestem w nim tylko zakochany, JunHo. Kocham go i zastanawiam się, kiedy przestanę. Nawet po tym, co mi zrobił… – Zacisnął usta, nie chcąc więcej mówić, a JunHo wyczuwający cierpienie przyjaciela też nie potrafił nic odpowiedzieć, więc stali w milczeniu, patrząc na wodę.
Gdzieś za nimi zaśmiało się dziecko, co zwróciło uwagę Jaemina. Chłopak obejrzał się i uśmiechnął delikatnie. Mały chłopiec trzymający się dłoni rodziców wyglądał na szczęśliwego. Natomiast kobieta i mężczyzna mówili coś do niego, od czasu do czasu popatrując na swoją drugą połówkę z miłością. Lee pozazdrościł im tego. Chciałby tak. On, Daesoon i ich dziecko na spacerze, trzymające ich za ręce. Pomarzyć zawsze można. Ale nie powinien tak myśleć, kiedy chłopak odrzuca ich oboje.
       Muszę wracać do domu. Czas na leki, muszę się pouczyć.
       Może zostaniesz u mnie na kilka dni? Rodzice nie będą mieli nic przeciw.
       Nie, ale dziękuję. Nie będę uciekał z własnego domu, JunHo. Przeżyję jego obecność.
       Wybaczysz mu?
       Coś takiego trudno wybaczyć. Przeprosił, ale…
       Mhm. To chodź, powinniśmy mieć niedługo autobus.
       Wybacz, że tak tylko o mnie gadaliśmy – zaczął Jae.
       O to chodziło, co nie? Musimy częściej robić wypady nad rzekę i gadać.
       Czemu nie, Jun.
       A jak trzeba, to mów, rozkwaszę nos temu dupkowi.
Jaemin zaśmiał się. Wyobraził to sobie. Szkoda tylko, że prędzej role by się odwróciły i to JunHo oberwałby, patrząc na jego posturę.
       Dobry z ciebie przyjaciel.
         Z ciebie też, Jae. – Zdaniem JunHo Daesoon jest ślepy, że nie widzi, jakim wspaniałym chłopakiem jest Jaemin. Gdyby lubił facetów, to sam by się w Lee zakochał. Nie powiedział mu jednak tego. Za to, by odwrócić myśli chłopaka od Kima, zaczął temat o zbliżającym się teście, którego jak zwykle i tak nie zda.



~*~


Deszcz lał jak z cebra. O szybę uderzały grube krople, mieszając się z muzyką płynącą z odtwarzacza na laptopie. Jaemin, pochłonięty nauką, w ogóle nie zwracał uwagi na to, co się dzieje na dworze. Musiał dużo nadrobić, by nie być w tyle w stosunku do innych uczniów. Tym bardziej że nic nie przeszkadzało w ukończeniu szkoły i późniejszej nauce. Dziecko nie było chorobą. Mając je, wierzył, że będzie mógł studiować. Szczególnie, że na studiach jest więcej luzu niż w liceach lub technikach. Chociaż i tak czekał go pewnie rok przerwy, gdyż maleństwo urodzi się na wiosnę, a on nie dałby rady chodzić na studia – które rozpoczynają się w lutym – z dużym brzuchem.
       Jaemin, mogę na chwilę? – YuRin zapukała do pokoju syna.
       Tak. – Uniósł głowę znad książki i uśmiechnął się do mamy. – Siedzę właśnie nad angielskim, ale chwilę przerwy mogę sobie zrobić.
       Widziałeś Daesoona?
       W szkole. Nie było go, kiedy wróciłem do domu. – Ucieszył się z tego.
       Nie mówił, że gdzieś wychodzi?
       Nie gadałem z nim.
       Chłopcy, nie rozumiem was. – Przysiadła na łóżku obok syna. – Znacie się tyle lat, mieszkacie po sąsiedzku, chodzicie do tych samych szkół, będziecie mieli dziecko, co jest owocem tego, jak się zbliżyliście, a zachowujecie się obco względem siebie.
Jaemin wzruszył ramionami. Nie jego wina, że tak było od zawsze.
       A co z Kimem?
        No właśnie, już późno, ciemno, zimno, a jego nadal nie ma. Martwię się. Próbowałam do niego się dodzwonić, ale nie odbiera.
       Pewnie został na noc u Parka lub Gima.
       Wierzę, że by o tym powiedział.
       W sumie… Może.
       Na pewno nic ci nie mówił? Nie patrz tak. Idę sobie. Spróbuję jeszcze raz do niego zadzwonić. Masz może numery do jego przyjaciół?
       Nie.
          Skontaktuję się z jego tatą, jeżeli tym razem nie odbierze – powiedziała, wychodząc z pokoju.


Jaemin próbował wrócić do nauki, ale również zaczął się niepokoić. Jaki Daesoon by nie był, raczej nie znikał bez wieści. Spojrzał na zegarek. Było już naprawdę późno, bo wskazówki przesunęły się na dwudziestą drugą. Odłożywszy książkę, podniósł się z łóżka. Wyjrzał przez okno. Skrzywił się. Światła z ulicy pozwalały mu zobaczyć drzewa uginające się pod naporem wiatru i deszcz, który zostawiał spore kałuże.
        Idiota powinien wiedzieć, że wraca się do domu o normalnej porze. Może poszedł gdzieś z chłopakami na karaoke. Ale w tygodniu?
Opuścił pokój i usłyszał głos mamy:
         Nie, nie wiem. Nic mi nie mówił. Poszedł do szkoły i nie wrócił. Rozmawiałeś z nimi? Zauważyłam, że twój syn nie był w najlepszej formie psychicznej, ale nie znam się na tym. Był przygnębiony. Chociaż udawał, że wszystko jest w porządku.
Jaemin zrozumiał, że rodzicielka rozmawia z tatą Daesoona. Podszedł do kobiety, a ona skinęła mu głową.
        Tak, Kangsoon. Rozumiem. To jak wrócisz, zadzwoń. Trzeba go poszukać. – Rozłączyła się.
        I jak?
       Ojciec Dae wraca teraz z jakiegoś spotkania. Jak tylko wróci, pojedziemy szukać jego syna. Znalazłam numery telefonów do tych chłopaków, z którymi się koleguje.
       Jak? – Uniósł brwi.
         Ma się te sposoby. Dae zostawił notes z numerami w pokoju. Musiałam tam zajrzeć – tłumaczyła się.
       Dobra, ale co chłopaki powiedzieli?
         Że nie mogli się dzisiaj z nim dogadać. Był ich zdaniem dziwny. Wierzysz, że opuścił trening? Wyszedł ze szkoły i od tamtej pory nikt go nie widział.
Lee teraz to zaczął się naprawdę niepokoić o ojca swojego dziecka. Mógł być na niego wściekły, ale nie był nieczułym draniem, żeby się nie martwić. Pogłaskał dłonią brzuch, intensywnie myśląc co zrobić. Wrócił do pokoju i również zadzwonił do chłopaka. Telefon  się odzywał, ale nikt nie odbierał. Czekał dłuższą chwilę i w końcu zrezygnował. Zaczął sobie przypominać, co się dzisiaj wydarzyło. Czy Daesoon chciałby zniknąć? Tylko po co? Jaki to miałoby sens? Nie był chłopakiem, który pogrąża się w depresji i ucieka przed światem. Daesoon Kim to ktoś silny, potrafiący sobie ze wszystkim radzić. A co jeżeli prawda jest inna? To, co pokazywał chłopak, to tylko powierzchowna maska, a pod nią kryje się prawdziwy Dae? Może po prostu ostatnie dni dały mu w kość i chciał się odciąć. Tylko dlaczego tak, kiedy wiedział, że ludzie będą się niepokoić?


       Gdzie jesteś, pacanie? – Jeszcze raz do niego zadzwonił i znów to samo. Warknął. Przeszedł do przedpokoju i zaczął się ubierać.
       Gdzie idziesz?
       On mnie wkurwia. Powiedział coś, czego nie będę potrafił mu wybaczyć, ale jak chce znikać, to niech powie o tym, a nie ucieka bez słowa. – Zawiązał buty. – Ani dla niego, ani  dla mnie ostatnie dni nie były dobre, tylko ja nie wpadłem na głupi pomysł chowania się.
         Ale gdzie idziesz? Dlaczego się ubierasz? Pamiętaj, że jesteś w ciąży i musisz na siebie uważać.
         Dziecku zaszkodzi bardziej, jak będę bezczynnie siedział i myślał. Wolę się przejść po okolicy. Może gdzieś siedzi w samochodzie i nie chce wracać. – Założył płaszcz przeciwdeszczowy oraz czapkę.
       Poczekaj, pójdę z tobą.
       Nie, siedź i czekaj na pana Kima. Nic mi nie będzie.
       Weź tę latarkę, tą odporną na wodę.
       Wezmę. Telefon też mam, więc jak coś to będę dzwonić. Nic mi nie będzie. – Może robił głupio ze względu na swój stan, ale czuł, że musi iść.
Chwilę później wyszedł na dwór i ledwie złapał oddech. Deszcz i wiatr uderzyły go w twarz. Zmrużył oczy i ruszył w stronę chodnika. Obejrzał się za siebie. Mama obserwowała  go przez okno. Pomachał jej.
Przeszedłszy na drugą stronę ulicy, skierował się w stronę miasta i niewielkiego parku. Daesoon mógł być wszędzie, ale nie wierzył, że odjechał gdzieś daleko. Może po prostu miał taką nadzieję, a ta jak wiadomo często sprawiała, że się mylił.
Źle mu się szło, bo wiatr wciąż miał z przodu i jego twarz przyjmowała najwięcej uderzeń zimnego deszczu. Ciężej mu się też oddychało, ale parł naprzód. Na szczęście światła uliczne wciąż nie zostały wyłączone, więc widoczność była dobra.
Przeszedł już kawałek drogi. Wokół były domy, w których spokojnie spędzali czas właściciele, a on wlókł się ulicą w taką paskudną pogodę jak ten głupiec, bo szukał drugiego głupca. Mama raz do niego zadzwoniła, teraz to martwiąc się o niego. Uspokoił ją i powiedział, że zaraz wraca, bo nigdzie nie widzi samochodu Daesoona. Chciał jeszcze  podejść do parku, gdzie chodzenie o tej porze było ryzykowne, ale wątpił, aby zastał tam jakieś podejrzane grupki. Owszem, w pogodne noce tak, ale nie w tą, jaką mieli dzisiaj. Nie zamierzał jednak wchodzić do parku, bo tam nie da się samochodem wjechać – wątpił, że  Kim opuścił suche wnętrze pojazdu – ale mógł go obejść.


W końcu dotarł do skupiska drzew, które wyglądały jak straszydła. Tutaj było mniej światła, bo ktoś ostatnio rozwalił dwie lampy i do tej pory ich nie wymieniono. Wyjął latarkę  i włączył ją. Świecił sobie pod nogi, gdy szedł, bo nie chciał się o nic potknąć. Kiedy przystawał, rozglądał się wokół i w pewnej chwili nie pożałował, że zdecydował się wyjść z domu. Z początku nie rozpoznał samochodu, ale gdy podszedł bliżej, zyskał pewność, do  kogo należy pojazd. Zajrzał przez okna, ale wyglądało na to, że nikogo nie ma.
– Chyba nie byłeś tak głupi, że wlazłeś do parku. Byłeś. – Zadzwonił do mamy i poinformował ją o samochodzie. Powiedziała mu, że tata Daesoona właśnie przyjechał i niedługo tam będą. Kazała mu na nich czekać. On jednak nie zamierzał tego zrobić. Wiedziony jakimś przeczuciem odnalazł przejście do parku i idąc główną alejką, postanowił dzwonić do Dae. Skupił się, by usłyszeć jego dzwonek telefonu, co było trudne, gdy deszcz i wiatr wciąż szumiały mu w uszach i nie zamierzały przestać. Szczerze nienawidził takiej pogody. Do tego było zimno i marzł, marząc o ciepłym wnętrzu domu.
Park nie był duży i nie wierzył, że nastolatka by tutaj nie było. Jeżeli zostawił samochód, a w okolicy nie miał znajomych, to musiał tutaj być. Ewentualnie mógł wrócić do rodzinnego domu i bez wiedzy matki zaszyć się gdzieś w pokoju. Ledwie ta myśl przebiegła mu przez głowę, stanął, bo wydawało mu się, że słyszy jakiś dźwięk. Niestety połączenie zostało przerwane, bo już za długo trwało, i zadzwonił jeszcze raz. Kończyła mu się bateria, co też  nie było dobre w takiej sytuacji. Kiedy jego telefon zaczął wysyłać pojedyncze sygnały, teraz wyraźniej Jaemin usłyszał melodię, którą dobrze znał. Nieraz do jego uszu ona docierała, gdy ktoś dzwonił do Daesoona. Zaczął iść w stronę dźwięku, do którego szybko się zbliżał.
Za drzewami przy jednej z bocznych alejek zobaczył coś, a raczej nie coś tylko postać leżącą na ławce. Nie obawiał się podejść, bo mogła to być tylko jedna osoba. Gdy był bliżej i poświecił na jej twarz, mógł już stwierdzić, kto to jest.
Daesoon spał skulony, oplatając się rękoma, przemoczony, przemarznięty. W Jaeminie rozbudziła się złość.
Ty skończony idioto! Wstawaj, bo zapalenia płuc dostaniesz. – Poruszył chłopakiem, który coś pomruczał i jeszcze bardziej się skulił. – No ruszaj dupę, do cholery! – Uderzył go w ramię. – Daesoon!
Chłopak ocknąwszy się, otworzył oczy. Dygotał, jakby miał delirkę. Zmrużył oczy, bo światło latarki przeszkadzało mu. Jaemin przestał na niego świecić, wciąż zdenerwowany.
No, ruszaj się. Nie będę cię dźwigać. Daesoon, no. – Złapał go za rękę i pociągnął.
Co tu robisz? – Usiadł, chociaż miał wielką ochotę znowu się położyć i tak zostać. Strugi wody spływały po jego włosach, jakby stał pod prysznicem.


Szukam cię. Twój tata także i moja mama. Dam im znać, w którym miejscu jesteśmy. – Zanim to zrobił, zaskoczony wstrzymał oddech.
Daesoon wczepił palce w boki płaszcza Jaemina, przyciągając chłopaka do siebie. Oparł czoło o niego.
Przepraszam. – Desperacko zaciskał palce na chłopaku, wciskając głowę w jego ciało. – Wiem, jak musi się ktoś czuć, kiedy słyszy, że był niepotrzebny, że ktoś żałuje, że się urodził  i że… że… Woli, aby umarł. Przepraszam. – Rozpłakał się, a Jaemin nie miał pojęcia do robić.
Patrzył w dół na czubek głowy chłopaka, który wciskał w jego przemoczony płaszcz swoją twarz. Nie wiedział, co ma czuć. Współczuć mu czy nie. Wybaczyć czy nie. Nie był na nic gotowy. Jedyne co czuł to szczęście, że go odnalazł i chciał zabrać do domu.
Nie musisz mi wybaczać, ale przepraszam. Tak bardzo spieprzyłem.
Dlaczego nie wróciłeś do domu? – Mimowolnie wsunął place we włosy Daesoona.
Nie mam domu. Nie mam niczego. Nie odbieraj mi tylko tego dziecka. Nie zabieraj mi go. To jedyne co mam. – Chłopak nadal płakał, a Jaemin ledwie rozróżniał jego słowa przez łamliwy głos i ulewę. – Spierdoliłem na całego. Dużo myślałem dzisiaj. Siedziałem tutaj i myślałem. Przepraszam.
Lee nabrał głęboko powietrza. Zacisnął powieki, a z jego ust wydostało się:
Chodź, zabieram cię do domu. – Przystawił telefon od ucha, dzwoniąc do mamy.