11 listopada 2018

Ucieczka do Limare - Rozdział 5

Dziękuję za komentarz. :)



Domenico spojrzał na zegarek. Było już późno, a Paolo jeszcze nie wrócił z pracy. Mężczyzna mówił mu, że Amare zamykają o siedemnastej. Godzinę zajmowało im sprzątanie, a było już po dwudziestej. W ogóle nie powinno go to obchodzić. Powinien zająć się sobą, a nie wyczekiwać, na to by ponownie ujrzeć seksownego kucharza. Spędził dzisiejszy dzień rozmyślając o nim, o tym jakie DiCarlo może mieć problemy i o wczorajszym prawie pocałunku. Zawracał sobie głowę tym czym nie powinien. Lepsze to niż przejmowanie się sobą. Gdyby tak robił, nie był pewny czy potrafiłby się uśmiechać.
Drgnął, kiedy usłyszał dolatujący z dworu odgłos silnika, który wpadał przez otwarte okna. Zostawił laptopa i przeglądanie zdjęć, które dzisiaj zrobił, by wyjść do mężczyzny. Już od progu dostrzegł, że coś było nie tak. Paolo wyglądał na zdenerwowanego, zrezygnowanego, może smutnego, nie potrafił wybrać. Możliwe, że to była mieszanka tego wszystkiego. Coś musiało się stać, odkąd widział go ostatni raz.
– Wszystko dobrze? – zapytał, ale jego pytanie pozostało bez odpowiedzi.
DiCarlo bez słowa wyminął go idąc prosto w stronę kuchni. Tam wrzucił kluczyki do szklanej, ozdobionej w różne kolorowe listki misy. Umył ręce, a później podszedł do lodówki. Domenico cały czas go obserwował i był coraz bardziej pewny, że stało się coś złego. Być może chodziło o zawartość kopert lub o ważne spotkanie, o którym tylko raz mężczyzna wspomniał. Na dwoje babka wróżyła.
– Będziesz tak stał i gapił się na mnie czy może pójdziesz zająć się sobą? – warknął Paolo mając dość tego, że facet się na niego patrzył. Nawet on go wkurzał. Jak każdy dzisiaj. Przez niego Ivo się popłakał, kiedy się na nim wyżył i nie oszczędził też pozostałych pracowników. Nie chciał do ich grona dołożyć swojego gościa, ale ten sam się o to prosił.
– Po prostu, jeżeli masz jakieś problemy to może mógłbym pomóc.
Odwrócił się do Domenico ze wściekłym wyrazem twarzy i emocjami, nad którymi dzisiaj nie panował.
– Jak mógłbyś pomóc?! Co ty wiesz o problemach?! Jeździsz sobie na wycieczki drogim samochodem, jesteś beztroski, robisz te głupie zdjęcia i sądzisz, że świat jest pełen barw! – krzyknął. Nie umknęło mu to, że Salieri cofnął się o krok, jakby jego słowa uderzyły go zbyt mocno. Nie obchodziło go to. – Coś ci powiem, tak nie jest. Życie potrafi być do dupy. W jednej chwili może się wszystko zawalić, ale tacy jak ty gówno wiedzą!
Tym razem Domenico nie chciał uciec. Nawet podszedł bliżej i syknął:
– Nie oceniaj mnie, bo mnie nie znasz. To, że chcesz się wyżyć w żaden sposób nie usprawiedliwia tego co mówisz. Sądzisz, że nie wiem jakie może być życie, jaka może być rodzina i nie czuję w sobie żadnego bólu? Mylisz się człowieku. Nie jesteś jedynym, który przechodzi przez piekło. Tylko ja nie zadaję nikomu bolesnych ciosów w przeciwieństwie do ciebie! Ty to robisz z premedytacją, bo chcesz, aby inni cierpieli razem z tobą!
– Jaki ty jesteś mądry! Psychoanalityk się znalazł, cholera jasna! Wiesz co ja czuję?! Jakby mi ktoś wyrywał serce kawałek po kawałku. – Paolo przyłożył dygoczącą dłoń do piersi. – Ten ktoś robi to starannie, powoli, by w końcu zadać ostateczny cios. Zabija mnie na raty, więc nie pieprz mi głupot, że cokolwiek o tym wiesz!
Jeszcze przed chwilą Domenico chciał się z nim kłócić, wyrzucić mu swoje racje, lecz teraz zadziałał po prostu automatycznie. W dwóch krokach był przy Paolo, który zanim się zorientował co się dzieje był już przytulany.
– Ja też… Ja też, wiem jak to jest, kiedy ktoś chce wyrwać ci serce – szepnął Domenico mocno trzymając mężczyznę przy sobie.
Do momentu, zanim nie poczuł otaczających go ramion, a potem wypowiedzianych słów, Paolo nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebuje czyjejś bliskości. Nie pamiętał kiedy ostatni raz ktoś go przytulał. Teraz okazało się jak mocno tego potrzebuje. Podniósł ręce by owinąć je wokół pleców przytulającego go mężczyzny, dającego mu coś w rodzaju bezpieczeństwa. Do tej pory sądził, że tonie, a Salieri rzucił mu siebie jako boję ratunkową. Wcisnął nos w jego szyję i cała złość powoli ulotniła się pokazując rozmiar zniszczeń, które wywołała. Po wszystkim pozostał tylko bezgraniczny smutek i żal jaki czuł do ludzi, chcących odebrać mu dziecko. Jęknął czując się słabym jak nigdy wcześniej i mocniej ścisnął Domenico, pragnąc by ten go trzymał.
– Chcą mi wszystko odebrać. Chcą zabrać mój dom, Amare, a najbardziej boli to, że chcą mi odebrać moją córeczkę – powiedział cicho.
Nie tego Domenico spodziewał się usłyszeć, kiedy Paolo wypowiedział swoje słowa. DiCarlo miał córkę. To w pierwszej chwili go zszokowało, bo sądził, że mężczyzna był homoseksualistą, ale przecież to się zdarzało. Potem po prostu przyjął tę wiadomość do świadomości, traktując ją jako coś wyjątkowego. Zawsze chciał mieć dzieci i wiedział, że to nigdy nie będzie możliwe. Najmocniej jak mógł, trzymał kucharza przy sobie i odwróciwszy twarz ucałował go w szyję. Dopiero kiedy Paolo drgnął Salieri uświadomił sobie co zrobił. Mimo tego nie odsunął się obejmując go nadal i dając mu siły, jakiej mężczyzna potrzebował. Sam też z tego czerpał, bo dobrze było trzymać kogoś w ramionach. Tak dobrze, że mógł się w tym zatracić.
– Opowiedz mi o tym – szepnął. – Kto chce ci ją zabrać?
Paolo zacisnął powieki ukrywając pod nimi oczy pełne łez. Rozpadał się właśnie tuląc obcego człowieka i nie miał pojęcia jak się z tym czuć. Nawet nie chciał tego rozważać. Dlatego po prostu przyjął to, że było mu dobrze. Nie mógł jednak tak wiecznie stać. Powoli odsunął się od mężczyzny bardziej zakłopotany swoimi łzami, które szybko otarł nie patrząc na niego, niż swoim wcześniejszym wybuchem. Odwrócił się do produktów, które wyjął z lodówki i zastanawiał się co z nich chciał zrobić. Oparł dłonie na marmurowym blacie zaciskając palce na brzegu. Rozluźnił je wtedy kiedy poczuł dłoń na swoich plecach, a potem usłyszał ciepły głos stojącego obok niego Domenico.
– Paolo, opowiedz mi o tym.
– Nie wiem od czego zacząć.
– Może od tego, że masz córkę.
DiCarlo kiwnął głową, ale zanim zaczął mówić, sięgnął do górnej, oszklonej szafki po kieliszki. Postawił je na stole, a potem wyjął z lodówki wino. Otworzył je i napełnił szkło. Butelkę postawił obok, mając ochotę wypić całą jej zawartość.
– Moją córkę spłodziłem mając dziewiętnaście lat. – Wziął kieliszek w dłoń, kiedy obaj usiedli naprzeciwko siebie. – Byłem młody, głupi, nie do końca wiedziałem czego chcę. To znaczy bardziej ciągnęło mnie do facetów, ale tak jak inni chciałem być… jak to się mówi, normalny.
– Jesteś normalny – powiedział Domenico chcąc wyciągnąć dłoń i położyć swoją na jego.
– Wtedy tak nie sądziłem. Z Maristellą chodziłem razem do klasy. Wiedziałem, że jest we mnie zakochana, więc kiedy skończyliśmy szkołę zacząłem się z nią umawiać. Wcześniej miałem chłopaka, ale go zostawiłem – mówił wpatrując się w do połowy pusty kieliszek. Palce trzymał owinięte na cienkiej nóżce skupiając się na tym, by spokojnie wszystko opowiedzieć. Tak jakby cała sytuacja nie dotyczyła jego, tylko kogoś innego. – Ona nie posiadała się ze szczęścia. Szybko poszliśmy do łóżka. Była bardzo namiętna, ale ja… Cholera, ja musiałem myśleć o tym co robiłem ze swoim chłopakiem, żeby móc dojść. Spotykaliśmy się dwa miesiące, kiedy zdarzyło nam się nie zabezpieczyć. Maristella zaszła w ciążę. Byłem wtedy taki szczęśliwy. Nawet nie wyobrażasz sobie co czułem, kiedy się o tym dowiedziałem. – Ręka mu drżała, kiedy podniósł kieliszek i wypił resztę jego zawartości. – Przez resztę ciąży opiekowałem się nią. Dałem jej wszystko. Jej rodzice chcieli zmusić mnie do ślubu, ale się nie zgodziłem. Nie chciałem być mężem Maristelli, ona też nie planowała tak wcześnie brać ślubu. Byliśmy za młodzi na cokolwiek. Nawet na dziecko, ale przydarzyło się, więc chciałem być dobrym, odpowiedzialnym ojcem.
Domenico nalał Paolo kolejny kieliszek wina. Nic nie mówił, nie pytał. Po prostu słuchał.
– Przez kolejne miesiące żyłem w euforii. Ciąża, potem poród i chwila kiedy wziąłem po praz pierwszy córkę na ręce. – Nie powiedział tego, ale w tamtym momencie płakał z radości. Nie potrafił się uspokoić, bo na świecie pojawiło się dziecko, stworzone z jego krwi, z jego genów. Coś czego nikt mu nie odbierze. Tak wtedy sądził. – Spotykałem się z Maristellą przez kolejny rok. Z czasem nawet namówiła mnie do wzięcia ślubu. Zgodziłem się, ale już wiedziałem, że robię źle. Lubiłem ją i nie chciałem, aby była z kimś kto nic do niej nie czuje. Nawet jej nie pragnie. Nie dotknąłem jej od kiedy urodziła. Wcześniej też unikałem zbliżeń. Cierpiała, ale chciała być ze mną. Ja powoli zaczynałem czuć się jakbym znalazł się w pułapce. Chciałem córkę, ale nie chciałem jej matki. Poza tym w tamtym czasie ktoś pojawił się w moim życiu. Słodki chłopak, który sprawił, że poczułem jak to jest naprawdę kogoś pożądać. Wyczekiwać spotkania z tą osobą. Miałem dwadzieścia jeden lat i ponownie żyłem. Dlatego powiedziałem matce mojego dziecka, że nie chcę z nią być. Wydawało mi się, że przyjęła to normalnie. Z czasem i ona sobie kogoś znalazła. Ale w chwilach kiedy przyjeżdżałem po córkę widziałem żal i złość w jej oczach. To z czasem przerodziło się w nienawiść. Mijały lata, a ona i jej rodzice powoli odsuwali mnie od Gianny. Tak ma na imię moja córka – wyjaśnił. Zrobił małą przerwę, by ponownie się napić. Odstawił kieliszek na stół i dopiero w tej chwili spojrzał w oczy Domenico. – Nienawiść Maristelli do mnie jest tak duża, że chce mi małą odebrać. Ona i jej mąż. Dużo od niej starszy, obślizgły typ. Najpierw poszła do sądu i zakazano mi zabierać małą co weekend. Dano mi dwa weekendy w miesiącu. Z czasem zrobił się tylko jeden. Nie mogłem zabierać jej na wakacje. Dzwonić do niej kiedy chciałem. Maristella przy ludziach powiedziała, że nie da dziecka pedałowi.
Domenico zazgrzytał zębami mając ochotę odnaleźć tę kobietę i przemówić jej do rozumu. Za dobrze znał takich ludzi.
– Ja wiem, że to przez to w jaki sposób ją odrzuciłem. Może zniosłaby inną kobietę, ale nie mężczyznę. Dla niej jestem obrzydliwy. A jej mąż tylko podkręca tę nienawiść.
– Kim jest jej mąż? – zapytał Salieri.
– Właścicielem banku, z którego przychodzą do mnie ponaglenia o spłatę kredytu. Facet jest dupkiem, który uwziął się na mnie. To dzisiaj się z nim spotkałem i powiedział mi, że odbiorą mi prawa do Gianny.
Domenico wyciągnął rękę i położył na leżącej swobodnie na stole dłoni mężczyzny. Ta wyraźnie drżała, więc ścisnął jego palce mocniej.
– Nikt ot tak nie ma prawa zabrać ci praw do córki. Ile ona ma lat?
– W tym roku skończyła dwanaście.
– To już duża dziewczynka. Ona też ma prawo głosu w sprawie tego czego chce.
– Facet ma pieniądze. Dużo pieniędzy. One zrobią wszystko i nie będzie się liczyć to czego chce Gianna i czy jest coś niemożliwe. Każdy prawnik w tym mieście i sędzia siedzą u niego w kieszeni. Ja nie jestem w stanie walczyć, bo nie mam czym. Sama miłość do dziecka nie wygra. Nawet przestałem spotykać się z facetami, byle tylko nie mieli…
– Paolo, nie tędy droga. Z takimi ludźmi trzeba walczyć, a nie rezygnować z siebie. Gianna to twoje dziecko i nie ma znaczenia z kim sypiasz. Nie krzywdziłeś jej, nie robisz tego. To oni to robią.
– Jak mam to wytłumaczyć przed sądem? Nikt mi nie uwierzy – powiedział z rezygnacją. Wysunął dłoń spod tej drugiej i przeczesał włosy. – Ludovico Salerno chce mi odebrać wszystko i nie wiem dlaczego.
– No właśnie, o co chodzi z tymi kredytami?
– Nie wziąłem żadnego. Moja zmarła babcia wzięła jakiś kredyt na rozbudowę Amare. Chciała kupić drugą część budynku i zrobić z naszego małego bistro restaurację. Podzielałem jej pragnienia, ale wiedziałem, że to nie może być takie proste. Wzięła kredyt, a potem zginęła w wypadku. Jej samochód zjechał z drogi do morza. Utonęła. – Wciąż było mu trudno o tym mówić, więc zamilkł na chwilę i głęboko odetchnął. – Jej dług przeszedł na mnie – kontynuował. – Podobno ze spadkiem odziedziczyłem i to. Dobra, w porządku. Tylko nie mam pieniędzy, które wzięła… Nie mogę nic zrobić. Spłacam regularnie raty.
– Czekaj. – Domenico wstał i zaczął chodzić po kuchni. – Nie wzięła pieniędzy, a ty spłacasz raty? Wiesz jaka to suma?
– Pieniądze miały wpłynąć na jej konto. Miałem upoważnienie i sprawdziłem je. Było i jest puste. Widziałem tylko umowę z bankiem. Dokładną listę rat, które co miesiąc musiała spłacać. Ledwie mnie na to stać. – Nalał sobie kolejny kieliszek wina.
– Czyli wzięła dużą sumę. Coś czego nigdy nie otrzymaliście. Co jest zastawem za niespłacenie kredytu?
– Mój dom i Amare. Do końca miesiąca muszę oddać całą sumę inaczej zamieszkam pod mostem. – Pochylił głowę i chwycił się za włosy próbując je sobie wyrwać. – Ale to się nie liczy, bo kiedy nie będzie ze mną córki, wolę umrzeć.
Ktoś na miejscu Domenico powiedziałby, żeby Paolo nie dramatyzował, ale nie on. On po prostu podszedł i przytulił jego głowę do siebie. To był tak naturalny gest, że nie myślał nad tym co robił. Po prostu czuł, że to jest dobre. Wyobrażał sobie co musi czuć ktoś, komu odbierają dziecko, które kocha najbardziej na świecie. Nigdy tego nie przeżył, ale wizualizacja tego nie była trudna. Szczególnie kiedy wcześniej DiCarlo opisał jak się czuje.
– Gdyby tego było mało, to nie umiem zarządzać Amare – mówił Paolo jakby nie był świadomy, że właśnie trzyma głowę opartą o brzuch Domenico. – Tracę na tym. Jest coraz gorzej. Umiem gotować, nie znam się na papierkach. Dostawcy żądają ode mnie zapłaty za swój towar, a ja się pogubiłem. Jestem na to wszystko za głupi. Giovanna próbuje mi pomóc, ale też się na tym nie zna. Do takich rzeczy miała głowę tylko stara, dobra Irene. Aczkolwiek może nie do końca, bo nie podpisałaby umowy, która była korzystna tylko dla banku.
– Umowy kredytowe przeważnie takie są. To bank ma korzystać, nie klient. – Pochylił się i ucałował czubek głowy Paolo. – Podejrzewam, że została oszukana. Ty również.
DiCarlo odsunął się i spojrzał w górę na mężczyznę.
– Nawet jeżeli, to już za późno na cokolwiek. W ciągu dwóch tygodni nie da się nic zrobić. Nawet mnie na to nie stać.
– Dwa tygodnie to dużo – odpowiedział zamyślony Domenico. Podszedł do okna za którym rozciągała się ciemność. Nie miał pojęcia jak długo rozmawiali, ale nie obchodziło go to. Teraz po głowie chodziło mu coś innego.
Paolo prychnął i dopił wino.
– Nie mów, że jesteś prawnikiem i cudotwórcą, bo nie uwierzę. – Wstał zabierając ze stołu pustą butelkę po winie i schował ją do szafki pod zlewem. Z lodówki natomiast wyjął kolejną i otworzył. Potrzebował dużo, aby poczuć skutki alkoholu i żałował, że w domu nie ma nic innego.
– Nie jestem. Za to mogę ci pomóc w Amare.
– Będziesz gotował? – zakpił kucharz, który pragnął się upić i na chwilę zapomnieć o problemach.
– W moim dawnym życiu byłem restauratorem. Należę do rodziny, która ma sieć najlepszych restauracji w Rzymie i nie tylko. Jedną zarządzałem. – Odwrócił się, a ciemne oczy przyglądały mu się badawczo. – Możesz sprawdzić w Google kim jest Domenico Salieri. Takim ktosiem kto odkrył przed światem, że woli mężczyzn. To nie spodobało się jego rodzinie i wykopała go zabierając mu wszystko. Powiedzieli, że Domenico dla nich umarł. Dzień wcześniej zostawił go facet, dla którego się ujawnił, bo nie chciał żyć w kłamstwie. Rodzina Salierich zapłaciła mu, by odszedł. Wolał kasę, nie mnie. Tak jak rodzina, która wolała moją śmierć niż ciotę w swoim idealnym drzewie genealogicznym. Ty dla swojej córki zrobiłbyś wszystko. Moi rodzice dla mnie nie zrobiliby nic.
– Kurwa – wymsknęło się kucharzowi.
– Idealne słowo obrazujące całą sytuację. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. – Zbliżył się do Paolo i wyjął mu z dłoni pusty kieliszek. Zaplótł ich palce razem czując się tak, jakby po raz kolejny robił coś właściwego. – Za to mogę pomóc tobie. Chętnie to zrobię.
– Ale Amare to…
– To najlepsze miejsce w jakim byłem. Poza twoim domem. Nawet we własnym nigdy nie mogłem być sobą. Tutaj mogę. Pozwól mi sobie pomóc, Paolo.
DiCarlo spojrzał w dół na ich złączone dłonie, a potem w szare oczy, których właściciel czekał na odpowiedź. Paolo nie lubił prosić. To było ostatnie o czym zawsze myślał i uciekał od tego. Niestety nie mógł tak dłużej trwać, bo naprawdę potrzebował pomocy, chociaż nie wierzył, że jest sens cokolwiek ratować. Miał tylko trzynaście dni, a potem zabiorą mu wszystko.
– Paolo, pozwól mi sobie pomóc. Dobrze?
Kucharz skinął głową próbując nic nie mówić, bo nie był pewny czy wydobyłby z zaciśniętego gardła jakikolwiek głos.
– Świetnie. Jutro od rana zaczynamy. – Salieri uśmiechnął się do kucharza, który zapytał:
– Jak to robisz, że jesteś w stanie się śmiać?
– Po prostu nie mogę pozwolić na to, aby odebrali mi radość – odpowiedział odsuwając się od mężczyzny, by nalać im jeszcze wina.
Tej nocy, może godzinę później, może dwie, Domenico czasu nie liczył, bo ważniejszy był telefon, który chciał wykonać. W chwili kiedy przekroczył próg swojego pokoju wyciągnął komórkę, której nie używał od ucieczki z Rzymu. Co jakiś czas tylko go ładował, by mógł zadzwonić kiedy poczuje potrzebę. Ta potrzeba nadeszła. Bateria była do połowy pełna, więc włączył telefon. Chwilę trwało zanim urządzenie były gotowe do użytku, ale to dało czas Salieriemu na jeszcze jedno przemyślenie tego, co miał zamiar zrobić. Droga była tylko jedna.
Zignorował wiadomości, które nadeszły hurtem poza jedną. Właśnie do osoby, która nawet wczoraj próbowała się do niego dodzwonić, miał sprawę, z którą nie chciał czekać do rana.  Z bistro sam sobie poradzi. Za to z całą resztą, która wisiała nad Paolo niczym topór kata nie dałby rady. Na szczęście znał kogoś kto potrafił czynić cuda, w które nie wierzył właściciel tego domu.
Nacisnął na oddzwoń przy imieniu odpowiedniej osoby i przystawił telefon do ucha. Po kliku dzwonkach połączenie zostało odebrane i odezwał się zachrypnięty głos.
– Domenico?
– Przepraszam, że cię budzę, ale potrzebuję twojej pomocy.