23 marca 2015

Zakurzona lampa - Rozdział 1



Ruszam z nowym opowiadaniem. Mam nadzieję, że chociaż części z Was się ono spodoba. Tekst pisany z myślą, że będzie krótki i tak napisany. Po zakończeniu "Zakurzonej lampy" będę publikować 4 tom W cieniu ludzi. :)




ROZDZIAŁ 1



Hałas, jaki robił pociąg, huczał mu w głowie, sprawiając, że poranny ból głowy spotęgował się. Powinien zamknąć oczy, aby nie patrzeć przez okno, ale skusił go zmieniający się co kilka minut krajobraz. Miał już za sobą Detroit, miejsce jego zamieszkania. Podobnie było z łąkami i polami, zostawiając metropolię za sobą, teraz w oczach odbijały mu się wielkie skupiska drzew pobliskich lasów. Niebawem obraz miał być zastąpiony przez niewielkie wioski i miasteczko, do którego jechał. Podróż nie była planowana i wiązała się z bardzo przykrą sytuacją. Ostatnim razem, gdy był z wizytą u babci, nie przypuszczał, że kolejny raz przyjedzie po to, żeby odprowadzić ją w jej ostatnią drogę. Kobieta, żegnając się z nim dwa tygodnie temu, czuła się wyśmienicie i nic nie wskazywało na to, że już jej nie zobaczy. Na drogę dała mu wałówkę składającą się z sernika i dżemów robionych jeszcze jesienią z owoców zebranych ze swojego ogrodu. Wtedy był samochodem, który teraz stoi w warsztacie, przez co on musi się tłuc koleją. Źle znosił jazdę, ale nic na to nie mógł poradzić. Na całe szczęście, pociąg zatrzymał się po godzinie na małej stacyjce, a on mógł zabrać swoją torbę i wysiąść.
Czerwcowe słońce oślepiło go, kiedy szedł w stronę budynku dworca. Trzeba było przez niego przejść, żeby dostać się na drugą stronę stacji i wejść prosto w ramiona sennego miasteczka. Miejsca, w którym się urodził i wychowywał do czternastego roku życia. Silent leżało około pięćdziesięciu ośmiu kilometrów od Detroit. Rodzice przeprowadzili się tam, kiedy tata dostał pracę w lokalnej firmie i już zostali.
Wyszedł z budynku, pozdrawiając po drodze pracującego kasjera. Przed jego oczami wyłoniło się miasteczko liczące dwa tysiące mieszkańców. Prawie każdy każdego znał, jeżeli nie z imienia i nazwiska, tak z widzenia. Każdy obcy był od razu zauważony, ale mieszkańcy byli przyzwyczajeni do przyjezdnych. Głównie żyło się tutaj z turystyki, korzystając z przepięknych okolic, więc różni ludzie przewijali się przez to miejsce. Szczególnie wiosną i latem przybywali najliczniej z czego zyski czerpali miejscowi handlarze i hotel.
Przeszedłszy przez ulicę, idąc chodnikiem wzdłuż sieci sklepów, skręcił w stronę małego kościoła, na końcu jednej z ulic. Babcia mieszkała trzy kilometry za miastem, więc kiedy był u niej ostatnio i kilka razy wcześniej – składając starszej pani kilkugodzinną wizytę – nawet nie zahaczał o miasteczko, omijając je bocznymi drogami. Teraz rozglądał się wokół. Tyle wspomnień wiązało się z każdym z tych miejsc. Chodził tu do przedszkola, do szkoły, której budynek wznosił się po drugiej stronie Silent. Tu się bawił, spotykał ze znajomymi. W sklepie u pana Brice’a kupował ciągutki oraz kwaśne żelki, wydając na nie ostatnie centy. Jedyna lodziarnia w mieście zawsze w lato była przepełniona. Właścicielka, pani Jones, miała najlepsze lody w okolicy, które przewyższały o głowę te robione w domach przez mamy. Nie żałował, że mieszkał w Detroit, ponieważ tam miał więcej perspektyw na życie niż tutaj, ale lubił wracać do Silent. Szczególnie wtedy, kiedy dusił go pośpiech i hałas wielkiego miasta. Żałował, że tak rzadko przyjeżdżał, a jeżeli już, to wizyty trwały zaledwie jeden, góra dwa dni. Teraz wyglądało na to, że zostanie tutaj na o wiele dłużej, biorąc pod uwagę wszystko to, co wiązało się ze śmiercią babci. Musiał załatwić wiele spraw urzędowych, czego nie lubił, jednak nic na to nie mógł poradzić.
Stanął na schodkach drewnianego kościółka. W przeciwieństwie do babci nie był zanadto pobożny, ale musiał porozmawiać z pastorem. Wolał to zrobić od razu po przyjeździe, niż odkładać tak ważne sprawy na później.
– Mikael.
 Zanim wszedł do wnętrza budynku, zza kościoła wyszła długowłosa, ruda kobieta ubrana w czarną sukienkę.
– Witaj, Donna. – Zszedł ze stopni i ucałował kobietę w policzek. Trzydziestoletnia Donna, jego dobra znajoma i sąsiadka jego babci odkąd po ślubie kupiła obok niej dom, uśmiechnęła się nieznacznie.
– Cieszę się, że tak szybko mogłeś przyjechać. Przyjmij moje kondolencje.
– Dziękuję.
– Z pastorem wszystko przygotowaliśmy. Jest w kaplicy na cmentarzu, modli się przy trumnie twojej babci. Jak wiesz, byli dobrymi przyjaciółmi i sam bardzo przeżywa jej niespodziewaną śmierć.
Nie znosił cmentarzy, na całe szczęście kaplica cmentarna stała tuż przy nim, a nie na środku tej dość sporej nekropolii, w której chowano zmarłych od wieków. W dzieciństwie babcia zabrała go na cmentarz, aby pokazać mu stare mogiły, na których nie było wyrytych dat, poza jednym nagrobkiem z przekrzywionym krzyżem. Rok 1712 widniejący na metalowej tabliczce do dzisiaj został mu w pamięci. „To był podobno jakiś obrońca miasteczka, które w tamtych czasach liczyło kilkunastu mieszkańców i napadali na nie liczni bandyci”, mówiła. Kobieta była obeznana z historią Silent i okolicznymi miejscowościami. Wpierw jako nauczycielka historii, a później  bibliotekarka z zamiłowania zajmująca się antykami, starymi książkami oraz interesująca się historią miasta, wiele mogła mu przekazać. Niestety, gdy stał się nastolatkiem, a później dorosłym, nie słuchał czegoś, co go nie interesowało. Cóż, teraz na wszystko było za późno.
Donna wprowadziła go do kaplicy, na środku której na katafalku stała trumna otoczona kwiatami. Pastor, starszy mężczyzna z krótką brodą i ciemnym garniturze, siedział w jednej z ławek ustawionych po obu stronach podłużnej kaplicy i modlił się. Mikael chciał do niego podejść, ale znajoma z dzieciństwa pociągnęła go w stronę otwartej trumny. Zatrzymał ją. Wolał zapamiętać babcię żyjącą niż martwą.
– Chodź, pożegnasz się z nią. Nie chcę, żebyś później tego żałował jak ja żałowałam.
– Przykro mi z powodu twego dziadka…
– Dziękuję. To już pół roku, czas leci i rany się zagoiły, ale nie pożegnałam się z nim należycie i przez to winiłam siebie. No, chodź. Na chwilę i zaraz porozmawiamy z pastorem o jutrzejszych uroczystościach.
Uległ jej. Zbliżywszy się do trumny, która jedną połowę wieka miała zamkniętą, spojrzał na stojącą na niej fotografię. Blond włosa kobieta miała na niej uśmiechniętą twarz pokrytą zmarszczkami narysowanymi przez wiek. Przeniósł wzrok na leżącą postać. Anna ubrana była w swoją ulubioną gustowną garsonkę i, co go uderzyło, na twarzy śpiącej kobiety gościł uśmiech. Znał go doskonale. Czuły, ciepły potrafiący zdobywać ludzkie serca. Podobno zmarła we śnie, odchodząc tak, jak chciała, więc wyglądało na to, że to była spokojna śmierć.
– Mogła jeszcze żyć. Miała siedemdziesiąt lat.
– Droga Donno, nie wiemy, co nam jest pisane. Niezbadane są ścieżki Pana i nie wiemy, co on nam przeznaczył – powiedział pastor, wskazując palcem w sufit, który w jego wyobraźni miał zapewnie emitować niebo. Po chwili podał dłoń Mikaelowi. – Miło znów cię widzieć, chłopcze. Szkoda, że w takich okolicznościach. Chodź, omówimy szczegóły jutrzejszej ceremonii w moim gabinecie. Donna już dużo załatwiła od wczoraj, ale dobrze, że ty już przyjechałeś, więc możemy omówić resztę.
Niemal wiedział, że ta reszta oznacza pieniądze. Tak jak pastor był wielkim przyjacielem jego babci, tak zawsze był i pozostanie materialistą.

*

Dwie godziny później przyjechał do domu babci, w którym się wychowywał. Parterowy, drewniany budynek w stylu ranczerskim z poddaszem, ciemnoszarym dachem i tarasem od frontu oraz otaczającym go ogrodem był oddalony od najbliższych zabudowań, stojąc prawie samotnie przy wąskiej uliczce. Otaczały go gęsto obsadzone świerki, dlatego z ulicy nie było widać, co dzieje się w ogrodzie. Nie liczył domu Donny, a także opuszczonego budynku tego po drugiej stronie drogi, którego ściany porastały winogrona. Jako dziecko był raz w tym domu z dziadkiem – mężczyzna zmarł na raka trzy lata temu – i zachwycił się urokiem tak dużego, przepięknie wkomponowanego w pejzaż domostwa. Właściciel piętrowej posiadłości był samolubnym, gburowatym, nienawidzącym ludzi, a właściwie wszystkiego, co żyje, niezasługującym na coś tak pięknego, człowiekiem. Nie potrafił zadbać o dom i olbrzymi ogród, które marnował z roku na rok, a po jego śmierci okazało się, że nie ma spadkobierców, więc miasto wystawiło budynek na sprzedaż. Od dziesięciu lat nikt go nie kupił.
Wszedł po drewnianych schodkach i stanąwszy na tarasie w oczy rzucił mu się bujany fotel ręcznie robiony z drewna przez dziadka – staruszek uwielbiał bawić się w drewnie. Jako dziecko kochał się w nim bujać, udając, że jest pilotem statku kosmicznego zwiedzającym odległe galaktyki. Natomiast babcia Anna siadała na nim najczęściej wtedy, gdy nie miała zajęć w domu lub swoim małym antykwariacie i czytając spędzała całe godziny z książką w ręku. Mikael uniósł nieznacznie kąciki ust, wspominając jej ostatnie słowa, które wypowiedziała, kiedy wyjeżdżał: „Tylko wróć szybko i, żebyś którymś razem kogoś w końcu tu przywiózł i nie mam tu na myśli znajomego. Człowiek nie powinien być sam”. Babcia była pierwszą osobą w rodzinie znającą jego tajemnicę i go akceptującą. To po niej, kobiecie codziennie biegającej na nabożeństwo wieczorne i konserwatywnej, mógł się spodziewać odrzucenia. Tymczasem stało się inaczej. Liberalni, otwarci rodzice go odrzucili i chociaż wtedy nadal z nimi mieszkał, stał się dla nich obcy. Stracił ich osiem lat temu. Właśnie skończył dwadzieścia lat, kiedy mieli wypadek samochodowy, wpadając pod tira. Oczywiście winę zrzucono na ojca – niby miał popełnić samobójstwo, zabijając przy tym żonę – nie biorąc pod uwagę świadków, którzy mówili, że kierowca tira wjechał z pełną prędkością na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Lepiej winić tego, który nie żyje, niż zniszczyć życie prawdziwemu zabójcy z piątką dzieci i żoną w ciąży. Nie walczył w sądzie, zemsty nie szukał, wystarczyła mu świadomość tego, że ten człowiek do końca życia będzie nosił na swoim sumieniu to, że kogoś zabił. Rodzice zostawili mu dom, rodzeństwa nie miał, skończył studia na kierunku marketing i zarządzanie, znalazł pracę i jakoś sobie poradził. Tak jak radzi sobie teraz. Właściwie to został sam, nie miał innej rodziny. Dziadkowie – rodzice taty – nie mieli rodzeństwa, a mama nie utrzymywała kontaktów z patologicznymi krewnymi. Z tego co się zorientował, żył jeszcze tylko jej wuj, a resztę zniszczył alkohol i narkotyki.
Wyjąwszy z kieszeni klucz do dębowych, solidnych drzwi z witrażem pośrodku otworzył je. Wszedł do wnętrza pachnącego drewnem, starymi meblami, płynem do nich – staruszka zazwyczaj ścierała nim kurze – a także środkiem do mycia drewnianych podłóg o zapachu bzu, który zawsze stosowała. Zerknął na zrobiony przez dziadka wieszak, a później w lustro wiszące na ścianie przy wąskiej szafce na buty. Ujrzał młodego, przeciętnie wyglądającego, szczupłego mężczyznę, którego blond włosy były na tyle długie, że sięgały szyi i lekko kręciły się, a raczej układały w fale. Nad wargą miał charakterystyczne wgłębienie tuż pod nosem, a szare oczy ukryte były za okularami z grubymi oprawkami. Wolał je bardziej niż szkła kontaktowe. Na szczęście bez tych obu rzeczy nie był ślepy, widział wszystko, co miał blisko, podczas gdy dopiero dalszy plan pokrywała mgła.
 Zostawiwszy swoją torbę w przedpokoju, przeszedł do dalszej części domu. Rozejrzał się w salonie i wszedłszy do kuchni coś ścisnęło mu serce. Zobaczył ulubiony kubek babci stojący na stole okrytym zieloną ceratą w kratę. Przed snem kobieta wypiła porcję kakao, jej codzienny rytuał, i zostawiwszy naczynie na kwadratowym stole, położyła się. Niestety, nie zrobi tego już nigdy więcej. Wziąwszy garnuszek umył go, a także kilka innych rzeczy leżących w zlewie, po czym odstawił je na suszarkę. Stanął przy oknie wychodzącym na ogród, w którym na skopanej ziemi rosły warzywa, a wśród nich jego ulubione pomidory i ogórki. Otworzył okno, żeby przewietrzyć pomieszczenie. Uderzył w niego grad wspomnień, a wśród nich jedno najsilniejsze.

– Babciu, kiedy pomidory dojrzeją, a babciu, kiedy będziesz kisić ogórki? – Sześcioletni chłopiec biegał wokół kobiety wyrywającej chwasty, zadając mnóstwo przeróżnych pytań. Kobieta cierpliwie odpowiadała wnukowi „pomagającemu”  jej w pracy.
– Musimy poczekać kilka tygodni zanim zbierzemy plon, a w tym czasie trzeba o nie zadbać, tak jak mama z tatą i my z dziadkiem troszczymy się o ciebie.
– Podobnie jak ty dbasz o swoich uczniów, książki i to, co zamierzasz otworzyć z tymi starymi rzeczami?
– To się nazywa antykwariat, skarbie. Można powiedzieć, że bardzo podobnie, acz nie o wszystko dba się jednakowo. W każdym razie chodzi o to, że znakomite plony daje to, o co się człowiek stara, i nie zostawi wszystkiego samemu sobie. Nie ważne, czy to dotyczy warzyw, pracy, ludzi, przyjaźni czy miłości. Dodam, że wszystko kosztuje dużo ciężkiej pracy, której efektów nie ma od razu, ale one za jakiś czas przychodzą.

Nie rozumiał, dlaczego właśnie to wspomnienie tak w nim utkwiło. Wszak był wtedy dzieckiem i przecież wielu rzeczy nie pamiętał, a to tak. Te słowa dość często do niego wracały, niczym bumerang. Szkoda, że w wielu sytuacjach z jego życia na nic zdały się rady babci. Przykucnął na ziemi – sam nie wiedział, kiedy znalazł się w ogródku, zrywając z krzaka dojrzałego pomidora. Będzie mu brakować babci, jej mądrości, zamiłowania do staroci, książek i sztuki. Żałował, że tak rzadko u niej bywał. Zamrugał szybko powiekami, odganiając łzy. Wbił zęby w słodkiego, soczystego pomidora, mając przed sobą jeszcze prawie cały dzień załatwiania przeróżnych spraw.

*
Następnego dnia po południu odbył się pogrzeb. Pogoda dopisała pięknym słońcem i lekkim wiaterkiem, dzięki czemu czerwcowy upał nikomu nie doskwierał. Pastor wygłosił wzruszającą mowę, żegnając przyjaciółkę. Na ceremonii pojawiło się wielu mieszkańców miasteczka, którzy składali Mikaelowi kondolencje i wyrazy współczucia. Po pogrzebie oboje z Donną zaprosili kilku najbliższych przyjaciół Anny na mały poczęstunek przygotowany w domu zmarłej. Jeden z gości, adwokat jego babci, zaprosił go wraz z Donną i pastorem na odczytanie testamentu. Mieli zgłosić się do niego przed południem następnego dnia. Na całe szczęście Mikael nie wracał do domu zaraz po pogrzebie. Wziął w pracy dwa tygodnie wolnego, wiedząc, że będzie musiał pozałatwiać wszystkie sprawy.
– Postanowiłeś, co zrobisz z antykwariatem? – zapytała Donna, dostawiając na stół dzban kompotu, do pozostałych napojów i przekąsek.
– Nie, nie myślałem o tym. Nawet nie wiem, co miałbym z nim zrobić. Sądzisz, że ona zapisała go mnie? – Wziąwszy ze stosu jeden z talerzyków położył na nim kilka koreczków oraz małe trójkątne kanapeczki. Nie naje się tym, ale w sumie i tak przez to wszystko ledwie co mógł przełknąć.
– Na sto procent jestem tego pewna. – Przesunęła bardziej na środek półmisek z wędliną stojący z bliżej brzegu stołu.
 – Równie dobrze mogła zapisać go tobie.
– Wątpię. Wiem, jakie miała plany. – Puściła mu oczko, po czym nalała soku z pomarańczy do wysokiej szklanki.
– Pomagałaś jej. Ja tylko odwiedzałem ją kilka razy w roku.
– Bardziej pomagałam jej z finansami. Zresztą sama sobie doskonale radziła. Poza tym ja nie mogę się tym zająć, bo to nie moja broszka – mówiła, popijając sok i krążąc wzrokiem po dużym pokoju dziennym. Królowała w nim okazała, odnowiona sofa i dwie rzeźbione szafy z ciemnego drewna, pochodzące z dziewiętnastego wieku. Obrazu dopełniał niepasujący stolik pod telewizor i jak na babcię Annę bardzo nowoczesne firanki z haftem w motywach kwiatowych, ściągnięte u góry tasiemką. Jasne ściany i duże okna, przez które wpadało słońce, bardzo rozświetlały pomieszczenie, nadając mu swoistego klimatu. 
– Moja też nie. Nie znam się na takich rzeczach. Chociaż zdarzyło mi się dawniej pomagać babci, ale i tak zajmowanie się tym nie wchodzi w grę. Kogo szukasz? – Wsunął sobie do ust mikroskopijną kanapeczkę.
– Daniela i Cristiny.
– Może są na dworze lub ze swoim ojcem. – Siedmioletnia Cristina i dziesięcioletni Daniel byli dziećmi Donny. Kobieta zaraz po ukończeniu liceum wyszła za mąż za swoją wieloletnią miłość – czasami żartowali, że kochają się od przedszkola. Jej mąż John był miejscowym policjantem, a ona pracowała jako księgowa w małej firmie zajmującej się turystyką.
– Lub coś kombinują. Poszukam ich. – Odstawiła niedopity sok, znikając w mgnieniu oka w przedpokoju.
Mikael szybko opróżnił talerzyk i odłożywszy go na stosik naczyń do umycia rozejrzał się wśród garstki osób pogrążonych w rozmowach. Niektórych znał osobiście, inni byli znani mu tylko z widzenia lub całkiem obcy. Najchętniej zostałby sam – pomimo że lubił towarzystwo – ale nie wypadało nie zaprosić najbliższych dla babci osób, a tym bardziej teraz ich wygonić. Westchnął ciężko. Smutne, długie popołudnie zapowiadało się na jeszcze dłuższe. Wyszedł na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza. Tutaj też stało kilkoro ludzi, a wśród nich John, a obok niego Donna zaplatająca córce w warkocz rude włosy. Coś mówiła do denerwującej się dziewczynki. Podszedł do nich.
– Znalazłaś swoje zguby – stwierdził, chowając ręce do kieszeni czarnych spodni.
– Moje potargane, brudne zguby. Druga siedzi tam, obrażona na cały świat. – Wskazała głową w kierunku naburmuszonego chłopca siedzącego pod drzewem. – Wiesz, gdzie ich znalazłam? W domu starego Freemana. Siedzieli przy tym cuchnącym stawie. Ciągle ich tam ciągnie jak rzepy do psiego ogona.
Mikael spojrzał na starą posiadłość. Jego też tam ciągnęło w ich wieku.
– Sądzisz, że kiedyś ktoś to kupi?
– Nie wiem. Miasto chce za to masę kasy. Jak ktoś to kupi, to prędzej jakiś bogacz lub ktoś, kto zrobić z tego hotel turystyczny. Ogłoszenia wystawione są wszędzie, ale nikt się na to nie porywa – wtrącił John, blondyn o mocnej posturze i uniesionych na żelu włosach.
– To macie stare wieści. – Podeszła do nich żona pastora. Skromnie ubrana starsza, lekko puszysta kobieta o czarnych krótkich włosach. – Kochani, byłam wczoraj w urzędzie i zasłyszałam, że ktoś już kupił ten dom. Lada chwila ma tutaj przyjechać ekipa remontowa i przygotować budynek oraz ogród na przyjęcie właścicieli. Wszyscy są bardzo ciekawi, kto też tutaj zamieszka.
Mikael ponownie zawiesił wzrok na ukrytej w gąszczu zieleni posiadłości. Miał nadzieję, że jakaś rodzina w końcu sprawi, że ten dom i ogród odżyją.

*

W kancelarii adwokackiej pojawił się punktualnie. Musiał chwilę poczekać na pastora i Donnę, którzy wpadli do sekretariatu spóźnieni. Dopiero wtedy młoda sekretarka zaanonsowała ich trójkę. Adwokat powitał ich uprzejmie. Mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki wyjaśnił im wiele oficjalnych kwestii, a dopiero później przeszedł do odczytania ostatniej woli kobiety.
– Ja Anna Mitchel, w pełni władz umysłowych oświadczam, że zapisuję pastorowi Gregoriemu Brownowi wszystkie obiecane książki, które starannie wyselekcjonowałam oraz daję ci przyjacielu obrazy, których nazwy są wypisane w podpunkcie pierwszym. Wiem, jak bardzo są one dla ciebie cenne i daję ci prawo zrobienia z nimi co tylko zechcesz. Jeżeli je sprzedasz to liczę, że osiągną dobrą cenę, za którą kupisz w końcu do kościoła porządne ławki, bo tak się przed tym wzbraniałeś. W tych, co są teraz, naprawdę bolą cztery litery. Jeżeli chcesz torturować wiernych, to wrzuć na nie garść pinesek. – W gabinecie nastąpiła salwa śmiechu. Nawet adwokat nie potrafił się przed tym powstrzymać. Odchrząknął i zaczął dalej czytać: – Donnie Allen zapisuję kawałek działki znajdujący się tuż koło jej domu. Mam nadzieję, że zrobisz z niej pożytek i rozbudujesz swój mały domek lub chociaż przeznaczysz ją na ogród lub dla swoich dzieci na przyszłość. Twoja wola, co z nią zrobisz, kochanie. Zawsze traktowałam cię jak wnuczkę, a twoją rodzinę jak swoją.
Mikael widział jak Donna ukradkiem ociera łzę. Chwycił ją za rękę i ścisnął na chwilę po przyjacielsku. Kobieta odwzajemniła mu się nikłym uśmiechem.
– Kontynuując – czytał adwokat – teraz przyszła kolej na mojego jedynego wnuka, Mikaela Mitchela. Dla ciebie, kochanie, zostawiam mój dom i wszystko to, co się w nim znajduje, poza książkami i obrazami, które zostawiłam Gregoriemu. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz, dlaczego to zrobiłam. Zostawiam ci również antykwariat i wszystkie pieniądze nagromadzone na koncie. Już wydałam dyspozycje, żebyś mógł je przejąć. Nie ma tego wiele, ale starczy na utrzymanie antykwariatu przez najbliższe pół roku. Nie chciałabym cię zmuszać, żebyś zajął się nim i moim domem. Bardzo chciałam sprowadzić cię z powrotem do Silent, ale wiem, jak wiele możliwości masz w Detroit. Niemniej liczę, że zanim sprzedasz mój dom i antykwariat długo zastanowisz się nad podjęciem tego kroku, o co się postarałam, ale o tym za chwilę. Tym bardziej, że jest tam mnóstwo rzeczy, które sprowadziłam z wielu zakątków krajów i miałam sporo zamówień na każdą z nich. Pragnę byś dokończył to, co mnie już prawdopodobnie nie było dane zrobić, jeżeli czytacie moje słowa. Księga zamówień i klientów jest w stałym miejscu. Jeżeli nie pamiętasz, Donna ci pokaże. Wiem jak bardzo nie lubisz staroci, jakie ja kochałam, ale spróbuj przez jakiś czas zająć się tym wszystkim. Wnusiu, te rzeczy naprawdę mają duszę i mam nadzieję, że kiedyś się o tym przekonasz. Nadal liczę, że zdarzy się cud i zdecydujesz się pozostać w Silent. Od dzisiaj antykwariat jest twój i przez najbliższe pół roku nie masz możliwości go sprzedać. Nie rób takiej miny, chłopcze. Znam cię. Masz teraz sześć miesięcy na podjęcie wielu decyzji.
Pół roku? To go babcia załatwiła. Jak miał przez ten czas pracować w Detroit i jeszcze zajmować się antykwariatem? Staruszka wiedziała, co robi. Uwięziła go. Nie był na nią o to zły, ale bardzo go zaskoczyła. Tak, znała go. Wiedziała, że od razu wystawiłby wszystko na sprzedaż. Nie chodziło jej tylko o niego i o te wszystkie rzeczy. Ważni dla niej byli również klienci, a zapewnie wielu wpłaciło już pieniądze na antyki. Teraz będzie musiał zająć się wszystkim. Na razie nie zastanawiał się, co z pracą w Detroit. Jak się da, to może przedłuży urlop, bo raczej jeżdżenie tam i z powrotem nie wchodziło w grę.
Poprawił okulary na nosie, kiedy wyszli z kancelarii. Donna od razu zamierzała zabrać go do antykwariatu, nie zważając na jego protesty. Nawet mu powiedziała, że zachowuje się jak dziecko broniące się przed wizytą u dentysty. Sam nie wiedział, dlaczego tak postępuje. Jakby chciał odwlec… no właśnie, co? Możliwość powrotu do miejsca, które kochał w dzieciństwie?
Antykwariat mieścił się w kupionym przez dziadka budynku. Remont tego miejsca pochłonął niemałe pieniądze, ale Beniamin Mitchel zrobiłby wszystko dla swojej żony. Miejsce było dogodne, gdyż znajdowało się w centrum miasteczka, tuż obok sklepu z ubraniami i cukierni, do której zaglądały całe rzesze turystów, chcąc skosztować miejscowych słodkości wypiekanych przez żonę i córkę właściciela. Dzięki temu zahaczali również o antykwariat, dumnie noszący nazwę „Zakurzona lampa”. Sam wybrałby pewnie coś innego, ale babcia uparła się na tę nazwę, twierdząc, że to był znak i on musi być symbolem tego, co ona stworzy. Wszystko przez znalezienie w piwnicy, podczas porządków, starej naftowej lampy z mosiądzu z połowy dziewiętnastego wieku. To był pierwszy przedmiot dający impuls dalszemu działaniu w tworzeniu sklepiku z antykami. Od niej i starych rzeczy odziedziczonych po rodzicach oraz przodkach, stawiała pierwsze kroki w swoim małym biznesie, który przez lata sprawiał jej przyjemność i nie narzekała na dochody.
Mikael wsunął klucz do zamka – Donna zawsze miała przy sobie zapasowy, więc mu go wręczyła – który zazgrzytał nieprzyjemnym dla ucha dźwiękiem, otwierając drzwi do królestwa jego babci. Królestwa pełnego przeróżnego rodzaju antyków, poukładanych według swoistego schematu właścicielki; meble, obrazy, książki i lustra zajmowały całą lewą stronę dużego pomieszczenia. Niektóre – jeżeli były całe komplety – były ustawione tak, że tworzyły małe pokoiki. Po drugiej stronie stały rzędy półek zastawionych lampami, rzeźbami, mniejszymi rzeczami, zachęcając do oglądania i być może kupna. Na środku znajdowała się lada, a na niej ułożone zostały maleńkie figurki. Oświetlało je padające z okna wystawowego światło, które a przechodząc przez te kryształowe posążki, tworzyło wokół kolorowe refleksy.
Kobieta zabrała go do niewielkiego biura zawalonego rzeczami. Posadziła go za starym, odrestaurowanym biurkiem, a z szuflad wyjęła trzy księgi. Zdjął okulary, naciskając kąciki oczu, po czym założywszy je z powrotem, spojrzał na koleżankę.
– Pół roku? Serio? Nie można… No, tego, co trzeba, zrobić jakoś w miesiąc?
– Coś ty, mamy dużo zamówień, do tego dochodzą jeszcze indywidualni klienci z miasteczka i okolic. Antykwariat twojej babci faktycznie bardzo dobrze prosperował. Sprowadzała naprawdę unikalne rzeczy. Tutaj masz spis ich wszystkich. – Wskazała palcem na jedną z ksiąg w zielonej okładce. Odsunęła ją na bok, a później pokazała dwie kolejne. – Tutaj masz księgi rachunkowe, które nadal mogę ci prowadzić. A i jeszcze jest lista zamówień i dostawców. – Otworzyła kolejną szufladę. Wyjąwszy z niej coś w rodzaju zeszytu A4 otworzyła go przed mężczyzną. – Widzę twoją przerażoną minę. Spokojnie, na początku ci pomogę. Zresztą, biorąc pod uwagę twoje wykształcenie, sam doskonale powinieneś wiedzieć jak zarządzać firmą.
– Antykwariat to nie firma. – Skanował wzrokiem kolejne nazwiska i adresy wypisane ręcznie na stronicach zeszytu.
– Dobra, niech ci będzie, że nie firma. Możemy powiedzieć, że to taka mała firemka, z której żyła twoja babcia po przejściu na emeryturę. I nie przewracaj mi tu oczami.
– Mhm. Ci wszyscy ludzie to dostawcy?
– Ci tak. A ci – przerzuciła kilka stronic do przodu, odsuwając na bok zakładkę – to kupcy. Zwykli klienci, często kolekcjonerzy, którzy sami nie mogli znaleźć tego, czego szukali. Zamawiali towar przez twoją babcię. Wierz mi, mimo wieku to była obrotna kobieta.
Spędzili godzinę w gabinecie, a Donna pokazała mu wszystko, co na początek powinien wiedzieć. Odetchnął, gdy w końcu skończyła „tylko na dziś”, wyrażając się tak, jakby mu groziła. Przeszli do części sklepowej, zamierzając wszystko pozamykać i wrócić do domów.
– Każdy towar ma swój numer w katalogu, który ci pokazałam i dopisek, gdzie on się znajduje. O, tutaj masz fotel z osiemnastego wieku. – Dotknęła, z wyglądu bardzo niewygodnego mebla. – Ma lekkie skazy i dlatego cena jest niższa, ale czeka na odebranie przez właściciela.
– Niższa cena?
– Kosztowałby dwadzieścia tysięcy, ale musiał iść za piętnaście.
– Łoł, za fotel? – Bardziej przyjrzał się obiektowi rozmowy. Dałby za niego pięćdziesiąt dolców, a nawet mniej. – Orientujesz się w tym wszystkim lepiej niż ja.
– Rozmawiamy z twoją babcią codziennie… Rozmawiałyśmy – poprawiła się. – Wracamy do domu? – Zarzuciła włosy na plecy.
Nie zdążył jej odpowiedzieć, ponieważ odezwał się mały dzwoneczek zawieszony przy drzwiach. Do wnętrza pomieszczenia wszedł wysoki, szeroki w barkach, postawny mężczyzna. Ciemne, pół długie włosy okalały mu twarz. Piwne oczy zlustrowały pomieszczenie, zatrzymując się na dwójce obecnych osób.
– Dzień dobry, byłem umówiony z panią Anną Mitchel.
– Dzień dobry – odezwała się Donna, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę. – Przykro mi, ale właścicielka zmarła kilka dni temu. Może my możemy w czymś pomóc? To jest wnuk właścicielki i zarazem nowy właściciel. – Położyła rękę na ramieniu Mikaela.
 Przybysz podrapał się po głowie, przez co jego włosy lekko uniosły się z lewej strony, odsłaniając mały, okrągły kolczyk tkwiący w uchu.  Zatrzymał dłużej wzrok na Mikaelu.
– Ostatnim razem byłem tutaj wraz z siostrą. Znalazła w katalogu pewną szkatułkę na biżuterię i pani Anna obiecała sprowadzić ją dla niej. Dzisiaj miałem ją odebrać.
– Skoro tak, to na pewno jest wszystko zaksięgowane. – Klasnęła w dłonie Donna, przechodząc za ladę. Przysunęła do siebie mały notesik z długopisem. – Proszę podać imię i nazwisko siostry i swoje oczywiście, jeżeli to pan miał odebrać przesyłkę. Na pewno znajdziemy szkatułkę, o ile została sprowadzona.
– Pani Mitchel dzwoniła do mojej siostry, że jej zamówienie jest gotowe.
– W takim razie nie będzie problemu. Proszę o swoje dane.
– Amanda Evans, a ja nazywam się Jayden Evans.
– Fajnie, zaraz znajdę księgę zamówień. – Zapisała nazwisko i zniknęła na zapleczu.
Mikael poczuł się niezręcznie, zostając sam pod oceniającym wzrokiem klienta babci. Może mu się tylko to wydawało, ale nie lubił, kiedy ktoś się na niego gapił, bo czuł się wtedy tak, jakby ktoś go oceniał.
– Bardzo mi przykro, z powodu śmierci pana babci. – Nieznajomy włożył ręce do kieszeni. Górna część rozpiętej pod szyją koszuli rozchyliła się, odsłaniając wiszący na szyi łańcuszek i cieniutki rzemień.
– Dziękuję. – Mikael oparł się o ladę, zakładając ręce na piersi.
– Spotkałem ją tylko raz, ale wydała mi się bardzo miłą kobietą.
– Taka była. Miła i kochająca ludzi oraz to, co robiła.
– Pasje w życiu są bardzo ważne.
– Znalazłam. – Wróciła Donna, od razu kierując się do jednej z półek. – Szkatułka została sprowadzona jakiś miesiąc temu. Dlaczego dopiero teraz pan się po nią zgłosił? – Zerknęła krótko na mężczyznę swoimi pełnymi ciekawości oczami.
  Siostra musiała wyjechać, co przekazała pani Annie, a ja miałem zbyt wiele pracy, żeby zajmować się czymś takim. Antyki i takie duperelki – wskazał na rząd figurek – to hobby siostry, nie moje.
– Dobra. Szkatułka powinna być tutaj. – Zacmokała, przechodząc koło półki. – Chyba pamiętam, że pytał o nią jakiś kolekcjoner. Proponował nawet olbrzymią sumę za ten kawałek pięknego drewna. Widziałam zdjęcie, cudo. Ręcznie malowana. Wracając do tematu, pani Anna jej nie sprzedała, ale za to wcisnęła mu równie piękną szkatułkę. O, jest tam, na ostatniej półce. – Uniosła rękę wysoko, wskazując palcem na poszukiwaną rzecz. Mikaelu, zdejmiesz ją?
– Tak. – Zbliżył się do półki, ale nawet dla niego bez drabiny ciężko było sięgnąć do tego miejsca. Brakowało mu kilku centymetrów, nawet stojąc na palcach.
– Może pomogę?
Przy nowym właścicielu „Zakurzonej lampy” pojawił się nieznajomy.  Mikael sięgał mu zaledwie do ramienia. Mężczyzna z łatwością zdjął sporej wielkości szkatułkę. Z szerokim uśmiechem podał ją Mikaelowi. Ten odebrał ją, przypadkiem dotykając jego palców i spoglądając mu w oczy. Te przyszpiliły go do siebie. Zanim zdążył jakoś zareagować, choćby pierwszy odsunąć się, przedmiot został mu wyrwany z ręki przez kobietę.
– Cholera, no! Pani Anna zapomniała, że trzeba naprawić zapięcie. John miał się tym zająć, lecz mój sklerotyk też o tym nie pamiętał. – Podniosła wieczko, odsłaniając w środku wiele przegródek przeznaczonych na różnego rodzaju biżuterię. – Mam nadzieję, że panu się nie śpieszy, to dzisiaj wieczorem miałby ją pan już w swoich rękach. Ewentualnie ktoś inny naprawi panu zapięcie, to Mikael sprzeda ją po trochę niższej cenie.
– Spokojnie, zostaję jakiś czas w Silent – odparł klient, przyglądając się to szkatułce, to Mikaelowi.
– Genialnie. Gdzie się pan zatrzymał? Mój mąż naprawi to w mig, jak tylko wróci z pracy i jeszcze dzisiaj to panu dostarczymy.
– W porządku. Będę uchwytny w tej starej posiadłości za miastem. Dawniej należała do pana Freemana.
– Naprawdę? – zapytała zaskoczona kobieta. Nagle na jej ustach wykwitł uroczy uśmieszek. – W takim razie jesteśmy sąsiadami. – Donna uniosła brwi, patrząc sugestywnie na Mikaela. – Jaki ten świat mały. Szkatułka będzie na wieczór gotowa, a mój kolega ją panu dostarczy.
– Kolega? – Jay zmarszczył brwi.
– Ten oto tutaj. – Poklepała Mikaela po ramieniu.
– Ja?
– Oczywista oczywistość, przyjacielu. – Wyszczerzyła się zadowolona ze swojej decyzji.