26 stycznia 2015

Nie powiem dobranoc - Rozdział 11



 Przypominam, że rozdziały wstawiam automatycznie. Rozdział pojawia się zawsze o północy z niedzieli na poniedziałek. Piszę to, ponieważ zdarzy się, że ktoś z Was czeka rano na rozdział, a jego nie ma, podczas gdy na blogu jest już od kilku godzin. Po prostu nie ma go w linkach. Dlatego, że tam automatycznie się to nie wstawia i ja to muszę zrobić. Zdarza mi się też o tym zapomnieć, a tym bardziej nie zrobię tego z samego rana. Wystarczy po prostu wejść na główną stronę bloga i rozdział się pokaże. :)

Z całego serca dziękuję Wam za komentarze. :*

Zapraszam na rozdział. :)


– Chyba was powaliło. Nie ma mowy – powiedział Steven. Ledwie poczuł się lepiej po dwóch dniach umierania i nadmiernej opieki Kierana, który prawie u niego zamieszkał, to Holly z Zackiem zaproponowali mu, że urządzą imprezę w jego małym, przytulnym mieszkanku. – Ostatnio nie poznałem mojej łazienki. O reszcie nie wspomnę. Nie ma mowy.
– Ależ, skarbie, ja tu nie mówię o wielkiej bibie, jaka miała miejsce. Przesadziłam wtedy z ludźmi. Przepraszałam cię za to. Chodzi mi raczej o kameralne spotkanie z naszymi przyjaciółmi. Proszę. – Zrobiła usta w dzióbek i zamrugała kusząco powiekami. Brakowało tylko tego, żeby złożyła ręce jak do modlitwy i uklękła. Była do tego zdolna, z czego Steven doskonale zdawał sobie sprawę.
Założył ręce na piersi, opierając się wygodniej o oparcie kanapy.
– Twój czar na mnie nie działa. Wiem, czego chcesz. Bym pogodził się z Martinem. Dopóki się nie zmieni, nawet nie ma o czym gadać. Chcę, by coś zrozumiał.
– Stary, ale on już to zrozumiał – wtrącił Zack. – Zwyczajnie nie ma odwagi przyjść do ciebie, bo sądzi, że znów dostanie w mordę.
– Jak trzeba, to dostanie. Poza tym, spotkanie Kierana i Martina mogłoby się źle skończyć. – Natychmiast pożałował tych słów, kiedy oczy Holly się zaświeciły jak dwie żaróweczki. – Nic nie mów.
– Kieran przebywa u ciebie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czy wy…
Przeniósł wzrok na Zacka. Oczywiście mężczyzna o wszystkim wiedział. Jakże jego narzeczona nie miałaby mu o tym powiedzieć? Mówią sobie wszystko. W sumie nie miał nic przeciw temu. Tylko teraz nieco zaskoczyły go wysoko uniesione brwi przyjaciela wskazujące na to, że też czeka na odpowiedź.
– Przestańcie. Nie ma niczego między nami. Uparł się tylko, że będzie mi pomagał, dopóki nie wyzdrowieję. Już nic mi nie jest, więc wróci do domu.
– Wątpię – mruknęła pod nosem kobieta, ale natychmiast zmieniła temat, powracając do poprzedniego. – To jak będzie z tym kameralnym spotkaniem?
– Czemu to nie może być w mieszkaniu Zacka lub u ciebie w domu?
– Stary, mam remont. Przerabiamy tam wszystko. U Holly nadal mieszka Jessica. Daj się namówić. To tylko jeden wieczór, dzisiaj lub jutro. Żarcie przyniesiemy sami.
– Wolę sam coś ugotować. I tak mam wolne przez to choróbsko. – Pisk kobiety i duszenie go przez jej ręce były dosadnym wyrazem podziękowania. Rzadko potrafił jej czegoś odmówić. Objął przyjaciółkę i pocałował ją w czoło. – Mam nadzieję, że nie będę tego żałował.
– Ty już tego żałujesz. Ostatnio zrobiłeś się jakiś mało imprezowy.
– Chyba wpadłem w melancholię, Zack. Zabieraj ją ode mnie, bo jeszcze się we mnie zakocha. – Wskazał na nadal przylepioną do niego przyjaciółkę. Od razu widać było, czyją jest siostrą, chociaż zewnętrznego podobieństwa trudno było się doszukać. Zack roześmiał się i odciągnął narzeczoną od niego. Natomiast Steven starał się nie myśleć, dlaczego Jessica nadal mieszka u Atkinsonów. Prawdopodobnie miał tego nie wiedzieć, sądząc po morderczym wzroku, jakim Holly obdarzyła ukochanego, gdy ten powiedział, gdzie mieszka była kobieta Kierana.
Gdy wyszli, uzgodniwszy, że dziś zejdzie się tu ich paczka, zamknął za nimi drzwi. Naprawdę stał się ostatnio jakimś takim typowym domatorem, który ma ochotę usiąść w fotelu, najchętniej pod kocem, z książką w ręce i filiżanką herbaty. Wszystko przez pewnego osobnika, a raczej przez to, co do niego czuł i jak to na niego wpływało. Przyszła pora, by coś zmienić, a nie tylko zamartwiać się, rozmyślać i bać się tego, co będzie. W innym razie szybko przeistoczy się w staruszka jeszcze przed trzydziestką.
W kuchni wziął notatnik i zaczął spisywać listę zakupów oraz jakie rzeczy ma do zrobienia. Wiedział, że nie musiał się przejmować pieniędzmi, bo para przyjaciół odda mu wszystko. Niedługo też powinien wrócić Kieran, który miał spotkać się z ojcem, to pomoże w przygotowaniach. Nie chciał go o to pytać, ale przyjaciel nie był zbyt zadowolony, że staruszek zadzwonił. Wyszedł tylko bez słowa, dając mu buziaka na pożegnanie. Westchnął. Tych buziaków było mnóstwo. Na dzień dobry, na dobranoc i jeszcze pomiędzy tym. Kieran zachowywał się dość normalnie, nawet nie wpychał mu się do łóżka, grzecznie zajmując kanapę. Chyba chciał mu coś tym udowodnić, tyle tylko, że teraz to Steven był tym, któremu zaczęło to przeszkadzać. Z każdą chwilą, gdy czuł się lepiej, wyobraźnia coraz bardziej szalała i nadchodziły pragnienia. Nie mógł ich nawet zaspokoić własną ręką, bojąc się, że przyjaciel coś usłyszy. Odłożył długopis i ukrył twarz w dłoniach. Naprawdę był popieprzony. Jak Kieran chciał, to on nie, bo to, bo tamto. Teraz mężczyzna niczego nie próbował, zaś on z kolei chciał, by spróbował.
– Lecz się, Steven, lecz – burknął do siebie.
Komórka w drugim pomieszczeniu zaczęła dzwonić. Poszedł tam żwawym krokiem, aby ją odebrać.
– Co tam?
– Masz ochotę na coś słodkiego? Jestem właśnie koło cukierni – odezwał się Kieran.
– Koło tej przy bloku, czy innej?
– Tej przy bloku, a co?
– Poczekaj tam na mnie. Zaraz przyjdę. – Rozłączył się i od razu zabrał z szuflady szafki portfel i klucze od mieszkania. Zamieniwszy kapcie na sandały wyszedł.

Kierana zastał tuż przy niewielkiej cukierni. Czasami kupował w niej kremówki i muffinki. Przyjaciel oblizywał właśnie loda na patyku, a zobaczywszy go, uśmiechnął się szeroko.
– Kupiłeś jednego?
– Tobie nie wolno. Gardełko – przypomniał.
– Już mi przeszło, mamuśku. – Mimo wesołego nastroju mężczyzny, dostrzegł, że coś jest nie tak. W oczach Kierana nie było tego znajomego, figlarnego błysku. Uznał, że zapyta go, o co chodzi, nie liczył na odpowiedź. – Stało się coś? Jak spotkanie z ojcem? – Przesunął dłonią po karku.
– Ojciec mnie wkurwił i tyle. Nie chcę teraz o tym myśleć.
– W porządku, ale pamiętaj, że zawsze możesz ze mną pogadać.
– Wiem. To, co takiego chcesz kupić, że ja sam bym tego nie załatwił? – Pochłonął resztkę loda, patyczek wyrzucając do kosza.
– Powiem tak: twoja siostra, jej narzeczony i małe spotkanko u mnie w mieszkaniu. Zaoferowałem się przygotować żarcie.
– Biedny ty.
– Żebyś wiedział. – Obrysował wzrokiem twarz Kierana, a potem całe ciało. Mężczyzna był ubrany elegancko. Spodnie w kant i biała koszula. Mógłby go schrupać, a najlepiej całego wylizać i wycałować.
– Co tak patrzysz?
– Brakuje ci krawata – wypalił Steven.
– Czemu? Tak jest w sam raz, nie?
– Uwielbiam rozwiązywać facetom krawaty – szepnął, przechodząc obok niego. Może tego pożałuje, ale nagle nabrał ochoty na mały flirt. Tylko przez chwilę. Jego ciało bardzo ochoczo na to zareagowało. Nie wiedział jeszcze, jak daleko się posunie i co chciał tym osiągnąć, ale to było silniejsze od niego. Usłyszał tylko, jak Kieran wciąga powietrze przez nos, wzdychając głośno. Obejrzał się na niego. – To co, kupimy coś słodkiego?
Wspólne zakupy okazały się nie tylko dobrą zabawą, ale i wyzwaniem. Po wizycie w cukierni odwiedzili kilka sklepików spożywczych. On wrzucał do koszyka potrzebne mu rzeczy, a Kieran dodawał swoje, wyjmując jego, mówiąc przy tym, że Holly nie musi jeść krewetek, bo na pewno coś kombinuje. Przekomarzali się wzajemnie, niczym para nastolatków i śmiali, zwracając na siebie uwagę klientów sklepu. Steven nareszcie poczuł się rozluźniony i w pełni sobą. Łapał się na tym, że coraz częściej zawiesza wzrok na przyjacielu, który często w tym samym czasie robił to samo. Nie wierzył, nie chciał wierzyć, że Kieran naprawdę mógłby w przyszłości nauczyć się go kochać, jako ktoś więcej niż przyjaciel. Chwilami Kieran patrzył na niego tymi swoimi czarnymi źrenicami w taki sposób, że serce wraz z żołądkiem zaczynało wywijać koziołki, ciesząc się z tego. Miał wrażenie, że przyjaciel czyta z niego jak z otwartej księgi lub przewierca go na wylot. Nie miał już nic do ukrycia. Wszystko mu powiedział. Swoją największą tajemnicę, która drążyła w nim dziurę. Mógł, więc otwarcie okazywać mu swoje uczucia i gdyby miał tylko więcej odwagi, nawet pocałować. Tak, na to też nabrał ochoty, chociaż nie zamierzał posuwać się dalej, poza drobnymi dotykami i ocieraniem się, kiedy przechodził obok niego między wąsko ustawionymi półkami.
Ich ręce dotknęły się, kiedy obaj chwycili za pudełko makaronu. Po ciele Stevena przebiegł prąd.
– W końcu pomyśleliśmy o tym samym – powiedział Kieran, nie zabierając ręki.
– Zrobisz to swoje słynne spaghetti. – Zauważył kątem oka, że obok przechodzi jego sąsiadka. Odsunął dłoń i ukłonił się jej. – Dzień dobry, pani Matisson. Gdzie pani uroczy piesek? – Nie miał nic do psów. Kochał zwierzęta, ale nie miał możliwości trzymać psa u siebie. Nie zniósłby tego, że biedak na cały dzień zostaje sam w domu, podczas gdy on jest w pracy. Po prostu nie znosił wścibskiej, plotkującej sąsiadki i wolał żyć w nią w zgodzie. – Chyba mnie nie lubi – rzucił do Kierana. – Prychnęła i sobie poszła.
– Gdzie podział się ten Steven, który marudził przez ostatnie dni?
– Chyba pora wyjść z tego durnego stanu. Dobrze wiesz, że też czasami lubię zaszaleć. Przeszkadza ci to? – Uniósł brwi.
– Wcale a wcale. Przeciwnie, kręci mnie to. – Oczy Kierana spoczęły na jego ustach.
– To uspokój swoją chuć i kup te tajemnicze składniki do sosu. – Pochlebiało mu to, że w jakiś sposób działał na Kierana. Sam się dziwił tej swojej zmianie o sto osiemdziesiąt stopni, ale jak ma żyć, to właśnie teraz.

~*~

Przyglądał się Grace, która paradowała po pokoju w dziesięciocentymetrowych obcasach. Dziewczyna ani razu się nie potknęła, nie poślizgnęła. Na jej miejscu już dawno wywinąłby orła. Znajomi przyszli jakąś godzinę temu i rozlokowali się w salonie. Wśród nich nie było Martina. Miał się spóźnić, chociaż Steven podejrzewał, że w ogóle nie przyjdzie. Holly robiła za duszę towarzystwa, konsumując przy okazji krewetki, które usmażył na patelni, dodając czosnek. Ta kobieta mogła pochłonąć całą ciężarówkę jedzenia, a nadal miała nienaganną sylwetkę, zaokrągloną tylko tam, gdzie potrzeba. Siedzący obok niej David trzymał w ręku piwo i rozmawiał z Zackiem o motorze, jaki chciał sobie kupić, gdy się w końcu dorobi. O ile uda mu się tego dokonać pracą w pizzerii. Steven chciał tam zostać, ale nieraz radził kumplowi, żeby znalazł sobie lepiej płatną pracę. Jedyny mankament w tym, że David nie usiedziałby w jednym miejscu. Lubił jeździć, kręcić się po mieście, dlatego mimo wszystko bardzo pasowało mu stanowisko roznosiciela pizzy. Odpowiadałaby mu jeszcze praca kuriera, na co też go namawiał.
– A wiecie, że nasz Steven jest bohaterem? – zapytał znienacka David.
– Bohaterem? – Zainteresowała się Grace.
– Szefunio chciał zwolnić Mary, a ten stanął w jej obronie. Ryzykowałeś, chłopie.
– Opłacało się. Skurwiel nie będzie przyjmował kogoś z rodzinki, na miejsce któregoś z pracowników – powiedział Steven.
– Super, ale masz jeszcze te cuda? – zapytała Holly, wskazując na pusty talerz.
– Jak ty możesz jeść te robale? – Skrzywiła się Grace.
– Pyszne są. Spróbowałabyś, a nie mówiła od razu, że niedobre. W ogóle, czemu nic nie jesz? Jesteś coraz chudsza. Jeszcze mi w anoreksję wpadniesz. Uwierz, faceci nie lubią mieć kości pod sobą.
Steven nie słuchał już tej reprymendy. To, że Grace była od nich młodsza, nie znaczyło, że Holly musiała bawić się w opiekunkę. Dziewczyna chyba ma swój rozum i wie, co robi. Z drugiej strony, kto ją tam wie? W telewizji pokazują teraz tyle wieszaków, że durne dziewczyny biorą z nich przykład, głodząc się i sądząc, że same kości powleczone skórą mogą się podobać. W sumie zauważył, że Grace ostatnio jakby schudła. To nie dobrze, bo już była chuchrem. W kuchni zastał Kierana, który kończył swój sos, gdyż nie zdążył z nim wcześniej.
– Musisz mi zdradzić tajemnicę tego cuda.
– Chcesz skosztować?
Kieran podsunął mu pod nos łyżkę z odrobiną sosu, który parował, więc Steven podmuchał lekko nim wziął go do ust.
– Co tak patrzysz? – zapytał, gdy przełknął. Stali bardzo blisko siebie. Za blisko, jak na przyjaciół.
– Masz coś tutaj. – Przyjaciel dotknął kciukiem kącika swojej wargi. Gdy Steven już miał się wytrzeć, Kieran pochylił się i polizał jego usta, po czym musnął je lekko. – Smakujesz wybornie.
– Ty jeszcze nie wiesz, jak ja smakuję – wypalił niespodziewanie i położył rękę na karku przyjaciela. – Pokażę ci, jak smakuje mężczyzna. – Nie pozwolił mu nic powiedzieć, pożerając jego usta w dominującym pocałunku. Gdyby miał taką możliwość, mógłby się uśmiechnąć, kiedy przyjaciel oddał pocałunek i przyciągnął go do siebie, sprasowując ich ciała razem. Wpierw chaotyczny pocałunek, z każdą chwilą przeradzał się w coraz namiętniejszy. Ich wargi zaczęły ze sobą zgodnie współpracować, uwodząc się wzajemnie. Przejechał językiem po wargach Kierana, a on wpuścił go do środka, by mógł pogłębić ich bliskość. Trwali tak, złączeni, jakby nie istniało nic więcej. Tylko oni dwaj, gorąco ich ciał, ręce obejmujące wzajemnie drugiego i połączone wargi. Pragnął, żeby taniec ich warg trwał wiecznie. Jedna jedyna chwila, kiedy prawdziwie oddał siebie i pokazał, jak bardzo w swym życiu potrzebuje tego mężczyzny. Jęknął w jego usta, kiedy Kieran naparł na niego i przycisnął do lodówki. Położył ręce na jego biodrach i unieruchomił przyjaciela. Jeszcze gdzieś z tyłu w głowie kołatało mu się, że nie są sami, ale korzystał z danej mu chwili. Ukąsił dolną wargę Kierana i zassał się na niej. To jeszcze bardziej pobudziło mężczyznę, bo wpił się w jego usta z nienasyconym głodem, całując go wręcz do bólu. Odwzajemnił to z rozkoszą.
– No i gdzie te krew…
Odskoczyli od siebie jak oparzeni, ciężko dysząc. Ich stan nawet niewtajemniczonej osobie jasno pokazywał, co się tutaj działo. Steven poprawił koszulkę, która uniosła mu się do góry i to bynajmniej nie sama.
– To ty – mruknął do osoby, która im przeszkodziła.
– Ja. Aż żałuję, że się odezwałam. Chociaż, gdyby on nie był moim bratem, bardziej bym żałowała. – Uśmiechnęła się Holly. – Prawie uprawialiście seks na tej lodówce. Zdajecie sobie sprawę, że w drugim pokoju są ludzie?
– Nie udawaj, że nas chronisz. Oczka ci się znów świecą. Chętnie powiedziałabyś innym, co tu się działo. – Potrzebował ochłonąć. Spojrzał na Kierana walczącego o uratowanie sosu i zachowującego się tak, jakby jego własna siostra nie przyłapała go na próbie usunięcia językiem migdałków drugiemu facetowi.
– No, moi drodzy, z żalem zawiadamiam was, że straciliśmy sos – powiedział dramatycznie Atkinson, udając, że płacze.
– A, co tam. Ważne, że mam krewetuńcie, a reszta, jak nie lubi, zostanie przy chipsach. – Nałożyła sobie na talerz porcję, a wychodząc z kuchni, obejrzała się na nich. – Zaczekajcie na mizianki, aż będziecie sami.
Steven wyraźnie słyszał, jak jego szczęka z trzaskiem opada na podłogę. Ona naprawdę im kibicowała. Mała, ruda kombinatorka.
– Moja siostrunia jest w dechę. Naprawdę nie wiem, do kogo jest podobna.
– Oboje jesteście w dechę. Przygotowała ten wieczór, żebyśmy pogodzili się z Martinem, który miał to serdecznie gdzieś.
– Udało jej się coś innego. – Kieran przesunął ręką po jego boku. – Dzięki temu utknęliśmy w kuchni i nareszcie pocałowałeś mnie sam z siebie.
– Kieran… – Odetchnął, kiedy przyjaciel pocałował go tuż pod uchem. Oparł czoło o jego ramię. – Boję się, że jeszcze bardziej cię pokocham, a ty odejdziesz – powiedział swoje myśl na głos i szybko się odsunął. – Lepiej wróćmy do nich, bo rzucę się na ciebie, drogi panie Atkinson. – Tymi słowami chciał zamaskować wypowiedziane obawy. W ogóle, po jakie licho mówił coś takiego?! Pojebało go. Zabrał z lodówki zgrzewkę piw i chociaż sam nie chciał pić ze względu na leki i nie tylko, to mógł poczęstować grupkę osób śmiejących się właśnie z wygłupów Zacka. Nie czuł, żeby Kieran wyszedł za nim. Ciekawe, co go tak zatrzymało, a raczej, nad którym zdaniem myślał.


~*~

Około północy, pozbywszy się przyjaciół, zmęczony Steven udał się pod wymarzony prysznic. Oparł dłonie o ściankę kabiny i pozwolił gorącej wodzie spływać swobodnie po swoim ciele. Potrzebował tego. Każda taka chwila spokoju przynosiła mu odprężenie i oczyszczała umysł. Niektórzy ludzie potrzebowali medytacji, by osiągnąć spokój, on zadowalał się gorącym prysznicem i pachnącym żelem. Niestety, takie kontemplacje ostatnio działały w całkiem inny sposób. Pobudzały go, wytwarzając w głowie różne obrazy. Wtedy zaczynał się denerwować, tak jak i teraz. Miał potężną potrzebę zaspokoić się i zasnąć, ale świadomość obecności współlokatora przebywającego za ścianą uniemożliwiała mu to. Nie powinien się tym przejmować. W końcu był mężczyzną i potrzebował tego, ale coś go przed tym powstrzymywało. Umył się szybko i wytarł. Spodnie od piżamy ledwie ukrywały jego podniecenie, dlatego musiał przez chwilę pochodzić po łazience, aby się uspokoić. To nie było takie łatwe i to nie tylko ze względu na obrazy Kierana, jakie pojawiały się pod przymrużonymi powiekami, ale również dlatego, że niewielkie pomieszczenie nie zapewniało mu dogodnych warunków do relaksującego marszu. Dopiero po kilku minutach był gotów na to, by upuścić łazienkę. Kieran musiał przysnąć na kanapie, bo nawet się na niego nie obejrzał. Cóż, dla niego lepiej. W sypialni położył się do łóżka i zgasił lampkę. Już przysypiał, kiedy poczuł, że ugina się materac, a gorące, męskie ciało przysuwa się do jego pleców. Wilgotne usta złożyły pocałunek we wrażliwym miejscu, a potem wargi chwyciły płatek ucha. Przebiegł go dreszcz. Dawno już nie miał w łóżku mężczyzny, a świadomość tego, kim jest ten, który właśnie dobiera się jego szyi i masuje mu tors, od razu go pobudzała. Mógł się temu poddać, nawet bardzo chciał, lecz w tym przypadku nie potrafił odłączyć swojego mózgu i dać się ponieść. Gorąca dłoń przesunęła się na jego brzuch, parząc swym dotykiem. Chwycił za nią i odciągnął od siebie. Stchórzył?
– Nie, Kieran.
– Co, nie?
Przekręcił się na plecy. Znów będą się powtarzać? Czy ten człowiek musi być taki uparty?
– Powiedziałem ci, że nie ma mowy, by coś między nami zaszło. Chyba jasno dałem ci to do zrozumienia, a ty znów swoje.
– Nie swoje, po prostu sądziłem, że chcesz seksu… Chciałbym… – urwał.
– Sam widzisz, że nie wiesz, czego chcesz. Odsuń się ode mnie i wracaj na kanapę lub do domu. Ja chcę spać.
– W kuchni dałeś mi wyraźną aluzję, że też tego chcesz.
Steven usiadł, uprzednio odepchnąwszy Kierana. Zapalił lampkę. Przetarł dłońmi twarz, po czym spojrzał na towarzysza. Ten wyglądał jak zbity pies.
– Ile razy mam ci powtarzać, że chcę. Nie zamierzam tego przed tobą ukrywać. Tak chętnie bym się z tobą kochał. Kochał rozumiesz? Nie rżnął. Ale, nie o to chodzi.
– Zachowujesz się jak baba. – Kieran usiadł. W tym momencie wyglądał na złego. – Każdy facet chce seksu. Masz okazję, by skorzystać, a ty robisz przestawienie. Jesteś gejem, czy ciotą, która płacze, bo nie będzie się pieprzyła z facetem, ponieważ się boi, że ten jej nie kocha i odejdzie, i wcale nie jest ważne, że jej staje, patrząc na niego.
Tego już było za dużo dla Stevena. No tak, czego by się mógł spodziewać? Zrozumienia? Kieran nie miał prawa tak do niego mówić. I jeszcze wyraża się do niego w formie żeńskiej! Miał prawo mu odmówić! To jasno świadczyło, na czym przyjacielowi zależy. Chciał go tylko zaliczyć i nic więcej. Może to on był za bardzo sentymentalny i uczuciowy? Powinien dać mu się przelecieć, a potem „wypierdalaj kochanie”? Nic z tego!
Zmierzył Kierana zimnym wzrokiem.
– Co ty sobie wyobrażasz? Opowiedziałeś mi bajeczkę ze studiów, że niby podobałem ci się, ale nie potrafiłeś mi tego powiedzieć i napisałeś list, który pewnie nigdy nie istniał. Nie znoszę opowiadania fantazyjnych historyjek, byle tylko zdobyć to, na co ma się ochotę. Chciałeś zaliczyć biednego pedałka, który cię kocha jak diabli i na pewno zgodzi się na zabawę? Ze mną taki numer nie przejdzie. – Chciał krzyczeć, jednak powstrzymywała go przez tym późna pora nocna. Ściany były dość cienkie, a sąsiedzi nie są głusi. Teraz mówił już ciszej, coraz bardziej zaciskając pięści i zgrzytając zębami. – Jeśli chcesz poczuć, jak jest ciasno w czyimś tyłku, to namów na to jakąś dziwkę, nie mnie. – Zmarszczył brwi. – Może chcesz zapłaty za opiekę nad chorym? Nie chciałem tego, więc się odpierdol. To, że cię pocałowałem, nie oznacza, że chcę się od razu pieprzyć. – Co z tego, że chciał, ale teraz i tak przeszła mu ochota na wszystko. Wstał, wkurzony i otworzył drzwi. – Wynocha stąd.
– Jesteś strasznie zmienny. Najpierw całujesz mnie w kuchni, wysysając ze mnie oddech, a teraz wywalasz z łóżka.
– Czasem tak musi być. – Przyglądał się, jak Kieran wstaje i podchodzi do niego. Mężczyzna miał na sobie bieliznę, więc nie musiał udawać, że patrzy gdzie indziej. W niektórych sytuacjach nagość była szczególnie krępująca.
– Mylisz się, co do mnie. Fakt, chciałem się trochę zabawić, spróbować czegoś, co pewnie straciłem, a mogłem mieć. To dla mnie nowość, ale naprawdę rano nie żałowałbym tego, co by się stało. Byłbym w stanie się z tobą kochać.
– Kochać ze mną? Słyszysz, co mówisz? Chyba raczej mnie przelecieć. Ciągle tylko jedno ci w głowie. – Oparł się o drzwi. Odczuwał coraz silniejsze zmęczenie. – Pamiętaj, mnie chodzi o coś więcej. Ile razy mam ci to, kurwa, mówić?
W powietrzu zawisło napięcie. Mina Kierana przez chwilę wyrażała nieme pytanie, coś w stylu, „ale, o co biega?”. Dopiero po chwili zrozumiał słowa Stevena. Przestąpił z nogi na nogę.
– Wiesz, że zależy mi na tobie…
– Wiem, ale za mało, byś mógł mnie pokochać jak partnera. Dlatego… – Spojrzał mu głęboko w oczy. – Wolę już mieć przygodny seks z kimś innym, niż z tobą. Czemu? Może kiedyś to zrozumiesz i podziękujesz mi za to, że powiedziałem „nie”. A teraz wypierdalaj.
Gdy zamknął za nim drzwi, zrozumiał, co zrobił. Odepchnął kogoś, kogo pragnął każdą cząstką swojego ciała, serca i umysłu. Bardzo chciał mieć go przy sobie, a zrobił coś takiego. Miał być z siebie dumny? Raczej tak. Sam sobie odpowiedział na pytanie. Nie chciał zadowolić się resztkami i pustym seksem bez znaczenia. Nie z nim. Gdy chodziło o Kierana, pragnął mieć wszystko i tyle samo ofiarować. Jeżeli kogoś kochał, potrzebował mieć w tej osobie nie tylko kochanka, lecz i partnera na stałe oraz przyjaciela. Sęk w tym, że jedyną taką osobą był właśnie Kieran Atkinson, czego czasami żałował. Nikt nie mógł mu zarzucić, że nie był lojalny. Najgorsze, że to była jego zaleta, jak i wada. W ten sposób uczuciowo zawsze zostawał wierny tej jedynej osobie i gdyby tylko mógł, gdyby był z Kieranem, seksualnie również by tak było. Liczył się tylko on i nikt więcej. Dlatego nie mógł pokochać nikogo innego.
Ciche puknie do drzwi sprawiło, że przerwał rozmyślania.
– Wychodzę. Zamknij za mną drzwi. Nie chciałbym, aby ktoś wlazł do mieszkania i cię okradł.
– W porządku. Nie przejmuj się.
– Przejmuję. Steven, ja…
Oczyma wyobraźni widział, jak przyjaciel opiera czoło i dłonie o drzwi. Że stoi taki przygarbiony, potrzebujący tego, by go objąć i zaprosić do łóżka. Przez jedną, maleńką sekundę pragnął to właśnie zrobić. Już łapał za klamkę, ale się powstrzymał, przeklinając siebie pod nosem. Nikt nie będzie go traktował jak rzecz. Nikt! Nawet ten człowiek.
– Idź już. – Osunął się po drzwiach i usiadł na podłodze. Tak będzie najlepiej, jednak czy to go uszczęśliwi? Nie, to nie ma znaczenia. Ważne, by Kieran wiedział, czego chce, a nie później go wyzywał, albo, co gorsza, wypominał mu, że zrobił z niego geja. Podniósł się. Wziął z półki laptopa i położył się na łóżku. Włączy jakąś durną grę i przez chwilę skupi się na czymś innym, niż uczucie i magnetyczne przyciąganie do przyjaciela. Przyjaciela, z którym mógł właśnie się kochać. Tyle lat czekania, tyle nieprzespanych nocy z powodu fantazji. Mógł to mieć, a zdecydował inaczej. Co najlepsze, nie żałował tego. Włączył drugą część Assassin’s Creed, mając nadzieję, że niedługo zmęczą mu się oczy i będzie mógł zasnąć. Już słyszał w głowie głos Holly, że przed snem powinien się wyciszyć, a nie ekscytować, jednak i tak był dość pobudzony, więc z dwojga złego wolał to. Odrzucając rozsądny głosik przyjaciółki, dał się pochłonąć zadaniu, jakie miał wykonać w grze.

~*~

Następnego dnia, koło południa, wybrał się na plażę. Czuł się już dobrze, nie licząc tego, że nie wyspał się przez grę, i późniejsze użalanie się nad sobą, a raczej rozmyślanie. Nawet rozważał przedwczesny powrót z urlopu. Zwolnienie miał do jutra, ale kochał swoją pracę i chętnie do niej wracał. Jego życie toczyło się głównie wokół gotowania, przyjaciół i rodziny. Zapomniał jeszcze o Kieranie. Miał ochotę się z tego śmiać. Był beznadziejnie zakochanym dzieciakiem, pomimo że miał już swoje lata. Nie zamierzał do niego dzwonić, czy przepraszać, że go wczoraj wyrzucił. Przyjaciel powiedział kilka słów za dużo, więc pierwszy powinien się odezwać. Był pewny, że Atkinson to zrobi. Ten cholernik rzadko się gniewał. No, chyba, że teraz zrobi wyjątek.
Siedział właśnie na skale, pozwalając na to, by wiatr bawił się jego ubraniem i pieścił skórę swymi podmuchami, próbując przewracać mu strony książki, którą może w końcu Steven skończy. Dając oczom chwilę na odpoczynek od tekstu, ujrzał tuż na brzegu znajomą postać. Szesnastolatek kłócił się z jakąś dziewczyną, a potem pozwolił jej odejść.
– Czyżby pierwszy miłosny zawód?
Wyciągnął telefon i napisał smsa do brata. Ten od razu go odczytał i odwrócił się w stronę skał. Pomachał Lucasowi, by chłopak mógł go szybciej ujrzeć. Nadarzyła się znakomita okazja do spokojnego porozmawiania z bratem. Ciągle to odkładał. Obserwował nastolatka, jak idzie wolnym krokiem w stronę skał. Głowę miał opuszczoną. Definitywnie przeżywał zawód miłosny. Czy był gotów z nim o tym porozmawiać? Może powinien wysłać go do Holly? Od razu wyobraził sobie jej porady. Wystarczyło, że jego męczyła. Już z samego rana dzwoniła i pytała się czy ich nie obudziła. Tylko głupi by się nie domyślił, co i kogo miała na myśli. W jej wyobraźni oni spędzili ze sobą gorącą noc. W tamtej chwili przywitał się z nią uprzejmie i powiedział, że brata zapewne znajdzie w domu. Rozłączył się, kiedy padały pytania, na które nie zamierzał odpowiadać. A niech się rudzielec pomęczy rozważaniem, dlaczego Kieran wrócił do domu.
– Cześć.
– Hej, Lucas. Co się tam stało? – Skinął w stronę miejsca, gdzie ujrzał brata.
Chłopak przysiadł naprzeciwko niego i zaczął się bawić materiałem od swoich bermudów.
– Nawet nie chce mi się o tym gadać. Wystawiła mnie. Dziś idziemy na urodziny do Thomasa i chciałem z nią iść, a ta się umówiła z Grantem Parkinsonem. Tym bufonem z trzeciej klasy. Co z tego, że on ma więcej mięśni, ale mózgu w ogóle nie ma. Tak jak ona. Nie znoszę, jak ktoś patrzy na wygląd innych osób. Czy wnętrze już nie ma znaczenia?
Stevena na chwilę zatkało. Ze wstydem musiał przyznać się przed samym sobą, że on w tym wieku patrzył tylko na wygląd. Co go tam obchodziło wnętrze? Co z tego, że mając szesnaście lat, nie interesował się nikim na poważnie? Mógł pogratulować mamie, że wychowuje rozsądnego syna.
– Wygląd to pierwsze, co się rzuca w oczy, a dopiero później przychodzi reszta. – Kieran, według niego, był zabójczo przystojny i od pierwszej chwili pociągało go jego ciało, ale z czasem zaczął widzieć inne aspekty mężczyzny. Przede wszystkim przyjaciel był dobrym człowiekiem. Do tego upartym. Jak go wyrzucali drzwiami, wracał oknem. Nie przejmował się zdaniem obcych ludzi. Nie raz zachowywał się jak dzieciak, lecz zawsze można było na niego liczyć. Spostrzegł, że Lucas macha mu przed nosem ręką.
– No, co?
– Co, co? Odleciałeś. Powiedz, skąd ten rozmarzony uśmieszek? – zapytał chytrze nastolatek. Ponury nastrój jakoś szybko mu przeszedł.
– Spadaj.
– Ok. – Chłopak wstał.
– Siadaj.
– Ok.
– Czemu mnie tak nie słuchałeś, gdy mieszkałem z wami? – Steven uniósł prawą brew.
– Bo wtedy nie powiedziałbyś mi, czy masz kogoś. Byłbym gówniarzem, który ma się nie wpierdalać w twoje życie. Jesteś z kimś, prawda?
Przewrócił oczami. Cieszył się, że nie było tutaj Nancy. Ta uwiesiłaby się na nim i wyciągnęła z niego każdą tajemnicę. Był dla nich zbyt pobłażliwy. Nie mógł im powiedzieć o Kieranie. Zresztą i tak nic ich nie łączyło. Nadal był sam. Sam. Cholera, jak długo jeszcze będzie sam? Bywały chwile, że to go przerastało.
– Chciałem porozmawiać o czymś innym – próbował zmienić temat.
– Ale masz kogoś, czy nie?
– Nie. Posłuchaj mnie przez chwilę. Chciałem porozmawiać o ojcu.
Lucas zrobił naburmuszoną minę, co od razu nie spodobało się Stevenowi. Na jego miejscu pewnie sam nie chciałby rozmawiać o staruszku, lecz był starszy i chciał jakoś przegadać bratu, by spróbował zacieśnić więzy z ojcem. Obaj mieli te same pasje, więc to ich jakoś powinno łączyć.
– Tata pokazał, gdzie mnie ma. Teraz liczy się dla niego tylko Nancy. Wiesz, co powiedział po tym, jak wyszedłeś?
– Co?
– Że, nie jestem mu potrzebny, skoro pewnie tak samo będę… gejem. Mniejsza, co on powiedział. Wolę tego nie powtarzać, bo jak widać płodził takie…
– Lepiej nie kończ. – Uniósł do góry rękę. – Słuchaj, on jest zły sam na siebie.
– Traktuje cię gorzej niż psa, a ty go bronisz? – Zdenerwował się chłopak.
– Nie chcę udawać, że mnie to nie boli, ale co mam robić? Ojciec zawsze pozostanie ojcem, nawet jeśli jest skończonym kretynem.
– Nieważne. Ja nie zamierzam prosić się o jego zainteresowanie mną, czy też tym, by traktował mnie jak syna i mi pomógł. Sam sobie poradzę. Pójdę do szkółki dla pilotów i w przyszłości będę latał. Jego sprawa, czy będzie ze mnie dumny, czy nie. Muszę już zmykać. – Podniósł się ze skały. – Zgadamy się jeszcze, kiedyś tam. Cześć.
Steven chciał mu jeszcze coś powiedzieć, ale nastolatek już go nie słuchał. Nie miał mu tego za złe. Obawiał się tylko, żeby kiedyś nie było za późno.