8 grudnia 2019

Na celowniku - Rozdział 5

Dziękuję za komentarze. :)



Ściemniło się, a temperatura spadła o kilka stopni. Rafael dygotał z zimna i dmuchał w dłonie, które marzły. Czuł jakie są skostniałe i na pewno były już czerwone. Na zimno zawsze źle reagowały.
— Jak długo będziemy tu siedzieć? — zapytał Davisa. — Jest mróz.
— Wiem, że jest, kurwa. Drugi samochód jeszcze nie odjechał. Ktoś został.
— I co, będą czekać na nas?
— Jeżeli znaleźli mój samochód to tak. Wtedy będą wiedzieć, że jesteśmy gdzieś w pobliżu. I tak mieliśmy szczęście, że kiedy przeszukiwali okolicę nie zajrzeli do wąwozu.
— Widzieli nasze rzeczy.
— Mogli pomyśleć, że zostawiliśmy je dla zmyłki. — Dzięki temu, że wzrok Davisa przyzwyczaił się do ciemności dostrzegł, że Dravik pociera dłonie. Automatycznie sięgnął po nie i ukrył w swoich.
— Co ty robisz? — spytał zaskoczony prawnik. — Odwaliło ci? — Pomimo pytania nie zamierzał zabierać rąk. Dłonie Johna były ciepłe, pomimo panującego zimna.
— Zawsze w nie marzłeś. A robię to po to, byś mógł utrzymać broń. Teraz ledwie możesz zgiąć palce.
— Zdecydowałeś się jednak stąd wyjść?
— Nie możemy tu bez końca siedzieć. Podkradniemy się pod chatę. Najwyżej ich zastrzelę.
— Jak ty to łatwo mówisz, Davis. Powystrzelam ich. Czemu nie zrobiłeś tego wcześniej — wyszeptał — tylko siedzimy tutaj i odmrażamy sobie tyłki?
— Bo muszę chronić twój zmarznięty tyłek. — Potarł mocniej ręce mężczyzny rozgrzewając je tak jak tylko mógł. — Już są lepsze.
— Mogę poruszać palcami.
Davis nie odpowiedział tylko wstał i wziął broń do ręki. Dravik zrobił to samo odbezpieczając pistolet. Nie miał najmniejszych problemów z tym jak obchodzić się z bronią. Co było zasługą miejsca gdzie się wychował jak i późniejszych lekcji, które otrzymał od mężczyzny stojącego obok niego.
— Jestem gotowy.
— Po wszystkim spierdalamy stąd i miejmy nadzieję, że nie uszkodzili mojego samochodu, bo już za samo to odnajdę ich i powystrzelam.
— Mówił ci ktoś kiedyś, że masz tendencję do zabijania?
— Zamknij się, Dravik.
Wyszli z wąwozu starając się trzymać swoje sylwetki pochylone jak najbliżej ziemi. Zatrzymali się zanim wyszli na równy teren. John skanował oczami okolicę przeklinając w duchu, że jest ciemno i nie widział niczego co było dalej od niego. Na szczęście ciemność także i ich ukrywała. Trącił ręką Rafaela każąc mu iść za sobą.
— Powoli — nakazał.
— Popędzę niczym wicher — zakpił prawnik.
Najciszej jak tylko mogli, pokonali dystans dzielący ich od chaty. Gąszcz, w którym się ukrywali pozostał za nimi na tyle daleko, że gdyby nagle ktoś wyskoczył na nich z bronią, nie mieliby szansy się nigdzie ukryć. Podeszli do chaty od strony szopy i Davis kazał prawnikowi zostać, a sam skradając się tuż przy ścianie drewnianego budynku wyjrzał na jego front. Żałował, że po bokach chaty nie ma okien, by mógł zajrzeć do środka, niestety było tylko jedno, właśnie z przodu. Samochód tych którzy ich szukali stał niedaleko wejścia, a przy nim mężczyzna. Palił papierosa i rozmawiał z kimś przez telefon. John dojrzał urządzenie wzmacniające sygnał sieci komórkowej, bo bez tego nie można się było z nikim połączyć. Zaczął nasłuchiwać mając nadzieję, że coś wyłapie.
Tymczasem Dravik niecierpliwił się czekając na detektywa. Trzymał Glocka 22 cały czas w gotowości. Miał nadzieję, że nie postrzeli wracającego Davisa. Już od dawna nie czuł takich nerwów, a zarazem podekscytowania pozwalającego mu cieszyć się, że żyje. Na razie żyje.
Drgnął i wyciągnął broń, kiedy pojawiła się ukryta w ciemności postać. Na szczęście szybko rozpoznał Johna i opuścił broń. Mężczyzna oparł się plecami o ścianę tak blisko niego, że stykali się rękoma. Detektyw nakazał mu milczenie, a po chwili Dravik usłyszał silnik samochodu. Odczekali jeszcze kilka minut aż hałas całkowicie nie zniknął i John wskazał na drzwi do szopy.
— Jeżeli ktoś tam został załatwię go — szepnął do ucha prawnika, łaskocząc go oddechem i drapiąc zarostem.
— Idę z tobą, Davis, i spróbuj powiedzieć nie, to ci odstrzelę kolano.
— Jak zawsze uparty.
— I vice versa.
Ostrożnie otworzyli drzwi do szopy. Agregat ledwie zipał na resztkach paliwa.
— Musieli go włączyć — burknął Davis.
— Nie będzie nam potrzebny — rzucił prawnik.
Pierwszy podszedł do drzwi prowadzących do wnętrza chaty. Stanęli po obu bokach wejścia i Dravik uchylił drzwi, a Davis z wyciągniętą bronią wpadł do środka. Zaraz za nim pojawił się prawnik, a każdy mięsień w jego ciele gotów był do działania, kiedy czuł jak przepływa przez niego adrenalina. Przeszukali pozostałe pomieszczenia ryzykując, że któryś z nich może zostać trafiony, gdyby ktoś się tutaj ukrywał. Na szczęście chata była pusta, tylko doszczętnie splądrowana. Ich rzeczy były wyrzucone z torby i rozsypane wokół. Kanapa przewrócona, a wszelka woda, która znajdowała się w naczyniach teraz moczyła podłogę i materac.
— Skurwysyny! — krzyknął Davis, kopiąc jedno z leżących wiader. — Grzyb się tego chwyci. Mogłem tu przyjść i odstrzelić im łby.
— Nie ma czasu na twoje groźby, Davis. Pakujemy co możemy i znikamy.
— O ile mamy jeszcze samochód i sprzęt w nim. Muszę do kogoś zadzwonić.
— Do kapitana? — zapytał Rafael zbierając ich nieliczne rzeczy. Zanim tutaj przyjechali wstąpili jeszcze do domu detektywa, który na szybko porwał kilka ubrań. Żaden z nich nie miał pojęcia kiedy wrócą do miasta.
— W życiu. Tylko on wiedział gdzie jesteśmy. Jedynie on wiedział o tej chacie. Powiedziałem mu, że znajdujemy się w moim miejscu i co?! Ktoś tu się nagle zjawił! Szlag! — wrzasnął Davis.
Chodził w kółko po zniszczonej izbie. Jego ciało było napięte i nie pozostało w nim nic z tego rozluźnienia, które czuł po ich małej przygodzie.
— Sądzisz, że zdradził?
— Nie wiem, ale jeżeli tak… Nie wiem co zrobię.
— Może ma podsłuch.
— W prywatnej komórce? Ta sprawa musi mieć drugie dno. — Nie chciał myśleć o tym, że jego przełożony mógłby mieć związek z ludźmi, którzy wydali wyrok na Dravika.
— Dlatego nie możemy tu dłużej siedzieć. Ruszaj dupę, Davis. Sprawdź co z samochodem.
John spojrzał na prawnika z wściekłością, ale po raz pierwszy posłuchał go i wyszedł na zewnątrz.

*

Cichy szum samochodowego silnika łączył się ze spokojną piosenką lecącą z radia. Dravik siedział za kierownicą, a John obok niego zasnął. Prawnik nie zamierzał go budzić. Na razie nie czuł się zmęczony czując jeszcze wpływ adrenaliny. Davis podał mu adres pod który mieli zajechać, ale nic więcej nie zdradził.
Rzucił okiem na Johna, który śpiąc z głową opartą o drzwi, wyglądał na bardzo spokojnego. Wiele razy w przeszłości obserwował tego mężczyznę jak zasypia. Potem wszystko się spieprzyło. Wystarczyło tak niewiele, by ze związku, w którym byli stworzyć coś, co przypominało działania wojenne. Nie chciał zastanawiać się czy w tym co Davis do niego czuł pozostało jeszcze coś z miłości. Namiętności nie liczył, bo nawet nienawidząc można kogoś pragnąć aż do bólu. Pożądanie zawsze pomiędzy nimi było. Zanim narodziły się uczucia, nawzajem znali każdy centymetr swoich ciał. Z czasem przyszła miłość i pamiętał jacy wtedy potrafili być. Wspomnienia, wraz ze świadomością na jakim znaleźli się etapie ponownie rozrywały mu serce. Natychmiast odgonił to wszystko tak daleko jak tylko się dało. Nie zamierzał do tego wracać. To co było nie wróci. Prędzej by się dał obedrzeć ze skóry niż ponownie pokochałby Johna Davisa.
Skręcił w lewo tuż przy znaku informującym go, że wjeżdża do Radcliff. Powitała go sieć uliczek, których nie lubił, kiedy znajdował się w obcym miejscu.
— Wjedź teraz w tę ulicę po prawej. Zaraz za klubem fitness — powiedział Davis ziewając. Wyprostował się na siedzeniu i pomasował obolały kark.
— Ty spałeś czy czuwałeś, że tak się nagle obudziłeś?
— Zazwyczaj śpię czuwając. O tutaj skręć. — Wyjął komórkę, która była małym, czarnym prostokątem. — Teraz jedź prosto aż do końca ulicy. Po lewej będzie duży ceglany dom i podjazd prowadzący w dół. Wjedź tam i to nasz przystanek.
— Ten ktoś nas na pewno oczekuje? Jest prawie północ.
— Oczekuje. Dam mu tylko znać, że jesteśmy na miejscu. Nie chciałbym, aby odstrzelił mi jaja. Jest przewrażliwiony na punkcie niespodziewanych gości.
Dravik zmarszczył brwi na to ostatnie zdanie jakby usiłował sobie coś przypomnieć.
— Nie myśl, bo głowa będzie cię od tego boleć. Znasz tego człowieka. — Przystawił telefon do ucha, patrząc na Dravika, którego twarz to chowała się w cieniu nocy, to za chwilę była oświetlana przez świecące na ulicy lampy. Widział jak prawnik usiłuje skojarzyć te niejasne podpowiedzi do kogo się udają i w końcu to zrobił.
— Nie mówisz poważnie, kurwa. — Gwałtownie zahamował i obaj polecieli do przodu. — Powiedz, że się mylę.
— Nie mylisz się. Alec, to ja — powiedział do osoby, która odebrała połączenie. — Jesteśmy prawie na miejscu. Dravik ma tutaj małe problemy. Dowiedział się, że jedziemy do ciebie i musieliśmy się zatrzymać. Spokojnie, niedługo będziemy. — Rozłączył się, po czym napotkał wściekłe spojrzenie Rafaela. — Jaki masz problem? — zapytał.
— Ja?! To ty, kurwa, masz problem. Jak w ogóle mogłeś o nim pomyśleć!
— Tylko on jest w stanie wyśledzić trasę skąd, dokąd i przez co poszła gotówka, która jest ceną za twoją głową.
— Wiesz jak cholernie nienawidzę tego faceta?! — krzyknął Dravik.
— Jemu to nie przeszkadza. Sam zaproponował byśmy do niego przyjechali, kiedy do niego zadzwoniłem.
— Kiedy do niego dzwoniłeś?
— Kiedy poszedłeś nam po kawę na stacji — odpowiedział Davis. — Gdybyś wiedział o kogo chodzi w życiu nie pozwoliłbyś na przyjazd tutaj. Czeka na nas.
Dravik zacisnął ręce na kierownicy walcząc z samym sobą. Gdyby nie był tak zmęczony, bo powoli przestał odczuwać efekty adrenaliny, chętnie zawróciłby.
— Prawdziwy kutas z ciebie, Davis. — Ruszył w dalszą drogę nadal mając ochotę zawrócić.
— Mówiłeś mi to wiele razy, skarbie.
Ujechali jeszcze kilkanaście metrów, kiedy na końcu ulicy odnaleźli dom z czerwonej cegły. Wszędzie świeciły się światła. Nawet podjazd był dobrze oświetlony od razu ukazując stojącą w jego pobliżu postać. Mężczyzna był wysoki, miał bardzo krótkie włosy, a w ręku trzymał strzelbę.
— Myśli, że co, odstrzelę mu łeb? — wycedził Dravik.
— Zawsze woli uważać.
Prawnik zatrzymał się w pobliżu ich gospodarza robiąc to tak, że mężczyzna musiał odskoczyć by mu nie przejechano po stopach.
— Poczułeś się lepiej? — zapytał Davis.
— Jeżeli o niego chodzi, nigdy nie poczuję się lepiej.
Wysiedli z samochodu, a Davis podszedł prosto do Aleca by się z nim przywitać. Uścisk, który sobie dali wzbudził w Draviku tylko większą złość. Jeżeli każdy człowiek na świecie miał coś co działało na niego w taki sposób jak płachta na byka, to dla Rafaela był tym właśnie ten mężczyzna. Ktoś, kto zdaniem Rafaela powinien wiele lat spędzić za kratami. Niestety nie tylko ława przysięgłych, ale i John Davis uznali go za niewinnego.
— Nie podejdziesz i nie przywitasz się ze mną, braciszku? — zapytał ich gospodarz.
— Prędzej wejdę do gotującej się smoły — burknął Dravik — niż kiedykolwiek podam ci rękę. — Miał swoje powody by nienawidzić tego człowieka z całego swojego serca i nigdy o tym nie zapomni. Gdyby miał wybierać pomiędzy podaniem mu ręki, a tym by dać się zabić ludziom, którzy tego chcieli, wybrałby ich.