29 września 2016

W sidłach miłości tom 3 - Rozdział 12

 Jest do kupienia mój kolejny ebook. Szczegóły tutaj: KLIK

Dziękuję za komentarze. :)



– Śniadanie do łóżka dla szanownego pana.
– Dziękuję, Alfredzie.
– Alfredzie? – Casey skrzywił się.
– A co ci w tym imieniu nie pasi? – Wziął tost z tacki i zaczął smarować go dżemem morelowym.
– Wszystko. – Usiadł naprzeciwko JD, który niedawno się obudził i miał na policzku odgniecioną poduszkę oraz rozczochrane włosy na głowie. – Jest takie jakieś… lokajowe. No, nie lubię go. – Zanim zaczął jeść, napił się kawy z mlekiem. – Dobra, ale ty robisz lepszą.
– To kiedy wrócimy do domu, zrobię ci najlepszą kawę na świecie – powiedział JD mile połechtany komplementem. Zauważył, że zrobił się na nie łasy, a przecież nigdy taki nie był.
– Mój chłopak.
– Chłopak, nie żonka. – Mrugnął do Caseya i zabrał się za jedzenie. Wyspał się. Czuł się zrelaksowany i gotowy, żeby rozpocząć nowy dzień. Co z tego, że dochodziło już południe i niedawno wstali. W sumie Casey wstał, bo on nadal leżał w łóżku. Głównie dlatego, że Casey go tutaj zatrzymał, bo chciał mu podać śniadanie do łóżka. W domu nie było to za bardzo możliwe, gdyż dzieciarnia nie dałaby im spokoju. Kochał swoje rodzeństwo, ale czasami to miałby ochotę ich gdzieś zamknąć i zakneblować.
– Pamiętam.
– To jakie masz plany na dzisiejszy dzień, zanim przyjdzie nam wrócić do kochanego domku? – Ugryzł kolejny kawałek Tosta.
– Chyba rozleniwienie się na całego. – Wyciągnął rękę i starł z kącika wargi JD odrobinę dżemu, a potem go zlizał ze swojego palca.
– Nie rób tak.
– Jak?
– Tego co przed chwilą. Trzeba było powiedzieć, że coś mam. Są od tego serwetki. – Wskazał Caseyowi dwie duże serwetki ułożone w tulipana.
– Nie brzydzisz mnie, JD. Gdyby nie taca sam bym się pochylił i od razu ci to zlizał. – Wziął nożyk i przekroił rogalika. Wolał je niż tosty.
– Nie chodzi, że obrzydzenie czy coś tam, ale to dziwne.
– Chyba nie będziemy się o to kłócić. – Odłożył nożyk i łyżeczką nałożył sobie dżemu. – Poza tym nie zrobiłem tego publicznie.
– Nie, nie będziemy się kłócić, ale głupio się w takiej sytuacji czuję i wolałbym, żebyś tego nie robił. – Nie był przyzwyczajony do czegoś takiego i poczuł się nie jak partner, którym ktoś się opiekuje, ale jak dziecko. Przecież mu tego nie powie.
Casey odłożył swoje śniadanie na talerzyk. Odechciało mu się jeść. Nie wiedział, że drobny, naturalny gest sprawi, że JD zacznie go pouczać.
– To może wypisz mi na kartce, co mogę robić, a czego nie. Tak będzie prościej. – Zdenerwował się.
JD przełknął to, co przeżuwał, i rzekł:
– Nie obrażaj się od razu.
– Nie obrażam się, ale od teraz zacznę się zastanawiać, co mi wypada zrobić, a czego nie. Może będziesz miał pióro we włosach i go nie zdejmę, bo pomyślę, ze zaraz mi się za to oberwie. JD, już parę miesięcy jesteśmy razem. Sądziłem, że mogę pozwolić sobie na takie gesty, nad którymi nie muszę się zastanawiać czy to zrobić, czy nie, czy coś wypada, a może nie i mogę działać nieświadomie. Tymczasem jeszcze się okaże, że dostanę w pysk za zwykłe przyniesienie śniadania do łóżka. – Wstał, bo zaczęło go nosić i nie mógł dłużej spokojnie usiedzieć.
– To nie tak…
– A jak?! Dla ciebie takie coś jest dziwne, dla mnie to normalne. Nie zrobiłem tego przy ludziach. Jesteśmy sami, w łóżku. Wczoraj lizałem twój tyłek, widać mogę to robić, a tego co przed chwilą nie mogę zrobić, tak? Może mam zapomnieć o okazywaniu ci w ogóle miłości?!
– Chyba już przesadzasz, Casey. I nie krzycz. Po prostu powiedziałem ci, że tego nie chcę, a ty zaraz…
– Przejdę się. Jak wrócę, to ci pomogę, o ile będzie mi wolno to zrobić. Na razie muszę się uspokoić. – Zabrał z wieszaka przy drzwiach wiosenny płaszcz. – Będę za pół godziny – dodał, zanim zamknął za sobą drzwi.
– Szlag. – JD uderzył zaciśniętą pięścią w kołdrę. Wystarczyło, żeby mu powiedział, iż w tamtej chwili poczuł się jak dziecko, nie dorosły facet, i byłoby dobrze. Ale nie, on musiał unieść się dumą, tak jakby Casey był kimś obcym, a nie troszczącym się o niego partnerem. Przecież właśnie dzięki temu pokochał go jeszcze mocniej. Gdy chłopak wróci, będzie musiał  z nim pogadać.


* * *

Ethan pożegnał kolejnego pacjenta, którym mógł się zajmować, i sprawdził, czy jest jeszcze ktoś z bólem gardła, skaleczeniem czy innymi drobnymi urazami. Nie, żeby specjalnie przydzielono mu takich pacjentów, po prostu sami się tacy trafili. Okazało się, że na razie nikt nie czeka na wejście do gabinetu, więc usiadł na chwilę. Od wczorajszego dnia nie potrafił zaznać spokoju. Gdy Kaden powiedział mu, że jego partner zmarł, zatkało go. Dzisiaj już wiedział, że źle postąpił, wychodząc. Co z tego, że tak mu rozkazano. Mógł zostać, a przynajmniej mógł coś powiedzieć. Jaki by nie był, pomimo wszystko miał serce, a tymczasem wyszedł na kogoś, kogo zapewne Kaden w nim widzi. Napalonego szczeniaka myślącego tylko o jednym. Sam sobie na tę opinię zapracował i sam siebie może za to winić.
Do gabinetu weszła pielęgniarka.
– Panie doktorze, jest pan proszony do ordynatora.
– Powiedział, o co chodzi?
– Miałam tylko przekazać wiadomość.
Ethan kiwnął głową. Pewnie musiał podpisać jakieś papiery w związku ze stażem. Zebrał się w sobie i opuścił gabinet. Niedziela na szczęście była dość spokojnym dniem i w poczekalni nie kręciło się tylu ludzi co zazwyczaj. Przeszedł z przychodni na oddział, do którego został przydzielony. Gabinet ordynatora znajdował się na końcu długiego korytarza. Przystanął, widząc wychodzącego z pomieszczenia, do którego się kierował, Kadena. Mężczyzna miał dzisiaj dyżur, ale nie pracowali razem. Dzisiaj dopiero pierwszy raz go widział. Miał nadzieję, że Hyle pójdzie w jego stronę i będzie miał okazję go zagadać, ale on skręcił w prawo, a po chwili został zatrzymany przez pacjenta. Ethan musiał jakoś doprowadzić do ich spotkania. Nie potrafił dać sobie spokoju z tym mężczyzną. Jak dawniej ustąpiłby, tak po prostu, tak tym razem nie zamierzał odpuścić.
Zapukał do gabinetu i wszedł po usłyszeniu zaproszenia.
– Chciałeś mnie widzieć, ordynatorze. – Zdążył polubić tego człowieka. Był ostry, ale sprawiedliwy.
– Tak, siadaj. – Ordynator przejrzał kilka dokumentów, zostawił jeden z nich i odłożył resztę. – Wezwałem cię tutaj, żeby ci powiedzieć, że nie jesteś już pod opieką Kadena Hyla.
– Co? – Właśnie zgłupiał.
– Rozmawiałem z Kadenem i powiedział, że nie nadaje się na twojego opiekuna. Prosił, żeby zajął się tobą doktor Anders.
Ethan zacisnął pięści. Kaden chce się go pozbyć? To dlatego dzisiaj z nim nie pracował. Unikał go. A on myślał, że to dlatego nie są razem na oddziale, bo musiał odbębnić dyżur w przychodni.
– Czy powiedział, jaki ma powód? – zapytał.
– Powiedział, że nie ma czasu, żeby uczyć stażystę. Musisz podpisać mi tu kilka dokumentów i…
– Na razie nie zamierzam niczego podpisywać. – Podniósł się zamaszyście z krzesła. Ledwie trzymał swoje nerwy na wodzy. Bał się, że kiedy zobaczy Kadena, to mu przywali. Co za infantylne zagranie. Jeżeli Hyle chce, to da mu spokój, ale niech nie bawi się nim, podrzucając go komuś niczym piłeczkę. – Muszę rozmówić się z Kadenem. – A potem po prostu stąd odejdzie. Ojciec go zabije, że znów spieprzył.
– Wyraził się jasno. Nie wiem, czy coś wskórasz.
– Do widzenia, ordynatorze. – Odwrócił się w stronę drzwi.
– Kaden wziął dzisiaj jazdę w pogotowiu, raczej go do popołudnia nie złapiesz.
– Jakoś go złapię. – W domu na pewno powinien być.


* * *


Casey wrócił do pokoju pół godziny później. Uspokoił się trochę. Najchętniej to by jeszcze pospacerował, ale musiał myśleć o leżącym w łóżku JD. Tutaj chłopak sam nie mógł sobie ze wszystkim poradzić z powodu nieprzystosowania motelu dla osób niepełnosprawnych. A on w dodatku nie podsunął mu wózka do łóżka.
JD spojrzał na swojego chłopaka, próbując ocenić, czy ten się już uspokoił, czy jeszcze nie. Przyglądał się temu, jak zdejmuje buty i płaszcz. Potem ich oczy się spotkały, a on odczytał w nich to, co sam czuł.
– Przepraszam – powiedział JD i zrobił to w tym samym czasie co Casey, przez to ich głosy zlały się w jedno słowo.
McPherson zachęcony tymi słowami zbliżył się do łóżka, przestawił stojącą na nim tacę z nieskończonym jedzeniem i usiadł na nim.
– Przepraszam – powtórzył, biorąc swojego partnera za rękę. – Chyba mnie też ponosi, bo już jutro powrót do szkoły i nie wiem, czego się spodziewać.
– Tego co zawsze, nie będzie źle. To ja przepraszam. Powinienem był ci powiedzieć, że po prostu w tamtej chwili poczułem się jak dziecko. Nie lubię się tak czuć.
– Nie powinienem się na ciebie wydzierać.
– Po prostu mówiłeś, co myślałeś. Mogłem ci powiedzieć, dlaczego tak głupio zareagowałem. Tylko tak jakoś…
– JD, dzielimy teraz tak wiele. O wiele więcej niż zwyczajne pary, nawet podczas seksu. Uważam, że łączy nas bardzo intymna bliskość, wyjątkowa, mam tu na myśli, że pomagam ci się myć i nie tylko, a ty obawiałeś mi się powiedzieć, że po prostu poczułeś się jak dziecko? – Za odpowiedź otrzymał wzruszenie ramion. – Tak, cały ty. Wszystko, żeby tylko nie przyznać się do jakiejś słabości, bo to na pewno będzie głupie.
– No co? Widziały gały co brały.
– A widziały. Tylko wiesz… – zawiesił na chwilę głos – serce jest głupie i nie zwraca uwagi na oczy.
– A gdybyś mógł kierować swoim sercem, to w kim ulokowałbyś uczucia? – zadał to pytanie, bo nie obawiał się odpowiedzi, a gdyby nawet, to przecież i tak nie byłoby to ważne, gdyż Casey to jego kocha.
– W tobie. Tylko ty w jednej chwili potrafisz podnieść mi ciśnienie i jednocześnie uśmiechnąć się tak słodko, że się roztapiam.
– Zawsze do usług. I jak taki z ciebie pomocnik, to pomożesz mi dotrzeć do łazienki? Pogadamy w drodze powrotnej do domu. Dzwoniła mama, musi iść dzisiaj na noc, bo koleżanka się rozchorowała, i pytała, czy nie możemy wrócić wcześniej i przypilnować dzieciarnię, bo moja kochana siostrunia i twoja siostrunia mają już plany na wieczór.
– Czyli obie nas wkopały.
– Tak. To jak, bo mi pęcherz zaraz pęknie.
– Już, królewiczu. – Pochylił się jeszcze i lekko go pocałował. – Uwielbiam cię, moja wredoto.
JD też go uwielbiał, z każdym dniem coraz bardziej. Nie tylko dlatego, że Casey się o niego troszczył, ale dlatego, że przywrócił mu chęć życia i nadzieję, że może jeszcze będzie mógł chodzić.
Półtorej godziny później wymeldowali się z motelu. Casey niby przypadkiem rzucił w eter, że motel byłby idealny, gdyby przystosować go dla osób niepełnosprawnych. Zanim pojechali do domu, wybrali się jeszcze na jeden spacer do parku i tam szczerze porozmawiali. Wiedzieli, że jeszcze nieraz się poprztykają czy ostrzej pokłócą, ale i tak łączy ich coś wyjątkowego. Przechodzą właśnie przez potężną próbę i jak na razie okazywało się, że budują swój dom na solidnej skale.


* * *

Richie z Jonathanem podjechali pod dom ojca i jego żony na kolejny niedzielny obiad. Ostatnio przez swoje problemy unikali takich rodzinnych spotkań. Dziś nic nie stało na przeszkodzie, żeby spędzić z nimi trochę czasu. Tym bardziej że mimo tego, co Richie mówił o swojej siostrze, bardzo był ciekaw, czy tata ma jakieś wiadomości.
– Weź kwiaty – przypomniał Richie. Jonathan na takie obiady kupował jego macosze bukiet kwiatów. Za każdym razem była to inna kompozycja, a kobieta zawsze cieszyła się z takiego prezentu.
– Muszę się mieć czym podlizać.
– I tak cię uwielbia.
– Nie bardziej niż ty – powiedział Jonathan, zamykając samochód.
– Gdyby bardziej, byłbym zazdrosny. – Wziął go za rękę i poprowadził w stronę budynku. Nie zdążył zadzwonić do drzwi, bo te się otworzyły i stanęła w nich Marianne.
– Cześć, chłopcy. – Została powitana buziakami w oba policzki.
– Dzień dobry, Marianne – przywitał się Johnny, podając kobiecie bukiet.
– Prześliczne. Dziękuję. – Oczy jej zabłysły na widok białych róż.
– Widzę, że mam konkurenta, nie wiem czy bać się, czy cieszyć. – Za kobietą pojawił się tata Richiego.
– Kochanie, ty zawsze zwyciężysz, nawet gdybyś dał mi bukiet pokrzyw – odpowiedziała mężowi, po czym zwróciła się do gości. – Wejdźcie. Obiad będzie za pół godziny. Mam nadzieję, że nigdzie się nie śpieszycie.
– Następne kilka godzin jest zarezerwowane dla was – powiedział Richie, wchodząc do holu.
– Cieszę się. Dawno u nas nie byliście. W ogóle opowiem wam co tam u Seana i Drake’a. Ale to przy obiedzie. Idźcie do salonu. Wstawię kwiaty do wody i sprawdzę co z obiadem.
Zdjęli wierzchnie okrycia i poszli za Martinem Taylorem do salonu. Richie od razu zapytał o swoją siostrę.
– Wiem tylko, że Mili próbowała w nocy ucieczki, ale jej się to nie udało. Nie tak łatwo się stamtąd wydostać. Niestety, tym samym sprawiła, że przedłużono jej karę – odpowiedział mężczyzna, siadając wygodnie w fotelu.
– Głupia krowa – burknął pod nosem Richie. – Nie patrzcie tak  na mnie. To prawda. Moja siostra nie ma mózgu tylko jakieś śmieci.
– Sądzę, że to bunt nastolatki – wtrącił Johathan. – Pewnie chciała zostać zauważona i nabroiła.
– Nie byłbym tego taki pewny – odparł Richie. – A na pewno nie usprawiedliwiałbym jej zachowania jako bunt. Tyle osób przeszło przez nastoletni wiek normalnie myśląc, tylko jakoś ona nie może. Po prostu jak debilstwo we łbie to tak jest, a potem wielkie usprawiedliwianie się buntem, bo to ten wiek. Głupota. Nic nie usprawiedliwia kradzieży, morderstw, pobić, ćpania, nadużywania alkoholu, traktowania innych jak śmieci, wyśmiewania się z kogoś, bo nie wygląda tak, jak nam pasuje, bo jest brzydki, gruby, chudy, bo dziewczyna jest płaska jak deska czy ma wielki tyłek, czy stopy. Dla mnie jak ktoś tak robi, nie ma mózgu. – Popatrzył na wgapionych w niego tatę i Jonathana. – Chyba mnie poniosło.
– Dobrze powiedziałeś – rzuciła od progu Marianne. – Bardzo dojrzało myślisz. Tata cię wiele nauczył. Masz rację, że nie można pewnych zachowań tłumaczyć, bo to nastolatek czy nastolatka i wyrośnie z tego. Owszem, rozumiem, że w tym wieku hormony szaleją, ale bez przesady. Zapraszam na obiad, panowie.
Przeszli do jadalni, gdzie czekał na nich pięknie i wyjątkowo uroczyście zastawiony stół.
– To wygląda naprawdę ekstra, Marianne – pochwalił Richie, zwracając się do macochy po imieniu, tak jak mu zaproponowała niedługo po ślubie z jego tatą, mówiąc, że nie czuje się tak stara, żeby mówić do niej „pani”.
– Dlatego, że dawno was u nas nie było, a poza tym chcieliśmy wam z Martinem coś powiedzieć. Najpierw jednak przyniosę zupę i pieczeń.
– Pomogę ci – zaproponował Jonathan.
– A dziękuję.
– Świetna kobieta – powiedział Martin, kiedy został sam z synem.
– Zdecydowanie lepsza niż mama. – Niby nie powinien tak mówić, ale taka była prawda.
– Twoja mama też była cudowna. Do czasu – dodał gorzko. – Byłem kiedyś na cmentarzu i uświadomiłem sobie, że czuję do niej żal, ponieważ w pierwszych latach naszego małżeństwa byliśmy szczęśliwi. Potem zaczęło się psuć, kiedy założyła galerię i zaczęła zarabiać. Pieniądze stały się dla niej ważniejsze niż ja. Was zawsze kochała.
– Kasa miesza ludziom w głowie. Nie wszystkim, najlepszym przykładem jest Marianne. Ja byłem na mamy grobie jeszcze w lutym. Mili pewnie nigdy.
– Przeciwnie. Podobno chodziła tam codziennie. O, już idzie jedzonko. – Spojrzał w stronę drzwi oddzielających kuchnię do jadalni.
– A ty już głodny. – Zaśmiała się Marianne, stawiając wazę z zupą na stole.
– Jak zawsze.
Jonathan postawił owalny talerz z pieczenią przybraną warzywami obok zupy i spojrzał na swojego chłopaka.
– W porządku?
– Tak. Tylko tata powiedział mi, że  Milicent chodziła codziennie na grób mamy.
– Musiała naprawdę za nią tęsknić. – Marianne podniosła pokrywkę z białej wazy ozdobionej złotym paskiem przy brzegu i nabrała chochelką pięknie pachnącej potrawy.
– Chyba tak. – Jemu mimo wszystko też matki brakowało. Była jaka była, ale to mama. A nie zawsze było źle. Podstawił kobiecie talerz, żeby nalała mu zupy. – Zmieniając temat, to co tam u Seana i Drake’a? Kiedy wracają? – Postawił pełne, porcelanowe naczynie na blacie i wziął łyżkę. Musiał się trochę odchylić, kiedy kobieta nalewała zupy jego chłopakowi.
– Nie szybko. Drake został kierownikiem budowy. Podpisał kontrakt na rok, a Sean ma już zapewnioną aplikaturę w jednej z dobrych kancelarii adwokackich – odpowiedziała Marianne, napełniając talerz męża, a potem swój, i przykrywając wazę pokrywką.
– O, to super – przyznał Richie.
– Tak. Okazało się, że jednym z wykładowców Seana na prawie karnym jest syn jednego z uznanych adwokatów i wspólnik bardzo cenionej kancelarii. Wyniki Seana z ostatnich egzaminów przeszły nawet jego oczekiwania. Wykładowca był pod wrażeniem i niedługo później zaproponowano mojemu synowi aplikaturę. Także jak widać nie wrócą szybko, o ile wrócą. Na pewno jeszcze z ponad rok tam zostaną. I wiesz co, nie ukrywają się. Przypadkiem ktoś ich widział i, jak się okazało, nie mieli z tym problemów.
– Cieszę się, że im się układa. Muszę później zadzwonić do nich i im pogratulować – powiedział Richie. – A jak ich osobiste relacje? Wciąż się żrą? – zapytał macochy.
– Żrą, godzą się i znów się kłócą. W każdym razie z tego co mówią jest i tak dużo lepiej. Są dni, kiedy nie mają dla siebie czasu, szczególnie w tygodniu, ale niedziele zawsze są tylko dla nich. Gdyby nie byli tak wszystkim zajęci, przyjechaliby, ale nie da się. Niemniej bardzo się cieszę, że prywatnie i zawodowo im się układa. Może komuś jeszcze dolać zupy? – zaproponowała Marianne.
– Ja podziękuję, kochanie. Mam ochotę na tę twoją popisową pieczeń. Najpierw jednak może przekażemy chłopakom nowinę.
Richie uniósł znad talerza zainteresowany wzrok. Nie spodziewał się niczego nieprzyjemnego, bo sama radość wymalowana na twarzach ojca i macochy wskazywała, że to będzie coś miłego. Chyba. Zerknął na Jonathana, czy jest tak bardzo ciekawy jak on. Młody mężczyzna oddał mu spojrzenie.
– To mówcie, bo nie wiem, czy mamy się bać, czy cieszyć. – Richie próbował się uśmiechnąć.
– Spodziewamy się dziecka – powiedział Martin.
– Marianne, jesteś w ciąży? – zapytał zaskoczony Jonathan i wstał, żeby pogratulować kobiecie.
– No, chyba ja, nie wiem jak Martin – odpowiedziała.
Tymczasem Richie siedział jak zamurowany. Czegoś takiego to się nie spodziewał. Czy oni czasami nie byli za starzy na dziecko? W sumie Marianne była jeszcze w kwiecie wieku, jego tata również. Zorientował się, że wszyscy patrzą na niego z napięciem, jakby miał zaraz krzyczeć, że się nie zgadza, i lamentować jak baba.
– Wow – wydusił z siebie.
– Nie cieszysz się? – zapytał tata.
– Cieszę, ale zaskoczyliście mnie. – Powoli mijał mu szok. – Super.
– Tylko? – Mężczyzna uniósł brwi i podszedł do swojej żony. – Jesteśmy za starzy?
– Nie! Pewnie, że nie. Po prostu to niesamowite. Nie spodziewałem się. – Wstał, żeby uścisnąć macochę i ojca.
– Uwierz nam, my też. W sumie prędzej spodziewałam się menopauzy, a nie tego. Jednakże jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu. – Położyła ręce na brzuchu.
– Ile to już? Kiedy termin i wiecie czy chłopak, czy dziewczynka? – wypytywał Richie. Kiedy ochłonął, to okazało się, że naprawdę się cieszy.
– Drugi miesiąc – odpowiedział Martin. – I nie wiemy, jaką ma płeć. Za wcześnie, żeby to określić. Poród ma nastąpić w połowie października.
– Będę wtedy na studiach. Jak dobrze, że nie wyjeżdżam. – Został otoczony ramionami Jonathana, który za nim stanął.
– Widzisz, kolejny plus rezygnacji z tamtej akademii.
– To prawda. W takiej sytuacji nie wyjechałbym. – Złapał się na tym, że już nie mógł się doczekać, aż weźmie siostrzyczkę lub brata na ręce. – Nie byłoby nawet o tym mowy.
Martin odetchnął. Bał się reakcji syna, a po jego słowach, szczególnie wyrazie twarzy, widział, że chłopak naprawdę się z tego cieszy.

* * *

Ethan zaparkował przed domem Kadena i chwilę siedział w samochodzie, zanim zdecydował się na wyjście. Za nic się nie uspokoił. Burza w nim zamieniła się w szalejące tornado. Jeszcze nigdy nikt go tak nie potraktował. Nie był, do cholery, rzeczą, żeby go komuś oddawać! Jeszcze bardziej się wściekał, bo go to bolało jak skurwysyn.
– Już ja ci powiem, co o tobie myślę – warknął pod nosem i ruszył do drzwi. Tam nie nacisnął dzwonka, tylko zatłukł się pięścią w deskę pokrytą lakierem. Walił w nią, dopóki nie usłyszał chrzęstu zamka i wrota w czeluście domu Kadena się nie otworzyły.
– Odpierdoliło ci?
– To tobie odpierdoliło! – Popchnął Kadena do środka i nogą zatrzasnął za nimi drzwi. – Co ty, kurwa, odpierdalasz?! Jeżeli przeszkadza ci to, co robię, to mi, do jasnej ciasnej, powiedz wprost, żebym się od ciebie odwalił! Ale ty nie. Ty, kurde, nagle podrzucasz mnie Andersowi, bo nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego! – Popchnął go na ścianę. Gdzieś kątem oka dostrzegł, że przez przedpokój przeleciał kot. – Kim ja według ciebie jestem?! Masz mnie za napalonego gogusia, który daje dupy każdemu, kto mu się spodoba. I pewnie masz rację, ale to, co ty zrobiłeś, nie dotyczy seksu, tylko pracy! To pod twoją opieką się znalazłem, a ty po prostu powiedziałeś, że masz to gdzieś, bo nie masz czasu zajmować się stażystą. Mam, kurwa, dość takich kretyńskich zagrań! – Znów chciał popchnąć mężczyznę, lecz tym razem jego ręce zostały schwytane i nim się spostrzegł, stał przodem do ściany, rozpłaszczony na niej. Obie ręce trzymane w mocnym chwycie znalazły się na plecach, jakby właśnie został skuty. Po chwili poczuł na swoim uchu gorący oddech mężczyzny.
Kaden trzymał go mocno, wykrzywiając mu ręce do tyłu. Nachylił się i szepnął:
– Bądź grzeczny i posłuchaj mnie uważnie.