22 stycznia 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 1

Hej, Kochani, zaczynam publikację drugiego tomu Buntownika. Ma on 26 rozdziałów i epilog. 
Życzę miłego czytania i czekam na komentarze z którymi ostatnio kiepsko. Nie tylko chodzi o mnie, ale i o innych autorów. :)
Od jutra chcę wrócić do pisania. Trzymajcie kciuki. :)


Kamil Zarzycki, pożegnawszy się ze znajomymi z pracy po zakończeniu zmiany, udał się na przystanek autobusowy. Poprawił czapkę, która zsuwała mu się z lewego ucha. Nie znosił tego typu okrycia głowy, jednak z powodu mrozów został zmuszony do jej noszenia. Od tygodnia słupki na termometrach pokazywały minus dziesięć stopni. To niby niedużo, bo pamiętał jak bywało dwa razy tyle, ale ostatnimi czasy marzł bardziej niż zwykle.
Spojrzał na niebo zasnute chmurami i skrzywił się. Brakowało mu słońca. Nie pamiętał, kiedy ostatnio świeciło, chyba na początku grudnia. Za tydzień miało być już Boże Narodzenie, a on nie miał nastroju do świętowania. Mama prosiła go, by przynajmniej wrócił do domu na święta, jednak bronił się przed tym. Nie chciał wracać do Jabłonkowa. Odkąd kilka miesięcy temu opuścił rodzinną wieś, ani na chwilę tam nie zajrzał. Z mamą widział się tylko raz. Przyjechała, aby się z nim zobaczyć, ale w Zamościu została tylko na kilka godzin. Próbowała namówić go do powrotu. Nic nie zdziałała, przekonując się jak upartego ma syna. Nie chciał tam wracać ze względu na Szymona, którego nie zamierzał nigdy więcej zobaczyć. Domyślał się, że to będzie trudne, bo unikanie Bieńkowskiego nie może trwać wiecznie, jednak im dłużej trzymał się od niego z daleka, tym lepiej znosił rozłąkę. Z czasem uczucia, które czuł do mężczyzny wypalą się. Już było coraz lepiej. Tak, w ostatnich miesiącach zdobył praktykę w oszukiwaniu siebie. Działało, ale tylko na chwilę.
Kiedy wyjeżdżał z Jabłonkowa, nie obiecywał, że już tam nie wróci. Myślał, że wszystko odbędzie się inaczej. Widać Szymon tak naprawdę go nie kochał i nawet po przeczytaniu listu nie potrafił zdobyć się na kontakt z nim. Bieńkowski bardzo go wtedy zranił, oskarżając go o to, że podpalił stodołę. Wszystkiemu winna była zapalniczka, która wypadła mu z kieszeni. Prawda szybko wyszła na jaw, ale powiedzianych słów nie dało się cofnąć. Wsunął dłoń do kieszeni i wyjął zniszczony przedmiot. Popatrzył chwilę na coś, co dawniej było zapalniczką. Nie potrafił się jej pozbyć. Zacisnął na niej palce. Westchnął ciężko, jakby ta mała rzecz zrzucała mu na barki ogromny ciężar. Schował zapalniczkę z powrotem i przyśpieszył. Nie chciał się spóźnić na autobus. Na kolejny musiałby czekać około godziny.
Dotarłszy na przystanek stanął z dala od innych ludzi opatulonych w grube płaszcze, czapki, szaliki, jakby to był środek zimy, a tymczasem nawet śniegu nie było. Na święta podobno miało coś sypnąć białym puchem. Nie zależało mu, mimo że w lecie bywały momenty, kiedy myślał nad konnymi przejażdżkami wspólnie z Szymonem, w czasie których wokół znajdowałaby się gruba pokrywa śnieżna.
Autobus podjechał chwilę później. Kamil miał bilet miesięczny, więc od razu przeszedł na tylną część pojazdu i zajął wolne pojedyncze miejsce przy oknie. Napisał esemesa do Bogdana, że niedługo będzie w domu. Domem nazywał dwupokojowe mieszkanko, które od dwóch miesięcy wynajmował z przyjacielem i Anką. Zajmował malutki pokoik, w którym zmieściła się wersalka i stolik oraz krzesło, podczas gdy jego przyjaciele wzięli większe pomieszczenie. Anka i Bogdan od pięciu miesięcy byli razem. Pogratulował im tej decyzji, a szczególnie przyjacielowi tego, że w końcu przestał krążyć wokół Ani i zaczął działać.
Do mieszkania dotarł kilkanaście minut później. Byłby wcześniej, ale po południu zawsze powstawały na ulicach korki i autobus wlókł się, a nie jechał. Rozebrał się w czymś, co przypominało pokój, salon i przedpokój w jednym. Zawiesił kurtkę na wieszaku umieszczonym na drzwiach, żeby zaoszczędzić miejsce. Mieszkanko może nie było maleńką klitką, ale i tak ciężko im się było tutaj rozlokować, żeby sensownie poustawiać meble, które podarowali im rodzice Ani i Bogdana. Kamil dziwił się, że zarówno państwo Kalita jak i Małeccy nie oponowali przeciw wspólnemu mieszkaniu młodych przed ślubem. Tego szczególnie nie spodziewała się Anka. Jej rodzice to bardzo konserwatywni ludzie, ale widać uznali, że jest dorosła i może robić co chce. Przykazali tylko, żeby nie brała narkotyków i dobrze się uczyła na studiach. Jak dotąd dziewczyna nie zawiodła ich zaufania.
Zapalił papierosa i skierował się do części kuchennej, którą tworzył rząd ustawionych przy ścianie szafek, lodówka oraz kuchenka. Ściany pomalowali na brzoskwiniowy kolor tuż po tym, jak się wprowadzili. Właścicielka – staruszka, która wyjechała do Australii do syna – pozwoliła im na drobne remonty i odświeżenie mieszkania, które wynajęli na rok.
Otworzył lodówkę i wyjął z niej kawałek pizzy. Nie odgrzewając jej w mikrofali, ugryzł kęsa. Po przełknięciu włożył papierosa do ust i skierował się do pokoju Bogdana. Anka teraz była na uczelni, a Małecki, który chorował, leżał wygodnie w łóżku.
– Siema, stary.
– Co tak długo? Miałeś być piętnaście minut temu. – Boguś odłożył motoryzacyjną gazetkę. Zakaszlał. – To cholerstwo nigdy mnie nie puści, czy jak – zamruczał pod nosem bardziej do siebie niż do Kamila.
– Puści, puści. Tylko ty byś chciał od razu. Swoje trzeba wyleżeć. – Zaciągnął się papierosem, z ulgą przyjmując to, że w końcu mógł zapalić. W pracy nie wolno było palić, na ulicy także. Uznawał to za głupotę, ale trzymał się zasad po tym, jak dostał pouczenie od policjanta za to, że palił w publicznym miejscu. Na szczęście facet nie dał mu mandatu, bo Kamil kokosów nie zarabiał, a to, co miał, nie zamierzał tracić na niepotrzebne wydatki. Tym bardziej, że musiał zawiesić działalność sklepiku, który założył w Internecie, sprzedając tam figurki robione przez dziadka. Wszystko przez to, że nie miał co sprzedawać, a ostatnie pieniądze wysłał dziadkowi parę tygodni temu. Podobno staruszek wyrzeźbił bardzo dużo różnych figurek, ale musiałby pojechać do Jabłonkowa, żeby się wszystkim zająć. Trzeba było porobić zdjęcia, a potem wysyłać klientom paczki. Za dużo wynikało z tego pracy i wysiłku, aby dziadek i rodzice sami sobie z tym poradzili, a on na pewno tam nie wróci.
– Mam już dość leżenia. Jestem od tego bardziej chory. Wszystko mnie boli. – Bogdan, chorując, zawsze narzekał. Nie znosił uwięzienia w czterech ścianach. A i chętnie wybrałby się z Kamilem na piwo, by pogadać jak kumple, na co ostatnio jakoś się nie składało.
– Będę robił kawę. Chcesz czegoś do picia? – Ugryzł kolejny kawałek pizzy.
– Jak możesz palić i jeść jednocześnie? Herbaty, ale ten duży litrowy kubek.
– Spoko.
– A i z tą kawą wracaj tutaj. Nudzę się. Włączę lapka to obejrzymy jakiś film, co? Albo pogapimy się na Youtube jak inni grają w Wiedźmina. Hm? – Wychylił się po swojego laptopa leżącego po drugiej stronie łóżka, którą zajmowała Anka. Niedawno wynieśli wersalkę do piwnicy i kupili sobie dwuosobowe łóżko, by było wygodnie.
– Wolę się pogapić, na film nie mam chęci. – Wyszedł z pokoju urządzonego w kolorach kawy z mlekiem i wyposażonego dość prosto, w przeciwieństwie do czegoś co robiło za ich salon. Tutaj było tak kolorowo, że Kamila z początku bolały oczy. Czerwień przeplatała się z żółcią ścian, pomarańczem poduszek na wysłużonej już kanapie, bielą i czernią. Gust Ani był czasami bardzo oryginalny. Zamierzała przykryć panele zielonym dywanem, ale na szczęście zarówno on jak i Boguś odwiedli ją od tego.
Zgasił peta w popielniczce stojącej na stoliku dosuniętym do ściany, żeby można było wejść do kuchni. To przy nim jedli wszystkie posiłki. Skończył kawałek pizzy i umył ręce, o czym zapomniał po przyjściu do domu. Ale był głodny. Dzisiaj był taki ruch w pracy, że nie miał czasu nawet iść do toalety, a co dopiero myśleć o jedzeniu. Dziwne, bo pracował w McDonaldzie i wszędzie wokół było coś do jedzenia.
Zapaliwszy palnik w kuchence, nalał do czajnika wody i postawił go na gazie. Rzadko kiedy korzystali z czajnika elektrycznego, bo woleli oszczędzać na prądzie. W trójkę jakoś żyli, mogli opłacić mieszkanie, rachunki, ale każde z nich chciało też coś odłożyć na przyszłość. Jak się przekonali, było to bardzo trudne. Ania pracowała tylko w weekendy, bo codziennie chodziła na uczelnię. Dostała się na zarządzanie i administrację, po tym jak zrezygnowała z marzeń o medycynie. Natomiast Bogdan pracował, lecz jego studia zaoczne, a raczej książki, pochłaniały dużą część zarobków. Rodziców nie było stać na to, aby pokrywać wszystkie potrzeby finansowe syna. Jednak trójka przyjaciół nie mogła narzekać, bo nie głodowali i jakoś udawało im się spokojnie żyć z miesiąca na miesiąc. Czasem mogli pozwolić sobie na drobne przyjemności, jak papierosy Kamila, z których nie potrafił zrezygnować i na to szła znaczna część jego zarobków.
Dźwięk czajnika przerwał rozmyślania chłopaka. Kamil niespiesznie przygotował napoje i wrócił do pokoju Bogdana. Na ścianach wisiały liczne, oprawione w elegancie ramki, zdjęcia. To było tym, na czym Anka Kalita nie oszczędzała. Ostatnio wpadła w szał fotografowania. Nie potrafiła jednak trzymać zdjęć na dysku, tylko wybierała co lepsze i biegła do zakładu fotograficznego, gdzie prosiła o wydruk fotografii oraz kupowała ramki. Jakby nie wystarczył jej album lub pięć innych leżących na półce zawieszonej na ścianie na prawo od wejścia. 
Podał herbatę Bogdanowi i wtarabanił się do łóżka.
– Dzięki, Kamilku.
– Co tam masz? – Wskazał ruchem głowy na laptopa.
– Lubię oglądać jednego gościa. Fajnie gra i ciekawie opowiada. Nie nudzi.
– Do czego to doszło, żeby zamiast grać, oglądamy jak ktoś gra. – Kamil napił się kawy czarnej jak smoła. Ostatnio tylko taką preferował.
– Ty, coś takiego było u tych, no… Robią te takie filmiki… Kurwa, zapomniałem. – Małecki podrapał się po głowie, jakby to miało mu pomóc w przypomnieniu sobie nazwy kanału na Youtube. – Poszukam w historii…
– Dobra, puszczaj to co masz.
– Luzik, poczekaj, bo się ciężko filmik dzisiaj ładuje. Net coś słabo chodzi. Naprawdę wolałbym coś stacjonarnego, a nie mobilny – narzekał.
– Ale masz w promocji i płacisz za niego grosze.
– Jedyny plus. Co tam w robocie? – zapytał, próbując jeszcze raz uruchomić filmik.
– Marnie. Dzisiaj był zapierdol jak nie wiem, bo wpadła jakaś wycieczka, potem druga. Jutro pewnie też nie będzie lepiej. Ale to jedyna robota, którą znalazłem.
– Pytałem u nas w sklepie, ale nikogo nie potrzebują.
– Spoko, dam se radę. No puszczaj to, już się załadowało. – Poprawił się na łóżku, uważając, żeby nie wylać kawy. Anka by go za to zabiła. Bardzo dbała o pościel i czystość.
Na ekranie ukazało się intro, a potem pojawiła się plansza do gry Wiedźmin dziki gon. W lewym górnym rogu ukazał się mini ekranik z wizerunkiem chłopaka, który prowadził grę. Kamil omal się nie zakrztusił kawą, kiedy rozpoznał w nim Dominika Fiołkowskiego.
– To Fiołek.
– No, świetnie gra. Odkryłem niedawno jego kanał. Widzisz, ile ma subów? To gwiazda na Youtube, a ja go nie znałem.
– Ja go znam. Osobiście.
Bogdan popatrzył na Kamila jakby widział go pierwszy raz w życiu.
– Jak to?
– To znajomy… Wiesz kogo. – Odchrząknął, ukrywając twarz za kubkiem.
– Kogo?
Zarzycki przewrócił oczami i powiedział:
– Szymona. Widziałem Dominika dwa razy... Chyba trzy, bo na festynie także. Ale zazwyczaj chodził z głową w chmurach. Myśli tylko o swoich filmikach. Nie zamieniłem z nim słowa. Jest jakby go nie było – wytłumaczył kulawo.
– Myślisz, że on i Szymon… Ten teges?
– Nie. Fiołek jest hetero. Chociaż kto go tam wie. Z tego co mówił Szymon, to facet ma za kochankę swoje gry i kamerę.
– Taki aseksualny typek pewnie. Cóż, tacy też są. – Małecki wzruszył ramionami.
Przez kilka minut siedzieli w milczeniu, oglądając to, co działo się na ekranie. Kamil bardziej udawał, że to robi, bo jego myśli dążyły ku innej osobie mieszkającej wiele kilometrów stąd. Ciekaw był, jak Szymon radził sobie przez ostatnie miesiące. Z tego co mama mówiła, wynikało, że rodzinie Bieńkowskich było ciężko przetrwać to, co się stało.

*

– Zapomnij o nim, to gówniarz. Zostawił cię, kiedy najbardziej go potrzebowałeś – mówił Darek, popijając piwo z kufla.
Szymon nic nie odpowiedział, wpatrując się w ekran dużego telewizora wyświetlającego mecz siatkówki. Wokół w barze wrzało od podnieconych głosów, kiedy polska drużyna wygrywała.
– Szymek, idą święta. Czas żyć dalej. Teraz, po tym wszystkim, ty i twoja rodzina możecie się nareszcie podnieść. Wiem co mówię. Pamiętasz, jak było u mnie kilka lat temu, kiedy spłonął nasz rodzinny dom?
– Pamiętam.
– No, pomogliście nam. Teraz my mogliśmy wam pomóc. Podziękować za wszytko. Głowa do góry. – Uderzył otwartą dłonią w plecy Bieńkowskiego.
– Wiesz co? Tobie już chyba starczy. Wiktoria powie, że cię rozpijam.
– Nic nie powie. Rzadko nas odwiedzasz, a jeszcze rzadziej możemy pójść gdzieś razem. – Uniósł rękę, zamawiając u barmana kolejne piwa. Szymon zostawał dzisiaj u nich na noc, więc mógł coś wypić. – Cieszy się, że przyjechałeś.
– Ja też. W domu nie ma wiele do roboty. Gdy siedzę bezczynnie, za dużo myślę. – Podziękował barmanowi za trunek. Rozejrzał się czy nie ma gdzieś wolnego stolika, ale dzisiejszy wieczór nie był za dobry na spokojny wypad na miasto. Siedział więc z Darkiem przy barze, próbując rozmową zagłuszyć myśli. – Wiki dobrze znosi ciążę?
– Tak. Na szczęście. Chociaż ma zachcianki. Lepiej nie pytaj, co jej się potrafi zamarzyć w środku nocy. I nie mówię o seksie. A ja, jako dobry i kochający mąż, muszę wstawać, wychodzić na mróz i dreptać do jakiegoś sklepu otwartego przez dwadzieścia cztery godziny, żeby to jej marzenie kupić.
Szymon uśmiechnął się. Pamiętał jak to było z mamą, kiedy była w ciąży z Konradem. Uwielbiała jeść czekoladę, przegryzając ją ogórkami kiszonymi.
– Wiesz, jakie byłoby najlepsze lekarstwo na tego Kamila? – spytał Dariusz po tym, jak za jednym razem opróżnił kufel do połowy.
– Jakie?
– Inny facet.
– Nie, Dareczku, nie mam zamiaru pakować się w żadne związki, przelotne romanse, czy jednonocne przygody. W końcu zapomnę. Tym łatwiej, że nie przyjeżdża do domu na wieś. Może nie wróci.
– A jak wróci?
– To powiem mu, jak bardzo go nienawidzę – wyszeptał Szymon tak cicho, że przyjaciel tych słów w panującym gwarze nie mógł usłyszeć.

*

– Mamo, nie wiem. Nie chcę przyjeżdżać. Myślę o tym, aby w święta pracować. Wtedy są dobre zarobki – mówił Kamil rozmawiając z matką przez telefon.
– Kamil, ale to Boże Narodzenie, rodzinne święta. Nie może cię tu z nami nie być.
– Tata będzie zadowolony.
– Twoim ojcem się zajmę. Wróć do nas na stałe. Pomógłbyś mi w sklepie. Co chwilę odchodzą nowe pracownice. Przyjedź przynajmniej na święta.
Kamil usiadł na kanapie, kradnąc Ance ciastko.
– Nie namówisz mnie. Nie mam tam do czego wracać.
– Masz. Zawsze masz. Tutaj jest twój dom. Zastanów się, proszę. Czekamy na ciebie. Babcia chce zrobić twoje ulubione ciasto.
– Nie. Mam robotę w święta, muszę zostać. Cześć, mamo. – Rozłączył się. Położył głowę na ramieniu Anki zakopanej w książkach.
– Nie rozumiem cię – odezwała się dziewczyna. – Chcesz w święta być sam? Wiesz, że my z Bogdanem wyjeżdżamy do jego babci i nie będzie nas aż do Sylwestra.
– Naprawdę muszę pracować.
– Ble, ble, ble. Nie chcesz jechać, bo on tam jest. Zachowujesz się jak dziecko. Nie pójdę się bawić do piaskownicy – mówiła, naśladując głos małej dziewczynki – bo tam jest ten kolega, który ciągnie za moje warkocze i pewnie mnie nie lubi. Jedź. Wrócisz po świętach, urządzimy imprezkę na Sylwka. Będzie super. A jeśli spotkasz tego swojego rolnika, to co z tego?
Tego się bał. Co zrobi, kiedy zobaczy Szymona? Wciąż go kochał jak głupiec i nie chciał przeżywać tego, co się z nim działo, kiedy wyjechał z Jabłonkowa. Tego, kiedy czekał na znak od Szymona. Widać to, co  było w liście, nic nie znaczyło.
– Wolę zostać. – Przesunął się i położył głowę na kolanach przyjaciółki.
– Smutno mi, kiedy taki jesteś. – Pogłaskała go po głowie. – Jakbyś to nie był ty. Chcę dawnego Kamila. 
– Cały czas tu jest. Tylko jego serce nadal się nie skleiło.
– Ja już ci mówiłam, że obaj postąpiliście źle. Nie powinieneś był wyjeżdżać, a on oskarżać cię o coś, czego nie zrobiłeś. Czego nie byłbyś w stanie zrobić. – Spojrzała na Bogdana, który wyszedł z łazienki. Położyła palec na ustach, żeby nic nie mówił. Chciała, aby to była właśnie ta chwila, kiedy Kamil wyrzuci z siebie wszystko. Nie mógł całe życie dusić w sobie emocji. – Błędy można naprawić.
– Nie pouczaj mnie. – Zarzycki zdenerwował się i podniósł. – Łatwo ci mówić.
– To pomyśl o rodzinie.
– Idę się umyć i spać. Rano wcześnie wstaję.
Odprowadziła przyjaciela wzrokiem. Znów jej się nie udało.
– Próbowałaś. – Bogdan podszedłszy do niej, ucałował ją w czoło.
– Gdyby tam wrócił, może stałby się cud – wyszeptała.
Kamil słyszał jej słowa, zanim zamknął drzwi do łazienki. Jakiego ona chce cudu? Cudów nie ma, nawet z Jabłonkowie. Już nie.
Wziął szybki prysznic, umył zęby, ogolił się i kilka minut później wszedł pod kołdrę. W pokoju było ciepło, a on i tak odczuwał chłód. Wersalka stała przy oknie, zza którego do pokoju zaglądał księżyc. Wpatrzył się w jego tarczę, wspominając czas spędzony w Jabłonkowie, swoją pracę w stadninie, kiedy oporządzał boksy, konie. Pokochał te zwierzęta, szczególnie Zefira.
Tęsknił.
Za Szymonem szczególnie. Prychnął. Sentymentalny się zrobił. Nic jednak na to nie mógł poradzić.
– Co w tej chwili robisz? – zapytał, wiedząc, że nie dostanie odpowiedzi, nieprzerwanie wpatrując się w księżyc.

*

Szymon zacisnął dłonie na barierce balkonu. Jak każdej nocy skierował spojrzenie na księżyc. Nie przeszkadzał mu zaczepiający go zewsząd mróz, mimo że był w samym swetrze. Wypił za dużo i potrzebował otrzeźwieć. A chłód nocy zawsze mu w tym pomagał. Szkoda, że na inne rzeczy nie działał równie łatwo. Na wszystko to, co się stało, a szczególnie na miłość. Gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby inaczej. Oczywiście mając w głowie to, co wie teraz.

– Widać nie mieliśmy być razem. Nadeszła próba, a my jej nie przeszliśmy. – Opuścił wzrok na miasto pokryte światłami, a potem z powrotem przeniósł go na księżyc, zadając pytanie: – Co w tej chwili robisz?