14 stycznia 2016

W sidłach miłości - Rozdział 12

Odblokowałam pisanie anonimowych komentarzy. 

Dziękuję za komentarze. :)



Richie chciał podnieść ciężkie powieki, lecz te natychmiast z powrotem opadały, jakby ktoś zawiesił na nich ciężarki. Pragnął ponownie zatonąć we śnie i zagrzebać się pod kołdrą. Najlepiej pod całym multum kołder. Było mu okropnie zimno, nawet okrycie nie pomagało w rozgrzaniu ciała. Piżama przyklejała się do skóry zlanej potem. W gardle zamieszkało stado drapiących potworów, a w głowie ktoś urządził sobie dyskotekę. Czuł się tak bardzo słaby, że poruszenie ręką stało się ciężką pracą. Zbyt dobrze znał ten stan i nie podobało mu się to. Koniecznie dzisiaj musiał pojawić się w szkole. Dwie godziny choreografii to było to, na co czekał. Miałby czas omówić z nauczycielem nowe zagadnienia i kroki.
Zmusił się, by odsunąć z głowy kołdrę. Z trudem otworzył powieki, ale oczy zabolały go, jakby ktoś nasypał do nich piasku. Wszystko przez wpadające do pokoju słońce. Niech ktoś je zabierze. Dlaczego świeci wtedy, kiedy go nie potrzebuje? Cały się trzęsąc, wyciągnął rękę spod przykrycia i sięgnąwszy po telefon, próbował się jakoś podnieść. Komórkę zawsze kładł na biurku i nigdy nie było wielkim wyczynem, żeby ją dostać z łóżka, ale dzisiaj była całe mile od niego. Po kilku próbach wziął ją w dwa palce i odblokował. Skrzywił się, zauważając, że była już siódma rano. Jeszcze musiał się umyć, w coś ubrać, znaleźć jakieś leki na gardło i przede wszystkim upolować coś do picia. Wszystko przez to, że kiedyś tak zmókł, uciekając od tamtego faceta. Gdyby tata nie poszedł do pracy, wysłałby go do lekarza. To tylko małe przeziębienie, przy którym ma wrażenie, że stoi całkiem goły na Grenlandii, a mroźny wiatr owija się wokół niego, wychładzając ciało aż do kości.
Wysunął nogi spod kołdry i postawił stopy na podłodze, a raczej próbował to zrobić, bo zimne deski nie były niczym przyjemnym. Przeszedł go lodowaty dreszcz. Zaczął kaszleć, nie mogąc złapać powietrza. Coś mu chciało wyrwać płuca. Jakieś cholerstwa uwzięły się na niego. Ponownie schował nogi pod przykryciem, a potem resztę ciała. Poleży jeszcze chwilę. Tak z pięć minut. Głowa przestanie mu pękać, to zawsze będzie inaczej. Przejrzy wtedy na oczy, będzie mógł działać dalej. Wkrótce powieki same okryły narządy wzroku, a senna mgła odsunęła na bok rzeczywistość.

* * *

Podpierał brodę na dłoni, głupkowato się uśmiechał i nie potrafił nic przełknąć. Bawiąc się łyżeczką od herbaty, rozmyślał o namiętnych chwilach, które spędził z Joshem. Kochali się dwa razy, po wszystkim wzięli prysznic, a on wyszedł od mężczyzny koło dwudziestej drugiej, pewny, że wróci. Trochę przesadzili z czasem, bo jaki uczeń tak długo siedzi u nauczyciela, ale liczyli, że nikt z sąsiadów Morrisona go nie zna, a do tego nie interesuje się życiem Josha. W obecnym świecie sąsiad sąsiada nie znał. Spotykał go na klatce schodowej i mówił „dzień dobry”, o ile w ogóle się witał. Każdy zamykał się w swoich czterech ścianach, mając w głębokim poważaniu, kto mieszka za ścianą. Owszem,  zdarzały się wyjątki, i to takie, że ludzie pchali swoje nosy nie tam, gdzie trzeba. Dlatego, gdyby miał wybierać, to wolał sąsiadów Josha, tej pierwszej kategorii.
Jonathan, trzymając kubek w obu dłoniach, oparłszy przedramiona na blacie stołu, przyjrzał się uważnie bratu. Ten właśnie rezydował w swoim własnym świecie. Ciekawość go zżerała, o czym to Alex rozmyśla. Pociągnął łyk kawy zbożowej z odrobiną mleka i toną cukru. Uwielbiał ją z tostami i dżemem morelowym. Od czasu, kiedy musiał zwolnić z piciem normalnej kawy, przeniósł się na zamienniki. Z początku było trudno, ale przyzwyczaił się. Przynajmniej ręce mu się po tym nie trzęsą jak po zwykłym napoju bogów, który pił litrami. Powracając do gapienia się na brata, przechylił głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, niczym kot. Uniósł prawy kącik ust w parodii uśmiechu.
– Zaliczyłeś.
– Hm? – Oderwał się od świata marzeń. Nawet nie dotarło do niego, że ktoś jeszcze jest w kuchni. Do tego teraz w tle grała jakaś wolna muzyka dobiegająca z radia stojącego na górnej szafce.
– Wczoraj dwie godziny spędziłeś w łazience. Wyszedłeś wypachniony i ubrany jak stróż w Boże Ciało…
– Nie ubrałem się aż tak. Tylko zwykła koszulka… Po cholerę ja z tobą gadam. – Odrzucił łyżeczkę i wyprostował się na krześle. Dzisiaj rodzice wyszli wcześniej z domu, więc miał nadzieję w spokoju i samotności zjeść śniadanie przed wyjściem do szkoły. Niestety los bywa przewrotny. Johnny znów wstał o świcie. Pewnie po to, żeby się nad nim poznęcać.
– Kogo zaliczyłeś? Jakiegoś słodkiego chłopaczka? – Johnny pochylił się bardziej w stronę brata. Siedział naprzeciwko i widział każdą zmianę na twarzy Alexa. Chłopak starał się przywdziać maskę obojętności, ale nie za bardzo mu to wychodziło.
– Dlaczego tak sądzisz? – Spiorunował go wzrokiem.
– Wyglądasz, jakbyś wygrał los na loterii, nie jesteś tak spięty jak ostatnio i rozmarzyłeś się jak nastolatka po pierwszym pocałunku.
– Nie twoja sprawa. Z bratem nie będę omawiał mojego życia erotycznego. – Podniósł swoje ciut obolałe cztery litery z zamiarem wyjścia z kuchni.
– Czyli jakieś jest. – Odstawił kubek i obrócił się twarzą do Alexa. – Gratuluję.
– Pff – prychnął. Sięgnął po leżący na stole telefon i po sekundzie już dzwonił do Richiego. – Ja mam przynajmniej jakiś seks.
– Mam dziś randkę z uroczą, seksowną studentką, może nie wrócę na noc. – Wyszczerzył się Jonathan.
– Marzenia ściętej głowy. – Alex stał z przystawionym do ucha telefonem, ten ciągle dzwonił, ale przyjaciel nie odbierał.
– Co, psiapsiółka ma cię gdzieś?
– Nie wiem, czemu nie odbiera. – Rozłączył się i ponownie wykonał połączenie.

* * *

Huczenie w głowie wzmogło się po raz kolejny. Dusił się pod kołdrą, więc wysunął spod niej głowę. Uchylił jedno oko, patrząc na coś, co przypominało komórkę leżącą tuż przy jego nosie. Mała, czarna, płaska powierzchnia z migającym ekranem przeszkadzała mu w spaniu. Nacisnął palcem klawisz do głośnego mówienia.
– Mmm?
– Richie?
– No – odezwał się, a jego gardło stało się poduszeczką do wbijania igieł dla tych małych potworków. Zakaszlał, przykładając dłoń do ust.
– No nie. Chory jesteś – stwierdził Alex.
– Nom. – Miał potężną chrypę, przez to jego głos stał się niski i cichy.
– Cholera. Zaraz u ciebie będę.
– Nie. – Odchrząknął. – Mam leki. Jak się zbiorę… – Ponownie zakaszlał, tym razem dłużej. Mimo wstrząsających nim dreszczy robiło mu się potwornie gorąco. – Jak się zbiorę, to pójdę do lekarza.
– Blablabla. Już ci wierzę.
– Jedź do szkoły. Powiedz trenerce, że padłem.
– Jaką masz temperaturę?
Temp… co? Nie mierzył. Nawet gdyby to zrobił, to i tak nie powiedziałby mu, ile ma gorączki.
– Naprawdę spoko. Tylko mnie gardło boli i tyle. Alex, źle mi się mówi, więc idź do szkoły, ja się zdrzemnę.
– I tak ci nie wierzę. Po szkole jestem od razu u ciebie i jak nie będę widział recept od doktora, to nakopię ci do tyłka.
– Dobra. – Pozbył się go na chwilę, a konsekwencjami będzie się martwił później. Alex dostawał świra zawsze wtedy, kiedy on chorował. Wszystko przez to, że ostatnie schorzenie pół roku temu skończyło się zapaleniem płuc.
Wyczołgał się z łóżka, próbując opanować wirujący pokój. Przynajmniej nie było mu na razie zimno. W pokoju jego zdaniem panował właśnie pięćdziesięciostopniowy upał. Pierwszą rzeczą, jaką musiał zrobić, to napić się. Dotarcie do kuchni będzie nie lada wyzwaniem. Potem prysznic i zmiana ubrania. Zapisał sobie punkty w głowie, przystępując do wykonania planu. Cudem odnalazł kapcie i wsunął w nie stopy. Podniósłszy się, potruchtał w stronę swojego celu. Czuł się fatalnie, jakby ktoś przecisnął go przez wyżymaczkę z miliard razy. A miał tyle planów na dzisiaj. Nie mógł chorować. Czas płynął, a musiał przygotować nowy układ i to w parze, całe szczęście Joyce zgodziła się zostać jego partnerką. Do tego muzyka. Jak zapłaci Oscarowi, to może zgodzi się zrobić parę miksów. Kumpel nie może cały czas pomagać mu za darmo. Szczególnie jeśli u nich w domu też się nie przelewało i rodzina żyła od pierwszego do pierwszego.
W kuchni nalał sobie wody do szklanki. Zawsze na blacie stał dzbanek z niegazowaną wodą. Gdyby się napił takiej z lodówki, mogliby mu już śmiało kupić trumnę. Wypił połowę, ignorując protestujące gardło, drugą połowę zostawiając do popicia leków. Zanim jednak zabrał się za szukanie medykamentów leczniczych, przystanął na chwilę, podpierając się o szafkę, gdy pociemniało mu w oczach. Faktycznie powinien zmierzyć sobie temperaturę. Zrobi to po umyciu się, co znaczyło, że potrzebował przebyć drogę ku łazience. Myśl o położeniu się w wannie i zrelaksowaniu pobudziła go do działania.

* * *

Coraz większa ochota na roztrzaskanie myszki, bo laptopa szkoda, nawiedzała go za każdą ofertą pracy, która mu się nie podobała. Johnny cenił się zbyt wysoko, żeby podjąć pracę w jakiejś gównianej szkole tańca. Natomiast tam, gdzie mogłoby mu się spodobać, mówili, że ma za wysokie kwalifikacje lub już kogoś przyjęli. Szkoły tańca wyrastały jak grzyby po deszczu, a on nadal wysiadywał dziury w kanapie. Jak tak dalej pójdzie, zostanie sprzedawcą. W sumie gdyby nie pieniądze, które zarobił, występując w zespole, podjąłby każdą robotę. Tak to mu się nie śpieszyło. Mógł wybrzydzać. Czekał go kolejny samotny dzień w domu. Znów zabawi się w kurę domową, posprząta, ugotuje obiad, by braciszek miał co żreć, kiedy wróci ze szkoły. Rodzice po pracy wybierali się na randkę – ich co dwutygodniowy rytuał – czyli obiad w jakiejś restauracji, potem kino i spacer. Urocze zwyczaje podtrzymujące ich dwudziestoczteroletnie małżeństwo odnosiły doskonały skutek.
Zamknął przeglądarkę, mając doskonałe plany spędzenia najbliższych dwóch godzin przy grze Need for speed. Potem wyskoczy na miasto i wróci na tyle wcześnie do domu, żeby zrobić obiad. Nie zagłodzi siebie, swojego brata i tej panienki, która tu za nim przylezie. Kliknął na ikonę gry wyścigowej, rozsiadając się niczym król w salonie, gdy dzwonek komórki zmusił go do chwilowej zmiany planów. Na szczęście nie musiał ruszać tyłka, telefon miał przy sobie, wraz z całą butelką coli. Nikt mu nie powiedział, że ma wystrzegać się kofeiny również z tego napoju.
 Odczytując z informacji na ekranie, kto dzwoni, nie zastanawiał się nad odebraniem rozmowy. Rodzice nauczyli go, że zawsze jak dzwonią najbliżsi, trzeba odebrać. Co nie znaczy, że przestrzegali tej reguły. Johnny zwyczajnie miał nadzieję, że Alex dzwoni po to, żeby podzielić się z nim informacją z kim spędził wczorajszy wieczór.
– Co tam, braciszku? Stęskniłeś się za mną? – zapytał, przyglądając się paskowi logowania do gry.
– Prędzej zatęsknię za lekcjami WF–u – Johnny wiedział, jaką sympatią Alex darzył ten zacny przedmiot – niż za tobą.
– Ja biedny, nieszczęśliwy, zdradzony dla znienawidzonych lekcji. – Starszy z braci złapał się za serce, czego młodszy i tak nie mógł zobaczyć.
  – Nie błaznuj. Mam sprawę.
Tych słów to się bał. Ostatni raz zostały wypowiedziane tuż przed tym, jak Alex wymknął się z domu, bez wiedzy rodziców, w czasie tygodniowego szlabanu. On miał go kryć. Akurat był w domu w przerwie pomiędzy trasami i też było: „mam sprawę”. Niestety plany Alexa nie poszły idealnie, za co obaj oberwali od rodziców. Nie dość, że braciszek upił się w trupa na imprezie u kumpla, to któryś z sąsiadów, niezadowolony z głośnej muzyki, zawiadomił policję. Ci oczywiście przyjechali, a pijany braciszek musiał się do nich stawiać. Rodzice dowiedzieli się o wszystkim, gdyż musieli po niego przyjechać na komisariat. Skończyło się to dla siedemnastoletniego wtedy Alexa miesięcznym szlabanem, pięknym przeproszeniem panów policjantów, a dla niego solidnym kazaniem na temat pilnowania młodszego brata.
– Co z tego będę miał? Nie ma nic za darmo.
– Moją dozgonną wdzięczność lub zmywanie przez najbliższy tydzień.
– Co mam zrobić? – Gotować lubił, zmywać nie, więc szansa na otrzymanie bileciku na trzymanie się z dala od brudnych garów musiała zostać przez niego wykorzystana.

Po jaką cholerę pytał. Teraz przełaził na drugą stronę ulicy z miną pokazującą, że chce kogoś zabić. Z oczu strzelały pioruny, dotykając każdego z przechodniów tej spokojnej ulicy. Brakowało, żeby sąsiedzi unikali go i zaczęli plotkować, że wstąpił w niego demon. W tym momencie tak chyba wyglądał.
Mógł się nie zgodzić na pomysł brata. Ale nie, braciszek miał swoje sposoby na zmuszenie go do czegoś. Miesiąc zmywania garów był jednym z nich. Już widział Alexa wykonującego tę powinność. Będzie się wykręcał, żeby tylko jego śliczne rączki nie dotknęły brudnego talerza. Włożenie naczyń do zmywarki też było męką. Kochany braciszek.
Dotarł przed domostwo, które długo stało puste, zanim zamieszkał tu ojciec z synem. W sumie zawsze podobał mu się ten dom, przez jakiś czas chciał go kupić, ale uniemożliwiono mu to poprzez sprzedanie hacjendy. Parterowy budynek był ozdobiony przez ładny, otwarty ganek – nakryty dwuspadowym daszkiem i podparty dwiema kolumnami – oraz łukowate okna z drewnianymi okiennicami, które rzadko w tych czasach widywał. Do budowli, od prawej strony, przylegał jednostanowiskowy garaż doskonale komponujący się z bryłą domu. Całość była pomalowana na jasny błękit, który uzupełniał niebieski, dwupołaciowy dach pokryty blachodachówką i zakończony okapem. Urocze ustrojstwo z trzema sypialniami, salonem i otwartą na niego kuchnią, dwuosobową ławką na ganku, otoczone białym płotkiem i krótko skoszonym trawnikiem. Czasami ściskało go za serce, że nie należy do niego. Niestety nie zawsze ma się to, czego się chce. Szkoda tylko, że akurat w tym siedlisku mieszkała ta panienka. Był niesprawiedliwy, że tak o nim mówił, dzieciak nic mu nie zrobił, poza tym, że gapił się na niego jak ciele na malowane wrota i udawał opóźnionego w rozwoju. Po prostu gówniarz go strasznie wkurwiał. Jeszcze podobno tańczył lub pewnie próbował to robić. Baletnica od siedmiu boleści.
Na prośbę Alexa – martwiącego się, że przyjaciel jest jedną nogą nad grobem – miał sprawdzić samopoczucie chłopaczka. Czego się nie robi dla upierdliwego brata przy okazji znającego twoje sekrety. Robił to pierwszy i ostatni raz. Zapukał do drzwi kostkami palców na tyle cicho, żeby nikt nie usłyszał, ale na tyle głośno, by mieć czyste sumienie i nie kłamać mówiąc, że dobijał się, ale nikogo nie było. Odczekał chwilę, by ponowić pukanie całkowicie lekceważąc przycisk dzwonka obok.
– Ha, nie ma nikogo. – Już miał odejść, kiedy zatrzymał go zachrypnięty głos zza tej drewnianej deski z małą szybką pośrodku.
– Kto tam?
– Hipopotam. – Cisza, która nastała po odpowiedzi, przedłużała się z każdą sekundą. – Ej, jesteś tam? Głupi gówniarz. Ja tu do niego z dobrym słowem i pomocą, a on udaje, że go nie ma. – Okej, idę sobie.

Richie ledwie wyszedłszy spod prysznica i otuliwszy się ciepłym, szlafrokiem, gdyż znów robiło mu się zimno, przechodząc koło drzwi frontowych, usłyszał pukanie. Zamiast spojrzeć kto to się dobija, odezwał się i teraz żałował. Domyślił się też, kto przysłał Jonathana.
– Jestem. – Oparł się plecami o drzwi, nie mając zamiaru wpuszczać dwudziestodwulatka do środka. Po lekach czuł się ciut lepiej, ale tylko ociupinkę. Prawdę mówiąc, ledwie trzymał się na nogach i oszukiwał samego siebie.
– No to otwieraj te wrota.
– Po co? – Oddzielenie drewnianą zasłoną dawało mu więcej pewności siebie, niż kiedy miał patrzeć w oczy starszemu chłopakowi.
– Bo nie mam ochoty stać tu jak kołek?
– Nie umieram. Możesz iść. – Wiedział, jak wygląda, jeszcze gorzej niż się czuł, i nie chciał, żeby Johnny również z tego sobie żartował. Do tego pod szlafrokiem był goły i czułby się skrępowany obecnością chłopaka. – Powiedz Alexowi… – Ostry kaszel przeszkodził mu w wyartykułowaniu kolejnych słów. Złapał się za klatkę piersiową i aż się pochylił, by złapać oddech.
Zaniepokojony Johnny zatłukł pięścią w drzwi. Ten chłopak kaszlał niczym gruźlik. Gdzie on się tego dorobił? Nie lubił go, ale nie miał zamiaru pozwolić blondasowi umrzeć. Alex by go zabił. Dlaczego tych dwóch nie jest razem, skoro jeden za drugim wskoczyłby do studni? Zakodował sobie to pytanie w głowie, w przyszłości chcąc z niego skorzystać. W jak najbliższej przyszłości.
– Otwieraj, bo jak ja otworzę, to na pewno nie będę płacił za wyłamane drzwi! – Odczekał chwilę i już miał ponownie załomotać w przeszkodę, gdy ta zniknęła z drogi. W powstałej szczelinie ujrzał cień znanego mu chłopaka. Gówniarz był rozpalony, sądząc po czerwonych policzkach, błyszczących nienaturalnie oczach, zroszonym kroplami potu czole i słaniał się na nogach. – Nic ci nie jest? Słuchaj no, chłopaczku. – Wszedł do środka, gdy Richie odsunął się na bok. – Gdyby to ode mnie zależało, zostawiłbym cię i sobie choruj. Nie lubię cię, co jest ci ogólnie znane, bo się z tym nie kryję. Jednakże mój brat z jakiegoś powodu cię uwielbia. Także zbieraj się i jedziemy do lekarza.
Wpuścił go tutaj tylko po to, żeby wysłuchać cudownych wyznań Jonathana i dowiedzieć się, że jest po uszy zakochany w debilu. Debilu, który wbija mu coś ostrego w serce, a on stoi jak ciapa, nic nie mówiąc, nic nie robiąc i gapiąc się na niego z otwartymi ustami.
– Idź zamienić ten uroczy szlafroczek na coś innego i jedziemy.
– Z tobą nigdzie się nie ruszam – powiedział, przytrzymując się drzwi. Starał się nie dygotać. Z dworu napływało dość chłodne powietrze. W płucach go dusiło od przytrzymywanego kaszlu. Do tego z nosa zaczęło mu siąpić. Już był przez chwilę szczęśliwy, że katar go ominie, a tu proszę, przyszedł w gości podobnie jak chłopak naprzeciwko.
– Dobra, chłopaczku, jak chcesz – zawarczał Johnny. Ręka go swędziała, by strzelić z liścia to uparte stworzenie. Wróci do domu, zadzwoni do brata i powie mu, że ma przyjaciela kretyna, który odrzucił jego pomoc. Do tego wbił wzrok w swoje stopy, zamiast na niego patrzeć! – Żebyś potem nie żalił się, że nie chciałem pomóc. Nie moja sprawa. Chcesz chorować i wyglądać jak gówno, mając pewnie ze czterdzieści stopni i gdzieś wizytę u lekarza? Proszę bardzo, młody. Ja spadam. – Machnął ręką i odwrócił się.
Richie nie patrzył, co chłopak robi. Słyszał tylko w głowie „wyglądasz jak gówno”. Dobrze, że było to użyte w kontekście choroby, bo faktycznie tak wyglądał, ale zabolało. Nie mógł podnieść oczu, bo w nich kryły się nie tylko ślady gorączki, ale i łzy. Z ulgą przyjął wyjście chłopaka. Zamknął za nim drzwi. Oparł gorące czoło o deskę i znów zaczął kaszleć. Zacisnął powieki, żeby powstrzymać głupie łzy. Odnosił wrażenie, że czuł się coraz gorzej. Do fizycznego cierpienia doszła psychika, ta właśnie oberwała kilkoma ostrymi pociskami. Alex nie powinien kazać swojemu bratu tu przychodzić. Przecież Johnny go nienawidził. Swoim zachowaniem zdenerwował tancerza, ale Johnny i tak nie musiał ciąć tym swoim językiem jego serca. Musi pogadać z przyjacielem. To zrobi później, na razie chciał założyć jakiś dres lub piżamę, zależy, co wpadnie mu do rąk i spać. Wróci tata, to zawiezie go do lekarza. Jakoś wytrzyma te kilka godzin.
Przytrzymując się ściany, poczłapał do swojego pokoju. Tam znalazł pierwszy lepszy dres na tyle gruby, żeby mu było ciepło i założywszy go na siebie, wcześniej ubierając pierwsze lepsze slipy i skarpetki, usiadł ciężko na łóżku. Z kieszeni szlafroka wyjął termometr i włożył go sobie pod pachę. Położywszy się na łóżku, zwinął w kłębek. Zamknąwszy oczy, odleciał.

* * *

Otworzył dłoń i zazgrzytał zębami. Co go podkusiło, żeby wziąć klucze od domu Taylora? Ot wychodząc, zobaczył, że wiszą sobie na tablicy magnetycznej – tuż obok wejścia do budynku – i nagle znalazły się w jego kieszeni. To były te, których używał blondas. Z breloczkiem w kształcie głowy owczarka niemieckiego i dołączonym do niej srebrnym łańcuszkiem imitującym smycz. Klucze zostały doczepione do metalowego kółeczka zawieszonego na uchu psa, do którego też podłączono na malutkim karabińczyku łańcuszek. Ten można było odczepić od kółka i przypiąć do ubrania, by kluczyki zawsze mieć przy sobie i mieć pewność, że się ich nie zgubi.
Ładne to to jest, pomyślał. Przysiadł na ławce, założywszy nogę na nogę. Powinien właśnie ścigać się swoim czerwonym Ferrari z dziesięcioma przeciwnikami, zaciekle walcząc o zdobycie pierwszego miejsca. Tymczasem siedział przed domostwem baletnicy i zastanawiał się, czy użyć kluczy, czy nie. Były dwa. Jeden musiał pasować do drzwi. Głupi gówniarz naprawdę źle wyglądał. Nie chciał go mieć na sumieniu. Do tego Alex urwie mu jaja w tej samej chwili, w której dowie się, że zostawił jego przyjaciela samego. Podobno Taylor nawet zapalenie gardła przechodził ciężko. Czy można mieć tak słaby system odpornościowy?
– Niech cię szlag, ciotuniu! – warknął i zwolnił miejsce na drewnianej ławeczce. W trymiga znalazł się przy drzwiach. Włożywszy klucz do dziurki jedną ręką, drugą położył na klamce, a ta wtedy ustąpiła. Nawet się kretynek nie zamknął! Wyjął klucz z zamka. Znalazłszy się w przedpokoju – skąd było widać salon, a za nim kuchnię – próbował odszukać pokój chłopaka. Znalazł go dopiero za trzecią próbą, skoro duży pokój należał do ojca, ten po lewej od wejścia, a obok niego był drugi, niezamieszkany, tak po prawej musiał być Taylora. Nie pukał, mając gdzieś, że młody może się przebierać. Otworzywszy wrota do tajemniczego świata, wkroczył z rozmachem do pomieszczenia. W oczy rzucił mu się pokój przygotowany do ćwiczeń. Nawet było lustro. On miał podobny. Przecież gdzieś musiał trenować, a nie wynajmował żadnej sali. Niespodzianka. Blondasek traktował taniec poważnie. Przesunął spojrzeniem w głąb pokoju. Chłopak leżał na łóżku w pozycji embrionalnej. Spał. Spod pachy wystawało mu coś, co wypychało bluzę. Musiał to być termometr, bo opakowanie po nim leżało obok. Zbliżywszy się do łóżka, zacisnął szczękę i rozsunął zamek od ubrania. Chłopak był spocony, na co też wskazywały jego włosy przyklejone do czoła. Johnny sięgnął po końcówkę elektronicznego termometru i wyjął ją. Od razu spojrzał na wynik.
– Trzydzieści dziewięć i pięć? Masz cholerne prawie czterdzieści stopni?! – podniósł głos. Rzucił termometr na biurko i usiadł przy Richiem. Dotknąwszy jego czoła, zaczął go budzić. – Hej, wstawaj, kurwa. Jedziemy na pogotowie. Sam nie zbiję ci tej gorączki. – Chłopak poruszył się i coś zamruczał, lecz nie dał się zbudzić. – Mam cię nosić na rękach? Spodobało ci się to? Może i dobrze, że prawie jesteś nieprzytomny, nie będziesz się bronił przed wizytą u doktorków. Przyprowadzę samochód i jak wrócę, masz tu być – mówił. – I tak zmarnowałeś mój początek dnia, możesz zmarnować cały. – Przed wyjściem przykrył go kocem, który leżał zwinięty w nogach łóżka. Nie znosił go, ale nie był skurwysynem, który nie pomoże wrogowi.

Dziesięć minut później wrócił po chorego. Wziął chłopaka na ręce, tak samo jak wtedy, kiedy wynosił go z samochodu Alexa. Tylko tym razem miał wrażenie, że niesie kulę ognia, a nie człowieka. Przeklinając pod nosem i złorzecząc na wszystko wokół, zaniósł Richiego do podstawionego pojazdu. Posadził na przednim siedzeniu i zapiął pas. Po tych czynnościach wsiadł za kierownicę z zamiarem udania się po pomoc.

15 komentarzy:

  1. Na początku to dziękuję Ci za odblokowanie komentarzy :) A co do rozdziału.. wow.. zatkało mnie.. w końcu wydarzenia zostały opisane z punktu widzenia Jonathana i szczerze mówiąc jestem na niego strasznie zła.. konkretnie za jego wyzwiska i traktowanie Richiego jak śmiecia, przecież on mu nic nie zrobił! Mam nadzieję, że w końcu pomimo tych trudnych początków będą razem, gdyż Richie jest jednym z moich ulubionych bohaterów i chcę aby był szczęśliwy ;) Wspomnę jeszcze o jednej ważnej rzeczy: to opowiadanie jest najlepsze jakie do tej pory czytałam. Wciąga od samego początku i oby tak dalej! :) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyślałam, że już najwyższy czas odblokować anonimowe komentarze. Richie nic mu nie zrobił, a może... Wszystko się okaże w bliższej lub dalszej przyszłości dlaczego Johnny jest taki zły dla Richiego. :)

      Usuń
    2. No cóż.. w takim razie pozostaje nam czekać :)

      Usuń
  2. No tak trzymaj Jonathan zobaczymy co z tego wyjdzie:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie Johnny leci na Richiego, ale nie pogodził się ze swoją orientacją i odpycha młodego, bo ten za bardzo go kusi ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Johnny jest pogodzony ze swoją orientacją. Z każdą jakiej się można by po nim spodziewać. :)

      Usuń
  4. Ha! Mówiłam, że to nie był pierwszy i ostatni raz jak go będzie nosił na rękach! Hehehe super. Ależ Jonathan jest dobroduszny, normalnie po stopach go całować...- do cna przesiąknięta ironią.
    Wkurza mnie, nazywając mojego ulubieńca panienką i baletnicą, ale z czasem pewnie go polubię. No i teraz widzi, że to taniec Richiego to nie tylko hobby. On po prostu musi przejrzeć na oczy. Taylor jest cudowny :D
    Spodziewałam się, że to z Joyce będzie chciał zatańczyć. No i fajnie, fajna kobita. Johnny jest bardzo zainteresowany życiem erotycznym Alexa... interesujące. Ciekawe kiedy i w jakich okolicznościach zada to pytanie Richiemu i braciszkowi, czemu oni nie są razem?
    Rozdział cudowny :)
    Weny Luano!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Johnny to Johnny. jest ciekawski, więc wszystko go interesuje do wszystkiego się wtrąca. Poza tym nudzi się.
      Cieszę się, że Richie według Ciebie jest cudowny. Jestem ciekawa czy kiedyś straci w Twoich oczach, a może jeszcze bardziej zyska. :)
      Tak, chce zatańczyć z Joyce i nie bierze innej ewentualności, szczególnie, żeby tańczyć z chłopakiem. :)
      Wena się ostatnio bardzo przydaje. :)

      Usuń
  5. Trzeba czekac na nowe rozdziały :3 mrrr biedny Richi =/ taki mały idiota :(

    Weny Lu :3

    Ps: gites ze anonimowe komcie odblokowałaś :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Do paru ostatnich opowiadań byłem negatywnie nastawiony. Tutaj zaczynam odczuwać już pewien sentyment do postaci :). Tak trzymaj dalej. Polubiłem ich strasznie. mimo ze to jest stereotypowe ale chyba z tego co pisałaś to tak ma być. Póki co masz u mnie dużego plusa za to opowiadanie i nie mogę się doczekać dalszych części :). Weny.
    Dante

    OdpowiedzUsuń
  7. Biedny, biedny Richie.
    Naprawdę nieźle się dorobił. I w dodatku Jonny się nim zajął. Jakie to słodkie kochana. Warto było czekać cały tydzień. Naprawdę mi imponujesz. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś słodkiego. W końcu pasuje. Tych dwoje powinno być razem. Podobnie jak Josh i Alex. Ostatnia noc pokazała to jak nic;) dobrze, ze rozdziały pojawiają się często bo zła bym była gdyby wychodziły takie krótkie. Masz szczęście. Pozdrawiam mocno i czekam na poniedziałek!Wiesz, że lubię je tylko dzięki Tobie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ah ten Jonathan, jak tu go nie kochać? Toż to samo dobro :-)
    A tak serio, bardzo polubiłam tego chłopaka i jestem ciekawa jego historii.
    Opowiadanie super, no ale to oczywista oczywistość :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej,
    Jonathan, bardzo bolą mnie jego słowa, myśli o Richiem, biedny ma straszną gorączkę, byłam wściekła jak wyszedł, ale na całe szczęście wrócił...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)