16 lipca 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 25

Dziękuję za komentarze. Za tydzień dodam ostatni rozdział wraz z epilogiem. :)




Czekali w napięciu na to, co powie lekarz. Pojawili się w szpitalu godzinę temu i nadal nikt im nie przekazał tego, w jakim stanie jest Jan Zarzycki. Beata bardzo bała się o męża. Siedziała na krześle, ciągle powtarzając:
– Mówiłam mu, nie pij, bo to się źle skończy. Ale on krzyczał na mnie, że jestem głupia. Wiedział lepiej – głos jej się załamywał.
Kamil milczał, stojąc oparty o ścianę. Szymon chciał mu pomóc, być dla niego oparciem, lecz chłopak zachowywał się tak, jakby Bieńkowskiego tu nie było. Nie miał mu tego za złe. Dostrzegał, że sytuacja z ojcem go dręczy. Jego właściwie też. Ciągle w głowie siedziała mu myśl, co by zrobił, gdyby to jego tata leżał na oddziale intensywnej terapii, walcząc o życie. Co by było, gdyby odszedł na zawsze. Nawet nie chciał brać tego pod uwagę.
Od kilku tygodniu nie potrafił wybaczyć ojcu i gdyby już nigdy miał nie dostać takiej szansy, załamałby się. To by go zniszczyło. W niedzielę na kazaniu ksiądz mówił o wielkiej sile wybaczania. O tym, jak jest to potrzebne stronie skrzywdzonej i tej, która skrzywdziła. O tym, jak stare urazy, zawiść, nienawiść potrafią zniszczyć człowieka. O tym, że z wybaczaniem nie można zwlekać, bo można już nigdy nie mieć na to szansy. Każde z tych słów Szymon odczuwał tak, jakby były kierowane do niego i myślał, że ksiądz mówi głupoty. W tej chwili sądził inaczej. Powinien nauczyć się wybaczać, a to przychodziło mu z takim trudem. Wiedział jednak, że jest w stanie to zrobić.
Przebaczył Kamilowi za to, że od niego uciekł, krzywdząc go w ten sposób, ale on również zrobił mu krzywdę. A ojciec… Ojciec był ofiarą własnego rodzica, systemu, tamtego życia. Pewnie on w tamtych czasach postąpiłby tak samo. Może w końcu nadszedł czas, aby coś zmienić.
– Zaraz wracam – szepnął do Kamila. Odszedł na koniec korytarza, by zadzwonić do taty.
W tym samym czasie do Zarzyckich podszedł starszy lekarz o siwych włosach, dość mocno zbudowany i niższy od Kamila.
– Co z moim mężem? – Roztrzęsiona kobieta wstała, nie pozwalając lekarzowi się przywitać.
– Żyje. Niestety najbliższe godziny będą decydujące. Wdrożyliśmy odpowiednie postępowanie co do takich pacjentów i trzeba mieć nadzieję. Gdyby jednak nie został znaleziony na czas… – przerwał, dając do zrozumienia, jak blisko było tragedii. – Jestem jednak dobrej myśli, bo pani mąż zareagował na podane środki.  Muszę od razu zaznaczyć, że jeżeli pani mąż przeżyje tę noc, musi zostać poddany detoksykacji organizmu i leczeniu psychiatrycznemu. Jest to trudny dla pacjenta okres, podczas którego może stać się wszystko.
– A co teraz robicie, żeby mu pomóc? – zapytała.
Kamil nie chciał tego słuchać. Pragnął jedynie, aby ojciec przeżył. Nie musiał wdawać się w te wszystkie lecznicze sprawy. Podszedł do Szymona, który zakończył rozmowę telefoniczną.
Mężczyzna zapytał:
– Co z twoim tatą?
– Źle. Ale może mu się uda. – Zaśmiał się panicznie. – Prawie zapił się na śmierć. Głupie, nie? Idiotyczne. – Oparł czoło o ramię Szymona, mając gdzieś co pomyślą o nim inni ludzie. Nic go nie obchodzili. – Parę dni temu mi przywalił, wyzywał mnie, a ja myślę tylko o tym, aby przeżył.
– Bo to twój ojciec. Jakim by nie był człowiekiem, jest twoim rodzicem. Przeżyje. – Objął go jedną ręką w pasie, a palce drugiej wsunął w jego włosy. – Ta sytuacja dała mi impuls do czegoś innego. Rozmawiałem z tatą. Powiedziałem mu, co się stało i przeprosiłem go za swoje zachowanie wobec niego. Kiedy wrócą, to pogadamy.
– Dobrze zrobiłeś. – Odetchnął.
– Lekarz już poszedł, chodźmy do twojej mamy.
– Mhm.
Usiedli obok kobiety mnącej w dłoniach chusteczkę.
– Powiedział, że ta noc…
– Wiem, mama.
– Chłopcy, jedźcie do domu. Nie ma sensu, żebyście tutaj siedzieli. Wrócę autobusem. Chcę tutaj jeszcze zostać.
– Zostaniemy – powiedział stanowczo Szymon, trzymając Kamila za rękę.

*

Dochodziła dwudziesta druga, kiedy wrócili do domu. Stan Jana nie zmienił się, ale był na tyle stabilny, że dawano mu więcej szans na przeżycie. Mężczyznę, dla jego dobra, utrzymywano w śpiączce farmakologicznej. Kamil domyślał się, co w innym wypadku mógł czuć jego ojciec. Czytał o bólu powodowanym przez głód organizmu wołającego o używki, którymi do tej pory był karmiony. Mama powiedziała mu, że ojciec dostaje środki, które mu pomagają, a potem, gdy z tego wyjdzie, wszystko zależeć będzie od mężczyzny. Tak czy owak Kamil wolał nie robić sobie nadziei, że jego tata kiedyś przestanie pić.
Siedział na schodach ganku, paląc papierosa. Potrzebował pobyć sam ze sobą, by pomyśleć. Na szczęście Szymon dał mu te chwile spokoju. Po prostu siedział obok w milczeniu, wpatrując się w ciemność.
Kamil zgasił peta na schodku, przydeptując go. Włożył do ust kolejnego papierosa. Chcąc go zapalić, pomylił kieszenie bluzy i zamiast zwykłej zapalniczki, jaką można było kupić w prawie każdym sklepie, wyjął tę zniszczoną przez pożar. Zacisnął na niej dłoń.
Szymon zauważywszy to, wyciągnął rękę.
– Daj mi ją. Kamil. Po prostu to wyrzuć.
Nie chciał mu jej oddać. Tak wiele wiązało się z nią wspomnień. Część, niestety, była zła. Chyba dlatego rozłożył palce, a zapalniczka upadła na dłoń jego partnera. Bieńkowski wstał i ruszył w kierunku kosza na śmieci.
– Wziąłem ją z domu, kiedy pakowałem rzeczy. Zrobiłem to automatycznie.
– Najwyższy czas, aby wylądowała w śmieciach. Tam jej miejsce.
– Ona pozwalała mi przetrwać.
– To tylko rzecz. Zniszczona rzecz. Niosła niefajne wspomnienia. – Usiadł za nim z szeroko rozłożonymi nogami i oparł chłopaka o swój tors. Objął go, dając poczucie ciepła i bezpieczeństwa. – Najgorszym z nich było to, jak cię oskarżyłem o podpalenie, co zaważyło o naszym rozstaniu. Kamil, pora patrzeć w przyszłość.
– Wiem. – Położył dłonie na obejmujących go rękach. Wspaniale mu było znajdować się w jego ramionach. Intymność pomiędzy nimi przeszywała go na wylot. – Po… Potrzebuję cię, Szymon – wyznał, choć nie przyszło mu łatwo. – Gdyby mój ojciec…
– Nawet tak nie myśl.
– Muszę brać to pod uwagę. Chcę być gotów, jakby to się miało źle skończyć.
– Na takie rzeczy nigdy nie jest się gotowym. Nic mu nie będzie. Wyjdzie z tego. Tylko muszą się pozbyć alkoholu z jego organizmu. Pewnie ma go więcej niż krwi w żyłach. – Oparł brodę o czubek głowy chłopaka. – Jestem przy tobie cały czas i będę cokolwiek będzie się dziać.
Kamil przymknął oczy, czerpiąc spokój przekazywany mu przez partnera. Siedzieli tak jeszcze długo, otoczeni ciepłem nocy, ciszą i zapachem maja.

*
W ciągu kolejnych dni stan Jana Zarzyckiego poprawił się. Mężczyzna zdecydowanie lepiej reagował na leki. Lekarze byli dobrej myśli, tym bardziej, że życie Jana nie było już zagrożone.
Mama Kamila przesiadywała w szpitalu, a jej syn w sklepie, który czynny był tylko do czternastej. Kamil dopiero popołudniami jechał do szpitala. Czasami Szymon podwoził go motorem, kiedy nie miał tylu zajęć na gospodarstwie, ale najczęściej Zarzycki jeździł autobusem. Tak jak dzisiaj, kiedy to Szymek pojechał obsiać kukurydzą ostatni kawałek pola. Pomagał mu w tym Konrad. Osiemnastolatek jak tylko przychodził ze szkoły, wybywał z bratem w pole. Wcześniej broniłby się przed tym rękami i nogami. Obecnie sam proponował pomoc. Szymon był bardzo zaskoczony nagłą zmianą brata, ale chętnie z tego korzystał.
Kamil z partnerem zastanawiali się, co może być przyczyną takiej zmiany i dochodzili do wniosku, że Konrad nie chciał przebywać, dłużej niż to było konieczne, w tym samym miejscu, w którym znajdował się Paweł. Nastolatek uważał kuzyna Kamila za najgorsze na świecie zło, a Paweł odszczekiwał mu się na zaczepki. Zresztą pyskował również i do innych osób, ale na szczęście zaczął solidnie pracować. Chyba tylko po to, aby jak najszybciej odrobić przeznaczone mu godziny, a potem stąd zniknąć. Z domu dziadków również, bo tam pod stałą kontrolą nie czuł się wolny, jak ciągle powtarzał.
Dzisiaj po powrocie ze szpitala Kamil razem z mamą poszedł wieczorem do dziadków. Akurat był tam Piotrek. Siedział z bratem na górze, w pokoju, który jak dotąd zajmował Kamil.
– Co z Jankiem? – zapytała babcia Zosia.
– Lepiej. Nadal jednak trzymają go na lekach. Jest już przez nie tak strasznie otumaniony, ale chcą je jutro odstawić. Reszta będzie zależeć od niego – odpowiedziała Beata. – Wiem tylko, że drugi raz tego samego nie zniosę. – Usiadła przy stole. Z jej twarzy z łatwością można było odczytać zmęczenie. Sińce pod oczami jasno wskazywały, że niewiele spała. Przed nią pojawił się talerz zupy pomidorowej. – Zupa na kolację?
– Ugotowałam cały duży gar. Będzie nawet na jutrzejszy obiad. Trzeba ją zjeść. Jutro cały dzień zejdzie nam z ojcem na pracy w ogródku. Jedz. Kamilku, zawołaj chłopaków i siadaj.
– Dobra. – Wyszedł z kuchni i stanąwszy przy schodach, krzyknął: – Kolacja!
Po chwili u góry pojawił się Piotrek, a zaraz za nim Paweł, jak zwykle z miną typu „Mam wszystko gdzieś. Nie wiem, co ja tu robię”. Całą trójką udali się do kuchni i zajęli miejsca przy stole.
– Znowu zupa? – marudził Paweł.
– Jedz, co dają, bo nic innego nie dostaniesz. U nas nie ma rarytasów – odezwał się dziadek, siedząc na swoim stałym miejscu wychylony do tyłu, z łokciami na parapecie i klapką na muchy w dłoni.
– Nie waż mi się tylko bić przy jedzeniu much – zastrzegła Zosia, patrząc na małżonka.
– Mogę nie bić, ale jeszcze wom jako czarownica do zupy wpadnie.
– Piotrek, a co tam w domu? – zapytała babcia. Odkąd jej syn wycofał się ze swoich żądań o zadośćuczynieniu za to, że go urodziła, wychowała, żyły sobie wypruwała, aby zarobić i dać mu jeść, cieplej na niego spoglądała. Uważała jednak, że Adam i tak się nie zmieni. Zdawała sobie sprawę z tego, że za wszystkim stała jego żona. To Magda nim kierowała, a on jak taki pantoflarz robił wszystko, co mu kazała. Zofia była zdania, że Adam nie miał jaj. Powiedziała to raz głośno, a domownicy patrzyli na nią jak na kosmitę, jakby takich słów nie znała.
– W domu to różowo nie jest – mówił Piotrek, pochłaniając ze smakiem pomidorówkę. Lubił dobrze zjeść, a ta zupa mu smakowała, bo była z ryżem. W domu mama zawsze gotowała pomidorową z makaronem, którego nie znosił. – Wczoraj tata powiedział mamie, żeby się wzięła do roboty, a nie biadoliła, że Pawła nie ma w domu. Pożarli się, ale potem znów normalnie gadali. Czyli po staremu.
– To dobrze. Paweł, dlaczego nie jesz? – Staruszka wzięła sobie do serca, żeby nakarmić całą rodzinę.
– Nie jestem głodny – odsunął talerz i wstał.
– Siadaj na dupie, bo nie jestem jak twoja matka – powiedział dziadek. – Zjesz, co ci dali i możesz iść.
Kamil patrzył, jak kuzyn z trudem, bo z trudem, ale uległ rozkazowi. Inaczej nie umiał tego nazwać.
– No mówcie jeszcze, co tam u Janka i czy można go już odwiedzać.
– Jeszcze nie, tato. To znaczy ja mogę wejść i Kamil, który nie chce tego zrobić, ale inni goście już niedługo będą mogli go odwiedzić. Na razie ciągle oczyszczają jego organizm. Wątroba jest w nienajlepszym stanie. Jeszcze trochę, a… – Pokręciła głową. – W każdym razie będzie dobrze, jeśli będzie na siebie uważał. W przeciwnym razie na własne życzenie znajdzie się na drugim świecie, a ja… Przepraszam. – Czym prędzej wstała od stołu i wyszła. Jej matka poszła za nią.
– Kobiety. – Dziadek przerwał nagle powstałą ciszę. – Wydaje im się, że nie dadzą rady czegoś znieść. Tymczasem znoszą więcej niż my, mężczyźni. Idę na wiadomości.
Po chwili Kamil został sam z kuzynami, ale i tak zamierzał zaraz wyjść. Cały dzień nie widział się z Szymonem i chciał go objąć, pocałować. Stęsknił się. Zastanawiał się, czy tak właśnie czują się młodzi małżonkowie, którzy przez pierwsze miesiące mieszkania razem ciągle czują głód z powodu nieobecności kochanej osoby. On tak się czuł. Wciąż głodny przebywania z Szymkiem, rozmawiania z nim. Lubił ten stan.
– Ty, Kamil, powiedz temu Konradowi – rzekł Paweł – że włazi mi za skórę. Kiedyś tego pożałuje. Ja nie zapominam. Nawet jak go spotkam za kilka lat, to będzie przeklinać dzień, kiedy to się stanie.
– Co mi do tego, że działasz na niego jak płachta na byka. Załatwcie to między sobą. Tylko mi do Szymka nie pyskuj, bo on nie może ci się zrewanżować z racji tego, że u niego pracujesz. Ale ja mogę ci wpierdolić.
Piotrek zaśmiał się.
– A przydałoby mu się. Szkoda, że wcześniej ktoś go w łepetynę nie walnął. Może nie zadałby się z typkami od Gargamela. Ten cały Maciuś razem z braciszkiem posiedzą teraz ładnych kilka lat. Znaleźli przy nich sporo koki i amfetaminy. No, ale zbieram się. Wpadnę za kilka dni, bracie. – Podniósł się od stołu. On jako jedyny zjadł kolację do końca.
– Idę na górę. Wszystko mnie, kurwa, jebie – narzekał starszy z braci Dutkiewiczów.
– Przyzwyczaisz się. Nie mogłem się ruszyć, jak zacząłem pracować u Szymona. Wszystko mnie bolało po kilku dniach zapieprzu w stajni. Wbrew pozorom trzeba się tam narobić. Ale lubiłem to. Z czasem mięśnie się przyzwyczaiły. A o zakwasach zapomniałem.
– I tak tu będę tylko miesiąc, a potem spierdalam do chaty. Nara.
– Nara – odparł Kamil, zbierając talerze do zlewu. Nie chciał zostawić bałaganu. Myć tego i tak nie zamierzał, ale uprzątnąć stół mógł. Piotrek mu pomógł, a potem kuzyn pożegnał się z dziadkami i jego mamą, oglądającymi telewizję. Milagros leżała na kanapie i tylko pomachała ogonem.
– Masz wypasiony rower – powiedział Zarzycki, gdy wyszli na dwór. Od razu wziął się za oglądanie dwukołowego pojazdu, którym przyjechał Piotr.
– Ekstra, nie? Ojciec kupił. Ma mnóstwo przerzutek i tak dalej. A jak sunie po drodze. Podnieś go.
– O, lekki jest. – Chłopak trzymał rower w jednej ręce i nie sprawiało mu to kłopotów.
– Co nie?
– Ile wujek za niego dał? – Po odstawieniu roweru zaczął oglądać koła. – Cienkie.
– A bo ja wiem ile? Ale na necie patrzyłem, to z piątaka musiał dać jak nic.
– To na takie cudo mnie nie stać. Składam na kurs dla instruktorów jazdy konnej. Za miesiąc będę miał całą sumę i się zapiszę, na prawko kiedyś też. Ale i tak muszę kupić jakiś rower, bo ciągle tylko pożyczam te należące do dziadka lub Kondzia.
– To z tym kursem masz poważne plany.
– A jak. Na studia nie poszedłem, bo mam to w dupie. Zresztą gdzie by tam przyjęli kogoś z moimi wynikami matury, no ale takie coś, jak kurs, mogę zrobić. Przynajmniej miałbym przyjemną robotę, jakby co.
– Z Szymonem też coś więcej ten teges. Gdyby był dziewczyną, to bym się zapytał, kiedy na ślub prosisz – zarechotał Piotrek.
– Nie będę ukrywał, że wpadłem. Nie zamierzam tego zmieniać. Gdyby była możliwość, mógłbym za niego wyjść nawet i jutro.
– To ja nie. Jak na razie jestem z jedną dziewczyną, ale nie zamierzam brać z nią ślubu. Oboje chcemy się jeszcze zabawić, a nie planować rodzinę i dzieciaki.
– My z Szymkiem raczej dzieciaka nie zrobimy, a razem, tak czy owak, być chcemy.
– I fajnie. Dobra, zmywam się, bo jestem umówiony z kumplami. Cześć. – Wsiadł na rower.
– Cześć. – Poczekał jeszcze aż Piotrek pojedzie i na chwilę wrócił do domu, by poinformować rodzinę, że już idzie.
Babcia nalała mu jeszcze rondel zupy, aby nakarmił Szymona i Konrada. Nie chciał tego brać, ale uparła się i postawiła na swoim. Chłopak źle na tym nie wyszedł, bo jak tylko dotarł do domu Bieńkowskich, okazało się, że jego partner i Konrad są potwornie głodni. Odgrzał im pomidorówkę i jeszcze dorobił kanapek, aby sobie pojedli.
– Nie uwierzę, że gotowałeś, więc to zupa twojej babci. – Szymon, już wykąpany, stanął za Kamilem. Pocałował go w szyję. Przytknął nos do jego skóry i wciągnął zapach chłopaka. Nigdy mu się on nie znudzi.
– Tak, babcia gotowała. Siadaj. Weź tylko talerze. Dla siebie i Konrada, ja jadłem u dziadków.
– Co z twoim ojcem? – Wyjąwszy z szafki głębokie talerze, położył je na stole.
– Dobrze. Najgorsze minęło. Chociaż przed nim też niełatwe chwile.
– I tak dobrze się skończyło. – Poczekał, aż Kamil postawi rondel na stole i zaczął chochelką nalewać zupy, by pomóc partnerowi. – Konrad!
– Już idę! Zaraz!
– Dzwoni do Justyny – wyjaśnił Bieńkowski. – Rodzice jutro wracają.
– Fajnie, będzie miał nam kto gotować – rzucił Konrad, wchodząc do kuchni i przysiadając się do obiadokolacji. Zaraz jednak Szymon pacnął go ręką w tył głowy. – Ałć.
– Nie rób z mamy kucharki.
– Ale ona kocha nas karmić. Powiedz lepiej, kiedy pozbędziesz się Pawła?
Obaj z Kamilem nie odpowiedzieli, bo przecież nastolatek doskonale to wiedział. A dokładniej mówiąc, znał orientacyjną datę zakończenia odbywania prac społecznych. Poza tym mieli dość tego tematu, a jego drążenie spowodowałoby, że Konrad zaraz by się zaczął wściekać. Za to w nocy, kiedy już mogli być sami, Zarzycki powiedział partnerowi, co na temat jego brata wygadywał Paweł.
– Niech sobie robią co chcą. Nie pozabijają się. – Sunął dłonią po torsie Kamila. – Ja mam teraz lepsze zajęcie – powiedział, dobierając się do partnera.
– Podobno byłeś zmęczony.
– Nie jestem tak zmęczony, aby się z tobą nie kochać lub przynajmniej nie liczyć na wspólne strzepanie sobie dla relaksu. – Zawisł nad Kamilem, a potem pocałował go mocno i opadł na jego ciało, by oddać się wspólnym chwilom przyjemności.
Noc przysłoniła im wszelkie troski dnia codziennego. Mieli kilka godzin dla siebie, zanim znów nie wstanie słońce, budząc śpiącą parę jak i całe Jabłonkowo.

9 lipca 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 24

Hej, Wrzucam 24 rozdział i do końca zostały jeszcze dwa rozdziały oraz epilog. Nadal tekst wrzucam na Blogspota i Wordpressa. Ale od nowego opowiadania"Szczęście od losu", będę  dodawać tekst tylko na tym blogu. Męczy mnie prowadzenie dwóch stron, tym bardziej, że tam tylko od czasu do czasu pojawi się jakiś komentarz. Tutaj też nie jest lepiej, ale zdecydowanie wolę Blogspota. 

Co jeszcze chciałam napisać? To może to, że powoli przepisuję kolejny tom "Obrazów miłości". Trochę jeszcze przede mną. Potem poprawa. Przypominam, że ten tom a raczej jego bohaterowie są powiązani z poprzednią częścią czyli "Drugą szansą". Oczywiście postaci główne są inni, ale kto nie czytał tomu piątego ten w szóstym, który może kupi, będzie mieć spoilery. Może one nie są duże, ale są. Na pewno ja czegoś takiego nie lubię jak czytam jakiś tekst, więc uprzedzam. :)

Teraz już zapraszam na rozdział i dziękuję za komentarze. :)



Zatrzymali się przed stajnią. Szymon pierwszy zeskoczył z konia, Kamil zrobił to dopiero po chwili. Właśnie zakończyli długą przejażdżkę. Od paru dni ciągle gdzieś się wybierali. Brali ze sobą psy, które teraz zmęczone, lecz zadowolone leżały w cieniu po tym, jak napiły się wody. Kamil pogłaskał Zefira po chrapach, po czym zabrał się za zdejmowanie siodła. Po oporządzeniu konia miał zamiar wypuścić go na łąkę, gdzie pasły się inne zwierzęta, mając do dyspozycji soczystą trawę, którą podskubywały, biegały po niej lub się tarzały. Chłopak dostrzegał pomiędzy nimi Atariego. Ogier za kilka miesięcy miał skończyć rok. Wyglądał imponująco. Wciąż jednak trzymał się matki.
– Szymon, dzisiaj dowiemy się co z Pawłem. Nadal jesteś przekonany do swojego planu? – zapytał, odkładając siodło na bok.
 Zdania nie zmieniłem. – Mężczyzna podszedł do partnera i pogłaskał palcem jego policzek, a dokładniej mówiąc miejsce tuż nad kolorowym siniakiem, który wciąż utrzymywał się po uderzeniu przez ojca.
 Daj spokój. – Chwycił jego palec i przytrzymał w dłoni. – Niedługo zejdzie. Lepiej zajmijmy się końmi. – Trochę bagatelizował to, co się wydarzyło, ale nie miał zamiaru nad tym rozmyślać godzinami. Stało się. Trudno. Od tego czasu nie widział ojca. Mama prosiła go tylko, żeby wrócił do domu, jednak on nie zamierzał tego robić. Na pewno nie w najbliższym czasie. Zresztą jego pokój i tak w niedługim czasie miał zostać zajęty, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z przewidywaniami Szymona.
Wypuściwszy konie na łąkę, mogli zająć się sobą. Wrócili do domu, umyli ręce i coś zjedli. Kamil zaprowadził Milagros do dziadków, ale nie wchodził za ogrodzenie. Wrócił do tymczasowego domu. Chciał pojechać z Szymonem na pole, bo ten miał zrobić orkę przed sianiem kukurydzy. Natomiast koło czternastej Bieńkowski musiał jechać do sądu, a on iść do pracy. Dlatego do tego czasu postanowili spędzić razem kolejne godziny. W ogóle to od kilku dni się nie rozstawali na dłużej, niż to było konieczne. Kamil żartował, że mają próbę przed stałym zamieszkaniem razem. Na razie jeszcze się nie pozabijali. Raz się tylko posprzeczali o zostawianie przez Zarzyckiego brudnych skarpetek w sypialni, które i tak miał zamiar wynieść do prania. Zaraz później bardzo przyjemnie się pogodzili. Dobrze im było razem. Dodatkowo teraz mogli po prostu być, a nie tylko spotykać się. Może na razie nie będzie tak, że zamieszkają razem już na zawsze, ale obaj przekonywali się co do słuszności tego planu. Bardziej Kamil, bo Szymon doskonale wiedział, czego chce.
– Pomożesz mi zapiąć pługi – powiedział Szymon, kiedy szli razem w stronę garaży.
– Mhm. A pozwolisz się przejechać?
– Jak będziemy na polu.
– A na bestii? – dopytywał Kamil, bo Szymon wciąż mu obiecywał przejażdżkę na motorze, a nadal jakoś nie składało się do tego, aby te obietnice spełnił.
– Pojeździłeś sobie w nocy. – Znów się uśmiechnął zadziornie, a Kamil przewrócił oczami. – Dobra, wyjadę ciągnikiem. Wiesz, co robić?
– Nie pierwszy raz ci pomagam.
Zajęło im to kilka minut, ale wszystko poszło z łatwością. Tym bardziej, że Szymon idealnie wycofał do pługów, więc Kamil tylko zamocował je przy niebieskim traktorze. Otworzył jeszcze mężczyźnie bramę, by ten mógł wyjechać. Kazał Aresowi wracać do domu, bo pies wybierał się z nimi. Potem wsiadł na ciągnik, zajmując miejsce na błotniku tuż przy kierowcy.
Pole było spory kawałek od domu, więc zajęło im chwilę zanim tam dojechali. Szymon zatrzymał się tuż przy drzewie, do którego przyjeżdżał, kiedy jeszcze próbował nienawidzić Kamila. Zwierzał się drzewu, wtedy jeszcze pozbawionego liści, a teraz nimi pokrytego, dzięki czemu rozłożyste gałęzie robiły gęsty cień. Nie miał jednak czasu na mały relaks pod jego gałęziami, dopóki nie wykona pracy, do której tutaj przyjechał.
– To co, siadasz za kierownicą?
– No pewnie. – Kamil przesiadł się na siedzenie. – Zajebiście. Powiesz mi co i jak?
– Tak. Jedź, tylko powoli, bo pamiętaj, że masz przypięte pługi. Poczekaj, pokażę ci, jak je opuścić. – Zaczął Zarzyckiemu tłumaczyć, co chłopak ma zrobić. Robił to spokojnie, cierpliwie. Tak jak wtedy, kiedy Kamil miał wsiąść na konia po raz pierwszy.
Dwudziestolatek przyglądał się partnerowi, słuchając jego ciepłego głosu. W pewniej chwili zapytał:
– Czy w traktorze można się kochać?
Szymon jęknął, opierając czoło o ramię Kamila.
– Czy ty mnie w ogóle słuchałeś?
– Tak. To można się kochać?
– Nie. – Owszem, zawsze dałoby się coś wykombinować, ale wolał nie ryzykować, że ktoś by ich nakrył na polu. Tym bardziej, że niedaleko stąd sąsiedzi także przygotowywali pola do zasiania kukurydzy. Wolał chłopaka nie nakręcać. – Wiesz już co i jak, ruszaj.
– Tak jest, kapitanie. – Zapalił silnik zgodnie ze wskazówkami partnera, zrobił wszystko tak jak trzeba i traktor ruszył, a pługi za nim wbiły się w ziemię. – Dobrze mi idzie, co nie? Mam jechać prosto?
– A jakbyś chciał inaczej?
– W kółko?
Bieńkowski prychnął, powstrzymując śmiech.
– Może lepiej ja poprowadzę.
– Nie, co ty. Zobacz, dobrze mi idzie. Ha, widzisz, jak ładnie oram? – dodał, oglądając się za siebie.
– Zwolnij.
Wspólna praca i przekomarzanie zajęły im jakieś dwie godziny. Kamil pojeździł tylko chwilę, głównie chcąc sprawdzić, czy by mu się to podobało. Potem towarzyszył Szymonowi, który sprawnie zaorał pola i to o wiele szybciej, niż on by to zrobił. Do domu dotarli akurat wtedy, kiedy Konrad wrócił ze szkoły, więc Szymon mógł się wykąpać i bez pośpiechu pojechać do Rzeszowa. Kamil miał jeszcze trochę czasu, więc zjadł z osiemnastolatkiem spaghetti, które razem zrobili.
– Jak tam Justyna? – zapytał, kiedy usiedli przed domem na ławeczce. Milagros także była z nimi, bo gdy tylko zobaczyła Kamila, zaczęła tak radośnie piszczeć, że musiał ją tutaj wziąć.
– Doskonale. Mówię ci, stary, ta dziewczyna to na całe życie.
– Mówi to ktoś, kto ma dopiero osiemnastkę.
– A ty co? Nie myśl, że nie widzę, co się dzieje pomiędzy tobą a moim bratem. Planujecie życie razem. A jesteś ode mnie tylko dwa lata starszy. Też mógłbym powiedzieć to samo co ty.
– W sumie… – Wzruszył ramionami. – Ale dobra, zmywam się. Mili, chodź.
– Jak chcesz, to weź mój rower. Dzisiaj i tak się nigdzie nie wybieram – powiedział Konrad. – Muszę się uczyć. Jutro znów mamy jakiś test. – Skrzywił się. – Powariowali. Za kilka tygodni koniec roku, a ci przyciskają jak nie wiem. Tobie to dobrze.
– Czy ja wiem. Czasami tęskni mi się za szkołą i beztroską.
– Pewnie za parę lat powiem to samo co ty.
– No zmywam się. I dzięki za rower.
– Nie ma sprawy – odparł Konrad, wstając i idąc do domu, aby się uczyć. Na szczęście w jego pokoju był balkon, więc nie skiśnie w czterech ścianach ze swoim podręcznikiem.
Tymczasem Kamil wziął rower chłopaka i odprowadził suczkę do domu. Tym razem jednak zajrzał tam, by zapytać starsze małżeństwo, czy nie potrzebują czegoś ze sklepu, bo mama mogłaby im to przynieść. Babcia powiedziała mu tylko, że cukru jest mało, a dziadek zaczął zagadywać go o ich sklepik internetowy, gdyż zrobił kolejne figurki. Kamil obiecał, że jutro się tym zajmie, po czym pojechał zastąpić mamę.
Wieś jak zawsze była cicha. Tylko od czasu do czasu zaszczekał pies, przejechał samochód lub ktoś zapalił silnik od traktora. Kamil przypiął rower do stojaka. Zza sklepu doleciał do niego głos pana Juliana i jego kumpli. Cud, że mama ciągle ich akceptowała, dobrze znając skutki picia alkoholu, których przykładem był jego ojciec. Ale to może dlatego, że ci pili z niejakim rozsądkiem, wiedząc kiedy przestać. Bardziej siedzieli i rozmawiali niż upijali się do nieprzytomności.
– Hej, mama.
– Dobrze, że jesteś. Wiesz może już coś o Pawle?
– Rozprawa ma być o drugiej. Szymek tam pojechał. – Przeszedł za ladę.
– A co on tam robi?
– A takie tam. Zobaczysz. Wszystko tutaj w porządku?
– Dlaczego miałoby być inaczej? Powiedz mi lepiej, czy masz zamiar wrócić do domu, do mnie, do taty? – Beata martwiła się o syna, a raczej jego relacje z ojcem. – Powinieneś z nim porozmawiać.
– Nie ma mowy. – Jeszcze nie tak dawno namawiał partnera do pogodzenia się z ojcem, a teraz sam unika tego kroku. Tyle że jego zdaniem obie te sytuacje nie były porównywalne. – Babcia mówiła, że kończy się cukier – zmienił temat.
– Wiem. Spakowałam już trzy kilogramy. Przyjdź jutro do nas na obiad. Weź Szymona…
– Mamo, przestań.
– Już nic nie mówię. Idę po torebkę. – Przeszła za zaplecze.
Kamil ukrył na chwilę twarz w dłoniach. Chciał chwili spokoju, normalnego życia, akceptacji ojca. Chyba nigdy nie będzie mu to dane. Dlatego tak bardzo oczekiwał wieczoru, kiedy to wsunie się do łóżka, położy obok partnera i będzie mógł zapomnieć o problemach zasypiając przy jego boku.

*

Upragniony wieczór nadszedł szybko. Kamil wrócił do domu po dwudziestej pierwszej i zajrzał do Konrada, informując go, że oddaje mu rower. Zapytał się go też, czy przyłączy się do oglądania filmu, który zamierzali obejrzeć z Szymonem. Chłopak jednak był zajęty rozmową, którą prowadził przez Internet ze znajomymi, więc zostawił go w spokoju.
Zszedł na dół, by zrobić coś do picia i dopiero wtedy udał się na górę. Szymon niedawno wrócił ze stajni, więc poszedł się wykąpać. Z sądu podobno wrócił dosyć późno. Obaj nie mieli jeszcze okazji porozmawiać o tym, co się tam wydarzyło. W międzyczasie Kamil przygotował film „Atlas chmur”. Jego zdaniem była to dosyć dziwna produkcja, ale gdy oglądał ją pierwszy raz, bardzo mu się spodobała. Film trzeba było śledzić bardzo uważnie, bo sceny zmieniały się bardzo szybko, a akcja przenosiła człowieka raz w przeszłość, a raz w daleką przyszłość. On jednak wiedział, że Szymek także już obejrzał ten film, więc jak coś, to będą mogli swobodnie porozmawiać. Ustawił laptop na specjalnej podkładce i położył go na łóżku. Otworzył też okno, aby do środka wpadało świeże powietrze. Sprawdził, czy do gniazdka jest włączony środek przeciwko komarom. Nie zamierzał jutro obudzić się przez nie pogryzionym. A mimo maja, krwiożercze wampiry już latały. Tym bardziej, że wczoraj padało i w powietrzu czuło się wilgoć.
– Czuję się jak nowo narodzony – rzekł Szymon, wszedłszy do pokoju. – Mam dość na dzisiaj. – Pocałował Kamila w skroń, siadając obok niego na łóżku i wyciągając nogi przed siebie. Miał na sobie tylko bokserki, bo było mu gorąco.
– Jak poszło w sądzie?
– Daj spokój. Twój wujek i ciotka dali takie przedstawienie przed sędzią, że prawie ich aresztowano. Paweł miał przy sobie tylko trochę amfy, a poza tym zeznawał przeciwko całej grupie, więc dali mu tylko prace społeczne. Zgadnij u kogo.
– U ciebie? Czyli to przeszło?
– Cudem, ale tak. Wiesz, że normalny człowiek nie może od tak wziąć sobie kogoś do takich prac. – Napił się soku jabłkowo-miętowego. – Uznano jednak, że podchodzę pod działalność na rzecz lokalnej społeczności. Wiesz, stadnina, hipoterapia, pomaganie ludziom i sędzia oraz kurator Pawła, bo takiego dostał na rok, przyjęli mój wniosek. Koleżanka Darka szepnęła im słówko.
– Rączka rączkę myje, ale w naszym przypadku to dobrze. Gadałeś z nim? – Nie musiał mówić Szymonowi o kogo chodzi.
– Twój wujaszek wyglądał tak, jakby miał zaraz wybuchnąć, kiedy go zaszantażowałem. Powiedziałem wprost, że jeśli nie wycofa żądań wobec twojej mamy, ja wycofam wniosek o przyjęcie Pawła do pracy społecznej. Postraszyłem, że chłopak może trafić gdzieś z dala od rodziny. W jakieś miejsce, gdzie będzie musiał ciężko pracować, a u mnie to uprzątnie obornik i tyle. Dutkiewicz nie był zadowolony, ale w końcu ustąpił. Jutro dam twojej mamie papiery, które podpisał. Jutro też Paweł zamieszka u waszych dziadków. Sąd uznał, że w domu nikt go nie upilnuje i na miesiąc przeniesie się tutaj.
– Czyli wyszło tak, jak chcieliśmy.
– Mhm. Ale jestem zmęczony. Nie wiem, czy obejrzę film do końca. – Chwycił dłoń Kamila, splatając ich palce ze sobą.
– Spoko. Jak tego… no, jesteś zmęczony, to idź spać. Ja wezmę sobie słuchawki, bo mi się spać nie chce.
– Nie, obejrzę kawałek. Szczególnie początek, kiedy to Robert Frobisher budzi się przy Rufusie.
– Rufus Sixsmith zawsze go kochał. I żal mi Sonmi-451. Nadal jednak uważam, że to dziwny film.
– W sumie film opisuje wielką historię ludzkości, w której konsekwencje działań ludzi wpływają na siebie wzajemnie poprzez przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Morderca zamienia się w wybawcę, a pojedynczy akt życzliwości wieki później kończy się rewolucją[1]. Kto wie, może to co dzisiaj zrobiliśmy, też kiedyś zmieni czyjąś przyszłość.
– Pawła. Może zmądrzeje. – Kamil pochylił się, aby włączyć film. – I teraz już cicho, oglądaj. – Rozparł się wygodniej. Szymon wciąż trzymał jego rękę w swojej i było mu z tego powodu bardzo dobrze.
Po jakiejś godzinie obaj już spali obok siebie. Nie przeszkadzały im nawet odgłosy dochodzące z laptopa.

*

Kolejny dzień zaczął się normalnie, niemalże tak, jak te wcześniejsze. Wstali wcześnie. Kamil zrobił kanapki, a Szymon herbatę. Tym razem obyło się bez budzenia Konrada, który sam zszedł do kuchni. Nie mieli jednak zbyt dużo czasu, aby posiedzieć we trójkę, bo Kamil poszedł do pracy, a Szymon do swoich zajęć. Tylko Konrad nie śpieszył się do szkoły, bo miał dopiero na trzecią lekcję.
Minuty mijały, godziny zmieniały się. Paweł został przywieziony przez ojca około południa. Szymon poszedł po chłopaka, którego rzeczy zostały zabrane do domu jego dziadków. Zofia Dutkiewicz bardzo się ucieszyła, ale syna tylko obrzuciła wściekłym spojrzeniem i nie odezwała się do niego. Bieńkowski nie wtrącał się. Nachmurzonemu Pawłowi pokazał, co ma robić. Oprowadził go wszędzie i prawie udusił, kiedy ten nie chciał z nim współpracować. Wytrzymał jednak jego humory i przekleństwa, które pojawiały się w co drugim słowie. Chłopak był szalenie przystojny, ale jego charakter odrzuciłby Szymona, jak tylko Paweł by się odezwał.
– Nie pierdol mi tu. Ja jebię, mam gnój wyrzucać? Jestem, kurwa, stworzony do wyższych celów.
– Będziesz robił to, co ja ci każę, gówniarzu. Inaczej dzwonię do twojego kuratora i lądujesz w pace. Albo to, albo miesięczny areszt. – Podał mu widły. – Co wybierasz?
– Wyjebaj się, Bieńkowski. Jego kurwa jebana mać. – Wściekły na cały świat wziął od Bieńkowskiego widły.
– Towarzystwo, w którym się obracałeś, nauczyło cię ładnych słów.
– Nie pierdol. – Paweł otworzył boks i aż się skrzywił. – Mam się tego pozbyć?
– Najpierw załóż gumiaki i weź taczkę. Wiesz, gdzie masz to wywieźć. Ja mam zaraz zajęcia z hipoterapii, więc nie mam zamiaru cię pilnować.
– Ja go, szefie, przypilnuję.  – Jacek, który do nich podszedł, obrzucił wzrokiem chłopaka. – Mnie nie podskoczy. Ty, młody, lubisz może „Gwiezdne wojny”?
– Odpierdol się.
– Fajnie, że lubisz, opowiem ci o Hanie Solo.
Szymon zostawił ich samych, bo kątem oka zobaczył, że właśnie pojawiły się dzieci. Przywitał ich szerokim uśmiechem, a ich rodzicom podał rękę.
– Dzień dobry. Już zaczynamy. Zapraszam.
Tak zleciały kolejne godziny. Na pracy z dziećmi, na użeraniu się z Pawłem. Spotkał się też z panią Beatą, oddając jej podpisane dokumenty, a na jej pytania odpowiadał półsłówkami, żeby nie wyszedł na jaw szantaż. Uważał, że mama Kamila nie musiała o niczym wiedzieć. Potem znów pokłócił się z Pawłem i dopóki nie wrócił Kamil, miał przez chłopaka zszargane nerwy. Dopiero partner go uspokoił. Kazał mu też zająć się swoimi obowiązkami, a sam pogadał z kuzynem. Oczywiście Paweł także nie zapewnił mu miłej rozmowy. Co prawda nie wkurzał się tak bardzo, ale i tak pokazywał, gdzie ma Kamila i jego dobre rady. Dlatego Zarzycki zostawił kuzyna w spokoju, aby wyżył się na pracy fizycznej.
Dochodziła akurat piętnasta, kiedy pracownicy postanowili zjeść na dworze obiad, który przygotowała mama Kamila zanim poszła do sklepu. Szymon był jej bardzo wdzięczny, a ona powiedziała, że to podziękowanie za pomoc. W tym też czasie ze szkoły wrócił Konrad. Chłopak, zobaczywszy brata, podążył do niego, a potem stanął jak wryty. Z jego ust wyrwało się:
– A co on tu, kurde, robi?
– Paweł? Będzie pracował przez najbliższy miesiąc – odparł Szymon.
– Niech się tylko do mnie nie zbliża. – Ten chłopak działał mu na nerwy. Sprawiał, że miał nieprzyjemne ciarki wspinające się po kręgosłupie. Nie znosił Pawła Dutkiewicza. Parę razy go widział u sąsiadów, a potem tylko w sklepie, ale już go nie lubił.
– Co, młody, boisz się, że sprowadzę cię na złą drogę? – zarechotał Dutkiewicz.
– Po moim trupie.
Paweł zmrużył niebezpiecznie oczy i już miał coś powiedzieć, kiedy Szymon kazał mu się zamknąć, a brata postanowił wysłać do domu.
– Czeka na ciebie obiad, więc coś zjedz i nie przyłaź tutaj.
– Nie mam zamiaru. Ale żeby jego do pracy przyjąć… Brat, odwaliło ci.
– A co, jestem jakimś gorszym pracownikiem niż inni? – wnerwił się Paweł.
– Inni nie zadawali się z podejrzanymi grupkami.
– Znalazł się książę, kurwa. Sądzisz, młody, że jesteś taki idealny, taki świętoszek z ciebie?
– Złaź ze mnie, idioto.
– Stop! – krzyknął Kamil. – Obaj się zamknijcie i lepiej nie właźcie sobie w drogę.
– Nie mam zamiaru go widywać. A w przyszłości będę resocjalizował takich jak on. Chociaż jemu to chyba nic nie pomoże – burknął Konrad.
Paweł chciał mu się odszczekać, ale Jacek Topolski kazał mu siedzieć spokojnie i zaczął jemu oraz pozostałym opowiadać o swoim chorym synku, którego kochał, a który dzięki Szymonowi miał szansę godnie umierać – bo taka była smutna prawda, że mały Adaś każdego dnia odchodził od nich – a także o swoich ukochanym filmach.
Natomiast w domu Konrad rzucił plecak na podłogę w przedpokoju i zaczął rozwiązywać buty.
– Nie wierzę, że wymyśliłeś coś takiego. Obaj, że to wymyśliliście!
– Chodziło o to, aby komuś pomóc – tłumaczył Szymon.
– Wiesz co? Pawłowi chyba nic nie pomoże. Może jak mu się mózg przeszczepi. A nie, on mózgu nie ma!
– Dlaczego on cię tak wkurza? – zapytał Kamil. W kieszeni odezwała się jego komórka, ale jej nie odbierał.
– Bo mnie po prostu wkurza i już. Nie wiem! – wyrzucił ręce na boki. – Może go dla mnie szlag trafić! W dupie to mam! – Pobiegł na górę, sam nie mając pojęcia, dlaczego ten chłopak doprowadził go do takiego szału.
Szymon nic nie rozumiał. Przecież Konrad ledwie znał Pawła z widzenia. Co mu odbiło? Brat wpadał w złość, nieraz się wściekał, ale dzisiaj… Potrząsnął głową.
– Cóż, będzie musiał jakoś to przeżyć. Odbierz ten cholerny telefon – nakazał Kamilowi ostro.
– Nie rozkazuj mi – warknął. Odebrał połączenie, które, jak się okazało, było od mamy. – No co tam?
– Chodzi o twojego tatę. Jest źle. Dzwonili do mnie ze szpitala…
– Co się stało? – Serce mu prawie stanęło. Przytrzymał się nawet szafki, bo nogi się pod nim ugięły. Mózg podpowiadał mu najgorsze sytuacje i nie chciał, aby któryś z czarnych scenariuszy okazał się prawdą. – Mamo?
– Twojego tatę znaleziono na ulicy. Prawie zapił się na śmierć. Jest z nim źle – powtórzyła. – Jadę do szpitala. Zamknęłam sklep. Mówią, że może nie przeżyć kolejnych godzin.
– Mamo, też tam pojadę. Poczekają na mnie. Rozumiesz? Pojedziemy razem. Zaraz tam będę. – Rozłączył się, kiedy matka mu odpowiedziała to, czego od niej oczekiwał. Popatrzył na Szymona.
– Słyszałem. Przebiorę się i już was zawiozę. – Dla otuchy Bieńkowski uścisnął ramię partnera, a potem pobiegł na górę.
Kamil przysiadł na szafce, usilnie powstrzymując strach przed tym, co może się wydarzyć.


[1] Cytat opisu filmu wzięty z Wikipedii.