4 czerwca 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 19



 Dziękuję za komentarze. :)

Kolejne dni upływały w miarę spokojnie zarówno w życiu Kamila, jak i Szymona. Obaj nie mogli powiedzieć, że jest idealnie, bo tak nie było. Szymon w dalszym ciągu poza zdawkowymi słowami nie rozmawiał z ojcem, próbując wszystko w sobie przetrawić i zrozumieć zachowanie rodzica. Natomiast Kamil, gdy tylko mógł, uciekał do partnera, bo w domu nie mógł zaznać chwili spokoju. Okazało się, że jego tata naprawdę stracił pracę. Z tego czego się dowiedzieli, wynikało, że na piciu w pracy przyłapał go szef. Nie wyszłoby z tego nic strasznego i raczej skończyłoby się na upomnieniu, gdyby kierownikowi zakładu nie towarzyszył jeden z inspektorów mający sprawdzić, czy budowa kanalizacji przebiega zgodnie z planem. To on pierwszy zauważył dziwne zachowanie pracownika i Janowi Zarzyckiemu tym razem się nie upiekło. Został natychmiastowo zwolniony. Jedynym plusem w tym wszystkim było to, że miał drogę otwartą, aby wrócić do pracy. Wymagano od niego tylko jednej rzeczy – pokazania właścicielom zakładu papierów potwierdzających to, że postanowił się leczyć z alkoholizmu i chodzi na spotkania AA. Niestety, ojciec Kamila uznawał, że nie ma problemu z alkoholem, leczył się nie będzie, bo nie ma z czego, a szef jest głupi. Zarzycki nie zamierzał wracać do tej pracy. Z tego też powodu już i tak niemałe napięcie trwające pomiędzy nim a jego żoną wzrosło o wiele bardziej. Kamil pamiętał jak w niedzielę – kilkadziesiąt godzin po tym, jak z Szymonem znaleźli go leżącego w rowie – Beata postawiła przed Jankiem talerz pełen krupniku i wściekła powiedziała: „Żryj”. Doskonale wiedziała, że mężczyzna nie znosi krupniku. Ugotowała go z pełną premedytacją. Jan, który nie miał tego dnia okazji do napicia się, musiał zjeść podany mu obiad, podczas gdy reszta rodziny jadła rosół oraz ziemniaki z kotletem i surówką z kiszonej kapusty. Tylko tego dnia mężczyzna był wyciszony, bo nie miał gdzie się napić. W poniedziałek zaczął od nowa. Wziął bez pytania rower teścia i pojechał do Kaliny, do baru, aby tam wlać w siebie procenty, stracić pieniądze i spotkać z koleżkami.
Kamila na to wszystko szlag trafiał. Dlatego całymi dniami pomagał w sklepie lub Szymonowi przy koniach, byle tylko nie myśleć o ojcu, który, gdy tylko się napił, miał do niego pretensje. Szczególnie o jego orientację. Po trzeźwemu, mimo że ze sobą nie rozmawiali, mężczyzna na ten temat nie miał nic do powiedzenia i milczał. Prawdziwe chwile ukojenia pojawiały się tylko w chwili, kiedy Kamil przebywał z Szymonem. Nie szczędzili sobie wtedy czułości, bliskości. Kochali się długo, bo noce należały do nich. Noce, które chłopak spędzał w domu Bieńkowskich. Poranki nadal bywały niezręczne, kiedy jeszcze nieco rozespany schodził do kuchni. Pani Basia traktowała go jednak normalnie. W sumie wyglądało to tak, jakby on i Szymon byli po ślubie jak para hetero, która zamieszkuje z rodzicami po złożonych przysięgach w kościele, mając prawo oficjalnie dzielić sypialnię z małżonkiem. Mariusz Bieńkowski również na nic nie narzekał, powtarzając, że obaj są dorośli. Dlatego tym bardziej Kamil nie rozumiał, dlaczego partner wciąż nie wybaczył i nie potrafił zrozumieć tego, jak wspaniałych ma rodziców. Nie kłócił się z nim o to, chociaż raz prawie do tego doszło. Drażliwy przez ostatni czas Szymon natychmiast uciął temat, wychodząc z domu.
Wszystko to obserwował Konrad, który zamierzał nareszcie przyprowadzić swoją dziewczynę na niedzielny obiad. Obawiał się jednak, co ona powie na relacje brata i ojca. Porozmawiał nawet o tym z Kamilem, który zapewnił go, że nie powinien się niczym zawczasu przejmować. Nie na wszystko ma przecież wpływ. Od czasu pamiętnej rozmowy w ogrodzie, zaraz po tym, jak Konrada zostawiła Bernata, obaj zbliżyli się do siebie i mogli nawet nieśmiało powiedzieć, że powoli zawiązywała się pomiędzy nimi przyjaźń.
Szymon pracował, jeździł w pole, zajmował się końmi, prowadził zajęcia z hipoterapii, żeby tylko czymś się zająć. Dla mamy przekopał ręcznie ogródek warzywny, by mogła zasiać w nim nasiona ulubionych warzyw. Robił wszystko, byle tylko nie myśleć, nie denerwować się. Jedynie Kamil go uspokajał. Kamil dawał mu wszystko to, czego potrzebował. Znów nauczył się mu ufać. Od czasu ich rozmowy w Czarnej Lisieckiej relacje pomiędzy nimi uległy zmianie. Znów mogli powiedzieć, że naprawdę są razem na dobre i na złe. Widać musieli przejść przez to wszystko, czym obdarzył ich los, aby w pełni mogli docenić to, co mają teraz. To dobrze wróżyło na przyszłość.
Pod koniec kwietnia Bieńkowski dostał wiadomość, że pomnik dla rodziny Kłosińskich jest już gotowy. Otrzymał także zdjęcia przesłane mu na maila. Poprosił właściciela zakładu kamieniarskiego o jeszcze jedną, drobną przysługę. Chciał, aby na grobie pojawił się wizerunek delfina, co miało oznaczać, że zmarło także dziecko. Może nie leżało razem z rodzicami, ale jakaś cząstka maleństwa na zawsze z nimi pozostała. To było bardzo ważne dla Szymona. Zadzwonił też w tej sprawie do proboszcza Czarnej Lisieckiej. Ksiądz zapewniał go, że tego także dopilnuje. Potem długo jeszcze rozmawiał z proboszczem, który próbował namówić go do wybaczenia ojcu. Na to nie był gotowy, szczególnie, gdy uświadomił sobie, że przez tamtą sprawę zmarło nienarodzone dziecko. A on w przeciwieństwie do Kamila kochał dzieci i cierpiał, gdy działy się rzeczy, które w tak brutalny sposób raniły te niewinne istoty.
Pomijając to wszystko, obaj z Kamilem nie mogli na nic więcej narzekać. No, może poza sprawą z kuzynem Zarzyckiego. Kamil nie zdecydował się na zgłoszenie sprawy na policję, ani też nie wspomniał o tym Anecie. Tu sam podkreślał, że stchórzył, ale wolał nie mieć na pieńku z rodziną. Gdyby babcia się dowiedziała, ich dobre relacje uległyby zmianie. Kobieta bardzo cieszyła się z tego, że jej rodzina spotyka się, rozmawia i naprawdę jest wszystko dobrze.
Do tego stopnia była szczęśliwa, że piekła właśnie ciasto, zabierając się za nie tuż po tym, jak zadzwonił do niej Adam z wiadomością, że dzisiaj do nich wpadnie, bo ma coś ważnego do powiedzenia.
Kamilowi, który jadł ukochane placki ziemniaczane – niedługo po tym, jak wrócił z pracy – od razu przypomniało się to, co przypadkiem podsłuchał w domu wujka. Nie podobało mu się to. Próbował nawet porozmawiać z dziadkiem na ten temat, ale ten go zbył, bagatelizując sprawę. Nie poruszał więc tego tematu, woląc poczekać na to, co się wydarzy.
– Ciasto upiecze się za pół godziny. Kamilku, dołożyć ci jeszcze placków?
– Nie, najadłem się. Idę do Szymona. Mamy zamiar wybrać się na przejażdżkę do lasu.
– To uważajcie na siebie. Obudzę twojego tatę, może coś zje.
– Nie warto. Zaglądałem do niego. Śpi i chrapie jak niedźwiedź. Otworzyłem okno, bo w pokoju śmierdzi alkoholem jak nie wiem. – Odniósł talerz do zlewu.
– A taki był z Janka porządny człowiek – biadoliła kobieta. – Nie rozumiem, jak mógł aż tak się zmienić.
– Każdy się w końcu zmienia. Życie ma na to duży wpływ, a inni ludzie szczególnie.
– Na to, że ktoś zaczyna pić jak twój tata?
– Mówię ogólnie, babciu. Powiedziałabyś o mnie rok temu, że przyjdę z pracy i jeszcze podłogę ci umyję? A pamiętasz, jak przed Wielkanocą wyczyściłem okna?
– To prawda. Dawny ty tylko machnąłby ręką i siadł przed komputerem.
– No właśnie. To lecę. – Zatrzymał się przy wejściu z kuchni i zapytał: – O której ma wpaść wujek?
– Koło piątej. Chciał nawet, aby twoja mama również była, dlatego musi wcześniej zamknąć sklep.
– Mogę ją zastąpić…
– To rodzinne spotkanie, więc też lepiej, abyś był. No to idź. Ja zobaczę co z ciastem. Jeszcze muszę zrobić masę – dodała już do siebie pod nosem po tym, jak wzięła ścierkę i uchyliła piekarnik, by zobaczyć czy biszkopt równo się piecze.

*

Konie zarżały. Degressa skubnęła bok Zefira, a ten potrząsnął głową. Szymon zaśmiał się na to.
– Ona go lubi.
– A ja lubię ciebie – powiedział Kamil, przyciskając partnera do drzewa. Przesunął ustami po jego szczęce. Lubił takie pieszczoty. Nie musiały prowadzić do czegoś więcej. Samo to było bardzo miłe.
– Tylko lubisz? – Rad z tego, że koniec kwietnia powitał ich ciepłymi dniami i Kamil nie miał na sobie już kurtki, wsunął rękę pod koszulkę z długim rękawem.
– No nie wiem. Nad tym, czy to tylko lubienie, można by dywagować całymi dniami. – Pogłaskał go po brzuchu, ciesząc się tymi chwilami sam na sam. Koni nie liczył, bo te pasły się, nie zwracając na nich uwagi.
– Rozważałbyś to całymi dniami? – Podrapał Kamila po kręgosłupie. – Nie drażnij mnie.
– A co mi zrobisz, jak nadal będę to robił? – Zjechał pocałunkami na jego szyję.
– Miałbym parę pomysłów. Trudno byłoby je tutaj zrealizować.
– Dlaczego? – Chwycił go stanowczo za tyłek, dociskając do siebie twarde, męskie ciało. – Czy miejsce ma znaczenie? – Niby niczego nie planował, ale takie powolne pieszczoty wpływały na niego silnie pobudzająco. Cóż się dziwić, w końcu mając dwadzieścia lat, łatwo się podniecał. Poza tym lubił seks z Szymonem.
– Miejsce nie. Ale drzewa jeszcze nie mają za dużo liści i widać nas zza krzaków.
– Twój rozsądek zawsze zniszczy miłe chwile.
– Mój? – Złapał w obie dłonie twarz Kamila i pogłaskał go po policzkach kciukami. Ucałował jego usta. – Jeśli w lecie nie zjedzą nas w lesie komary, to pokażę cię, co potrafię zrobić na łonie natury.
– Poprzedniego lata już pokazałeś. Pamiętam, jak pieprzyliśmy się na twoim motorze. Kiedy znów zabierzesz mnie na przejażdżkę tą bestią?
– Niedługo. A wracając do tego, o czym rozmawialiśmy... – Objął go wokół szyi. – Tylko mnie lubisz?
– Jaki jesteś zachłanny. Wszystko chciałbyś wiedzieć.
– Tak. – Potarł ich nosy o siebie, po czym przechylił głowę na bok, aby pocałować Kamila. – To co? Jak to jest z tym lubieniem? – pytał, owiewając wargi partnera gorącym oddechem.
– Kocham, zadowolony?
– Prawie.
– Pocałujesz mnie w końcu? – Sam chciał to zrobić, ale Szymon cofnął głowę. – I kto tu się drażni?
– Ja się nie drażnię.
– No nie. Na pewno nie. – W końcu dostał jego usta i nie bawiąc się w subtelności, pocałował Szymona mocno, męsko, dominująco władając jego wargami, biorąc je dla siebie. Kąsał je, lizał, bawił się nimi, trzymając mężczyznę w ramionach. Mógł go tak całować do końca życia. Przypuszczał, że gdyby mu to zostało odebrane, tęskniłby za tym przez całą wieczność. Świadomość, że dłonie dotykały ciała Szymona, usta całowały jego usta, a języki splatały się razem, posyłała przez jego ciało dreszcze, a do serca ciepło. Był tak blisko z mężczyzną, którego naprawdę kochał i był przez niego kochany. Nie potrzebował w tej chwili niczego więcej. W życiu ich obu wiele się działo, ale będąc razem, mieli swoje własne maleńkie szczęście, którym się dzielili. Szczęście, którego tak potrzebowali.
– Będąc z tobą, nic innego się nie liczy – wyszeptał Szymon po tym, jak na chwilę przerwał pocałunek, by zaczerpnąć tchu. Potem to on dominująco zawładnął wargami Kamila, nie zamierzając go szybko wypuścić ze swoich objęć. Gdyby mógł, to najchętniej nigdy by mu nie pozwolił odsunąć się od siebie. Ten chłopak dawał to, czego od zawsze mu w życiu brakowało. Miłość. Szukał jej. Miał wielu partnerów, kochanków. Potem długo był sam i spotkał jego. Buntownika, który w końcu zwrócił na niego uwagę, a z czasem oddał mu serce.
– Nigdy… – mówił, przerywając po to, aby złożyć krótkie pocałunki na twarzy Kamila. – Nigdy nie zwracaj mi mojego serca. Zatrzymaj je przy sobie na zawsze.  I nie proś o swoje.
– Nie zamierzam. Znalazło doskonałe miejsce, w którym chce być – powiedział Zarzycki wymęczonymi, czerwonymi ustami, oddychając szybciej. – I zamierza tam pozostać. – Położył dłoń na piersi Szymona, uśmiechając się do niego szeroko.
– Gdyby nas Karolina zobaczyła, znów by powiedziała, że jest za słodko, za lukrowo i za sentymentalnie.
– Miałaby rację.
– I byłaby z tego powodu szczęśliwa. – Ucałował czoło Kamila. – Wiesz, że przyjeżdża ostatniego kwietnia?
– Super. To już za dwa dni.
– Co prawda szybko wyjedzie, bo trzeciego lub czwartego maja, ale powiedziała, że ma dla nas niespodziankę i nie przyjedzie sama.
– Przywiezie koleżankę czy…
– Po niej można się wszystkiego spodziewać. Ale ja mam nadzieję na koleżankę. Facetowi zrobiłbym krzywdę, gdyby próbował dotknąć mojej małej, jedynej siostrzyczki.
– Ona jest dorosła. – Uszczypnął Szymona przez koszulkę w sutek. Natychmiast odskoczył od partnera, kiedy ten chciał mu odpłacić tym samym.
Nie udało mu się jednak uciec, bo Szymon szybko go dogonił. Złapał go w pół i zaczął łaskotać, przywierając do jego pleców. Kamil śmiał się, próbując się wyrwać, a nawet nastąpić mu na stopę. Partner mu na to jednak nie pozwalał. Wygłupiali się i śmiali, a konie, które przestały skubać coraz zieleńszą trawę, patrzyły na nich, zaciekawione co też ich panowie robią. Ci za to siłując się, upadli na trawę, po której tarzali się, jakby to już było lato, a ziemia wcale nie była zmarznięta. Obaj byli silni i raz Kamil lądował na Szymonie, a raz stawało się na odwrót. Gdyby ktoś ich zobaczył z boku, mógłby powiedzieć, że się biją, tymczasem była to pełna zabawy ich mała potyczka, po której opadli obok siebie na plecy, śmiejąc się głośno.
– Jak, kurwa, dzieci. – Kamil spojrzał w błękitne niebo, które jeszcze z powodu niewielu liści na drzewach było doskonale widoczne. – Ono jest jedno, a pod nim tyle rzeczy się dzieje.
– O czym mówisz? – Szymon nie rozumiał. Przekręcił się na bok i podparł głowę na ręce. Miał za nic to, że leży na wilgotnej, zimnej ziemi. Drugą rękę położył na brzuchu chłopaka.
– O niebie. No zobacz. Ono wisi tam wysoko i jest świadkiem wszystkiego, co dzieje się na ziemi. My, ludzie, żyjemy sobie pod tą błękitną kopułą. Choćby tu, w Jabłonkowie. Wystarczy spojrzeć w górę, a wszyscy na świecie widzimy to samo niebo. O różnych porach roku, dnia, nocy, może innym układzie gwiazd, nie wiem nie znam się na tym – wtrącił, nie udając, że jest omnibusem i pozjadał wszystkie rozumy – ale to zawsze jest to niebo. Przykrywa ziemię jak kołderka.
Szymon spojrzał w górę. Kamil miał rację. Niebo nad nimi, cokolwiek by się nie działo, zawsze było, jest i będzie. A widziałoby tak wiele historii ludzkich, gdyby było żywą istotą.
– Pod błękitnym niebem toczy się życie – szepnął.
– Pod zachmurzonym też.
– Błękitne lepiej brzmi. – Bieńkowski wstał i podał rękę partnerowi, pociągając go do góry. – Wstawaj, bo jeszcze wilka dostaniesz. – Zaczął zdejmować z jego włosów i ubrania suchą trawę oraz gałązki.
Kamil odwdzięczył mu się tym samym, na końcu jeszcze go całując.
– Brakowało mi takiego popołudnia. Pełnej beztroski.
– Mnie też.
– Musimy jednak wracać. Wujek Adam ma przyjechać. Obawiam się, że nie będzie miło. – Zaczął iść w stronę koni. – Pamiętasz, jak ci opowiedziałem o tym, co usłyszałem, kiedy byłem u Piotrka? – Złapał lejce Zefira i wsiadł na konia. Zrobił to z gracją i bez problemów. Nauczył się doskonale jeździć.
– Pamiętam. – Dosiadł Degressę. Klacz zadrobiła nogami w miejscu. – Sądzisz, że facet chce kasy?
– O nic innego nie chodzi. Zazwyczaj kiedy nie wie się o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Nie rozumiem tylko dlaczego. Przecież nie ma prawa do niczego.
– Przekonasz się. Możesz się mylić. – Pojechali dróżką ku wyjściu z lasu.
– Chciałbym. Mam jednak co do tego złe przeczucia. To co, damy się im wybiegać? – zapytał, zmieniając temat. Nie chciał niszczyć tych miłych chwil.
– Pewnie. Tylko nie spadnij – zażartował, wiedząc, że Kamil doskonale radził sobie w siodle. Wydawało mu się, że przecież nie tak dawno podjechał pod jego dom konno i zmusił do nauki jazdy.
– I kto to mówi. Prędzej ty się nie utrzymasz. – Trącił konia piętami w odpowiedni sposób.
Zefir przyśpieszył, a po chwili, kiedy wyjechali z lasu na pustą przestrzeń, Szymon mógł już tylko widzieć zad ogiera, jego nogi w galopie i plecy partnera. Nie zamierzał dać im się wyprzedzić.
– Maleńka, pokażmy im, co umiemy – powiedział, klepiąc klacz po karku. Kilka sekund później Degressa biegła galopem, a Szymon czuł jak wiatr uderza w jego twarz. Radość i wolność, które rozlewały się w jego ciele, sprawiały, że w pełni odbierał zmysłami to, że żyje.

*

Szczęśliwy Kamil, po tym, jak oporządził Zefira, pożegnał się czule z Szymonem i wrócił do domu. Wujka jeszcze nie było. Mama za to już zdążyła wrócić. Nie przeszkadzało jej, że musiała wcześniej zamknąć sklep. Kamil powiedział jej, że mógł ją zastąpić, a ona tylko machnęła ręką i dodała, że nic się nie dzieje. Oboje za to byli ciekawi, czego chce wujek. Nawet do niej dzwonił i nakazał, że ma być w domu. Dodał jeszcze coś, co ją bardzo zastanowiło. Dlatego obawiała się tego spotkania.
– Gdzie tata? – zapytała, nalewając sobie w kuchni wodę z butelki.
– Pewnie na górze. – Po tym, jak umył w zlewie ręce, otworzył lodówkę, skąd porwał plasterek szynki. – Chyba przespał cały dzień.
– To dobrze, będzie w miarę trzeźwy. Jak coś, to może pokaże, że jest facetem, a nie zapijaczoną mordą. Zrobiłam małe zakupy, ale zostawiłam torbę w samochodzie. Przyniesiesz ją?
– Mhm.
Na dworze wyjął z tylnego siedzenia siatkę z zakupami. Miał iść do domu, kiedy za jego plecami odezwał się klakson. Przewrócił oczami. Odwrócił się. Wujek czekał w samochodzie przed bramą.
– Ma mnie za odźwiernego czy jak? – Mimo to Kamil poszedł otworzyć bramę. Nawet uśmiechnął się uprzejmie, prawie zgrzytając z tego powodu zębami. Nic nie poradził na to, że nie czuł sympatii do chrzestnego.
– Twoja babcia, dziadek i mama w domu? – zapytał wujek, nawet się nie witając.
– Dzień dobry. A w domu, gdzie mają być, jak na ciebie czekają. Zapraszam. – Wpuścił wujka Adama do sieni. – Babcia, wujek już jest – zawołał staruszkę, która od razu wyszła z pokoju. Woląc nie słuchać jej ćwierkania do syna, poszedł od kuchni, gdzie wypakował zakupy.
– Zrób wujkowi kawę. – Mama tylko zajrzała do pomieszczenia, a potem zniknęła za progiem.
– Dobra. Służący zrobi. – Irytował się, jednak nie na to, że coś mu kazano zrobić, ale na ten teatrzyk. Przygotował kawę i trzy herbaty. Podejrzewał, że skacowany tata też siedzi w pokoju, więc wziął dla niego wodę.
Ustawiwszy wszystko na tacy, zaniósł to do pokoju. Od razu wyczuł ciężką atmosferę. Przyjrzał się ich niezadowolonym minom. Postawił tacę na stole, obok talerza z pokrajanym ciastem, nie robiąc nic więcej. Niech się sami obsłużą. Stanął pod ścianą z założonymi na piersi rękoma.
– Adam, chyba żartujesz. – Beata przypuszczała, że jej brat oszalał. Wiedziała, że za tą próbą odbudowania relacji rodzinnych coś się kryje.
– To wy żartujecie. Teraz wiem wszystko. Rodzice dali ci sklep, którego połowa z racji dziedziczenia jest moja.
– Nie chciałeś sklepu – przypomniał Stanisław.
Kamil spojrzał na babcię. Zabolał go jej zawód na twarzy.
– Nie chciałem, bo nie mam czasu się nim zajmować, a Magdusia nie będzie harować. Nadal nie chcę sklepu, tylko połowę pieniędzy za niego. Rozmawiałem z prawnikiem, przedstawiłem stosowne dokumenty i powiedział, że mi się ta połowa należy. Beata, chcę, abyś mnie spłaciła, to wtedy dam ci spokój, bo inaczej pójdziemy na drogę sądową i dostanę to, co jest moje.
– Wynoś się – głos babci przedarł się przez ciszę, która nastąpiła po słowach Adama Dutkiewicza. – Zawsze chciałeś mieć wszystko. Zawsze było ci mało. – Z trudem podniosła się z wersalki. – Ciągle tylko „daj i daj”. Nawet warzyw chciałeś za darmo, zapominając, ile się napracujemy, aby mieć coś swojego, podczas gdy sami z Magdą możecie sobie wszystko posiać. Macie duży ogród. Nic nie dostaniesz. Nie pamiętasz chyba, że kiedy budowałeś dom, to daliśmy ci trzydzieści tysięcy, które składaliśmy przez wiele lat. Mówiliśmy ci wtedy, że to twój spadek.
– To było dawno temu. Beata ma mi oddać jeszcze dwadzieścia tysięcy.
– Figę z makiem dostaniesz. – Babcia położyła dłoń na klatce piersiowej. – Tak bardzo się zawiodłam. Też skorzystamy z pomocy prawnika. Mam papiery, że dostałeś wtedy te pieniądze. Tacy głupi z ojcem nie byliśmy, aby ci zaufać. Wychować dzieci, a potem robią ci coś takiego. – Pokręciła głową z rezygnacją. – Muszę zaparzyć sobie melisy, bo coś mnie trafi. Wracaj do swojej Magdusi, Adam. Powiedz jej, że nic nie dostaniecie. To moje ostatnie słowo. Kamilku, zaprowadź mnie, proszę, do kuchni. Nie chcę więcej widzieć mojego syna, dopóki się nie zmieni. Nie tak go wychowałam – mówiła, kiedy z pomocą córki i wnuka wyszła z pokoju. Serce ją bolało na myśl, że na własnym łonie wychowała kogoś takiego jak Adam.
Zanim Kamil wyszedł z pokoju, trzymając babcię za rękę, jeszcze obejrzał się przez ramię. Jego ojciec wstał i pokazał szwagrowi gdzie są drzwi. Chłopak westchnął. Dlaczego rodzic nie potrafił być tak zdecydowany, jeśli chodziło o alkohol? Żałował również, że sprawdziły się jego przypuszczenia co do intencji wujka. Nie miał pojęcia, co będzie dalej i jak to zostanie rozwiązane.

6 komentarzy:

  1. Nareszcie coś na nie mogę napisać :P Na początku trochę zbyt dużo opisu, zrobiło się monotonnie. Dalej już jednak bardzo słodko i emocjonalnie. Podoba mi się ciągłość fabuły, ale też to że w każdym rozdziale znajduje się coś nowego i zaskakującego. Od dawna powtarzam, jesteś świetna w pisaniu emocjonalnie

    OdpowiedzUsuń
  2. To było takie urocze, gdy Szymon mówił o ich sercach 😍 Rozumiem też Kamila, że wolał niczego nie zgłaszać. Z własnego doświadczenia wiem, że to ciężkie, gdy przez jakiś incydent może powstać konflikt w rodzinie. I potem decydować, postąpić jak się powinno, czy jednak nic nie robić, by w rodzinie był spokój. Ciekawa jestem, jak dalej potoczy się sprawa z wujkiem Kamila. Nienawidzę takich chciwych i łapczywych na kasę ludzi...
    No nic, czekam na następny rozdział i pozdrawiam ciepło :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak już zabierasz się za pisanie scen to doucz się najlepiej. Nie pisz bzdur. Jako amazonka idealnie wytknę błędy z opisów z końmi. Kurwa, to zwierzęta, nie rozumieją. Nie drobią w miejscu. I nie popędza się konia PIĘTAMI. Jak ja nienawidzę takich ludzi. I jakim sposobem chłopak nauczył się tak szybko jazdy konnej? Sama równowaga zajmuje czasem ponad rok, samym stępem. Potem zaczyna się kłus i wciąż równowaga. I to wszystko na lonży lub lonżowniku. Nie jest możliwe przyswojenie tak szybko jazdy konnej. Kobieto, nie zabieraj się za coś, na czym się nie znasz.
    Nie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej amazonka się odezwała. Czego ty chcesz, aby Luana uczyła swoją postać rok czasu? To opowiadanie i co może historia miałaby trwać kilka lat? Lu, pobierała informacje z netu jeśli chcesz wiedzieć, ze stron z końmi i z nauki jazdy. Sama jeżdżę i wiem, że konia popędza się lekko piętami. I nauczyłam się jeździć szybciej niż ty. Rok czasu? Śmiech na sali.

      Usuń
    2. To w takim razie jesteś jakaś opóźniona w rozwoju. Konia się nie kopie. Widać, że instruktora to miałaś chujowego. :) Po coś wszyscy instruktorzy krzyczą "pięta w dół" żeby właśnie napiąć łydki i je przyłożyć. Doucz się, debilko. I Luana też, najlepiej z książek, a nie Internetu. Albo niech się nie zabiera za coś, czego nie umie.

      Usuń
    3. Ty sie naucz pisac milej i dopiero sie bierz za pouczanie.

      Usuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)