28 maja 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 18

Zapraszam na 18 rozdział. Przypominam, że jest ich 26 plus epilog.

Z takich ogłoszeń to nadal mi pisanie nie za bardzo idzie. Ale staram się od czasu do czasu pisać w zeszycie. Nie powiem kiedy będzie kolejny tom "Obrazów miłości" jestem dopiero na początku. Końca nie widać. Jedynie gdyby na jakiś inny tekst wena mnie dopadła i potrafiłabym go napisać w ciągu dwóch tygodniu jak "Znalezione na strychu" to może by się coś pojawiło. Ale wątpię w to.

Dobra, nie nudzę Wam. Zapraszam do czytania.



W piątek potwornie lał deszcz. Po pięknej, słoneczniej pogodzie nie został ślad. Zrobiło się zimno, jakby to była połowa stycznia, a nie kwiecień. Siłą rzeczy Kamil musiał wyciągnąć z szafy grubszą kurtkę, by nie zmarzł w drodze na spotkanie z Piotrem. Stał właśnie samotnie na przystanku, czekając aż podjedzie autobus do Zydla. Postanowił sobie, że koniecznie musi zrobić prawo jazdy i może uda mu się w przyszłości kupić jakiegoś gruchota. Raczej nie sądził, by było go stać na auto lepsze od sprowadzonego z Niemiec starocia. Poza tym w domu było Punto, które i tak w większości stało na podwórku. Dzisiaj mama pojechała nim do pracy z powodu pogody, ale zazwyczaj pieszo chodziła do sklepu.
Po tym jak podjechał wyczekiwany autobus, Kamil od razu wsiadł do ciepłego wnętrza. Kupił bilet i zajął miejsce tuż za kierowcą. I tak za dziesięć minut miał wysiadać, więc nie pchał się do tyłu. Gdyby była ładna pogoda, pożyczyłby rower od dziadka i pojechał nim do kuzyna. Obserwował przez boczną szybę mijane krajobrazy. Za nim siedziały dwie kobiety, które plotkowały, obmawiając swoich mężów, sąsiadów, rodzinę. Przez chwilę miał ochotę odwrócić się do nich i im napyskować, lecz wolał się nie wtrącać. Dawny Kamil od razu by coś powiedział.
Wysiadł na pierwszym przystanku w Zydlu. Z niego do domu wujka Adama miał tylko parę kroków. Przebiegł więc ostatnie metry, narzucając na głowę kaptur. Wszedł przez furtkę, szybko pokonując krótki odcinek prowadzący do kilku schodów, po których się wspiął. Nad nimi był daszek, więc już tak nie mókł, chociaż deszcz i tak zacinał. Nacisnął dzwonek. Zrzucił kaptur z głowy, kiedy drzwi się otworzyły.
– Kamil?
– Dzień dobry, wujek. – Przywitał się uprzejmie, jak nie on. – Jest Piotrek?
– Jest. Wejdź. – Adam wpuścił siostrzeńca do przedpokoju. – Zdejmij buty, bo Magdusia myła podłogi. A narobiła się kobita.
– Trzeba było jej pomóc – rzucił Kamil, rozbierając się. – Nie narobiłaby się. Dobra, Piotrek u siebie? – zapytał, zanim wujek zaczął wykład o tym, że jedne prace są dla kobiet, a inne dla mężczyzn. On tak nie myślał. Uważał, że każdy powinien pomagać w domu, jeśli zachodzi taka potrzeba. A mycie podłóg to nie tylko zajęcie dla kobiet. Sam w domu pomagał w tym babci.
– Tak.
– To lecę do niego. – Znając drogę do pokoju kuzyna, pospiesznie pokonał schody, przeskakując po dwa schodki. Potem na korytarzu skręcił w lewo i zapukał do pierwszych drzwi.
Piotrek otworzył po chwili. Miał na sobie spodnie dresowe i powyciągany sweter.
– Siemka. Właź. Czekaj, tylko napiszę kumplowi, że mam gościa. – Piotr pochylił się nad klawiaturą komputera.
– Spoko. – Zaczął rozglądać się po pokoju, którego białe ściany zostały oblepione plakatami różnych zespołów muzycznych. Wielu z nich Kamil nie znał.
– Dobra, to napijesz się czegoś?
– Soku, co?
– Jabłkowy może być? Tylko taki mamy.
– Pewnie.
– To czekaj chwilę, zaraz wrócę.
– Mhm. – Zostając sam, Zarzycki wyjrzał przez okno. Widać było z niego dom sąsiadów, a w oddali dachy innych budynków oraz wieżę kościoła. Potem usiadł w fotelu przy biurku i zaczął się na nim okręcać. Napisał też esemesa do Szymona, że jest na miejscu.
Chwilę później do pokoju wrócił kuzyn.
– Mam jeszcze ciastka. Kupione. Mama nie piecze – powiedział Piotr, stawiając wszystko na biurku. Odsunął przy tym na bok bezprzewodową klawiaturę. – Babcia to super piecze, nie?
– No. Ale moja mama już nie ma do tego drygu, jak to mówi. A babcia piecze, kiedy się denerwuje. Ostatnio zrobiła sernik, bo pokłóciła się z przyjaciółką. Obie się lubią, a kochają drzeć ze sobą koty. Co ma jedna, to chce mieć i ta druga. Normalnie jak dzieci. Dziadek tylko kręcił głową i zajął się swoją robotą. – Wyciągnął rękę po herbatnik z czekoladą. Popatrzył na kuzyna, który usiadł na łóżku. – Słuchaj, jestem ciekaw co z Pawłem.
– Paweł? Daj spokój. – Machnął ręką. – Jest coraz gorzej. Teraz już całe dnie spędza z tymi ludźmi. Wczoraj przyszedł na noc, a z rana znów wybył. Ojczulek wierzy, że mój brachol pracuje u tego faceta. Rozumiesz?
– Słuchaj, a czy…
– No, wal śmiało.
– Czy nie wydaje ci się, że oni mogą mieć coś wspólnego z narkotykami? – Ze szklanką soku w dłoni przesiadł się na łóżko. Usiadł przodem do kuzyna, zginając jedną nogę pod siebie. – Może Paweł coś bierze.
– Nie zdziwiłbym się. Dobra, też ideałem nie jestem. Tata się drze, że powinienem sobie znaleźć robotę, bo jestem facetem. Mamcia staje po mojej stronie, że jeszcze jestem młody i się w życiu napracuję. Też tak sądzę, a robotę znajdę. Jak powiedziałem, idealny nie jestem, ale lubię swojego brata. Dziwne, co nie? I wiem, że on lubi się przypodobać innym i dla szpanu mógłby coś brać. A czy oni czymś handlują… Też by mnie to nie zaskoczyło. Pawła jednak mimo wszystko nie rozumiem. Widziałeś, jak on wygląda? Niejeden chciałby być takim przystojniachą, a on to marnuje. Za chwilę zrobi się z niego obleśny typek, z którym nikt nie zechce mieć do czynienia. A w ogóle to co tak o nich wypytujesz?
– Z ciekawości. Raz Paweł i jego kumple przyjechali do sklepu po fajki. Musiałem mordę na ich wydrzeć, bo zaczęli śmiecić i pyskować. Wkurwiający kolesie. Mogę zapalić?
– Tylko uchyl okno.
– Spoko. – Kamil zrobił to, o co kuzyn prosił, po czym zapalił. Zrezygnował z rzucenia nałogu. Na razie nie miał motywacji, a Szymonowi chyba nie przeszkadzały pocałunki smakujące dymem papierosowym. Poza tym gumy o mocnym smaku jakoś go niwelowały. – A powiedz mi jeszcze kto w tej ich grupie naprawdę rządzi?
– Gargamel. Mówiłem ci, to przyrodni brat Maćka. Maciek rządzi chyba tylko ślepo wpatrzonym w nim Pawłem. Jest jeszcze ten łysol, ta dziewucha, która przez jakiś czas była dziewczyną mojego brata i ten jeszcze jeden oryginał. – Poprawił się na łóżku, podsuwając bardziej pod ścianę, by się o nią oprzeć. Nogę zgiął w kolanie, opierając na nim rękę. – Gadałem kiedyś z Pawłem. Mówi o nich w taki sposób, że nie trzeba być bystrzachą, by zobaczyć, że jest pod ich dużym wpływem. Jak jeszcze w styczniu nie było tak źle, to teraz gdybyś go zobaczył… Ciągle chodzi wkurwiony, rzuca się na wszystkich. Bić się nawet chce. Zbir się z niego robi i tyle. Co tu dużo gadać. Czasami faktycznie byłoby dobrze, jakby ktoś rozwalił tę ich bandę i przemówił mojemu bratu do rozumu.
– Ta. – Popalając, Kamil zmrużył oczy. Byłby na to sposób, ale czy wtedy rodzina nie miałaby mu za złe tego, że doniósł na Pawła? W sumie nie na niego, tylko na tę grupę. Przecież w ten sposób chce uratować kuzyna, mimo że dalej go nie cierpiał. Nie chciał jednak, aby ten skończył w grobie. Byłoby lepiej, gdyby zamknięto Pawła za kratkami. Pewnie wiele by nie dostał, jakby nic przy nim nie znaleziono. Wujek Anety by im pomógł. A może nie powinien się do tego mieszać, tylko zająć swoim życiem? Przed nim leżał trudny do zgryzienia orzech.

*

Szymon pomachał dzieciakom i ich rodzicom. Żałował, że pogoda nie dopisała i musiał zrobić zajęcia w hali. Dobrze, że taką mieli, bo w przeciwnym razie musiałby odwołać dzisiejsze spotkanie. W dodatku kiedy w ubiegłym roku wpadła kontrola z Polskiego Towarzystwa Hipoterapii, mógłby mieć większe problemy przez brak miejsca pod dachem. Zaprowadził konie do boksów, gdzie nagrodził je kostkami cukru.
– Dzieciaczki cię uwielbiają – powiedział Jacek.
– Ja je też. Która godzina?
– Chyba po szesnastej.
– Jadę po Kamila. Nie będzie się tłukł autobusem. – Chętnie też odwiózłby go do kuzyna, ale przez zajęcia nie mógł tego zrobić. Za to umówili się, że jak tylko będzie wolny, da znać Kamilowi i chwilę później po niego podjedzie.
– W końcu się wam układa. Cieszę się.
– Też się cieszę. – Pogłaskał jeszcze Ariadnę po pysku. – Czasami mam podły humor, ale on to wytrzymuje.
– Nie zawsze ma się tylko te dobre dni. W związku nie ma różowo. Wiem coś o tym.
– A jak twój synek?
– Bez zmian. Co nas cieszy, bo jego stan się nie pogarsza. Czekamy na cieplejsze dni, byśmy mogli wziąć go na dwór. Na razie lekarz zabronił. Do dzisiaj jestem ci wdzięczny za zorganizowanie zbiórki pieniędzy. – Poklepał Szymona po ramieniu. – Dobry z ciebie człowiek. A że czasami wychodzi z ciebie diabełek… Z kogo nie wychodzi, kiedy chce się walczyć o swoje racje? Jedź po partnera, ja uprzątnę następne boksy. Kazik czyści uprzęże. Tylko coś ostatnio narzekał na monitoring. – Spojrzał w stronę wiszącej pod sufitem kamery.
– Przypomnij mu, że w dzień są wyłączone. Nie chodzi tu o szpiegowanie moich pracowników, tylko o dobro zwierząt.
– Już z nim o tym gadałem. Ale chyba zrobię to jeszcze raz.
– Jak coś to sam z nim porozmawiam. Dobra, spadam.
– Do później.
Podali sobie ręce, a Szymon wyszedł ze stajni. W domu szybko umył dłonie i zabrał kluczyki od samochodu.
– Mamo, jadę po Kamila.
– Uważaj na drodze, bo leje jak z cebra i jest ślisko.
– Wiem. Będę uważał.
Założył kurtkę oraz ciężkie buty, odpowiednie na taką pogodę. Dziarskim krokiem dotarł do bramy i otworzywszy ją po chwili, wyjechał na drogę. Zamknąwszy bramę, wsiadł do samochodu i zadzwonił do Kamila, mówiąc mu, że dotrze do niego za piętnaście minut. Naprawdę nie zamierzał się śpieszyć, szczególnie kiedy widoczność na drodze była nikła. Deszcz uderzał w szyby, a wycieraczki pracowały pełną parą. Szymona wnerwiało to, że kiedy latem ubiegłego roku deszcz był potrzebny, to go jak na złość nie było. Nie mógł jednak narzekać, bo deficyt wody jest tak duży, że każdy taki dzień, kiedy leje, przydawał się.
Pod dom Dutkiewiczów dotarł trochę później, niż planował. Dał znać Kamilowi, że już jest i chwilę później chłopak pojawił się w samochodzie.
– I jak było?
– Nawet spoko. Pogadałem z Piotrkiem o tym, o czym planowałem, a potem tak na luzie. Pograliśmy nawet na PlayStation.
– Nie nudziłeś się. – Wycofał ostrożnie, pamiętając o listopadowej stłuczce, jaką miał na parkingu w Rzeszowie. Wykonując wówczas ten sam manewr, cofnął prosto w stojący za nim samochód. Nie widział go, bo patrzył na inny, który czekał, by wjechać na jego miejsce. Za to za nim zatrzymała się młoda dziewczyna, która czekała na wyjeżdżającego obok kierowcę. Niestety, coś go na tyle oślepiło, że nie zauważył jej i wjechał na jej auto, uszkadzając lewe drzwi. O dziwo jego samochód miał tylko małe zadrapanie na zderzaku. Tamto zdarzenie nauczyło go, że prowadząc samochód, nawet na parkingu trzeba mieć oczy z każdej strony głowy. Szczególnie w kiepską pogodę, kiedy widoczność była ograniczona.
– Nie. Zaraz ci powiem co i jak z Pawłem, ale coś mnie zastanowiło. – Zagryzł dolną wargę.
– Co?
– Zszedłem na dół do toalety, bo na górze remontują łazienkę. Potem jak wyszedłem z kibelka, doleciał do mnie fragment rozmowy ciotki i wujka.
– To znaczy?
– Ona powiedziała: „Adam, ile będziesz jeszcze czekał, aby zacząć działać. Nie na darmo robimy to, co robimy. Dali jej wszystko, a tobie nic. Też na coś zasłużyłeś”. Wtedy wujek dodał: „Ty myślisz, że to tak da się szybko działać. Muszę się najpierw zorientować co i jak”. Wtedy ciotka, już taka wkurzona, powiedziała, żeby nie zwlekał. Obiecał jej się tym zająć.
– I sądzisz, że o co chodzi? – Deszcz trochę przestał, więc teraz lepiej mu się jechało.
– Tak sobie myślę na co wujek miał niby zasłużyć i kto co dostał? Może chodzi o moją mamę. Na to by wychodziło. Bo przecież wuj zawsze uważał, że rodzice dawali jej wszystko, a on nic nie dostał. Ale jak potrzebował pieniędzy na budowę domu, to dziadkowie mu pomogli. Miałem z jedenaście lat, a do dzisiaj pamiętam, jak babcia dawała wujowi kasę. Mówiła, że to jego część i aby o więcej już nie prosił, bo dali mu wszystko, co powinien od rodziców dostać. Także nie wiem, czego on by jeszcze chciał. W ogóle to jak można czegoś żądać od rodziców? I to jeszcze pieniędzy.
– Jeśli jest tak jak podejrzewasz, to z tego co twój wujek mówił, pewnie niedługo się okaże co i jak.
– Obym się mylił.
– Dokładnie. – Zdjął rękę z kierownicy i pogłaskał udo Kamila. – A co tam z Pawłem?
– Ho, z nim to istny cyrk. Nie wiem, co robić. Jakoś nie uśmiecha mi się donoszenie na kuzyna.
– Nie na niego. Chodzi o tę grupę. Nawet nie o Maćka czy jak mu tam, ale tego szefa.
– Gargamela – podpowiedział Kamil.
– Właśnie. Jeśli handlują czymś nielegalnym, a my o tym wiemy, to trzeba by coś nie coś zrobić.
– Niby tak. Ale szlachetność to twoje drugie imię, nie moje. Kurwa, nie chcę, aby Paweł poszedł siedzieć.
– Jeśli jest niewinny, to nic mu nie będzie. Musisz pamiętać, że kumpluje się z dosyć niebezpiecznymi typkami. W razie kłopotów, gdyby coś mu się stało, to będziesz sobie pluł w brodę.
– Też racja. Nie wiem, co mam robić. Może poczekamy jeszcze parę dni?
– Do poniedziałku najwyżej, co?
– W porzo. – Przymknął powieki. Spać mu się chciało. Taka pogoda go rozleniwiała. Poza tym lubił jechać w samochodzie, kiedy na zewnątrz padał deszcz.
– Zmęczony? – zapytał Szymon.
– Bardzo. Jak tylko wrócę, to się na trochę kimnę, bo nie wytrzymam do nocy.
– To może położysz się u mnie w pokoju. Ja i tak muszę popracować, a tobie nikt nie będzie przeszkadzał.
– Dobry pomysł.
Jak postanowili, tak zrobili. Kiedy tylko dojechali do domu, Kamil przywitał się z mamą Szymona i poszedł na górę się zdrzemnąć. Szymon przyszedł do niego chwilę później i widząc, że jego partner już zasnął, przykrył go z troską kocem. Pocałował go w skroń, po czym zostawił samego. Zszedł do gabinetu, gdzie czekało go kilka godzin pracy na komputerze. Musiał zająć się całą księgowością, obejrzeć plany pól, w końcu sprawdzić, czy nie zapomniał niczego zasiać, a co musiał jeszcze posiać. Już nie mógł się doczekać, kiedy na dobre wyjedzie w pole i spędzi tam cały dzień, jeżdżąc na traktorze.

*

Kamil obudził się, kiedy na dworze zrobiło się ciemno. Musiało już być bardzo późno. Odwrócił głowę, zauważając, że nie jest sam w pokoju. Szymon siedział obok w fotelu i czytał coś, co nie było dokumentacją, fakturami czy ogólnie czymś związanym z prowadzeniem gospodarstwa. Kamil rzadko widywał go z książką, dlatego w tym przypadku był to taki dosyć niecodzienny widok.
– Która godzina?
– Prawie dwudziesta pierwsza. Nie chciałem cię budzić.
– Cholera. – Usiadł. Koc, którym był okryty, owinął się wokół jego pasa. Odrzucił go na bok. – Muszę iść.
– Zostań. – Szymon odłożył książkę i wspiął się na łóżko. – Proszę. – Położył rękę na jego torsie, zmuszając chłopaka, aby się położył.
– Jak ładnie prosisz. – Z początku zaskoczony, wyciągnął rękę, aby położyć ją na karku mężczyzny.
– Bardzo? – Nachylił się nad Kamilem. – Zostaniesz? – Polizał jego usta. – Hm?
– Za mało prosisz. Chcę więcej.
– Więcej? – Położył się na nim, podpierając na łokciach po bokach jego głowy. Połączył ich usta w subtelnym, przyjemnym pocałunku. Zamruczał, kiedy Kamil wsunął nogę pomiędzy jego uda i poruszył się, ocierając w strategicznych miejscach, a palce dłoni wsunął w jego włosy. Pogłębił pocałunek, dociskając się do chłopaka całym ciałem. Potrzebował kochać się z nim. Potrzebował po prostu z nim być.
Kamil oddał pocałunek, który powoli przeradzał się w coraz zachłanniejszą walkę warg i języków. Jedną rękę wsunął pod sweter i podkoszulek mężczyzny, szukając kontaktu z jego skórą. Miło mu było z tym, że Szymon tak bardzo go chciał. Nagle poczuł, że w jego kieszeni zaczyna wibrować telefon, a za chwilę ostry dźwięk rockowej piosenki przerwał ciszę.
– Nie odbieraj – zamruczał Szymon, dobierając się do jego szyi. Chciał się popieścić, zanim pójdą się umyć, a potem będą się kochać całą noc.
– Mhm. – Odchylił głowę, pozwalając mu się całować. Telefon ku jego uldze przestał dzwonić. Nie na długo jednak, bo za chwilę znowu się odezwał. – Muszę odebrać, bo ktoś nie da nam spokoju.
Szymon ciężko westchnął, jak to miał w swoim zwyczaju i zsunął się z chłopaka. Położył się na boku, czekając aż partner skończy rozmowę. Tymczasem Kamil, który odebrał telefon, rozmawiał z mamą.
– Jak to go nie ma?
– No nie ma. Dzwoniłam do tego jego kolegi i powiedział, że Janek wsiadł do autobusu i po piątej pojechał do domu. Ale nie dotarł. Kamil, musimy go poszukać.
– Dobra. Dobra, zaraz będę. – Rozłączył się i spojrzał przepraszająco na Bieńkowskiego.
– Co tam?
– Tata nie wrócił do domu. Mama chce go szukać. Martwi się. Muszę jej pomóc. – Położył dłoń na policzku kochanka. – Przepraszam. Wynagrodzę ci to. Obiecuję. – Ucałował szybko jego usta.
– Uch. Na pewno wynagrodzisz. Pomogę ci. Zawsze jest tak, że gdy więcej osób szuka, to zguba szybciej się znajdzie. – Wstał z łóżka, poprawiając ubranie. – Pojedziemy moim samochodem. Może twój tata jest gdzieś niedaleko.
– Podobno wsiadł w autobus do Jabłonkowa. Pod sklepem nie siedzi, a baru u nas nie ma. Do Kaliny do baru też nie zawędrował. No chyba że jednak tam się udał.
– Zobaczymy.
Zeszli na parter. Ubrali się szybko. Szymon tylko zabrał kluczyki i razem z Zarzyckim odganiając się od Aresa, który sądził, że idą na spacer, wyszli na zewnątrz. Na szczęście już przestało lać, lecz było potwornie zimno. Kamil zadrżał. Zdecydowanie bardziej wolałby siedzieć w ciepłym domu, kochać się z Szymonem, a nie szukać zapijaczonego ojczulka.
– Podjedź pod mój dom. Ja skoczę i powiem mamie co i jak. Ona pojedzie do wsi, a my poobjeżdżamy okolice. Ojciec powinien przecież wysiąść na tym przystanku niedaleko stąd.
Bieńkowski już tego nie skomentował, bo nie czuł takiej potrzeby.
Pięć minut później mama Kamila pojechała do wsi, aby tam sprawdzić zakątki, w których urzędowały miejscowe pijaczki, a oni zaczęli objeżdżać okoliczne drogi. Poszukiwania utrudniała im ciemność. Szymon jechał powoli, aby niczego nie przegapić.
Kamil coraz bardziej się denerwował, zaczynając kląć na ojca i jego nieodpowiedzialność, głupotę.
– I on ma się za dorosłego. Jak diabli, do kurwy nędzy, jest dorosły. Oczywiście – prychnął. – Tylko mózg mu gdzieś odjebało. – Bał się o tatę. Mimo tego, jak ten go traktował, to przecież cały czas Jan Zarzycki pozostawał jego ojcem. Nic tego nie zmieni, nawet słowa mężczyzny, kiedy ogłosił, że jest wprost przeciwnie.
Szymon nie próbował uspokajać partnera. Skręcił tylko w polną drogę, chcąc przejechać kawałek na skróty do głównej ulicy. Dojeżdżając do niej, zobaczył coś w światłach samochodu i mrużąc oczy, zwolnił jeszcze bardziej, po czym się zatrzymał.
– Co jest?
– Tam coś leży. Przy rowie. – Wskazał Kamilowi palcem. – O tam, widzisz?
Zarzycki natychmiast wybiegł z samochodu. Miał ze sobą latarkę, więc ją włączył. Dobiegłszy do miejsca, które wskazał Bieńkowski, ujrzał półleżącego w rowie człowieka. Natychmiast go rozpoznał. Mężczyzna chrapał. Ubrania miał doszczętnie przemoczone.
– Mój kochany tatusiek postanowił sobie uciąć drzemkę na dworze, podczas ulewy. Pięknie, kurwa – warknął, kiedy Szymon pojawił się przy nim.
– Musimy go zawieźć do domu.
– Zafajda ci siedzenia.
– Wożę plandekę w bagażniku, to zaraz pościelę ją na siedzeniach. Nie możemy go tak zostawić. Podjadę bliżej.
– Mhm. Zadzwonię do matki. – Wściekły Kamil wyjął telefon i skontaktowawszy się z rodzicielką, powiedział jej, że znaleźli ojca i niedługo przywiozą go do domu. Nie mówił wiele, bo go nosiło i jeszcze zacząłby się wydzierać na troskę, która przebijała się w jej głosie. Ona nadal kochała tego zapijaczonego skurwysyna. Nie mógł w to uwierzyć. Może sam na jej miejscu tak by się zachowywał.
Bieńkowski zaparkował tuż obok. Szybko powyścielał siedziska folią.
– Weź go za jedno ramię, ja za drugie. – Poza malującą się na twarzy wściekłością widział u Kamila potworny smutek. To wzburzyło mu krew w żyłach. Nie chciał, aby ktoś, kogo kocha, tak się czuł. Z pomocą Kamila podniósł mężczyznę, który się obudził i zaczął na nich kląć.
– Wy chuje, zoszawszie mnie.
– Spokojnie, panie Zarzycki, to tylko my i zabieramy pana do domu.
– Piedrole wasz. Pusssie mnie. Wraszam do domu. – Szarpnął się, ale w ogóle nie miał siły.
– Spokojnie, zaraz zabierzemy pana do domu. Cuchnie pan – stwierdził Szymon, wyczuwając woń alkoholu.
– Śmierdzi jak gorzelnia. Gorzej.
– Ja bsz…bszy… brzydszy…
– Zamknij się tato, bo i tak nic nie rozumiemy – syknął Kamil przez zaciśnięte zęby, wsadzając ojca do samochodu. – Powinienem nakręcić film i jutro mu to pokazać.
– Daj spokój. – Zapiął pas mężczyźnie, który usilnie się przed tym bronił. Szymon przez chwilę miał ochotę mu przyłożyć. Wkurwiała go postawa ojca jego partnera. – Jeszcze byś oberwał.
– Zosawszcie mnie. Jade do domu. Pobole wasz. Robote mi zabszali – mamrotał Jan.
– Co on gada poza tym, że nas pierdoli? Robotę mu zabszali? – zapytał Kamil.
– Chyba stracił pracę. Tak mi się wydaje. Wsiadaj. – Bieńkowski zatrzasnął drzwi mocniej niż zwykle.
– Pięknie, kurwa! Tego brakowało, żeby go wywalili z roboty. Nie jedną już stracił. Szlag! Chwili spokoju nie ma. Co się jeszcze wydarzy?! – wrzasnął, dając ujście emocjom, które chciały go rozerwać od środka. Dopiero potem wsiadł do samochodu, usiłując nie słuchać pijackiego paplania człowieka, którego nazywał tatą.

7 komentarzy:

  1. po tobie nigdy nie wiadomo czego się spodziewać ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię Twoje opowiadani. Na tyle mocno, że gdy już wkroczyłam w dorosły etap życia (chociaż 18 miałam już jakiś czas temu) i założyłam sobie konto w banku (no i posiadam na nim jako takie środki) w ciągu dwóch tygodni kupiłam prawie wszystkie Twoje e-booki (nie kupiłam JESZCZE "Szczęścia od losu", ale niedługo na pewno dołączy do mojej kolekcji).. Tak więc podsumowując: mimo że jedne twoje opowiadanie podobają mi się bardziej inne mniej czytam na bieżąco i cieszę się że piszesz ;D
    Pozdrawiam !
    Ank.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie i pozdrawiam. :)

      Usuń
  3. Pisalas chyba kiedys opowiadanie o pewnym niewidomym chlopaku, ale nie moge go znalezc. Jest gdzies dostepne? Jestem pewny, ze to Ty je pisalas ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyne opowiadanie jakie pisałam o postaci która była niewidoma to Połączeni. To fantasy, nie wiem czy o to Ci chodziło. Ale jest tutaj na blogu: http://opowiadania-luana-slash.blogspot.com/p/poaczeni.html Tylko tekst jest czarny, bo po zmianie kolorów czcionki tak zostało. Ewentualnie jest ono do pobrania tutaj: https://chomikuj.pl/Luana2012/Moje+opowiadania+MM jest wśród tych wszystkich plików. Hasła nie ma.

      Usuń
  4. Postanowiłam się znów odezwać od paru rozdziałów xD kurcze..to opowiadanie jest po prostu..no słów aż mi brak. Nie rozumiem ludzi, którzy dajmy na to czepiają się ciebie o nie danie autora jakiegoś tektu czy ciul wie czego jak to zrobiła Ai~chan czy jak jej tam..nawet nie chce mi się pamiętać jej niku bo to bezsensu...ja uwielbiam twoje opowiadania i nawet nie czytam skąd brałaś dane cytaty bo mi to nie jest potrzebne, najważniejsze jest to, że wiesz kiedy je dawać aby pasowały do całości. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. Pozdrawiam :D :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że czytając inne teksty mnie też nigdy nie interesowało skąd jaki cytat pochodzi. Taką informację zamieszcza się obowiązkowo i tyle. A Ai-Chan, no cóż, odezwała się chamsko, zamiast grzecznie skąd cytat itd. oceniła coś, nie mając pojęcia jak było kiedy pisałam Buntownika. I wtedy w życiu by nie znalazła kto jest autorem drugiego cytatu. A obecnie nie czytam rozdziałów które wstawiam i nawet nie zwróciłam uwagi na te cytaty.
      Dziękuję za komentarz. :)

      Usuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)