11 czerwca 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 20

Dziękuję za komentarze. :)



– Miałem rację, że wujcio chce coś uszczknąć. Te wszystkie spotkania rodzinne, odnowienie kontaktów, miały za zadanie uśpić czujność dziadków – mówił Kamil, rozmawiając z Szymonem przez telefon. Było już późno w nocy, a on nie mógł spać, zdenerwowany tym wszystkim. – Chce kasy od nich i od mojej mamy za to, że ta dostała sklep. Noż kurwa, nie chciał sklepu. Przecież sam powiedział, że nie chce ani grosza. Podejrzewam, że ciotka Magda stoi za tym wszystkim. Ona jest taką chciwą babą.
– Ale mówiłeś, że nic im się już nie należy.
– Tak, jednak problem w tym, że mają jakiegoś prawnika, który szuka dziury w całym. W dodatku babcia źle się poczuła. Tata pokazał w końcu, że jest facetem i wywalił wujka z domu.
– Twoja mama też powinna skontaktować się z jakimś prawnikiem. Przezorności nigdy dosyć, a pomoc się przyda, aby ten twój wujek nie miał się do czego doczepić.
– Gdzie ona znajdzie prawnika? I to jeszcze takiego, który nie zedrze z nas kasy.
– Zapytam Elwirę. Ona zna mnóstwo ludzi. Może jakiś znajomy znajomego coś by wiedział. Skontaktowałbym twoją mamę z moim znajomym, ale wyjechał do Holandii na dobre. Działał w moim imieniu podczas załatwiania spraw z rehabilitacją konną dla dzieciaków. On mi pomagał rozkręcić to wszystko, co mam również na stopie prawnej.
– To jutro w razie czego zadzwoń do Elwiry.
– Kamil?
– No co?
– Idź spać i nie przejmuj się tak. A przede wszystkim uspokój się.
– Kurwa, mam się uspokoić? Rozszarpałbym wujka.
– Domyślam się. Ale naprawdę idź spać. Przyszedłbym do ciebie, ale muszę wstać o piątej i jechać na giełdę rolniczą.
– Pojechałbym z tobą, gdybym nie szedł do pracy. Dobranoc. Kocham cię, Szymon. Gdyby nie ty, pewnie znów rozniósłbym pokój.
– Ale jak coś to oszczędź laptopa. Konrad powiedział, że nie będzie go ciągle naprawiał.
– Będzie mnie stać, sprawię sobie nowy. – Uśmiechnął się nieznacznie. Jego facet potrafił poprawić mu nastrój.
Pożegnali się chwilę później. Kamil ułożył się na boku z ręką pod głową i wpatrzył w ciemność. Będzie źle, jeśli okaże się, że jego rodzina nie uniknie konieczności spłacenia wujka, który zapewne zechce dostać całość sumy, bez możliwości zapłaty w ratach. Coś tam oszczędził, bo pieniądze miał wykorzystać na kurs instruktora jazdy konnej lub na prawo jazdy. Jeśli będzie trzeba, to da te pieniądze mamie. Niewiele, ale to zawsze coś. Z tą myślą zasnął.
Sen nie był jednak spokojny. Do samego rana śniły mu się koszmary. Rzucał się po łóżku. Obudził się o świcie spocony i z bólem głowy.
– O ja pierdolę. – Usiadł wyczerpany, wypuszczając ze świstem powietrze przez nos.
Posiedział chwilę na łóżku, aby dojść do siebie. Potrzebował kawy. Najlepiej litra. Wierzył, że to go obudzi. Podszedł do szafy, żeby wziąć czyste ubranie. Musiał jeszcze się wykąpać, bo czuł, jak się lepi od potu. Nie pamiętał tego, co mu się śniło. Jedynie miał wrażenie uciekania przed czymś. A może kogoś gonił? Sam nie wiedział. Najchętniej to spędziłby dzień w łóżku.
Pokręcił głową na to nierealne marzenie i poszedł się umyć.
Kiedy piętnaście minut później zszedł do kuchni, zastał w niej mamę krzątającą się przy przygotowywaniu śniadania.
– Wstałaś tak wcześnie? Jeszcze nie ma szóstej.
– Nie mogłam spać. Postanowiłam zrobić ci kanapki, zanim jak zwykle wyjdziesz bez jedzenia. – Oderwała wzrok od smarowanej masłem kromki chleba i skupiła się na swoim jedynaku. – Co ci się stało?
– Wiem, wyglądam jak gówno. Tak się czuję. Masakrycznie źle. – Wziął mały, półlitrowy garnek i nalał do niego wody. Zapaliwszy palnik w kuchence, wstawił wodę na kawę. Oczy mu się same zamykały. – Czuję się, jakbym całą noc nie spał i do tego ciężko pracował.
– Może jesteś chory. – Przyłożyła dłoń do jego czoła. – Nie. Nie jest gorące.
– Nic mi nie jest poza tym, że przez całą noc śniły mi się głupoty. Chyba wujek Adam miał z tym coś wspólnego. Może to on mnie ścigał i wołał, że chce kasy. – Wyjął z szafki szklankę z uchem i nasypał do niej dwie czubate łyżeczki kawy. To go powinno obudzić.
– Też przez niego nie spałam. – Położyła na kromkach po plasterku szynki i sera żółtego. Wszystko ładnie ułożyła na talerzyku, po czym podała synowi. – Siadaj i jedz. Zaleję ci kawę.
– Mhm.
– Jeśli się źle czujesz, to może ja pójdę z rana do sklepu, a ty później?
– Nie. Dam sobie radę. – Zaczął jeść. W tym samym czasie do kuchni wgramoliła się Milagros. – A ty to zawsze żarcie wyczujesz. Wyspałaś się?
Suczka ziewnęła i zamachała ogonem.
– No to fajnie. Ja nie. – Dał jej kawałek szynki, ale Mili go nie wzięła, tylko pisnęła i ruszyła za Kamilem do drzwi. – Chcesz, aby wypuścić cię na dwór? – Kolejne machanie ogonem i szczeknięcie dało mu odpowiedź. – Dobra, to chodź. Dziadek potem pójdzie z tobą na spacer. Ja dzisiaj nie mam czasu. – Wypuścił suczkę na dwór, aby tam załatwiła swoje potrzeby. Rzucił jej jeszcze szynkę, po czym wrócił do stołu, gdzie już czekała na niego kawa. Nie słodził jej, tylko napił się gorzkiej, aby dała mu kopa. Jeden łyk sprawił, że zamruczał z przyjemności. I pomyśleć, że dawniej nie lubił kawy, a teraz zbudowałby ołtarzyk temu, kto wymyślił ten napój.
– Żołądek ci wysiądzie, jak będziesz tak z rana na czczo pił kawę.
– Nic mi nie będzie. Powiedz lepiej co dalej z wujaszkiem.
Beata usiadła ciężko przy stole.
– Nie wiem. Babcia z dziadkiem mówią, że on już nie ma praw do czegokolwiek. Dostał wszystko, co powinien. Nie znam się na tym. Gdyby to Adam dostał sklep, mnie nawet przez myśl by nie przyszło, aby żądać czegoś od niego czy rodziców. Przecież wiele poświecili, wychowując nas. Ile trudu poszło, pieniędzy. Jak rodzeństwo może ze sobą walczyć? Albo mówić, że ktoś dostał więcej, coś się komuś należy.
– Przy chciwości człowiek robi się ślepy na wszystko. Nie słyszałaś, mama, że to pieniądze rządzą światem? Gadałem z Szymonem. Obiecał, że jak coś, to postara się podpytać znajomych o jakiegoś prawnika.
– Możliwe, że będzie nam potrzebny.
– Na pewno będzie. Dobra, zjadłem i zbieram się. Dziadek nie będzie dzisiaj gdzieś jechał? – Po kawie czuł się zdecydowanie lepiej.
– A co?
– Bo chciałbym pożyczyć rower.
– To bierz. Jakby co, to jestem w domu i go podwiozę, gdyby się jednak dokądś wybierał. Już późno, na nogach nie będziesz leciał. Niedługo przywiozą do sklepu chleb z piekarni, więc musisz tam być.
Skinął głową i wyszedł z kuchni.

*

Szymon, wracając z giełdy rolniczej, wstąpił do sklepu wiedząc, że do południa jest tam Kamil. Miał dla niego dobre wieści. Pocałował partnera mocno, ucieszony.
– Znalazłem wam prawnika. To znaczy nie ja, tylko Elwira. Jej brat ma kolegę, który specjalizuje się właśnie w takich sprawach jak wasza. Gdy tylko dostałem numer telefonu, od razu do niego zadzwoniłem. Wiesz, że chodziłem z tym facetem do liceum?
– Czy są jacyś ludzie, których nie znasz, nie masz znajomych i tak dalej?
– Są. Kojarzę go z liceum. Ja zacząłem, a on był chyba w maturalnej. Jeden z najlepszych uczniów w szkole. Jest niedrogi. Wiesz, dopiero zaczyna, więc jeszcze nie jest zdziercą. Zainteresował się waszą sprawą, więc masz tutaj do niego namiary. – Podał partnerowi karteczkę z numerem telefonu i nazwiskiem prawnika. – Niech twoja mama do niego zadzwoni. Mogą się spotkać nawet dzisiaj.
– Dzięki. Działasz jak burza. – Wychylił się przez ladę, złapał go za koszulkę i przyciągnął do długiego pocałunku. – Jak ja ci się odwdzięczę?
– Znalazłoby się parę pomysłów – zamruczał w jego usta.
– Masz na myśli pozycję horyzontalną?
– Powiedzmy. Na pewno mam na myśli każdą pozycję i każdą konfigurację. – Szymon położył dłoń na karku Kamila, po tych słowach całując go namiętnie, dając do zrozumienia, że się stęsknił. Całowałby go tak długo, gdyby nie usłyszał, że otwierają się drzwi. Puścił chłopaka i obejrzał się przez ramię.
– Dzień dobry, pani Filipiakowa – Zarzycki przywitał uprzejmie kobietę, której mina wyrażała zniesmaczenie. Nie przejmował się tym. Uważał, że miał jak każdy prawo do tego, aby całować swojego partnera, tym bardziej, że tutaj nie musieli się ukrywać. – Czym mogę pani służyć?
– Dwa bochenki chleba, kostkę masła, karton mleka tego tłustego oraz dziesięć deko drożdży poproszę. Olej jeszcze. – Nawet jak to mówiła, jej mina nie zmieniła się. Obrzucała chłodnym wzorkiem obu mężczyzn, nie potrafiąc zrozumieć ich zachowania.
– Już się robi.
– Kamil – wtrącił Szymon. – Lecę. Pamiętaj… wiesz o czym. – Wskazał na kartkę, którą chłopak zamiast schować wciąż trzymał w dłoni.
– Nara. Już pani podaję chleb.
Podczas gdy Kamil zajmował się klientką, a potem kolejnymi osobami chcącymi zrobić zakupy, Szymon wrócił do domu. Przebrał się w luźniejsze ubrania i poszedł do stajni. Tam zastał ojca, który rozmawiał z jednym z podenerwowanych pracowników.
– Co się dzieje? – zapytał Szymek.
– Panie Szymonie, muszę się zwolnić – powiedział Mirosław Pęczak, który pracował u Bieńkowskich niemalże od początku powstania ich działalności. Był to czterdziestoletni mężczyzna, niski i bardzo chudy.
– Dlaczego?
– Z żoną musimy przeprowadzić się do syna. Miał wypadek i potrzebuje naszej pomocy. Nie możemy wziąć go do nas, bo nie mamy warunków. A syn ma dom, mieszka sam. Nie wiemy, jak długo nas nie będzie. Nie chcę nikomu zajmować miejsca. Może pan kogoś przyjąć do pracy, bo może być tak, że zostaniemy tam na stałe. Syn ma uszkodzony kręgosłup i trudno powiedzieć, czy jeszcze będzie chodzić.
– Przykro mi. – Szymon położył dłoń na ramieniu mężczyzny. – Może zrobimy tak, że dam ci urlop na pół roku…
– Nie, nie. Bo ja tam będę musiał znaleźć jakąś pracę. Wolę zwolnienie.
Szymon nie chciał tracić tak dobrego, spokojnego pracownika. Mężczyzna zawsze przychodził do pracy punktualnie, niewiele mówił, ale za to harował za dwóch i konie go lubiły.
– Dobrze, po pracy przyjdź do mojego gabinetu.
– Dziękuję – powiedział i odszedł do swoich obowiązków, które jeszcze musiał dzisiaj wykonać.
Mariusz spojrzał na syna. Ten w ogóle nie zwracał na niego uwagi.
– Jak było na giełdzie. Zainteresowało cię coś?
– Widziałem kilka świetnych maszyn. Może w przyszłym roku udałoby mi się którąś kupić. – Chciał odejść, ale głos ojca zatrzymał go.
– Jak długo jeszcze będziesz mnie winił za moje błędy?
– Nie wiem. Jeszcze tego nie przełknąłem. Muszę zająć się końmi – odparł zimno młodszy z mężczyzn.
– Ty nigdy nie popełniłeś błędu?!
– Popełniłem, ale przeze mnie nie umarło dziecko.
Mariusz mógł tylko ciężko westchnąć na te słowa i mieć nadzieję na powrót dobrych stosunków z synem.
– Dzwonił Mikołaj. Po południu przywiezie dzieci. Zostaną u nas do drugiego maja. On i Agata jadą do Gdyni na pogrzeb jej ciotki i nie będzie ich do tego czasu, a nie chcieli brać dzieci.
– Wiesz, że dzieciaki zawsze mogą tutaj przyjechać. – Oznaczało to, że jeśli zechce zbliżyć się do Kamila intymnie, będzie musiał zrezygnować ze spotkań w swoim domu, w zamian przychodząc do pokoju chłopaka lub po prostu na ten czas darują sobie seks. Nie lubił tego, bo po poza tym że go kochał, również go pożądał i bywały dni, że nie wypuściłby chłopaka z łóżka. A od rana potwornie chciało mu się seksu. Wytrzyma. – Wziął szczotkę i zgrzebło, by wyczyścić sierść Degressy.
– Wiem. Pójdę pomóc Jackowi.
– Aha. – Wszedł do boksu klaczy. Pogłaskał ją po chrapach. – Co maleńka? Hm? Nie podoba ci się, w jaki sposób rozmawiam z ojcem, co nie? Wyczuwasz takie rzeczy. Zawsze wiesz, kiedy coś jest nie tak. Nie potrafię się przełamać, by mu wybaczyć. Dziadkowi też nie wybaczyłem. – Oparł czoło o szyję klaczy. – Tak czasem jest – mruknął pod nosem. Chwilę później zabrał się za czyszczenie sierści swojej ulubienicy.

*

Popołudnie nadeszło szybko. Kamil akurat bawił się z Milagros na podwórku, kiedy pod dom Bieńkowskich zajechał samochód. Niedługo później wysiadła z niego Agata, a za nią wybiegły dzieci. Kobieta zauważywszy Kamila, przywitała się:
– Cześć. Jak tam?
– Dobrze. A u was? – Podszedł do ogrodzenia.
– W porządku. Przywieźliśmy dzieciaki. Zostaną tutaj dwa, trzy dni.
– Cześć, Kamil. – Mikołaj wysiadł z samochodu po tym, jak zakończył rozmowę telefoniczną.
– Hej.
– O, wujek. Siema, wujek. – Ewelina podbiegła do Kamila i wyciągnęła rękę, aby dać mu „cześć”. Jej nieśmiały brat pozostał z tyłu i tylko na nich patrzył.
– Siema. – Uścisnął jej rączkę. – Ona też chce się z tobą przywitać. – Pokazał na suczkę, która próbowała wsunąć łeb między sztachety, ale udało jej się tylko zmieścić swój czarny nochal.
– Mili. Będziemy się bawić. Ty, ja i Ares. Będzie super.
– Ewelina, chodź. Potem porozmawiasz z wujkiem – Agata zawołała córkę. Niosła na rękach Pawełka, którego po chwili podała babci.
Kamilowi fajnie patrzyło się na tę rodzinę. Oni nie wyglądali na takich, którzy zechcą coś zabrać bratu lub żądać spłaty, bo ten otrzymał za dużo od rodziców. Chociaż kto wie. Każdemu może odbić na punkcie pieniędzy. Gdy wrócił z pracy do domu, dał mamie numer telefonu adwokata, o którym jej wcześniej wspomniał. Rodzicielka natychmiast zadzwoniła i umówiła się na spotkanie w poniedziałek, pomimo długiego weekendu. Miała przygotować wszystkie dokumenty i skontaktować się z bratem, aby poznać nazwisko adwokata mężczyzny. Podobno sprawa może ciągnąć się miesiącami, a nawet latami, ale i zakończyć się po jednym spotkaniu zainteresowanych stron.
Już miał wrócić do zabawy z psem, kiedy zauważywszy Szymona, zawołał go. Ten podszedł do chłopaka tym swoim kocim krokiem.
– Widzę, że będziesz miał dom pełen ludzi  – zagadał Zarzycki.
– Przepraszam, znów będziemy mieć mniej czasu dla siebie.
– Będziemy chodzić z dzieciakami na spacerki. Wiesz, że są wyjątkiem. Je akurat lubię. Dzwoniłem dzisiaj do Iwony. Będziesz miał czas trzeciego, aby ich odwiedzić?
– Pewnie. Wpadniemy też do Wiki i Darka. Jeszcze nie widziałem ich maleństwa, a już podobno można ich odwiedzać. Weźmiemy Karolinę. Pogada z dziewczynami. Będzie fajnie.
– Przyda nam się to. Pocałujesz mnie zanim uciekniesz czy mam się obejść smakiem?
– Kamil, nie wiesz o co prosisz. – Zbliżył się do niego tak, że gdyby nie ogrodzenie, ich ciała otarłyby się o siebie.
– Ktoś tu ma chcicę – wyszeptał Kamil.
– I to jaką.
– Dasz radę. – Domyślił się, że Szymon nie chciał posuwać się zbyt daleko z dotykaniem go, kiedy w domu były dzieci. Sam też nie zaproponował, aby mężczyzna starym zwyczajem wdrapał się do niego przez okno. Ojciec znów gdzieś polazł i pewnie pije, także noc mogła nie być spokojna. – A po wszystkim dobrze się tobą zajmę. – Przytulił policzek do pokrytego zarostem policzka Szymona. – Lepiej już idź – wyszeptał do ucha. – Gdy wiem, jaki jesteś w takich dniach, szaleję. – Spojrzał mu głęboko w oczy, zagryzając dolną wargę. Czuł, że dzisiaj Szymon oddałby mu się bardzo chętnie. Żałował, że na razie nie mogli się kochać. A nie chciał szybkiego numerku, tak jak jego partner.
Bieńkowski skupił wzrok na ustach chłopaka. Wessałby się w nie. Musiał się jednak powstrzymać. Mimo wszystko nie odmówił sobie krótkiego cmoknięcia. Po tym pożegnał się, zostawiając Kamila jak i siebie nienasyconymi i spragnionymi dotyku kogoś, kogo kochają. Obaj jednak wiedzieli, że za parę dni będę mieć czas dla siebie, o ile znów nie pojawią się jakieś przeszkody.
– No, Mili, bawimy się? – Kamil podrzucił piłkę do góry.
Suczka zaszczekała, pobiegła na przód i poczekała, aż jej młody pan rzuci piłkę.

2 komentarze:

  1. jejku, uwielbiam ich czyli uwielbiam ciebie że napisałaś cś tak fantstycznego

    OdpowiedzUsuń
  2. Pasują do siebie. Mimo różnic są razem tacy cudowni ;)
    Pozdrawiam
    Maruda.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)