13 października 2016

W sidłach miłości tom 3 - Rozdział 14



 Dziękuję za komentarze. :)

– Ryan, odłożysz w końcu tę komórkę czy mam ci ją zabrać i roztrzaskać o ścianę? Danny, zamknij japę, jak jesz, nie mam zamiaru oglądać tego, co masz w buzi. Casey, nie broń ich, bo jeszcze tobie się oberwie, a nie chcę wszczynać z tobą kłótni.  Lori, przestań gadać jak katarynka – warczał JD. Przerażenie, które od samego rana zaczęło nim targać, przyczyniło się do kilku drobnych scysji podczas śniadania i paru rzuconych rozkazów. Casey także chodził podminowany, co tylko nakręcało JD, którego rodzeństwo w końcu postarało się siedzieć cicho i tak, jak powinno przy stole, po tym jak im się oberwało po raz kolejny tego ranka.
Po śniadaniu obaj poszli do pokoju, aby wziąć kilka rzeczy. Mieli jeszcze odwieźć Molly do szkoły, bo Casey obiecał mamie JD, że to zrobi. Za to kobieta będzie mogła odespać nockę dużo wcześniej.
– Masz zeszyty? – przypomniał McPherson, grzebiąc w szafie w poszukiwaniu swetra.
– Wszystko mam. Najchętniej to bym został w domu. – Zasunął zamek w plecaku.
– Z pewnością ci na to nie pozwolę. Nie tylko dla ciebie ten dzień będzie ciężki. Już widzę te miny Adama i Karla, jak tryumfują, bo odchodzę z drużyny. – Na koszulkę z krótkim rękawem założył granatowy sweter.
– To oni powinni odejść. Oni się powinni wstydzić, nie ty. – Rzucił mu butne spojrzenie.
– Daj spokój, dopóki będzie ten trener, ja nie mam tam czego szukać. – Otworzył drugie drzwi w szafie, na których wisiało lustro, i przejrzał się. – Nawet jak wywalą ze szkoły chłopaków, to jemu nic nie zrobią.
– Jest tak samo winny jak oni.
– Tylko tobie wydaje się, że sprawa jest prosta. – Spojrzał na odbicie JD w lustrze.
– Wiem, że nie jest prosta, ale uważam, że nie powinieneś odchodzić z drużyny, tym samym pozwalając im wygrać.
Casey westchnął. Nie wiedział co robić. Podzielił się tym ze swoim chłopakiem i dostał odpowiedź:
– Moim zdaniem, zamiast zastanawiać się, co by było gdyby, najpierw pojedźmy do szkoły i sami przekonajmy się co i jak. Ty pogadasz z dyrką, zanim cokolwiek zrobisz, a ja zobaczę, jak ludzie reagują na kogoś na wózku. – Wyjechał z pokoju ze swoim nieodłącznym plecakiem. Tym razem trzymając go na kolanach, a nie niosąc na ramieniu.
W przedpokoju czekała na nich Molly z miną mówiącą, że jeżeli się nie pośpieszą, to będzie bardzo zła.
– Molly, drugie śniadanie. – Z kuchni wyszła pani Whitener, niosąc różowe, plastikowe pudełko z obrazkiem ze sceną z bajki o Aladynie. – Znów zapomniałabyś je wziąć. Włożyłam ci do środka dwa jabłka, to jedno daj twojej koleżance.
– Dzięki.
– Casey, dziękuję ci, że ją odwieziesz.  – Kobieta popatrzyła ciepło na partnera syna.
– Nie ma sprawy. Chętnie pomogę.
– Dobra, nie podlizuj się – rzucił JD po tym, jak zawiązał sznurówki swoich czarnych traperów. – Ja też wolałbym się nie spóźnić. – Nie miał pojęcia, co go czeka. Szkoła była przygotowana dla osób niepełnosprawnych, ale i tak miał obawy. Pewnie wyjdzie na to, że nie taki diabeł straszny jak go malują, ale to się okaże na miejscu.
– Nie podlizuję się i mamy dużo czasu.
JD przewrócił oczami i pierwszy wyjechał z mieszkania, kierując się w stronę windy. Casey porwał swoją i jego bluzę i poszedł za chłopakiem. Za nimi, żegnając się z mamą, pobiegła Molly, wołając, żeby na nią zaczekali.
JD zatrzymał się. Poprosił Caseya, żeby zawiesił jego plecak na rączce od wózka, i poklepał swoje kolana.
– Wsiadaj, Molly. Niech się na coś moje nieruchome nogi przydadzą.
– Na każdym kroku musisz to podkreślać? – zapytał zdenerwowany Casey. Wkurzało go to, że JD, cokolwiek robił, ciągle dodawał zdanie o swoich nogach, tak jakby nikt o niczym nie wiedział, i nie pozwalał, żeby inni traktowali go normalnie. Jeszcze brakowało, żeby podczas seksu tak mówił.
– No i? Powinno się żartować ze swojej choroby, a nie nad sobą użalać. Jeśli ci to przeszkadza, to nie słuchaj. – Gdy siostra już wygodnie usiadła na jego kolanach, wyciągnął rękę i nacisnął przycisk przywołujący windę.
– Nie przeszkadza, lecz od rana mam dość tego. Co robisz to: „Bo moje nogi nic nie czują”, „Moje nogi są jak z drewna”.
– Taka prawda. Jestem kaleką, czy ci się to podoba, czy nie. Gdzie jest ta cholerna winda?!
McPherson miał ochotę walić głową w mur. Najlepiej łepetyną swojego chłopaka. Weekend był przecież taki fajny. Wczoraj wrócili do domu i już się zaczęło to samo. Nerwy, wrzaski i podkreślanie JD, że nie chodzi.
– Jesteś osobą niepełnosprawną, ale jak najbardziej normalną.
– No i?
– No i winda już jest, braciszku – wtrąciła się Molly.
Dopiero po jej słowach obaj sobie przypomnieli, że nie są sami. Spojrzeli jeden na drugiego i obaj przyznali, że są głupi. Dali sobie żółwika i poganiani przez dziewczynkę weszli do windy.


* * *


Pod liceum artystyczne podjechali pół godziny później, kiedy zostawili Molly w jej szkole. Casey zaparkował najbliżej jak mógł, wdzięczny, że rok temu zarząd szkoły wykupił obok teren i przeznaczył go na parking dla nauczycieli i uczniów. Gdy zaczynał chodzić do tego liceum, a nie miał jeszcze prawa jazdy, marzyło mu się coś takiego, widząc, jak inni zostawiają samochody daleko od szkoły – a z miejscami parkingowymi było krucho – bo widział wtedy sam siebie w takiej sytuacji. Na szczęście niedługo po tym jak zrobił prawo jazdy, zaczęli budować ten plac. Za to teraz, myśląc wyłącznie o wygodzie JD, McPherson miał ochotę podziękować pomysłodawcom tego przedsięwzięcia ułatwiającego życie.
Wypakował wózek z bagażnika i rozłożył go. Podjechał bardzo blisko przednich i już otwartych drzwi. Zahamował koło od wózka i pomógł JD się przesiąść. Chłopak robił już to sam w miarę dobrze, ale wolał go asekurować i o dziwo partner nie miał nic przeciw. 
– Plecaki – przypomniał Whitener.
– Pamiętam. – Z tylnej kanapy zabrał ich plecaki i zamknął samochód.
– Już mam wrażenie, że się na mnie gapią – burknął JD, kładąc swoje rzeczy na kolanach.
– I co z tego? – Spojrzał na grupkę osób stojącą niedaleko. Co chwilę spoglądali na nich. – Może gapią się, bo jesteś ze mną? Wszyscy wiedzą, kim dla siebie jesteśmy.
– Czy „wszyscy” dyskutowałbym. Połowa osób na pewno. Mnie chodzi raczej o to, że jestem na wózku.
– Jakby to kogo interesowało. Pomóc ci?
– Nie, sam pojadę. Mam nadzieję, że nie stoczę się w tył z podjazdu dla wózków. Jest dość stromo.
– Pójdę z tobą.
– Dzięki, wolałbym się nie wygłupić.
Podjazd dla wózków pokonali bez problemów. JD doskonale sobie poradził i chwilę później znaleźli się w głównym holu szkoły, natykając się na liczne spojrzenia i szepty. Nie dali rady dosłyszeć, o czym ci ludzie mówią, więc nie mogli też jednoznacznie stwierdzić, czy to dotyczy JD na wózku, tego, że jest homoseksualistą, czy może chodzi o Caseya i jego pobicie. W każdym razie nielubiący być w centrum takiej uwagi JD nie poczuł się najlepiej, za to Casey szedł obok niego swobodnie, w pewnej chwili łapiąc za rączki od wózka i pomagając swojemu chłopakowi skierować się do znajomych, z których jedna długowłosa dziewczyna energicznie do nich machała.
– Może jedźmy od razu do windy – zaproponował JD.
– Coś ty, oni specjalnie na nas czekają. Hej. – Uśmiechnął się do grupki osób, którą parę miesięcy temu omijał szerokim łukiem lub zaczepiał, wyśmiewając się.
– Hej. Ładna z was para. – Richie zeskoczył z parapetu i przybił nowoprzybyłym kolegom piątkę.
– Stwierdzasz fakt czy po prostu chcesz być miły? – zapytał Casey.
– Jedno i drugie?
– Chcieliśmy zaczekać na was na dworze, ale dzisiaj jest zimno – rzuciła Brithany, która chwilę wcześniej robiła wszystko, żeby zwrócili na nią uwagę.
– Po co chcieliście na nas czekać? – JD uniósł brwi w pytającym geście.
– Żeby było wam obu raźniej i żeby inni zobaczyli jak cię traktować – odpowiedziała Joyce.
– A także po to, aby zamknąć buźki tym, od których padłyby niewybredne żarty – dodał Oscar, a jego dziewczyna przytaknęła głową na jego słowa.
– I wszystkim rozkwasilibyście nosy – stwierdził JD.
– Oczywista oczywistość. – Joyce zasalutowała. – Jesteśmy na wasze rozkazy, gdybyście potrzebowali pomocy, wparcia, towarzystwa, służących.
– Nie słuchajcie jej za bardzo, odwaliło jej – powiedział Richie. – Gdy jej powiedziałem, że moja macocha jest w ciąży, to zaczęła piszczeć i skakać jak na trampolinie.
– O, to twój tata spisał się – pochwalił McPherson.
– A jak. Za parę miesięcy będę trzymał na rękach takie maleństwo. – Rozmarzył się. Nie mógł się tego doczekać. Już myślał, w czym będzie mógł im pomóc. Cieszył się jak dziecko. Będzie miał brata lub siostrę i ktokolwiek się urodzi, zostanie wychowany na osobę tolerancyjną. Nie to co Milicent.
– Zaraz, ty masz dziewiętnaście lat. To małe, gdy będzie w twoim wieku… będziesz dobiegał czterdziestki – powiedział JD. – Nieźle. Mogą brać cię za ojca tego kogoś.
– Dobrze, że nie za dziadka. – Joyce poczochrała Richiego po głowie ku jego wielkiemu oburzeniu, bo zniszczyła mu długo układaną fryzurę.
– Dobra, może pogadamy poważnie, co? – zaproponował McPherson. – Co ze Starsky’m i Kozetzky’m oraz trenerem?
– To, co ci mówiliśmy – odpowiedział milczący dotąd Alex. – Policja przesłuchała tych, których wskazałeś, w tym twojego trenera, ale nic nie wskórali. Nie mają dowodów. Pamiętasz, że dyrektorka chce się z tobą widzieć?
– No. Nie mają dowodów, a moje pobicie to co?
– Podobno Kozetzky powiedział, że widział, jak spadłeś ze schodów – wtrącił Richie.
– Albo nadziałem się na kij bejsbolowy trzymany jego rękami – warknął.
– Idź może teraz do dyrektorki – zaproponował JD, oglądając się na chłopaka. Przy okazji zauważył, że już nie robią takiej sensacji jak przy wejściu. – Do lekcji jeszcze z piętnaście minut, a będziesz wiedział co i jak. Trochę szkoda, że po prostu nie przyjechała do nas lub nie zadzwoniła.
– Pewnie mój wujcio w tym mieszał łapska. – Zawsze było dla niego dużym plusem mieć wujka wicedyrektora, ale odkąd tak się popieprzyło z rodzicami, to i wujek nie bardzo z nim rozmawiał.
– Nie mieszał – odparła Sharon. – Po prostu pani dyrektor wolała, żebyś wydobrzał.
– Nawet nam kazała cię nie denerwować – dodał Richie. – Dlatego jak ostatnio byliśmy u was, nie wspominaliśmy za bardzo o tym.
– JD ma rację, pogadaj teraz z dyrektorką. – Alex wziął swoją torbę. – I chodźmy wreszcie na górę.
Casey zgodził się z nim i ruszyli razem w stronę schodów, z tym że on i JD oddzielili się od grupy, kierując się ku windzie przeznaczonej tylko dla osób niepełnosprawnych. Ci ze sprawnych uczniów, którzy korzystali z windy, a nie pomagali takiej osobie, byli srogo karani. Dlatego też nikt się do niej nie zbliżał. JD był pierwszą osobą jeżdżącą na wózku w tej szkole. Dlatego tak bardzo się denerwował. Niby liceum było przygotowane dla każdej osoby, bez względu na to, czy była zdrowa, chodziła o kulach, jeździła na wózku, ale dostać się do niego było bardzo trudno i nie każdego było na nie stać. Dlatego większość kandydatów chcących się tutaj dostać musiała wykazać się talentem, niezwykłą wiedzą lub zapłacić, a nie każdy miał choćby jedną z tych możliwości. Zresztą szkołę też niedawno przystosowano na integracyjną i wykonano należne prace pomagające niepełnosprawnym. Szczęście w nieszczęściu dla niego.
Wjechali na pierwsze piętro, na którym znajdowała się klasa JD, i tam po chwili dołączyli do nich pozostali, którzy musieli pokonywać drogę schodami. Brithany, mimo że młodsza, powiedziała, że pomoże JD, bo i tak klasę miała tuż obok. Caseyowi trudno było zostawiać chłopaka samego. Tym bardziej że od wielu dni się nie rozstawali. Do tego wiedział, że klasa JD nie  była za bardzo miła.
– Zobaczymy się na przerwie. – Ukucnął przed nim i ścisnął jego rękę.
– Bosz, idź już zrób, co masz zrobić. Nic mi nie będzie. – JD przewrócił oczami, ale mimo wszystko było mu miło, że jego chłopak martwi się o niego. – Jak coś to skopię im tyłki. Idź do tej dyrektorki, bo jestem ciekawy co i jak.
– Teraz już nie zdążę, pójdę na kolejnej przerwie.
– To zobaczymy się po drugiej przerwie.
– Fajnie. Jak coś to pisz esemesy. – Podniósł się i szybko pocałował go w policzek.
– A potem nauczyciel zabierze mi komórkę. – W tle rozległ się dzwonek na lekcje. Korytarze zaczęły się wyludniać.
– Dobra, papużki nierozłączki, my spadamy – rzekł Richie. – Cas, chodź, drugie pięterko wzywa.
Po chwili JD został razem z Brithany i jak nigdy samotność w szkole mu nie dokuczała, tak teraz, kiedy znajomi odeszli, zrobiło się dziwnie.
– Brith, idź do klasy. Poradzę sobie. Przecież nie będziesz mi krzesełka odsuwać albo stolików, żebym przejechał wózkiem do swojej ławki.
– Gadałam z paroma osobami z twojej klasy i cieszą się, że wracasz.
– Idź już. Spadaj.
– Dobra, dobra, bo mi zaraz będziesz marudził. Co za człowiek z ciebie. Zobaczymy się po lekcji. Trzym się.
– Narka.
Tym razem został już sam. Nie spodziewał się, że wróci do szkoły, będąc w takiej sytuacji. Na wózku. Co z tego, że może faktycznie w przyszłości istniała szansa, że będzie chodził, kiedy dzisiaj musiał wjechać do klasy, w której zostanie przez jednych powitany miło, inni odwrócą od niego głowy, żeby tylko nie patrzeć, jeszcze inni zlitują się nad nim, będą tacy, którzy nie będą wiedzieć jak się zachować, a zdarzą się też idioci, którzy go wyśmieją. Pytanie czy dlatego, że jest gejem, czy że ma dwa własne kółka. Ich reakcja na wózek nie powinna mieć znaczenia. Przecież najważniejsze, że żył.
Widząc idącego w jego stronę nauczyciela, otworzył drzwi i wjechał do klasy.

* * *

McPherson zaraz po lekcji udał się do gabinetu dyrektorki. Musiał trochę na nią poczekać w sekretariacie, na szczęście niedługo, i chwilę później już siedział na krześle przed biurkiem kobiety.
– Wiem, że miałem przyjść na innej przerwie, lecz wolę mieć tę rozmowę za sobą – powiedział, pocierając uda dłońmi. Bardzo się denerwował.
– Powinnam była porozmawiać z tobą wcześniej, ale chciałam ci dać spokój na czas leczenia. Nie mam dla ciebie dobrych wieści, Casey.
Chłopak pokiwał głową na znak, że rozumie, o co chodzi. Spojrzał na swoje dłonie. Trzęsły się, a on miał ochotę się rozpłakać.
– Czyli mogli mnie zabić i nic by im nie zrobiono, bo nie ma dowodów. Nie ma dowodów, że trener im przewodził. Nie ma dowodów, że to oni mnie pobili. – Przeniósł zbolałe spojrzenie na kobietę. – Oznacza to, że nic im nie zrobią i będą sobie tak łazić po szkole jakby nigdy  nic. Ja muszę odejść z drużyny, bo nie pozwolą mi zostać i pewnie następnym razem mnie zabiją.
– Casey, policja przesłuchała wszystkich, których wskazałeś. Każdy ma alibi, że w tym czasie był gdzieś indziej. Powiedzieli, że pewnie sam sobie to zrobiłeś, bo jesteś nieobliczalny. Kozetzky dodał…
– Że niby spadłem ze schodów. Słyszałem o tym. Tylko lekarz przyzna, że to pobicie. Niech mi pani powie, czy policja na pewno wszystko zrobiła, co miała zrobić, czy tylko popytali i machnęli ręką? – Tak bardzo chciał być teraz przy JD i się po prostu do niego przytulić.
– Wierz mi, policja zrobiła wszystko, co trzeba było. Poza śladami na twoim ciele nie ma nic, co wskazywałoby na pobicie. Nawet szatnię wysprzątano. Owszem, znaleziono ślady krwi, ale trener powiedział, że ostatnio któryś z chłopaków się skaleczył.
– Nic im nie zrobią, a ja przez paru durni muszę opuścić drużynę. – Od roku był jej kapitanem. Uwielbiał trenować, kochał uczestniczyć w zawodach. Co prawda zapasy już nie były jego życiem i brał pod uwagę, że musi odejść, ale dopiero kiedy przyszła pora, żeby podjąć decyzję, poczuł, jak dużym jest ona dla niego ciosem.
– Nikt ci nie każe tego robić…
– Nikt? To, co mi zrobili, to było według nich tylko dyskretne popchnięcie. Następnym razem będzie gorzej.
– Możesz poprosić o zwolnienie z powodu stanu swojego zdrowia – podsunęła dyrektorka. – Przecież i tak nie możesz przez jakiś czas trenować. Lekarz na pewno to potwierdzi i zostaniesz zwolniony z treningów.
– Tak, ale i tak będę zmuszony tam być i siedzieć na ławeczce, że tak powiem. Za dwa miesiące koniec szkoły, więc co mi po drużynie. W obecnej chwili nie mam ochoty nawet zbliżać się do szatni.
– Możesz mi jeszcze raz wszystko i dokładnie opowiedzieć, co się wtedy stało? Policja dużo mówiła, jednakże wolę poznać historię z pierwszej ręki.
– Spóźnię się na lekcję.
– To przyjdź na następnej przerwie i porozmawiamy.
– W porządku.


* * *


Ufoludek. Tak czuł się JD w klasie. Dobiegała końca trzecia lekcja, a on zwiałby z niej gdzie pieprz rośnie. Problemem nie byli uczniowie, z których część po prostu go ignorowała. Problemem była nauczycielka historii. Głupia baba udawała, że on nie istnieje. Zadawała pytania, to się zgłaszał, bo znał odpowiedzi, a ona tego nawet nie widziała. Nie patrzyła w jego stronę. Nawet zastanawiał się nad tym, czy aby na pewno nie zdarzyło się coś, co uczyniło go niewidzialnym. Był na nią cholernie wściekły. Niby dorosła osoba, a daje taki przykład. Co by jej szkodziło traktować go jak zawsze? Może boi się, że jak się do niego odezwie, to on się rozpadnie? Wciąż był tym samym chłopakiem, którego tak chwaliła, tylko jeździł na wózku. Wielkiej różnicy nie było. Nadal miał mózg i język, mógł odpowiadać.
Po jej kolejnym pytaniu nie wytrzymał i powiedział głośno, od razu czując na sobie kilkanaście par oczu.
– Pani jest chyba ślepa czy jak? – Dopiero teraz kobieta zwróciła na niego uwagę. – Zadaje pani pytanie i poza mną do odpowiedzi nikt się nie zgłasza, a pani patrzy, szuka i pyta, czy ktoś zna odpowiedź. Ja znam. Co pani we mnie przeszkadza?
– JD, nie chcę cię męczyć.
– Bzdura. Jest pani jedną z tych osób, które wolą nie widzieć osoby niepełnosprawnej, chorej, bo lepiej udawać, że nas nie ma. A może to chodzi o to, że jestem homo, co?
– Na pewno nie – odpowiedziała oburzona.
– Ciekawe. To mogę odpowiedzieć na to pytanie czy woli pani kogoś innego? – W tym samym momencie rozbrzmiał dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Nauczycielka i on nadal mierzyli się wzrokiem. Czekał – a z nim cała klasa – na to, co kobieta odpowie, a on nie zamierzał odpuścić. Owszem, nie chciał litości czy bycia nagabywanym, ale pragnął, by inni traktowali go normalnie.
– W porządku. Odpowiesz jutro.
– Może być.
Chwilę później wyjechał z klasy i od razu napisał do Caseya wiadomość z pytaniem gdzie jest. Liczył, że w końcu uda im się spotkać. Chłopak odpisał mu, że już schodzi na dół, i zapytał, czy pójdą do stołówki, bo ma ochotę pogadać i jest głodny. Odpisał, że zaczeka  na niego przy windzie i tam podjechał. Niedługo dołączyła do niego Brithany, od razu pytając, jak mu mija dzień.
– Spoko. Jak dotąd taki zły nie jest. Spotkałem się z różną reakcją na siebie. Kiedy wjechałem do klasy  na pierwszej lekcji, dziewczyna, co ze mną siedzi w ławce, odsunęła od stolika krzesło, robiąc mi miejsce. Podjechałem jakby nigdy nic. Nie narzekam, chociaż wkurza mnie to udawanie, że mnie nie ma. Dobra, nie lubię być w centrum uwagi, wiesz, o co mi biega, ale to jest ignorowanie.
– To przez to, że ludzie nie wiedzą jak się zachować. Nie tylko przy kimś na wózku, lecz i przy niewidomym, głuchym, kimś, kto nie ma ręki, nogi. Niestety. Oby z czasem to się zmieniło. Wy też nie ułatwiacie sprawy.
– Ta. – Dłużej już nie rozmawiali, bo przyszedł Casey w towarzystwie Alexa i Richiego. Po  minie Caseya JD od razu zrozumiał, że z rozmowy nici, ale może to i dobrze, bo lepiej czasami pogadać we własnym domu niż w miejscu, gdzie każdy może cię usłyszeć.
Całą piątką wybrali się do stołówki i już od progu Casey miał ochotę zawrócić. Przy stole, przy którym zawsze siadała szkolna drużyna, a on zajmował zaszczytne miejsce, zebrali się wszyscy należący do zapaśników. Śmiali się i wygłupiali jak zawsze. McPherson przypuszczał, że rozmawiają o przyszłych zawodach, które mają odbyć się w połowie maja, i wyśmiewają się z drużyn, które przegrały poprzedni turniej. Zapomnieli pewnie, że to on wtedy zdobył dla nich decydujące punkty. 
– Chodź. Nie zwracaj na nich uwagi – burknął JD, kierując się prosto do bufetu.
– Trudno tego nie robić.
– Stary, pamiętaj, że to dupki – dodał Richie.
– Nie wszyscy. Jest paru fajnych chłopaków, ale oni nie mają nic do powiedzenia – powiedział Casey, biorąc dwie tace i jedną podając swojemu chłopakowi. – Co ci nałożyć? – JD potrzebował jego pomocy, bo bufet był bardzo wysoki, do tego samemu trzeba było się obsłużyć, biorąc przygotowane dania. Jedynie jeśli ktoś chciał coś gorącego, to zwracał się do pani bufetowej. Po rozmowie z dyrektorką zgłodniał, ale bardziej miał smak na jakieś kanapki i owoce, niż porządne, sycące danie mięsne.
– Zjem to samo co ty. – Obejrzał się, bo za ich plecami wybuchła salwa śmiechu. – Najchętniej to bym im mordy pozaklejał.
– Pomógłbym ci. – Richie nałożył sobie sałatki. Ostatnio za bardzo się obżerał, kiedy miał problemy w swoim związku, i przytył. Znów musiał zadbać o siebie, inaczej Jonathan nigdy go nie podniesie podczas tańca.
– Ja też – rzuciła Brithany. – W jedności siła.
Gdy już wszyscy nabrali sobie jedzenie, skierowali się do wolnego stolika, niestety trafił się taki w pobliżu felernej grupki. Usiedli przy nim, a Casey wciąż nie potrafił oderwać od swojej drużyny wzroku. Żal mu było, że to się już skończyło. Tylko wtedy kiedy był przez nich taki uwielbiany, sam był dupkiem. Z biegiem czasu wydawało mu się, że kiedyś tam było lepiej. Wcale tak nie było. Tak naprawdę był wtedy nieszczęśliwy, musiał udawać, atakował ludzi bez powodów. To teraz było naprawdę dobrze, bo miał JD. Uśmiechnął się do chłopaka i ścisnął jego rękę.
– Może go jeszcze pocałuj. – Dosłyszał głos Karla Starka, człowieka, którego McPherson uważał za przyjaciela. Jakże się mylił.
– Zignoruj to – poradził Whitener. – Jeśli dasz się zaczepić, przegrasz.
– Co, język ci oderwało, a może ta kaleka ci go odgryzła.
JD natychmiast ścisnął dłoń swojego partnera, prosząc go, aby nie reagował na zaczepki.
– Nie będzie nazywał cię kaleką – warknął Casey.
– Mówi prawdę. Nie obraził mnie, a ty siedź, bo jeszcze się w coś wpakujesz, a potem gliny powiedzą, że oberwałeś, bo sam zacząłeś.
– On ma rację – wtrącił Alex. – Stark szuka zaczepki.
– Mam ochotę mu rozwalić łeb. Przez takich jak on muszę odejść z drużyny.
– Nic nie musisz. – JD patrzył uważnie na swojego chłopaka. – Jak odejdziesz z drużyny, to nigdy nie zdobędziesz dowodów. Mówiłeś, że się o to postarasz, i co?
– Nie wiem, czy to ma sens po tym, co usłyszałem od dyrektorki.
– Pedalski stolik – rzucił Stark, śmiejąc się. Parę osób mu zawtórowało.
– A co, chcesz się przyłączyć? – zapytał Richie. – Może masz ochotę na któregoś z nas? Staje ci na mój widok, a może Caseya? Przypuszczam, że Caseya, i dlatego pobiłeś go wraz z innymi, co?
– Richie – skarcił go Alex.
– Hm?
– Przymknij się. Chcesz od nich oberwać?
– Nic mi nie zrobią. Prawda? Nic mi nie zrobicie, bo jeżeli spadnie mi włos z głowy, to będzie na was. Mamy świadków. – Przesunął ręką po pomieszczeniu pełnym ludzi.
– Pierdol się, blondasie. Idź się ruchać z tym swoim gachem. A może cię zostawił, bo nie ma go tutaj – rzekł Adam Kozetzky.
– Do mojego bzykanka to się nie wpierdalaj, bo nie uważam cię za przyjaciela – odpowiedział Taylor. – A jak jesteś ciekawy, czy nadal mam faceta, to mam i przykro mi, że muszę ci to powiedzieć, ale miejsce u mojego boku jest zajęte. – Kątem oka zobaczył, że Alex uderza głową o stół. – No co?
– Nic. Znów zaczynasz im odpowiadać i się narażasz. – Nic na to nie mógł poradzić, że martwił się o przyjaciela.
– Nic mi nie zrobią – powtórzył wcześniejsze słowa. – Bo się boją, że kolejne zeznania o pobicie mogą ich tym razem pogrążyć. Dwa przypadki, zbieg okoliczności? Nie sądzę. Gliny bardziej by się tym zainteresowały. No, ale wybaczcie, chłopcy – zwrócił się do Karla i Adama wciąż mówiąc głośno, żeby wszyscy go słyszeli – drugie śniadanie na nas czeka. Chcemy zjeść, zanim zacznie się kolejna lekcja. Pa, skarbeńki – dodał piskliwym głosikiem i im pomachał, a do tego jeszcze całusa przesłał. – Co? – zapytał, dostrzegając wgapione w niego cztery pary oczu.
– Chyba wolę, żeby wrócił do mnie ten wystraszony  Richie – mruknął Alex.
– Po co? – wtrącił Casey. – Pamiętam, jak mi się odszczekiwał. – Pamiętał też, że podkochiwał się w Richiem, i jak bardzo chłopak wzbudzał w nim agresję, bo nie mógł go mieć. Faktycznie bardzo dużo się zmieniło. – Czasami nie wiedziałem, co mam powiedzieć.
– O, widzisz. Tamci też nie wiedzą. – Richie wskazał na dwóch chłopaków, z których teraz śmiała się cała drużyna. – Czasami trzeba coś zignorować, nie dać się podpuścić, ale czasami warto odbić piłeczkę, walczyć, a nie podkulać ogon. Tacy jak oni nie mogą mieć ostatniego słowa. – Wziął widelec do ręki. – Zabieram się za żarcie, bo potem mam dwie godziny treningu i Johnny mi nie odpuści. Smacznego.
Casey przez dłuższą chwilę przyglądał się Taylorowi. Chłopak miał rację. Takim jak Stark i Kozetzky, a także trener, nie można było odpuścić. Kiedy kilka godzin później on i JD wrócili do domu, zdał całą relację z rozmowy z dyrektorką swojemu chłopakowi, a potem się po prostu do niego przytulił, tak jak tego pragnął. Karl zaraz by mu powiedział, że jest słaby, a on tak nie uważał. Potrzeba przytulenia się do kogoś, szczególnie w trudnych chwilach, nie była słabością.
– Nie rozumiem – mówił, leżąc z głową na kolanach JD, kiedy obaj przenieśli się na łóżko, aby się pouczyć.
– Czego? – Odłożył zeszyt i wsunął palce we włosy Caseya. Już mu trochę podrosły od ostatniego strzyżenia.
– Tego, że chłopakom przeszkadza to, iż jestem gejem. Jestem taki, jaki byłem, zanim się dowiedzieli. Razem walczyliśmy, braliśmy prysznic i nigdy na żadnego się nie gapiłem, nigdy nie zaczepiałem. Dlaczego im przeszkadzam? Dlaczego mnie za to pobili i przez dwa miesiące nie dawali żyć?
– Bo taki jest ten świat. Jest chory, przepełniony nienawiścią, zazdrosny i pełen strachu. Oni to zrobili ze strachu, a brak mózgu im w tym pomaga.
– I niezrozumienie, że ty, ja, inni jesteśmy takimi samymi ludźmi. Nie odpuszczę im tego, JD. Dzięki Richiemu wiem, co mam robić, i załatwię to już jutro. – Zamyślił się, układając w głowie plan.
JD o nic go nie pytał. Jeżeli Casey zechce, sam mu wszystko powie. Powracając do nauki, nie przestał głaskać go po głowie, jednym uchem słuchając melodyjnych, rockowych piosenek lecących z odtwarzacza na laptopie. Nareszcie się odprężył i z tego co zauważył to jego chłopak również, pomimo że planował zdobyć dowody na to, kto go pobił. Miał nadzieję, że mu się to uda i Casey nie będzie musiał odchodzić z drużyny. Jeszcze do końca szkoły mógł odnieść w sporcie trochę sukcesów. Natomiast JD zamierzał odnieść sukces w jednym, zacząć chodzić. Od jutra miał iść na rehabilitację.

5 komentarzy:

  1. Cieszę się, że JD w końcu zdecydował się iść na rehabilitację. Będzie go to kosztowało mnóstwo wysiłku, ale potem będzie szczęśliwszy i pewniejszy siebie, już nie mogę się doczekać c:

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, Casey'owi się uda i winni zostaną srogo ukarani. JD wreszcie postanowił walczyć i to bardzo dobrze. Oboje zasługują na szczęście. Dalej ubolewam nad tym, że tak mało mojego ulubieńca Alexa 😞😞

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile czesci zostało do końca?

    OdpowiedzUsuń
  4. O rety naprawdę już tylko 7 rozdziałów?
    Rety jak ten czas szybko leci. Kiedy publikowałaś pierwszy rozdział nie sądziłam że tak pokocham tę serię. Zważywszy na fakt iż nie jestem wielką fanką telenowel a tu niespodizanka.
    Kupiłas mnie od samego początku.
    W końcu rozdział poświęcony moim ulubieńcom i nawet Alex miał swoje pięć minut.
    Szkoda że oprawcy Caseya nie dostaną zasłużonej kary ale pewni ludzie już się nie zmienią niestety. Tak już jest poukładane na tym chorym świecie;/
    Sam rozdział taki ciekawy, lekki i naprawdę warty uznania.
    Szczególnie jak bardzo zaobserwowałam zmiany bohaterów między sobą. Nie tylko Richiego, ale niespodziewane uczucia Caseya.
    Coraz bardziej mnie zaskakujesz i pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)