23 października 2016

Buntownik - Rozdział 16

Dziękuję za komentarze. :)




W środę, do tej pory senną wieś obiegła wiadomość, że Artur Kawecki stracił prawo jazdy. Ktoś nagrał, jak płakał, niemalże klęcząc przed policjantem, błagając go, żeby wystawił mu tylko mandat. Podobno Kawecki próbował dać łapówkę, za co prawie został aresztowany. Mieszkańcy Jabłonkowa mieli dzięki temu temat na całe tony plotek, a wieś ożywiła się. Przecież Kaweccy nie byli byle kim, a i tak nie uchronili syna przed prawem. Pewnie znów by mu się upiekło, ale dziwnym trafem Artura złapali policjanci niemający nic wspólnego z miejscowym komisariatem w najbliższym mieście. Wpadając w ręce obcego patrolu, nie pomogły mu piękne oczy, a i tak miał szczęście, że jakimś cudem pozostał na wolności. Wstyd wylał się na całą rodzinę Kaweckich, którzy przestali zadzierać nosa.
Babcia Zośka nie unikała okazji do plotek, chwalenia policjantów oraz psioczenia na Artura.
– Należało mu się. – Wsypała cukier do słoika. W kuchni pachniało smażącymi się wiśniami, które co jakiś czas chodziła zamieszać w garnku. – W końcu by kogoś zabił. Ileż to razy miałam duszę na ramieniu, kiedy przechodziłam przez ulicę, bojąc się, że on wyskoczy zza tego zakrętu. Raz omal nie zabił jakiegoś dziecka jadącego poboczem na rowerze. Co to trzeba mieć we łbie, żeby tak się zachowywać.
– Sieczkę zamiast mózgu? – podrzucił jej Kamil, zakręcając słoik pełen wiśni z cukrem, z których miał zrobić się sok.
– O, to, to właśnie. Kamilku, zakręć jeszcze ino ten słoik i wystarczy. Reszta potem. Trzeba się brać za obiad. – Podeszła do kuchenki gazowej i sprawdziła gęstość dżemu. – Jeszcze z godzinę i będzie gotowy. Staszek mi słoiki zakręci, jak wróci z poczty. Poszedł zapłacić rachunek za prąd, bo jak znam te cholery w naszej elektrowni, to człowiek spóźni się z opłatą i wyłączą elektrykę, zanim przyślą pogonienie do zapłaty, czy jak to się tam gada. – Przekraczając wyłożoną na płytkach suczkę, wyjęła z szafki garnek. – O której ma być twój tata?
– Chyba około czwartej, może wcześniej. Zależy od autobusu.
– To mam czas. Ugotuję jego ulubioną zupę wiśniową, z makaronem, z dużą porcją cukru i śmietaną, a na drugie, jak twoja mama przyjdzie z pracy, to mówiła, że zrobi racuchy z jabłkami.
– Spoko. – Zakręcił ostatni słoik i wstał. – To wszystko?
– Ano. – Skończyła nalewać wodę do garnka. – Staszek jak przyjdzie, to mi pomoże, ty wracaj do pracy. – Odwróciła się od zlewu. – A powiedz mi jeszcze, jak tam dzieciaki u Bieńkowskich? Wczoraj Ewelina przyszła do mnie i opowiadała, jak tu jest im fajnie. Lepiej niż w mieście. Fajna ta mała. Taka śmiała. A Mateusz bardzo grzeczny i uczynny. Zawsze prosi i dziękuje. Mikołaj z Agatą dobrze je wychowują. Tylko Pawełka szkoda. Żal, że z jego oczami nic się nie da zrobić. Ale da sobie radę.
– Dzieciaki dobrze. Szymon ma z nimi masę roboty, bo ciągle za nim łażą, ale on to lubi – odpowiedział.
– Dobry z niego chłopak – powiedziała babcia, nie zważając na to, że Szymon już dawno stał się mężczyzną. – Żona będzie mieć z nim dobrze, a i ojcem będzie dobrym. – Wzięła garnek i postawiła go na szafce przy kuchence. Zapaliła jeden z palników i dopiero wtedy postawiła garnek na kuchni.
Na pewno nie żona będzie mieć z nim dobrze, tylko mąż, pomyślał Kamil. Gdybyś o tym wiedziała, babciu, jak zareagowałabyś na to, że Szymek spotyka się z twoim wnukiem?
Mógłby kiedyś dyskretnie ją przepytać, co sądzi o homoseksualistach, ale bał się, że staruszka się czegoś domyśli.
– To ja lecę – poinformował.
– A leć, leć.
W przedpokoju włożył stare, wysłużone buty i wyszedł na zewnątrz, czując się tak, jakby wkroczył do piekarnika. Od jutra niby miało być chłodniej, ale wszystko się okaże. Chętnie odetchnąłby od upałów. Lubił gorąco, ale nie aż takie. Poza tym bolało go, że Szymon wciąż martwił się żniwami. Po jakości i wyglądzie zboża oceniał, że zbierze go o połowę mniej, a rachunki trzeba opłacać. Do tego nad Bieńkowskimi wisiała spłata dużego kredytu zaciągniętego pod budowę stajni. Dotacje z Unii pomagały, ale nie starczały na wszystko. Zarabiali na tym, co da im natura, a jeżeli ona poskąpi im swych dóbr, będą mieć problemy. Szymon opowiadał mu, jak trzy lata temu, kiedy ciągle padały deszcze, prawie poszedł z torbami. Owszem, ubezpieczał wszystko, zbiory, ale i tak ubezpieczyciel zawsze znajdował jakieś kruczki, żeby nie wypłacić całej kwoty odszkodowania.
Dzisiaj dziadek pojechał zapłacić rachunek za prąd. Mama i on dołożyli się do niego i do innych rachunków. Resztę pieniędzy z wypłaty, które mu zostały, odłożył do koperty. Owszem, coś tam sobie zostawił na bieżące wydatki, ale nie potrzebował wiele, zwłaszcza, że nie kupował jedzenia. Dwadzieścia złotych miał przeznaczone na lody dla Eweliny i Mateusza. Codziennie wieczorem on i Szymon musieli iść z dziećmi do sklepu. Stało się to już rytuałem. Postanowił więc, że on czasami też coś im kupi. W takich chwilach Szymon obdarzał go tak szczęśliwym spojrzeniem, że Kamilowi po plecach przechodziły przyjemne ciarki. Musiał przyznać, że akurat te dzieciaki mu nie przeszkadzały, ale ich pytania… Gdy rozpoczynały ‘przesłuchanie’, to nie mógł się doczekać, kiedy wrócą do domu.
Docierając do stajni, pozdrowił Jacka ocierającego pot z czoła.
– Idź na przerwę – powiedział Zarzycki.
– Zaraz idę. Szymon jest przy Malwinie. Niedługo będzie się źrebić. Mówił, że jak wrócisz, to chce z tobą pogadać.
– Dzięki. – Zmierzył Topolskiego wzrokiem. Od poniedziałku mężczyzna nie miał dobrego humoru. Nie, że się wściekał czy coś tego typu. Raczej ogarniała go melancholia i wyglądało, jakby się czymś martwił. Nie pytał go, co się dzieje, bo on też czasami miewał ciężkie dni i wolał wtedy, aby nikt się do niego nie wtrącał.
Szymona odnalazł przy wysoko ciężarnej klaczy. Mężczyzna przesuwał powoli zgrzebłem po jej brzuchu. O dziwo, był sam.
– Gdzie masz małych pomocników?
– Wiesz, że nie lubię, jak się plątają przy koniach. Karolina się nimi zajęła. Mikołaj kupił i przywiózł z rana nadmuchiwany basen. Teraz cała trójka, wraz z Konradem, tapla się w wodzie. Tak z innej beczki… Nie wiesz może, kto zadzwonił na policję, informując ich, że Kawecki szaleje po drogach?
– Nie. Skąd mam wiedzieć. Może jakaś dobra dusza. – Zmrużył oczy, a prawy kącik ust lekko uniósł.
– Może. – Obejrzał się, czy są sami i owijając rękę wokół pasa Kamila, przyciągnął go do szybkiego pocałunku.
Kamil sapnął w jego usta, ale zanim zareagował, ich wargi rozłączyły się.
– Co tak mało? – zapytał, niby z pretensją w oczach. Rozumiał, że na więcej nie mogli sobie pozwolić, by nie zostali nakryci.
 Szymon puścił mu oczko i wrócił do czyszczenia klaczy.
– A jak ta dobra dusza to zrobiła?
– Kiedyś na grillu Aneta wspomniała tej dobrej duszy, że jej wujek jest gliną. I jakoś tak się stało, że ta dobra dusza skontaktowała się z Anetą, powiedziała, o co chodzi, a ona już wiedziała, co robić. A że wujek to podobno facet w dechę, to mieliśmy dzisiaj z rana taki finał.
– Oczywiście Aneta nakręciła też filmik?
– Tak.
– Brawo – pochwalił.
Zarzycki wziął szczotkę i zaczął czesać piękną, brązową grzywę konia.
– Jacek powiedział, że chciałeś mnie widzieć.
– O szesnastej mam zajęcia z hipoterapii. Chciałbym, żebyś się przyłączył i zobaczył, na czym to polega.
– Nie mogę. Tata dzisiaj przyjeżdża. Innym razem, co?
– Spoko. Jest już dla niego jakaś robota, czy dopiero będziecie szukał?
– Będzie szukał. Niby dziadek ma znajomego, który ma znajomego, który ma hurtownię owoców. Może tam by się załapał.
– Niedługo żniwa, więc jest możliwość, że zanim coś zacznie, to by nam pomógł. Będę potrzebował dużo ludzi do zrzucania zboża, bo jak zacznę kosić, to już wyjadę w pole na cały dzień, a tata będzie wszystko zwoził. Trzeba zrzucić część zboża do silosów, bo nie chcę od razu wszystkiego sprzedawać. Niby jest żmijka[1], ale ludzie muszą jej pomagać. Maszyna wszystkiego nie zrobi. Nie będzie to majątek, ale mu zapłacę. – Przeszedł z drugiej strony klaczy. Pogłaskał ją po brzuchu.
– Spoko, zapytam. Każdy grosz się liczy. Słuchaj, co się dzieje z Jackiem?
– Nie wiem. Rano prosił, czy nie mógłbym mu pożyczyć trzech tysięcy złotych. Powiedziałem mu, że mogę, ale chcę wiedzieć, co się dzieje. Wyszedł. Muszę zadzwonić do jego żony i zapytać się, czy mają jakieś problemy finansowe, bo na to mi wygląda. Mam nadzieję, że Jacek nie wciągnął się ponownie w gry hazardowe przez Internet. To fajny facet. Dobrze pracuje.
Dlatego dwie godziny później, mając chwilę wolnego, poszedł do gabinetu. Włączył stojący pod ścianą wysoki wiatrak i usiadł przy biurku. Odnalazł numer domowy Topolskich i zadzwonił do żony Jacka. Kobieta z początku też nie chciała mu nic powiedzieć, ale kiedy naciskał, popłakała się i wyznała, jaki mają problem. Kiedy po rozmowie Szymon odłożył słuchawkę, długo siedział i myślał nad tym, co usłyszał. Koniecznie musi porozmawiać z Jackiem, a potem pomyśleć, jak pomóc tej rodzinie.

*

Kamilowi nie chciało się, ale sprzątnął talerze ze stołu. Chłodna zupa z wiśni orzeźwiła go i wbrew pozorom nasyciła. Będzie musiał jeszcze poczekać na racuchy, które mama dopiero zaczęła smażyć, żeby były świeże. Jego tata siedział przy stole, rozmawiając z dziadkiem, a babcia nalewała wszystkim kompotu, tym razem z jabłek.
– Kamil, mówisz, że na razie mógłbym się załapać na to koszenie?
– No. Dopóki czegoś nie znajdziesz, dobre i to.
– Od jutra zaczynam poszukiwania, ale powiedz temu facetowi, że jak tylko nie będę miał roboty, to chętnie przyjdę. Mogę sobie dorobić nawet i popołudniami, gdyby coś tego.
– Aha. – Usiadł przy stole i wziął w dłonie szklankę kompotu.
– Dam ci adres do tego magazynu, o którym mówiłem – wtrącił dziadek.
Kamil zorientował się, że tata mu się przygląda, a potem spogląda na mamę, unosząc brwi i niemo pytając: „Co się stało z naszym synem?”, kiedy kobieta postawiła na stole talerz pełen racuchów. Chłopak mógł się domyślać, że ojciec jest zaskoczony jego postawą. Sam nie wiedział, co się z nim stało. Uspokoił się. Co do tego zyskał dużą pewność. Chyba poniekąd stabilizacja życiowa, finansowa i spokój, a przede wszystkim Szymon, bardzo mu pomogły. Obecność mężczyzny działała na niego wyjątkowo dobrze, tym bardziej w ostatnich dniach, kiedy Szymon stał się jego… partnerem. To miało duże znaczenie. Nie można być całe życie buntownikiem, chociaż nie zamierzał też wracać do tego siebie sprzed paru lat.
Nałożył sobie na talerz kilka racuchów, posypał cukrem pudrem i wbił w nie widelec.

*

Tymczasem Szymon czekał na Jacka, żeby z nim otwarcie porozmawiać. Był zły, że mężczyzna tak dużo przed nim ukrywa. Przecież na początku jak tu się sprowadzili, to właśnie Jacek pierwszy wyciągnął do niego rękę i zaproponował pomoc. Nie powinien teraz ukrywać przed nim takich problemów. Pomoże mu, tak jak może, ale musi wszystko wiedzieć, by mieć się czego uczepić. Żona Jacka nie była mu w stanie wszystkiego dokładnie wyjaśnić. Spojrzał na zegarek. Za pół godziny przyjadą dzieciaki na hipoterapię, więc najwyżej się spóźni, gdyby rozmowa się przeciągnęła.
Usłyszawszy pukanie do drzwi, zaprosił gościa do środka.
– Chciałeś się ze mną widzieć?
– Siadaj, Jacek. – Wskazał krzesło naprzeciwko biurka. Oparł łokcie na blacie i złożył dłonie w piramidkę. – Dlaczego mi nie powiedziałeś, po co chcesz te pieniądze?
– Skąd wiesz? – Usiadł, uprzednio wyjąwszy chusteczkę z kieszeni krótkich spodni, żeby otrzeć czoło.
– Zastanawiałem się, na co potrzebujesz tyle pieniędzy. Tym bardziej, że w sobotę błagałeś mnie o zaliczkę. Myślałem, że znów grasz.
– Broń Boże, nie. Skończyłem z tym raz na zawsze.
– Zadzwoniłem do twojej żony. Wyznała mi, o co chodzi. Twój najmłodszy, czteroletni synek choruje na bardzo rzadką chorobę genetyczną. – Dokładnie sprawdził w Internecie wiadomości o tej chorobie.
– Nie chciałem nikomu mówić. Nikt we wsi nie wie. – Zmiął chusteczkę w dłoniach. – Kiedy dowiedzieliśmy się o tym i zapytaliśmy lekarza, jak to się leczy… – Wziął głęboki, drżący oddech. – Pokiwał tylko głową. To wyrok śmierci dla mojego dziecka. Moje dziecko umiera, a ja chcę mu pomóc jakoś godnie przetrwać do ostatnich dni. Dożyje może dwunastego roku życia. Może w tym czasie wynajdą lek. Potrzebuję pieniędzy na bardzo drogi wózek, a i leczenie objawowe nie jest tanie… Nie stać nas na nie. – Popatrzył ze łzami w oczach na Szymona. – Nic nie mówiłem, bo nie chcę litości.
– Ale potrzebujesz pomocy. Ile kosztują leki? Ile wózek?
– Na leki w ciągu miesiąca potrzebujemy dziesięciu tysięcy złotych. Część dała rodzina. Tak naprawdę nie ma leku na tę chorobę. Te, co są, pomagają tylko na chwilę. Te trzy tysiące potrzebowałem na lekarstwa na przyszły tydzień. A wózek… Szesnaście tysięcy. Taki wózek, żeby rósł razem z moim synem. Mój synek już nie chodzi. Są dni, kiedy nie może oddychać. Ma cztery latka i umiera. Starałem się trzymać, ale w piątek jego stan się pogorszył. – Ukrył twarz w dłoniach.
Szymon wyprostował się. Czteroletni chłopiec umierał i żeby jego ostatnie lata przebiegały chociaż w miarę łagodnie, potrzebował drogich leków oraz specjalistycznego wózka. Jak miał zdobyć na to pieniądze? Nie ma tyle. Nie byłby w stanie co miesiąc dawać Topolskim dziesięciu tysięcy złotych. Mógłby dać na wózek. Ale pieniądze są w zbożu, a ono z kolei musi dopiero wykosić, sprzedać. Ale może to zrobić. Tylko co z resztą? Są fundacje. Różne towarzystwa, które powinny pomóc, ale jak zacząć? Nagle coś mu wpadło do głowy, jakby zaświeciło się w jego umyśle jakieś światełko. Festyn. Czy byłaby możliwość zebrania na nim pieniędzy dla chłopca? Co, jeżeli na otrzymanie zgody na zbiórkę jest już za późno? Może dałoby się to jakoś załatwić. Cholerna susza. Gdyby było inaczej, sprzedałby nadwyżkę zboża i dał darowiznę tej rodzinie. Ale nawet wtedy kochane państwo by się w to wpieprzyło, bo jak tak można. Coś musi wymyślić lub poszukać kogoś, kto wiedziałby co robić i chyba miał pomysł.
Uśmiechnął się do zrozpaczonego Jacka.
– Zadzwonię w parę miejsc, może coś się da załatwić. Nie chcę robić nadziei, więc nic ci nie powiem. Dodam tylko, że od teraz nie ma ukrywania stanu twojego synka. Na tym świecie są dobrzy ludzie i pomogą, tylko muszą dowiedzieć się o chłopcu. Szkoda, że wcześniej nie miałem o tym pojęcia, ale liczę na to, że da się coś jeszcze załatwić. – Podniósł słuchawkę i wykręcił numer.


[1] Przenośnik ślimakowy do zboża. Podstawowym zadaniem, które realizuje żmijka do zboża jest transport ziarna, paszy i innych materiałów sypkich. Dzięki odpowiedniej konstrukcji i funkcjonalności przenoszenie zboża z przyczep do miejsc wskazanych przez operatora jest o wiele prostsze i bardziej efektywne.

1 komentarz:

  1. Mam nadzieję, że uda się im pomóc temu chłopcu. Żal ściska serce, kiedy słyszę, że takie maleństwa chorują.
    Rozdział był wyjątkowo spokojny, ale cieszę się nawet z tego krótkiego pocałunku Kamila i Szymona. Nie mogę się doczekać następnego. Weny 💞😘
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)