9 października 2016

Buntownik - Rozdział 14



 Dzisiaj przez chwilę pobawimy się z bohaterami na weselu. :)



Wesele trwało w najlepsze. Goście bawili się wspaniale, orkiestra grała przeróżne utwory i każdy, czy to młody, czy stary, lubujący się w szybkim lub wolnym tańcu, znalazł coś dla siebie. Jedzenia było w bród, tyleż samo alkoholu. Tego ostatniego Szymon z Kamilem używali ostrożnie, ale na pewno nie udawali abstynentów, szczególnie Zarzycki. Pod przymusem i czujnym okiem Bieńkowskiego, Kamil starał się dużo jeść i ruszać, żeby zwalczać alkohol w organizmie. Siedzieli przy stole obok siebie, z grupą młodych ludzi, więc wódka lała się strumieniami. Zresztą goście starsi wiekiem też nie byli gorsi. Obaj doskonale się bawili, tańcząc z Karoliną oraz Iwoną, pomimo że Kamil nigdy nie nazwałby się królem parkietu, a już na pewno nie był zwolennikiem tańca. Starali się nie patrzeć ciągle jeden na drugiego, by nikt nie zauważył w ich spojrzeniach czegoś więcej niż zwykłego koleżeństwa. Co było trudne, bo oczy same kierowały się tam, gdzie nie trzeba.
Żar lejący się z nieba długo doskwierał. Na domiar złego w remizie, tuż po obiedzie, wysiadła klimatyzacja i goście odetchnęli dopiero po dwudziestej drugiej. Tańczono na dworze, na wybudowanej rok temu podłodze z dachem przypominającym kapelusz grzyba. Zamontowane w dachu wentylatory chłodziły tańczących i dawały odetchnąć orkiestrze.
Szymon pokazał Kamilowi Artura Kaweckiego. Typek o ciemnoblond włosach zachowywał się tak, jakby on tutaj rządził i to było jego święto. Z daleka biła od niego pyszałkowatość i fałszywość, które dziewiętnastolatek tak dobrze znał. Na szczęście pan „co to ja nie jestem” siedział przy innym stole i Kamil nie musiał mieć z nim do czynienia. Jedynie Szymon się wnerwiał, bo Konrad zamiast z nimi, przebywał z całą rodziną Kaweckich, a Bernatka tuliła się do niego, jakby ktoś polał ich mocnym klejem.
– Czy on nie może poznać normalnej dziewczyny?
– Daj spokój – powiedział Kamil – nic nie zrobisz. Odciągając brata od niej, jeszcze bardziej wepchniesz go w jej macki.
– Sam nigdy nie przejrzy na oczy.
– Przejrzy. – Poklepał Szymona po ramieniu.
– Oby nie wtedy, kiedy ona zajdzie w ciążę.
– Hej, chłopaki, jeszcze po jednym. – Antek, kuzyn Iwony, co chwilę napełniał ich kieliszki. Gdyby nie uciekali od stołu, leżeliby pod nim. – No, zdrówko. – Wychylił się lekko do tyłu i wlał sobie do gardła wódkę.
Szymon z Kamilem zrobili to samo, ale Zarzycki postanowił, że na razie to jego ostatni kieliszek. Czuł, że jest wstawiony, a alkohol krąży w żyłach. Nadal wolał mieć w nich więcej krwi niż procentów.
– To się nazywa picie – pochwalił ich Antek – a nie jak Iśka. – Tu spojrzał na „Iśkę”, czyli Iwonę. Próbował dolać jej wódki do w połowie wypitego kieliszka, za co oberwał od niej po łapach. – Ej, no nie bądź taka.
– Nie piję więcej – powiedziała stanowczo.
– Dobra. Chłopaki, to na drugą nóżkę. – Pochylił się, by nalać alkoholu tym, którzy mu towarzyszyli.
– Nic nie będą chlali. – Przy stole pojawiła się spocona po tańcu Karolina. Przez ostatnią godzinę była rozchwytywana przez mężczyzn. – Chodźcie, będą oczepiny. – Złapała brata za rękę, odciągając go od stołu. – Kamil, ruszaj cztery litery. Iwona, chodź, może złapiemy welon – ćwierkała wesoło.
– Prędzej zwieję, gdzie pieprz rośnie – burknęła Iwona, ale mimo tego poszła z całym towarzystwem na dwór. Po drodze, przed pięknie ubranym budynkiem Domu Kultury, zaczepiła jeszcze Jolkę, żonę Antka, której przekazała, że jej mąż się rozochocił. – Boi się jej – wyjaśniła wpatrującym się w nią trzem parom oczu. – Jolka go przystopuje, zanim mój kuzynek schleje się jak świnia.
Karolina niemalże siłą zaciągnęła na podłogę dwóch bliskich jej mężczyzn. Opierali się, jak tylko mogli, tłumacząc, że nie będą uczestniczyć w tej szopce.
– Głupoty pieprzycie – stwierdziła, zakładając kosmyk włosów za ucho. Jej nienaganna fryzura nie była już taka idealna, ale dziewczyna wciąż ładnie w niej wyglądała. – Pokręcicie się w kółeczku wokół pana młodego i tyle. Trzeba się bawić – dodała.
– Słyszysz, Kamil, pokręcimy się w kółeczku.
– To tak jak w dzieciństwie. Jeszcze odśpiewamy: „Koło młyńskie za cztery reńskie”.
– Byle bez tego „bęc” – mruknął Szymon.
– Marudy. – Karolina wepchnęła ich w ramiona pana młodego szukającego wśród gości kawalerów. – To kawalerowie jak się patrzy.
Mężczyzna zaprowadził ich na środek podłogi, dzięki czemu dołączyli do trzech chłopaków, wraz z którymi znaleźli się pod ostrzałem gości weselnych stojących wokół, jak i tych opierających się o barierki. Chwilę później, gdy dołączyła do nich siódemka kawalerów, a wśród nich Artur, odezwał się wokalista zespołu muzycznego.
– Panowie, chwyćcie się za ręce.
Kamil złapał mocno gorącą dłoń Szymona, mogąc go bezkarnie trzymać. Palce drugiej ręki splótł z palcami Konrada, którego Bernatka wypuściła na wolność.
– Teraz pani młoda – kontynuował wokalista – zdejmie mężowi krawat i mu go odda. Kawalerowie będą tańczyć wokół pana młodego. Kiedy zacznę odliczać, na trzy krawat zostanie rzucony i trafi w ręce szczęśliwca do rychłego ożenku. Wybraniec zostanie nowym panem młodym. Zaczynamy.
Muzyka zaczęła grać. Kamil jeszcze z dzieciństwa pamiętał takie zabawy i wtedy śmiał się z trzymających się za ręce i tańczących w kółku panów. Teraz on znajdował się na ich miejscu, słuchając, kiedy skończy się odliczanie, żeby w porę uciec przed lecącym krawatem. Nie chciał, żeby odliczanie nastąpiło zbyt szybko, bo dzięki temu trzymał Szymona za rękę, a nie chciał go puścić. Niestety, muzyka zmieniła rytm i zaczęto liczyć do trzech. Kiedy skończono, większość kawalerów uciekła na boki, byle z dala od krawata, w tym Kamil z Szymonem. Bieńkowski zauważył, że krawat chciał złapać Kawecki, ale chłopak wyglądający na nie więcej niż osiemnaście lat sprzątnął mu go sprzed nosa.
– Panisko przegrało. – Zaśmiał się Szymon. – Dobrze się stało, bo jeżeliby Karolina złapała welon, nie chciałbym widzieć przy niej tego bydlaka.
Kazano im zejść na bok, a ich miejsce zajęły panny i wszystko zaczęło się od nowa. Wśród grupki dziewcząt znajdowała się dumna Bernadetta Kawecka, wyglądająca jakby miała chętkę na welon. W swych przypuszczeniach Szymon upewnił się na samym końcu, kiedy welon poleciał do góry, a dziewczyna rzuciła się na niego jak kot na kocimiętkę. Ku jego zadowoleniu upragnioną rzecz złapała Karolina, będąc trochę szybszą od panny Kaweckiej. Może Szymon nie wierzył w to, że w ciągu roku ślub weźmie ten, kto złapie welon czy krawat, ale wolał dmuchać na zimne.
Po głównej części oczepin przyszły kolejne zabawy grupowe, w tym konkurs tańca obu par młodych. Gdy wygrała starsza para, będąc nagrodzoną o wiele liczniejszymi brawami, Kamil sądził, że to już koniec, lecz to chyba bardzo się mylił. Orkiestra wymyśliła nową zabawę. Tym razem panowie mieli się podobierać w pary i uczestniczyć w konkursie, która para najlepiej tańczy. Dla Szymona i Kamila było to o tyle komiczne, że dali się w to wciągnąć. Za co winili Karolinę, która powiedziała im, że to jedyna okazja na to, aby oficjalnie razem zatańczyli. Zarzycki i tak miał ochotę uciec, ale powstrzymał go głos towarzysza:
– Nie zatańczysz ze mną? – Szymon uśmiechnął się zadziornie.
– Tylko tylu panów? – zawodził wokalista. – Jeszcze paru by się przydało. Może przyjdzie tutaj ten pan w czerwonej koszuli i jego towarzysz. Zapraszam. O, i panów. Migiem. Goście chcą się bawić.
– Dobrze, że wypiłem parę głębszych – powiedział Kamil.
– Nie chcesz ze mną zatańczyć? – Nachylił się do jego ucha.
– Chcę, ale nie na pokaz.
– Nie marudź. Karolina zrobi nam zdjęcia. – Wskazał na dziewczynę machającą do nich aparatem fotograficznym. Popłynęły pierwsze takty Rock and Rolla. Szymon porwał Kamila w ramiona i zanim się roztańczyli, rzekł: – Mam nadzieję, że dotrwamy do końca, gdzie są tańce przytulańce.
Zarzyckiemu nienajlepiej szło w tańcu, ale nie odpadli. W kolejnych radził sobie o wiele lepiej, szczególnie kiedy Szymon prowadził. Wokalista chodził wokół tańczących i co jakiś czas odrzucał jedną parę. Kiedy orkiestra zagrała tak popularną pod koniec lat osiemdziesiątych Lambadę, zaczęli, ku uciesze publiczności, kręcić ósemki biodrami. Kamil stwierdził, że doskonale się bawi, a przy okazji mógł potańczyć z Szymonem.
Obok nich stanął wokalista i przyglądał im się chwilę, od czasu do czasu zerkając na publiczność, która była głównym sędzią. Pokiwał do nich głową i odszedł do pary, której po chwili kazał zejść ze środka podłogi.
– Bali się siebie. – Bieńkowski nachylił się od ucha Kamila. – A wystarczyło, żeby umieli się z siebie śmiać. – Muzyka umilkła.
– Panie, panowie, zostały dwie pary, więc teraz…
– Taniec przytulaniec – krzyknęli goście weselni.
– Dokładnie. Obejmujemy się, moi panowie. Blisko. Możecie położyć głowę na ramieniu partnera i kołyszemy się wolno.
Zadowolony uśmieszek, nie uśmiech, ale zwyczajny, podstępny, gadzi uśmieszek wypłynął na usta Szymona, ostrzegając Kamila przed tym, co wspólnik zabawy zamierzał zrobić. Gdy zaczął się utwór Piotra Szczepanika „Kochać”, Bieńkowski przyciągnął go mocniej do siebie, obejmując wokół pleców i położył głowę na jego ramieniu. Kamil spiął się, przesuwając wzrokiem po ludziach, a potem po prostu postanowił mieć to gdzieś i zamknął oczy. Rozluźnił się, opierając brodę o bark towarzysza. W tym momencie zniknął cały świat, śmiechy, błyski fleszy, denerwujące komentarze wokalisty. Pozostali tylko oni, przytuleni, chłonący to, jak są blisko siebie.
Kamil nigdy nie czuł się tak jak teraz. Nawet wtedy, kiedy spotykał się z Krzyśkiem. Nie, tamto to było zupełnie coś innego. Nie mógł porównywać Krzyśka i Szymona. Szymon jest inny. Dyskretnie wciągnął jego zapach będący mieszaniną perfum, potu oraz alkoholu. Starał się wyłapywać dwie z pierwszych nut i zapamiętywać je. Robił to tak, jakby chciał sobie utrwalić na zawsze zapach tego mężczyzny. Zapach Szymona. Kogoś, kto zaczynał mu zawracać w głowie. Przerażało go to i cieszyło. Było to coś, czego nie potrafił opisać słowami, ale na samą myśl o tym jego serce zaczęło bić bardzo mocno. Jeszcze wczoraj byli dla siebie sąsiadami, znajomymi, szefem i pracownikiem, zależy jak na to spojrzeć, a dzisiaj wszystko uległo zmianie. Szybko, jednak może to i dobrze.
Trzymał Kamila w ramionach, wyczuwając pod swoim dotykiem, jak ciało dziewiętnastolatka spina się, rozluźnia i za chwilę robi to ponownie. Zastanawiał się, o czym chłopak myśli. Sam miał pełną głowę kotłujących się myśli, a wśród nich przeważała jedna; by nie wypuścić z rąk Kamila. W końcu ciało chłopaka się rozluźniło i wyglądało na to, że tak już zostanie. Chciałby tego samego, lecz musiał uważać na to, czy nagle nie zostanie klepnięty w ramię, przez co będą musieli zejść na bok. Wszak ciągle uczestniczyli w konkursie tanecznym. Tak się jednak nie stało. Utwór trwał, a on wciąż przytulał Kamila z ochotą, delektując się jego bliskością i zrozumiał, że pragnie, aby ten Buntownik ukrywający swoje wielkie serce był jego. Ciekawiło go, co powiedzieliby ci wszyscy ludzie stojący wokół, gdyby zrozumieli, że to, jak trzyma Kamila, nie jest tylko na potrzeby zabawy, ale wiąże się z tym coś więcej.
Zanim zdążył się głębiej nad tym zastanowić, utwór dobiegł końca, a dookoła rozległy się intensywne brawa. Z żalem odsunął się od chłopaka. Przez jedną, małą chwilę zdołał dostrzec zagubienie Kamila, jakby nagle odzyskał świadomość tego, gdzie się znajduje. Zanim ostatecznie puścił jego dłoń, pogłaskał ją kciukiem, czerpiąc jak najwięcej z ich fizycznego kontaktu. Dopiero po chwili zorientował się, że tylko oni stoją na środku, a przystojny, jasnowłosy wokalista patrzy na nich z uśmiechem.
– Panie, panowie, mamy zwycięzców. – Mężczyzna stanął pomiędzy nimi i chwycił ich ręce, unosząc je, jak to robi sędzia bokserski ze zwycięzcą po zakończonej walce.
Brawa nadal trwały. Kamil czuł się po tym wszystkim bardziej pijany niż po wódce, będąc wciąż upojony Szymonem i targającymi nim uczuciami.
– Nagroda dla panów – kontynuował wokalista – to życzenia cudownej nocy, a prezentem… – Poczekał, aż jeden z kolegów z zespołu poda mu kosz wypełniony owocami. – Kosz witamin, by panowie mieli siłę na kolejne noce. – Mrugnął do nich i podał prezent Szymonowi. – Skonsumujcie… te owoce razem, w jakimś prywatnym, romantycznym miejscu. Dziękuję. – Gestem ręki wskazał im zejście z parkietu, po czym zwrócił się do gości weselnych. – A państwa zapraszam na dalszą część zabawy. Co powiecie na słynną chusteczkę?
Kiedy rozległy się wyrazy aprobaty, Szymon i Kamil stali już na trawie, przechodząc trochę na bok, by nie przeszkadzać innym.
– Sądzisz, że on wie? – zapytał Zarzycki.
– Chyba tak lub ma nadzieję. Widziałeś, jak na ciebie patrzył? – Uniósł koszyk. – To co, kiedy skonsumujemy? – Podkreślił to słowo mocnym akcentem.
Kamil porwał jedną nektarynkę i wbił w nią zęby. Zamruczał, kiedy smak owocu rozlał mu się po języku.
– Teraz? – Otarł lejący się po brodzie sok.
Szymon chętnie zlizałby strużkę soku i pocałował smakujące owocem i samym Kamilem usta chłopaka. Niestety, obecność ludzi powstrzymywała go przed tym. Wkurwiało go to, że nie może pokazać, jak bardzo lubi Kamila, bo obaj byli mężczyznami. Zamiast żalić się na tę niesprawiedliwość, powiedział:
– Jutro, co? Znajdę Karolinę, bo ma kluczyki, i schowamy kosz do samochodu.
– Czyli nie będziemy dzisiaj konsumować? – zapytał zaczepnie Zarzycki.
– Dzisiaj nie, ale kiedyś… Nie obiecuję, że będę grzeczny.
– Trzymam za słowo – odparł Kamil, już nie mając pojęcia, czy nadal mówią o owocach, czy o czymś zupełnie innym dotyczącym sfery bardziej cielesnej. Zjadł owoc i już miał sięgnąć po drugi, kiedy podbiegła do nich Iwona.
– Tu jesteście. Artur nagabuje Karolinę na parkingu – powiedziała szybko.
Szymon wcisnął koszyk do rąk dziewczyny.
– Jeżeli skurwysyn coś jej zrobi, to go zabiję. – Pobiegł w stronę parkingu, a Kamil ruszył za nim.
– Tylko nie zrób czegoś, czego będziesz żałował – ostrzegł Zarzycki.
– Rozwalenia mordy tej kreaturze nie będę żałował. Nie zabiję go, bo nie pójdę siedzieć za ścierwo. – Zobaczył swoją siostrę i Kaweckiego kłócących się. Światła z ulicy i jedna lampa na parkingu doskonale oświetlały scenkę. Artur szarpał Karoliną, nazywając ją dziwką, a ona też nie była dłużna i obsypywała go przekleństwami.
– Jesteś gnojem, który nie wie jak traktować kobietę! – krzyknęła, zanim Szymon nie rzucił się na Kaweckiego, uderzając go z zaciśniętej pięści w szczękę. Zrobiłby więcej, gdyby Kamil go nie przytrzymał. Chciał raz na zawsze policzyć się z facetem, który krzywdzi jego małą siostrzyczkę.
– Zostaw ją!
– Co, obrońca przybył? – Kawecki trzymał się za bolące miejsce, patrząc na pannę Bieńkowską. –  Sama się, dziwko, nie obronisz?
 – Nie jestem dziwką, ty palancie popieprzony, który chce wszystko zdobyć siłą! Nie żałuję, że zachowuję cnotę dla tego jedynego. Nie jesteś mężczyzną!
Wkurzony doszczętnie Artur złapał dziewczynę, telepiąc nią, by jej zrobić krzywdę. Ale ona splunęła mu na twarz i wbiła szpilkę w stopę tak mocno, że przed bólem nie uchroniły go nawet buty. On jednak ponownie chciał ją złapać, ale na jego drodze stanął Szymon, który wyrwał się z trzymających go silnie ramion Kamila. Skoczył na Kaweckiego pełen nienawiści, którą od dawna pielęgnował. 
Kamil patrzył, jak dwóch mężczyzn zaczyna się bić. Walczyli jak dwa lwy, wymierzając kolejne ciosy i okładając się nimi nawzajem. Upadli na beton i szarpali się, przekręcając jeden  na drugiego, nie szczędząc kolejnych uderzeń.
– Powstrzymajcie ich! – krzyknęła Iwona, docierając do nich wraz z dwoma kuzynami. Postawiła koszyk na ziemi i sama pobiegła do walczących, a wraz z nią Karolina i mężczyźni.
Kamil patrzył, jak dziewczyny rzucają się na Kaweckiego, zaczynając go okładać pięściami i wrzeszcząc przy tym, wyzywając od najgorszych. Kuzyni panny Gil musieli ratować Artura przed dziewczynami, bo zaczął się kulić już nie przed kolejnymi razami Szymona, a przed nimi. Zarzycki oprzytomniał na tyle, żeby chwycić Bieńkowskiego i postawić go na nogi. Mężczyzna chciał się jeszcze raz rzucić na swojego wroga, ale tamten po prostu uciekł, a dodatkowo Kamil tym razem trzymał go za mocno, żeby mógł mu się wyrwać. Wszystko przez zmęczenie i poobijane ciało, bo inaczej pobiegłby za Arturem. Na razie oparł się o dziewiętnastolatka, próbując unormować oddech.
Dziewczyny stały obok, wygrażając tchórzowi. Chwilę później Iwona podziękowała kuzynom i odprawiła ich. Sama usiadła na betonie, nie przejmując się sukienką. Karolina nadal psioczyła, kręcąc się w kółko, jakby jej energia musiała się najpierw wyładować, by mogła się uspokoić.
– Mogę cię puścić? – spytał Zarzycki.
– Tak. Nie pobiegnę za nim, żeby mu jeszcze raz przywalić.
– Ufam ci co do tego. – Odstąpił od niego o krok.
– Jak coś, to podstawię mu nogę – oznajmiła Karolina, usiłując poprawić zrujnowaną fryzurę. – Przyszłam do samochodu, żeby wziąć buty na zmianę, a ten chujek nagle się pojawił i powiedział, że powinnam być jego dziwką i zrobi to, czego nie dokończył. Posrany gnój!
Szymon dotknął bolącej wargi.
– Skurwiel rozpierdolił mi wargę.
– I lewy łuk – poinformowała Iwona. – Sam wyglądał gorzej. – Wstała i otrzepała z kurzu sukienkę.
– Pokaż to – zwrócił się do Szymona Kamil.
– Tylko nie dotykaj – zastrzegł Bieńkowski, kiedy chłopak wyciągnął rękę.
– Trzeba to umyć i opatrzyć. Nie wiem, czy czasem nie będzie trzeba zszywać łuku brwiowego. Bardzo krwawi. – Wziął od Karoliny paczkę chusteczek higienicznych i wyjął kilka. – Masz, przyłóż to sobie.
– Krwawi, bo przez alkohol krew się rozrzedziła. Nie ma mowy, żebym wstawiony jechał do szpitala.
– Jedziemy do domu – zarządziła panna Bieńkowska. – I tak już mamy po weselu. Nie pokażę się tak ludziom. Kretyn podarł mi sukienkę. – Góra jej ślicznej sukienki była rozerwana i tylko cudem trzymała się jakoś na dziewczynie. – Przedzwonię tylko do rodziców, że wracamy do domu. Powiem, że jesteśmy zmęczeni.
– I tak jutro zobaczą, czemu wróciliśmy – powiedział Szymon, delikatnie trzymając chusteczki przyciśnięte do łuku brwiowego.
– Ale to dopiero jutro. – Z torebki leżącej na betonie wyjęła kluczyki i telefon. Otworzyła samochód i zadzwoniła do mamy.
Iwona wsadziła do bagażnika kosz z owocami, po czym usiadła obok kierowcy. Kamil z Szymonem zajęli miejsca z tyłu. W świetle palącej się w samochodzie lampki Zarzycki dostrzegł ślady krwi na potarganej koszuli mężczyzny.
– Załatwione. – Przyszła pani archeolog usiadła za kierownicą. Nie piła niczego, co miało alkohol, więc mogła jechać. – Braciszku, kocham cię, ale jesteś idiotą. Poradziłabym sobie sama. Niemniej dziękuję.
Bieńkowski coś pomruczał i skrzywił się, kiedy dolna warga zaprotestowała z powodu zbyt gwałtownych ruchów. Na szczęście na niej krew zdążyła już zakrzepnąć. Dziewczyny zaczęły się śmiać, mówiąc równocześnie:
– Bohater, a syczy, bo mu zrobiono kuku.

*

Odwieźli Iwonę do domu i gdy podjechali pod dom Bieńkowskich, Kamil nadal nie był przekonany co do tego, czy czasami nie powinni pojechać na pogotowie. Z doświadczenia, na szczęście nie własnego, wiedział, że często trzeba w takie miejsca założyć ze dwa szwy, bo plaster nie poradzi sobie z większą raną. A ta cholerna krew nadal się sączyła, choć co prawda było jej dużo mniej niż wcześniej.
Karolina wepchnęła ich obu do łazienki i przyniosła apteczkę. Nalała wody do miski i wcisnęła do ręki Kamila czysty ręcznik.
– Pomóż mu. Ja jeszcze zemdleję. Zajmij się nim – powiedziawszy to, opuściła pomieszczenie.
Szymon usiadł na zamkniętym sedesie. Będąc z Kamilem sam na sam, popatrzył na niego z błyskiem w oku.
– Panie doktorze, proszę się mną zająć.
– Nie przeginaj. – Zamoczył ręcznik w wodzie, by przemyć mężczyźnie ranę i obmyć mu twarz z krwi. Szymon syknął parę razy podczas tej czynności, a szczególnie kiedy Kamil, stojąc pomiędzy nogami towarzysza, przyłożył do poranionego miejsca gazik polany wodą utlenioną.
– Ostrożnie. Piecze.
– Taki duży chłopak a jęczy, bo troszkę boli. – Uspokoił się, bo po umyciu łuku brwiowego okazało się, że plaster w sam raz wystarczy do wygojenia się ranki.
– Cicho. Lepiej podziałałoby coś innego. Słodszego.
– Co? – Udał głupiego.
– To. – Wyciągnął rękę i chwycił kark Kamila. Przyciągnął go do pocałunku, ale ledwie ich usta się zetknęły, natychmiast tego pożałował. Wywołało to wybuch śmiechu Zarzyckiego. – Śmiej się, śmiej. Jestem ranny, a nie mogę wziąć leków.
– Teraz tylko to ci pomoże. – Z pełną premedytacją przycisnął lekko gazik do zranienia na wardze.
– Ej, to nie fair – zaprotestował Bieńkowski. – Mówiłem o innym leku.
Kamil uniósł prawą brew.
– Może mówiłeś o czymś w tym stylu. – Pochylił się i delikatnie, niczym dotyk płatków kwiatów, pocałował tę część ust, która nie ucierpiała w starciu. Potem złożył pocałunki na jego policzkach, nosie i oczach. – Czy to ci wystarczy?
Szymon uniósł powieki, cały drżąc. Wpatrzył się w oczy stojącego nad nim chłopaka.
– Coś się dzieje pomiędzy nami – szepnął, chwytając dłoń Kamila. – Coś się rodzi. To się wcześniej zaczęło, ale dzisiaj do nas dociera.
– Przeszkadza ci to? – Odłożył gazik na brzeg wanny i wplótł palce w ciemnorude włosy Szymona.
– Nie. Chcę tego. Chcę więcej. – Przesunął drugą ręką po udzie Kamila, wzdłuż biodra, kierując się w górę, by zatrzymać ją na jego pasie. – Możesz mi dać jeszcze tego swojego leku?
Kamil czuł ciepło wkradające się do jego serca.
– Może najpierw nakleję ci plaster.
– Lek.
– Plaster.
– Lek.
– Lek. – Pozwolił mu wygrać i pochylił się, aby złożyć pocałunek na policzku Szymona.

6 komentarzy:

  1. awwww.... jak słodko się zrobiło, jak zwykle za mało

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jak zawsze świetny :) Już nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału ^^ Tak więc, weny życzę~

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaa! Nie wiem nawet co napisać bo ta ostatnia scena jest......aaa!
    Bardzo konstruktywny komentarz, wiem.
    /A

    OdpowiedzUsuń
  4. Całuśny ten Szymon.
    Świetne opowiadanie😄

    OdpowiedzUsuń
  5. Wreszcie do nich dotarło i o tym porozmawiali. Obaj są mega słodcy a ta ostatnia scena cudna (づ ̄ ³ ̄)づ

    OdpowiedzUsuń
  6. Cud, miód! I orzeszki oczywiście ❤

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)