16 lipca 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 25

Dziękuję za komentarze. Za tydzień dodam ostatni rozdział wraz z epilogiem. :)




Czekali w napięciu na to, co powie lekarz. Pojawili się w szpitalu godzinę temu i nadal nikt im nie przekazał tego, w jakim stanie jest Jan Zarzycki. Beata bardzo bała się o męża. Siedziała na krześle, ciągle powtarzając:
– Mówiłam mu, nie pij, bo to się źle skończy. Ale on krzyczał na mnie, że jestem głupia. Wiedział lepiej – głos jej się załamywał.
Kamil milczał, stojąc oparty o ścianę. Szymon chciał mu pomóc, być dla niego oparciem, lecz chłopak zachowywał się tak, jakby Bieńkowskiego tu nie było. Nie miał mu tego za złe. Dostrzegał, że sytuacja z ojcem go dręczy. Jego właściwie też. Ciągle w głowie siedziała mu myśl, co by zrobił, gdyby to jego tata leżał na oddziale intensywnej terapii, walcząc o życie. Co by było, gdyby odszedł na zawsze. Nawet nie chciał brać tego pod uwagę.
Od kilku tygodniu nie potrafił wybaczyć ojcu i gdyby już nigdy miał nie dostać takiej szansy, załamałby się. To by go zniszczyło. W niedzielę na kazaniu ksiądz mówił o wielkiej sile wybaczania. O tym, jak jest to potrzebne stronie skrzywdzonej i tej, która skrzywdziła. O tym, jak stare urazy, zawiść, nienawiść potrafią zniszczyć człowieka. O tym, że z wybaczaniem nie można zwlekać, bo można już nigdy nie mieć na to szansy. Każde z tych słów Szymon odczuwał tak, jakby były kierowane do niego i myślał, że ksiądz mówi głupoty. W tej chwili sądził inaczej. Powinien nauczyć się wybaczać, a to przychodziło mu z takim trudem. Wiedział jednak, że jest w stanie to zrobić.
Przebaczył Kamilowi za to, że od niego uciekł, krzywdząc go w ten sposób, ale on również zrobił mu krzywdę. A ojciec… Ojciec był ofiarą własnego rodzica, systemu, tamtego życia. Pewnie on w tamtych czasach postąpiłby tak samo. Może w końcu nadszedł czas, aby coś zmienić.
– Zaraz wracam – szepnął do Kamila. Odszedł na koniec korytarza, by zadzwonić do taty.
W tym samym czasie do Zarzyckich podszedł starszy lekarz o siwych włosach, dość mocno zbudowany i niższy od Kamila.
– Co z moim mężem? – Roztrzęsiona kobieta wstała, nie pozwalając lekarzowi się przywitać.
– Żyje. Niestety najbliższe godziny będą decydujące. Wdrożyliśmy odpowiednie postępowanie co do takich pacjentów i trzeba mieć nadzieję. Gdyby jednak nie został znaleziony na czas… – przerwał, dając do zrozumienia, jak blisko było tragedii. – Jestem jednak dobrej myśli, bo pani mąż zareagował na podane środki.  Muszę od razu zaznaczyć, że jeżeli pani mąż przeżyje tę noc, musi zostać poddany detoksykacji organizmu i leczeniu psychiatrycznemu. Jest to trudny dla pacjenta okres, podczas którego może stać się wszystko.
– A co teraz robicie, żeby mu pomóc? – zapytała.
Kamil nie chciał tego słuchać. Pragnął jedynie, aby ojciec przeżył. Nie musiał wdawać się w te wszystkie lecznicze sprawy. Podszedł do Szymona, który zakończył rozmowę telefoniczną.
Mężczyzna zapytał:
– Co z twoim tatą?
– Źle. Ale może mu się uda. – Zaśmiał się panicznie. – Prawie zapił się na śmierć. Głupie, nie? Idiotyczne. – Oparł czoło o ramię Szymona, mając gdzieś co pomyślą o nim inni ludzie. Nic go nie obchodzili. – Parę dni temu mi przywalił, wyzywał mnie, a ja myślę tylko o tym, aby przeżył.
– Bo to twój ojciec. Jakim by nie był człowiekiem, jest twoim rodzicem. Przeżyje. – Objął go jedną ręką w pasie, a palce drugiej wsunął w jego włosy. – Ta sytuacja dała mi impuls do czegoś innego. Rozmawiałem z tatą. Powiedziałem mu, co się stało i przeprosiłem go za swoje zachowanie wobec niego. Kiedy wrócą, to pogadamy.
– Dobrze zrobiłeś. – Odetchnął.
– Lekarz już poszedł, chodźmy do twojej mamy.
– Mhm.
Usiedli obok kobiety mnącej w dłoniach chusteczkę.
– Powiedział, że ta noc…
– Wiem, mama.
– Chłopcy, jedźcie do domu. Nie ma sensu, żebyście tutaj siedzieli. Wrócę autobusem. Chcę tutaj jeszcze zostać.
– Zostaniemy – powiedział stanowczo Szymon, trzymając Kamila za rękę.

*

Dochodziła dwudziesta druga, kiedy wrócili do domu. Stan Jana nie zmienił się, ale był na tyle stabilny, że dawano mu więcej szans na przeżycie. Mężczyznę, dla jego dobra, utrzymywano w śpiączce farmakologicznej. Kamil domyślał się, co w innym wypadku mógł czuć jego ojciec. Czytał o bólu powodowanym przez głód organizmu wołającego o używki, którymi do tej pory był karmiony. Mama powiedziała mu, że ojciec dostaje środki, które mu pomagają, a potem, gdy z tego wyjdzie, wszystko zależeć będzie od mężczyzny. Tak czy owak Kamil wolał nie robić sobie nadziei, że jego tata kiedyś przestanie pić.
Siedział na schodach ganku, paląc papierosa. Potrzebował pobyć sam ze sobą, by pomyśleć. Na szczęście Szymon dał mu te chwile spokoju. Po prostu siedział obok w milczeniu, wpatrując się w ciemność.
Kamil zgasił peta na schodku, przydeptując go. Włożył do ust kolejnego papierosa. Chcąc go zapalić, pomylił kieszenie bluzy i zamiast zwykłej zapalniczki, jaką można było kupić w prawie każdym sklepie, wyjął tę zniszczoną przez pożar. Zacisnął na niej dłoń.
Szymon zauważywszy to, wyciągnął rękę.
– Daj mi ją. Kamil. Po prostu to wyrzuć.
Nie chciał mu jej oddać. Tak wiele wiązało się z nią wspomnień. Część, niestety, była zła. Chyba dlatego rozłożył palce, a zapalniczka upadła na dłoń jego partnera. Bieńkowski wstał i ruszył w kierunku kosza na śmieci.
– Wziąłem ją z domu, kiedy pakowałem rzeczy. Zrobiłem to automatycznie.
– Najwyższy czas, aby wylądowała w śmieciach. Tam jej miejsce.
– Ona pozwalała mi przetrwać.
– To tylko rzecz. Zniszczona rzecz. Niosła niefajne wspomnienia. – Usiadł za nim z szeroko rozłożonymi nogami i oparł chłopaka o swój tors. Objął go, dając poczucie ciepła i bezpieczeństwa. – Najgorszym z nich było to, jak cię oskarżyłem o podpalenie, co zaważyło o naszym rozstaniu. Kamil, pora patrzeć w przyszłość.
– Wiem. – Położył dłonie na obejmujących go rękach. Wspaniale mu było znajdować się w jego ramionach. Intymność pomiędzy nimi przeszywała go na wylot. – Po… Potrzebuję cię, Szymon – wyznał, choć nie przyszło mu łatwo. – Gdyby mój ojciec…
– Nawet tak nie myśl.
– Muszę brać to pod uwagę. Chcę być gotów, jakby to się miało źle skończyć.
– Na takie rzeczy nigdy nie jest się gotowym. Nic mu nie będzie. Wyjdzie z tego. Tylko muszą się pozbyć alkoholu z jego organizmu. Pewnie ma go więcej niż krwi w żyłach. – Oparł brodę o czubek głowy chłopaka. – Jestem przy tobie cały czas i będę cokolwiek będzie się dziać.
Kamil przymknął oczy, czerpiąc spokój przekazywany mu przez partnera. Siedzieli tak jeszcze długo, otoczeni ciepłem nocy, ciszą i zapachem maja.

*
W ciągu kolejnych dni stan Jana Zarzyckiego poprawił się. Mężczyzna zdecydowanie lepiej reagował na leki. Lekarze byli dobrej myśli, tym bardziej, że życie Jana nie było już zagrożone.
Mama Kamila przesiadywała w szpitalu, a jej syn w sklepie, który czynny był tylko do czternastej. Kamil dopiero popołudniami jechał do szpitala. Czasami Szymon podwoził go motorem, kiedy nie miał tylu zajęć na gospodarstwie, ale najczęściej Zarzycki jeździł autobusem. Tak jak dzisiaj, kiedy to Szymek pojechał obsiać kukurydzą ostatni kawałek pola. Pomagał mu w tym Konrad. Osiemnastolatek jak tylko przychodził ze szkoły, wybywał z bratem w pole. Wcześniej broniłby się przed tym rękami i nogami. Obecnie sam proponował pomoc. Szymon był bardzo zaskoczony nagłą zmianą brata, ale chętnie z tego korzystał.
Kamil z partnerem zastanawiali się, co może być przyczyną takiej zmiany i dochodzili do wniosku, że Konrad nie chciał przebywać, dłużej niż to było konieczne, w tym samym miejscu, w którym znajdował się Paweł. Nastolatek uważał kuzyna Kamila za najgorsze na świecie zło, a Paweł odszczekiwał mu się na zaczepki. Zresztą pyskował również i do innych osób, ale na szczęście zaczął solidnie pracować. Chyba tylko po to, aby jak najszybciej odrobić przeznaczone mu godziny, a potem stąd zniknąć. Z domu dziadków również, bo tam pod stałą kontrolą nie czuł się wolny, jak ciągle powtarzał.
Dzisiaj po powrocie ze szpitala Kamil razem z mamą poszedł wieczorem do dziadków. Akurat był tam Piotrek. Siedział z bratem na górze, w pokoju, który jak dotąd zajmował Kamil.
– Co z Jankiem? – zapytała babcia Zosia.
– Lepiej. Nadal jednak trzymają go na lekach. Jest już przez nie tak strasznie otumaniony, ale chcą je jutro odstawić. Reszta będzie zależeć od niego – odpowiedziała Beata. – Wiem tylko, że drugi raz tego samego nie zniosę. – Usiadła przy stole. Z jej twarzy z łatwością można było odczytać zmęczenie. Sińce pod oczami jasno wskazywały, że niewiele spała. Przed nią pojawił się talerz zupy pomidorowej. – Zupa na kolację?
– Ugotowałam cały duży gar. Będzie nawet na jutrzejszy obiad. Trzeba ją zjeść. Jutro cały dzień zejdzie nam z ojcem na pracy w ogródku. Jedz. Kamilku, zawołaj chłopaków i siadaj.
– Dobra. – Wyszedł z kuchni i stanąwszy przy schodach, krzyknął: – Kolacja!
Po chwili u góry pojawił się Piotrek, a zaraz za nim Paweł, jak zwykle z miną typu „Mam wszystko gdzieś. Nie wiem, co ja tu robię”. Całą trójką udali się do kuchni i zajęli miejsca przy stole.
– Znowu zupa? – marudził Paweł.
– Jedz, co dają, bo nic innego nie dostaniesz. U nas nie ma rarytasów – odezwał się dziadek, siedząc na swoim stałym miejscu wychylony do tyłu, z łokciami na parapecie i klapką na muchy w dłoni.
– Nie waż mi się tylko bić przy jedzeniu much – zastrzegła Zosia, patrząc na małżonka.
– Mogę nie bić, ale jeszcze wom jako czarownica do zupy wpadnie.
– Piotrek, a co tam w domu? – zapytała babcia. Odkąd jej syn wycofał się ze swoich żądań o zadośćuczynieniu za to, że go urodziła, wychowała, żyły sobie wypruwała, aby zarobić i dać mu jeść, cieplej na niego spoglądała. Uważała jednak, że Adam i tak się nie zmieni. Zdawała sobie sprawę z tego, że za wszystkim stała jego żona. To Magda nim kierowała, a on jak taki pantoflarz robił wszystko, co mu kazała. Zofia była zdania, że Adam nie miał jaj. Powiedziała to raz głośno, a domownicy patrzyli na nią jak na kosmitę, jakby takich słów nie znała.
– W domu to różowo nie jest – mówił Piotrek, pochłaniając ze smakiem pomidorówkę. Lubił dobrze zjeść, a ta zupa mu smakowała, bo była z ryżem. W domu mama zawsze gotowała pomidorową z makaronem, którego nie znosił. – Wczoraj tata powiedział mamie, żeby się wzięła do roboty, a nie biadoliła, że Pawła nie ma w domu. Pożarli się, ale potem znów normalnie gadali. Czyli po staremu.
– To dobrze. Paweł, dlaczego nie jesz? – Staruszka wzięła sobie do serca, żeby nakarmić całą rodzinę.
– Nie jestem głodny – odsunął talerz i wstał.
– Siadaj na dupie, bo nie jestem jak twoja matka – powiedział dziadek. – Zjesz, co ci dali i możesz iść.
Kamil patrzył, jak kuzyn z trudem, bo z trudem, ale uległ rozkazowi. Inaczej nie umiał tego nazwać.
– No mówcie jeszcze, co tam u Janka i czy można go już odwiedzać.
– Jeszcze nie, tato. To znaczy ja mogę wejść i Kamil, który nie chce tego zrobić, ale inni goście już niedługo będą mogli go odwiedzić. Na razie ciągle oczyszczają jego organizm. Wątroba jest w nienajlepszym stanie. Jeszcze trochę, a… – Pokręciła głową. – W każdym razie będzie dobrze, jeśli będzie na siebie uważał. W przeciwnym razie na własne życzenie znajdzie się na drugim świecie, a ja… Przepraszam. – Czym prędzej wstała od stołu i wyszła. Jej matka poszła za nią.
– Kobiety. – Dziadek przerwał nagle powstałą ciszę. – Wydaje im się, że nie dadzą rady czegoś znieść. Tymczasem znoszą więcej niż my, mężczyźni. Idę na wiadomości.
Po chwili Kamil został sam z kuzynami, ale i tak zamierzał zaraz wyjść. Cały dzień nie widział się z Szymonem i chciał go objąć, pocałować. Stęsknił się. Zastanawiał się, czy tak właśnie czują się młodzi małżonkowie, którzy przez pierwsze miesiące mieszkania razem ciągle czują głód z powodu nieobecności kochanej osoby. On tak się czuł. Wciąż głodny przebywania z Szymkiem, rozmawiania z nim. Lubił ten stan.
– Ty, Kamil, powiedz temu Konradowi – rzekł Paweł – że włazi mi za skórę. Kiedyś tego pożałuje. Ja nie zapominam. Nawet jak go spotkam za kilka lat, to będzie przeklinać dzień, kiedy to się stanie.
– Co mi do tego, że działasz na niego jak płachta na byka. Załatwcie to między sobą. Tylko mi do Szymka nie pyskuj, bo on nie może ci się zrewanżować z racji tego, że u niego pracujesz. Ale ja mogę ci wpierdolić.
Piotrek zaśmiał się.
– A przydałoby mu się. Szkoda, że wcześniej ktoś go w łepetynę nie walnął. Może nie zadałby się z typkami od Gargamela. Ten cały Maciuś razem z braciszkiem posiedzą teraz ładnych kilka lat. Znaleźli przy nich sporo koki i amfetaminy. No, ale zbieram się. Wpadnę za kilka dni, bracie. – Podniósł się od stołu. On jako jedyny zjadł kolację do końca.
– Idę na górę. Wszystko mnie, kurwa, jebie – narzekał starszy z braci Dutkiewiczów.
– Przyzwyczaisz się. Nie mogłem się ruszyć, jak zacząłem pracować u Szymona. Wszystko mnie bolało po kilku dniach zapieprzu w stajni. Wbrew pozorom trzeba się tam narobić. Ale lubiłem to. Z czasem mięśnie się przyzwyczaiły. A o zakwasach zapomniałem.
– I tak tu będę tylko miesiąc, a potem spierdalam do chaty. Nara.
– Nara – odparł Kamil, zbierając talerze do zlewu. Nie chciał zostawić bałaganu. Myć tego i tak nie zamierzał, ale uprzątnąć stół mógł. Piotrek mu pomógł, a potem kuzyn pożegnał się z dziadkami i jego mamą, oglądającymi telewizję. Milagros leżała na kanapie i tylko pomachała ogonem.
– Masz wypasiony rower – powiedział Zarzycki, gdy wyszli na dwór. Od razu wziął się za oglądanie dwukołowego pojazdu, którym przyjechał Piotr.
– Ekstra, nie? Ojciec kupił. Ma mnóstwo przerzutek i tak dalej. A jak sunie po drodze. Podnieś go.
– O, lekki jest. – Chłopak trzymał rower w jednej ręce i nie sprawiało mu to kłopotów.
– Co nie?
– Ile wujek za niego dał? – Po odstawieniu roweru zaczął oglądać koła. – Cienkie.
– A bo ja wiem ile? Ale na necie patrzyłem, to z piątaka musiał dać jak nic.
– To na takie cudo mnie nie stać. Składam na kurs dla instruktorów jazdy konnej. Za miesiąc będę miał całą sumę i się zapiszę, na prawko kiedyś też. Ale i tak muszę kupić jakiś rower, bo ciągle tylko pożyczam te należące do dziadka lub Kondzia.
– To z tym kursem masz poważne plany.
– A jak. Na studia nie poszedłem, bo mam to w dupie. Zresztą gdzie by tam przyjęli kogoś z moimi wynikami matury, no ale takie coś, jak kurs, mogę zrobić. Przynajmniej miałbym przyjemną robotę, jakby co.
– Z Szymonem też coś więcej ten teges. Gdyby był dziewczyną, to bym się zapytał, kiedy na ślub prosisz – zarechotał Piotrek.
– Nie będę ukrywał, że wpadłem. Nie zamierzam tego zmieniać. Gdyby była możliwość, mógłbym za niego wyjść nawet i jutro.
– To ja nie. Jak na razie jestem z jedną dziewczyną, ale nie zamierzam brać z nią ślubu. Oboje chcemy się jeszcze zabawić, a nie planować rodzinę i dzieciaki.
– My z Szymkiem raczej dzieciaka nie zrobimy, a razem, tak czy owak, być chcemy.
– I fajnie. Dobra, zmywam się, bo jestem umówiony z kumplami. Cześć. – Wsiadł na rower.
– Cześć. – Poczekał jeszcze aż Piotrek pojedzie i na chwilę wrócił do domu, by poinformować rodzinę, że już idzie.
Babcia nalała mu jeszcze rondel zupy, aby nakarmił Szymona i Konrada. Nie chciał tego brać, ale uparła się i postawiła na swoim. Chłopak źle na tym nie wyszedł, bo jak tylko dotarł do domu Bieńkowskich, okazało się, że jego partner i Konrad są potwornie głodni. Odgrzał im pomidorówkę i jeszcze dorobił kanapek, aby sobie pojedli.
– Nie uwierzę, że gotowałeś, więc to zupa twojej babci. – Szymon, już wykąpany, stanął za Kamilem. Pocałował go w szyję. Przytknął nos do jego skóry i wciągnął zapach chłopaka. Nigdy mu się on nie znudzi.
– Tak, babcia gotowała. Siadaj. Weź tylko talerze. Dla siebie i Konrada, ja jadłem u dziadków.
– Co z twoim ojcem? – Wyjąwszy z szafki głębokie talerze, położył je na stole.
– Dobrze. Najgorsze minęło. Chociaż przed nim też niełatwe chwile.
– I tak dobrze się skończyło. – Poczekał, aż Kamil postawi rondel na stole i zaczął chochelką nalewać zupy, by pomóc partnerowi. – Konrad!
– Już idę! Zaraz!
– Dzwoni do Justyny – wyjaśnił Bieńkowski. – Rodzice jutro wracają.
– Fajnie, będzie miał nam kto gotować – rzucił Konrad, wchodząc do kuchni i przysiadając się do obiadokolacji. Zaraz jednak Szymon pacnął go ręką w tył głowy. – Ałć.
– Nie rób z mamy kucharki.
– Ale ona kocha nas karmić. Powiedz lepiej, kiedy pozbędziesz się Pawła?
Obaj z Kamilem nie odpowiedzieli, bo przecież nastolatek doskonale to wiedział. A dokładniej mówiąc, znał orientacyjną datę zakończenia odbywania prac społecznych. Poza tym mieli dość tego tematu, a jego drążenie spowodowałoby, że Konrad zaraz by się zaczął wściekać. Za to w nocy, kiedy już mogli być sami, Zarzycki powiedział partnerowi, co na temat jego brata wygadywał Paweł.
– Niech sobie robią co chcą. Nie pozabijają się. – Sunął dłonią po torsie Kamila. – Ja mam teraz lepsze zajęcie – powiedział, dobierając się do partnera.
– Podobno byłeś zmęczony.
– Nie jestem tak zmęczony, aby się z tobą nie kochać lub przynajmniej nie liczyć na wspólne strzepanie sobie dla relaksu. – Zawisł nad Kamilem, a potem pocałował go mocno i opadł na jego ciało, by oddać się wspólnym chwilom przyjemności.
Noc przysłoniła im wszelkie troski dnia codziennego. Mieli kilka godzin dla siebie, zanim znów nie wstanie słońce, budząc śpiącą parę jak i całe Jabłonkowo.

10 komentarzy:

  1. Tajny rozdzialik. Szkoda że to już koniec opowiadania.
    Życzę weny i do następnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniec, ale będzie następne. Może się spodoba. :)
      Za wenę dziękuję. :)

      Usuń
  2. Nie wierzę, jeszcze tylko jeden rozdział, wraz z epologiem? Tak fajnie było. Ech, ale i tak czekam na nowe opowiadanko :).
    I może było to pytanie, ale ile "Druga Szansa" będzie mialo rozdziałów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Szczęście od losu" będzie tutaj wstawiane, nie "Druga szansa". Ten tekst należy do serii, która nigdy nie ukaże się na blogu. Jest dostępna tylko w sprzedaży. :)
      A "Szczęście od losu", które jest mpregiem, ma dwie części. Pierwsza ma 22 rozdziały, część druga jest króciutka i ma tylko 9 rozdziałów plus epilog.

      Usuń
  3. Waaa tylko jeden rozdział do końca... Nie mogę się doczekać następnych wpisów ^^ Dużo weny życzę ;)
    PS. Mam pytanko ^^ Jako że namiętnie i po kilka razy czytam Twoje opowiadania, chciałam po raz enty przeczytać sobie Spontaniczną decyzję ale jej już nie ma :( Będzie jeszcze kiedyś to opowiadanie ¿?¿?¿

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie na temat Spontanicznej decyzji nie mogę nic mówić. Mam nadzieję, że w sierpniu to się zmieni. Powiem tylko, że na bloga nie wróci.

      Usuń
    2. To ja mogę ci już gratulować spełnienia marzenia?

      Usuń
    3. Nie, nie ma czego. Nie w tej chwili. Także cicho sza. :D

      Usuń
  4. Mam dziwne przeczucie że nie uda mi się już skrytykować Buntownika :P Nie wiem jak ty to robisz, ale twoje rozdziały są piękne i fantastycznie prowadzisz bohaterów

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)