17 listopada 2016

W sidłach miłości tom 3 - Rozdział 19

Opowiadanie zbliża się do końca. Przypominam, że tom ma 21 rozdziałów, więc łatwo możecie sobie obliczyć kiedy pojawi się ten ostatni. :)

Dziękuję za komentarze. :)

Znów byli w szpitalu. Przez ostatnie miesiące spędzali w nim bardzo dużo czasu. Za dużo. Za każdym razem, kiedy myśleli, że już wyszli na prostą i problemy omijają ich szerokim łukiem, coś się działo. Tym razem Marianne poroniła i Richie nie potrafił się z tym pogodzić. Siedział na korytarzu, tępo patrząc w ścianę. Gdzieś z tyłu czaszki zaczynał czuć ból, który z każdą upływającą minutą stawał się silniejszy, promieniując na całą głowę, szczególnie skronie. Czekał, aż lekarz skończy badanie Marianne i będą mogli do niej wejść. Jeszcze się z nią nie widział, bo wczoraj ojciec z powodu później godziny zabronił im przyjeżdżać. Zresztą macocha potrzebowała teraz spokoju. Straciła dziecko, ale dlaczego on się czuł tak, jakby to on je stracił? Bardzo to przeżywał. Pół nocy przepłakał, nie potrafiąc się uspokoić. Jonathan cały czas był przy nim, przytulał go. Niestety, w żaden sposób  nie umiał go pocieszyć.
– Proszę.
Richie podniósł swoje nieobecne oczy na partnera.
– Co? Mówiłeś coś?
– Przyniosłem ci kawę. – Podsunął mu plastikowy kubek z pokrywką.
– Nie mam ochoty. – Otoczył się ramionami, czując przenikliwy chłód pomimo ciepła panującego w szpitalu.
Johnny spojrzał na Seana zajmującego miejsce niedaleko i bardziej milczącego niż zazwyczaj.
– Chcesz?
Sean pokręcił głową, że nie chce, a Johnny westchnął. Domyślał się, jak obaj przeżywają tę sytuację, z tym że obu chodziło o co innego. Sean martwił się o matkę, a Richie przeżywał stratę dziecka. Odstawił kubek na sąsiednie krzesło – Drake, jak wróci, na pewno tym nie pogardzi. – Ujął Richiego za rękę. W tej samej chwili usłyszał:
– Czuję się, jakbym stracił swoje dziecko.
– Podejrzewałem, że to dziecko traktujesz jak substytut dziecka, którego nigdy nie będziesz miał. – Wzdrygnął się, kiedy jego chłopak spojrzał na niego oczami pełnymi bólu i bezgranicznej pustki zasłanianej przez łzy zbierające się wbrew właścicielowi.
– Niekoniecznie. To też kolejna osoba, ktoś z rodziny, kto mnie zostawił. – Szybko starł łezkę spływającą po policzku. – Najpierw mama. Miałem z nią problemy, czasami jej nienawidziłem, ale to mama. Bywają chwile kiedy bardzo żałuję, że nie powiedziałem jej wszystkiego. Mimo wszystko ją kochałem. Za późno na to.
– Każdy z nas zawsze będzie żałował po odejściu kogoś bliskiego, że czegoś nie zrobił, nie powiedział. – Schował dłoń Richiego w swoich własnych i przysunął ją sobie do ust. Pocałował palce i tak trzymając go, mówił dalej: – Jedno trzeba pamiętać, że ludzie, którzy odeszli, nie chcą, żeby za nimi płakać, rozmyślać co złego im się powiedziało, czego się nie powiedziało, nie zrobiło. Wiem coś o tym, kotuś.
– Wiem, że wiesz. Jak sobie wtedy poradziłeś?
– Nie poradziłem. Żyłem dalej, ale ciągle się winiłem za śmierć Patricka. Dopiero ty to zmieniłeś. Zresztą o tym też wiesz. Rozmawialiśmy kilka miesięcy temu na ten temat.
Richie jakby dopiero teraz coś sobie przypomniał.
– Faktycznie. Od pogrzebu mamy nie byłem na cmentarzu. Po tym, jak wyjdziemy ze szpitala, pojedziesz tam ze mną?
– Pewnie, że tak.
– Dziękuję. – Przeniósł spojrzenie na otwierające się drzwi do sali chorych, w której leżała Marianne. Lekarz i pielęgniarka wyszli, a wraz z nimi jego tata, któremu pozwolono zostać przy badaniu na prośbę kobiety. Wstał i podszedł do rodzica. – Jak się czujesz? Jak ona się czuje?
– Fizycznie dobrze, psychicznie trochę gorzej, ale da sobie radę.
– A ty?
Martin Taylor nie odpowiedział, tylko przytulił syna. Samo to wystarczyło Richiemu za odpowiedź.
– W końcu się z tym pogodzimy – dodał Martin, odsuwając się od syna. Objął spojrzeniem czekających na to, żeby zobaczyć się z jego żoną. – Możecie wejść. Już się nie może doczekać, kiedy was zobaczy. Jesteście jej jedynym pocieszeniem. Rodziną. Przesunął się w wejściu, wpuszczając ich do środka.
Marianne leżała na łóżku w trójosobowym pokoju. Łóżka obok niej były zajęte. Kobiety leżące na nich popatrzyły na gości, zaskoczone czwórką nieznanych im mężczyzn, a potem zajęły się swoimi sprawami.
– Mamo, jak się czujesz? – Sean odezwał się po raz pierwszy od paru godzin i Drake odetchnął.
– Dobrze. Wierzę też, że będzie dobrze. Potrzebuję tylko czasu na pogodzenie się z tym. To jak etap żałoby. To… był chłopiec. Był taki maleńki. Lekarze próbowali go ratować, ale to dopiero piąty miesiąc… – Jej oczy wypełniły się łzami. – Gdyby był szósty, to byłaby jakaś większa szansa. Widać tak miało być. – Przenosiła kolejno wzrok z jednej osoby na drugą i dłużej zatrzymała go na Richiem. Wyciągnęła do niego rękę, a drugą do swojego syna. Obaj przysunęli się do niej. – Nie smućcie się. Macie siebie, ja mam was. Źle mi, że mojego Maleństwa, a waszego brata, już nie ma, i bardzo to przeżywam. Widząc was, jest mi ciut lepiej. Jesteście dla siebie braćmi. Co z tego, że nie łączą was więzy krwi, to dla mnie nigdy nie miało znaczenia. Damy sobie radę – mówiąc to, spojrzała na męża zrozpaczonym, ale pełnym determinacji i miłości wzrokiem.
– Damy sobie radę – odpowiedział. Lekarz powiedział, że Marianne nie będzie już mogła mieć więcej dzieci, ale patrząc po obecnych przy jego żonie młodych mężczyznach i ich partnerach, zrozumiał, że oboje mają ich czwórkę. Tym bardziej kiedy niby dorośli ludzie czasami zachowywali się jak dzieci. Po zmarłym synu, którego chcą pochować, będzie długo nosił żałobę i ból w sercu, ale oboje z żoną podniosą się z tego. Nie są sami.


* * *


– Nie rozumiem, po co chcesz to wiedzieć? – zirytował się Kaden. Jego siostra swoimi pytaniami potrafiła doprowadzić go do białej gorączki. 
– Od dwóch miesięcy spotykasz się z Ethanem i ciągle na ten temat nic nie mówisz. – Dosypała mąki, zagniatając ciasto.
– Nie ma o czym – prychnął.
– Nie ma? Możesz wlać mi tu trzy łyżki oleju? Powiedziałabym, że jest o czym mówić.
Mężczyzna odkręcił nakrętkę z butelki oleju i wziął łyżkę.
– Potrafisz komplikować najprostsze sprawy – mówił, nalewając tłustego płynu na łyżkę. – Ethan i ja mamy prosty układ.
– Związek oparty na seksie. Proste i głupie. Dziękuję. – Ponownie wzięła się do wyrabiania ciasta. Obejrzała się za siebie, żeby sprawdzić czy piekarnik się nagrzewa.
– Tego nie można nazwać związkiem, siostrzyczko.
Loren nic nie odpowiedziała, formując małe bułeczki i kładąc na natłuszczoną blachę.
– Ty, jak milczysz, jesteś gorsza niż cały tabun wścibskich bab.
– Kobiet, nie bab – poprawiła go. – Jesteś moim bratem bliźniakiem i chcę twojego dobra. Nie jestem ślepa, żeby nie widzieć jak na niego patrzysz. Po raz pierwszy od czasów Mitcha zakochałeś się. Może to nie jest miłość na wieczność, ale jesteś zakochany.
– On na pewno nie.
– Nie? – Rzuciła mu spojrzenie mówiące, że jest głupcem. – Stoję z boku i widzę…
– Dobra, stop. – Uniósł ręce. – Lepiej zostaw to dla siebie.
– Jak chcesz. – Westchnęła. Zapełniwszy blachę bułeczkami, przykryła je na pięć minut ściereczką, żeby ładnie wyrosły. Sprawdziła jeszcze piekarnik. Akurat nagrzeje się na czas, kiedy będzie mogła włożyć wypiek do środka.
– Twoje milczenie jest gorsze niż mówienie – powtórzył swoje wcześniejsze słowa.
– Edi ciągle to powtarza. Dzieciaki niedługo powinny wrócić ze szkoły. Muszę jeszcze jakąś zupę zrobić. Na jutro też, bo już urlop mi się kończy, a Edi dostał jakąś rolę w reklamie.
– Przynajmniej trochę zarobi.
– W miejscowej telewizji? Wątpię, ale dobre i to.
– Będę już leciał. – Odstawił szklankę po kawie na szafkę obok zmywarki. 
– Nigdzie nie idziesz. Zjesz z nami obiad. Wiem, że dzisiaj masz dzień wolny – dodała, kiedy próbował zaprotestować. – Poza tym już dawno siostrzeńców nie widziałeś. Jolin ciągle pyta, kiedy jej wujek przyjedzie. Mieszkamy tak blisko, a ty i tak nas unikasz. – Postawiła garnek na stole. – Nie możesz ciągle… – urwała, bo do kuchni wpadł rozbrykany owczarek szkocki i foksterier krótkowłosy, a za nimi rudy kot. – Chyba dzieciaki idą.
Kaden ukucnął, głaszcząc zwierzaki, a te się do niego przymilały, obwąchując go. Psy machały ogonami na wszystkie strony, cicho popiskując z radości. Uwielbiał zwierzęta. Cała jego rodzina je kochała, miłość wynosząc z domu rodzinnego. Jolin – siedmioletnia siostrzenica – ciągle powtarzała, że w przyszłości założy hodowlę psów i będzie weterynarzem. Zamierzał jej kibicować w tych planach, o ile z biegiem lat  nic się nie zmieni. Podejrzewał, że nic, kiedy widział w jej oczach pewność i pewnego rodzaju determinację.
– Gdzie wyście byli, kiedy przyjechałem? – zapytał, drapiąc Atenę, kilkuletniego owczarka, jedną ręką, zaś drugą Abrę, a kotka, Aida, łasiła się wokół, przechodząc pomiędzy psami.
– Spały w ogrodzie. Wiesz, że dopóki dzieciaki są w szkole, jest spokój i nic ich nie interesuje. Już je wyczuły, a dzieci dopiero są przy furtce. – Wyjrzała przez otwarte okno. Cała trójka jej pociech skierowała się od razu do kuchennych drzwi.
– Hej, mama. O, cześć wujek – przywitał się pierwszy z bliźniaków, Kal. Dziewięciolatek odrzucił na podłogę tornister i przypadł do zwierzaków, witając się z nimi, jakby nie widział ich miesiąc. Jego idealna kopia, Kay, również do nich dołączył.
Kaden zawsze lubił ten osobliwy widok. Dzieci i zwierzęta bawiące się razem to było coś.
– Wujek, fajnie, że jesteś – powiedziała Jolie. – Stęskniłam się za tobą. Musisz do nas częściej przychodzić. Razem z kotami.
Kaden roześmiał się, przyglądając się jasnowłosej dziewczynce z warkoczykami. Faktycznie za rzadko ich odwiedzał. Dużo pracował, a wolny czas zabierał mu Ethan.
– Obiecuję, że się poprawię. – Ze skruszoną miną położył rękę na sercu.
– No i tak ma być. – Wzięła kota na ręce i wyszła z pomieszczenia.
Tymczasem Loren wstawiła bułeczki do piekarnika i odwracając się, od razu zauważyła brudne, a do tego rozdarte spodnie jednego ze swoich urwisów.
– Kal, może mi powiesz, dlaczego niedawno kupione spodnie są już do wyrzucenia? – Oparła ręce o biodra. – Nie przyjmuję wymówek. I niech twój młodszy o dziesięć minut brat cię nie broni, bo nie wygląda o wiele lepiej.
– Bo jeden chłopak przezywał Kaya i powiedziałem mu, żeby tego nie robił, ale on się nie zgodził i tak jakoś się stało, że dałem mu w zęby, a on mi i zaczęliśmy się szamotać, potem bić – mówił na wydechu, szybko niczym karabin maszynowy, przez co chwilami ciężko było go zrozumieć. – Kay nas chciał rozdzielić i tak jakoś się stało, że on jest brudny z błota, bo wpadł w kałużę utworzoną po deszczu, a ten chłopak rozerwał mi spodnie i wrzucił mnie w tę kałużę. Potem uciekł, ale nie wyglądał lepiej od nas.
– No właśnie – wtrącił brat. – A my się jakoś pozbieraliśmy i wróciliśmy do domu. Nie pytaj, dlaczego nas nauczyciele nie rozdzielili, bo…
– Biliśmy się już daleko poza szkołą i nikt nas nie widział – dokończył zadowolony Kal.
– Twoja krew. – Wyszczerzył się do siostry Kaden, za co kobieta rzuciła w niego ścierką.
– Marsz przebrać się i umyć, bo wyglądacie jak kocmołuchy, a potem sobie z wami poważnie porozmawiam.
– Czyli będzie kolejne kazanie – wymamrotał Kay, wzdychając ciężko.
– A żebyście wiedzieli, a ty się głupio nie uśmiechaj – zwróciła się do brata. – Za karę pomożesz mi przy obiedzie. Myć ręce i obierasz ziemniaczki.
Lubił to. Lubił atmosferę tego domu, ruch, zgiełk. Gdy żył Mitch, często tutaj przychodzili. Partner, którego rodzina nie zaakceptowała, bardzo zbliżył się do jego zwariowanej rodzinki, a oni go pokochali. Czy byliby w stanie pokochać Ethana, pomimo że on i Mitch byli jak ogień i woda? Najważniejsze to czy Ethan może pokochać jego?


* * *


Cmentarz w maju wydał się Richiemu miejscem ciszy, która pozwalała na kontemplację, a drzewa rosnące na tej rozległej posesji, przeznaczonej do wiecznego spoczynku, oblepione liśćmi symbolizowały jego zdaniem niezwykły spokój. Idąc wyznaczonymi alejkami, niosąc w ręku bukiet kwiatów, które zawsze lubiła jego mama, rozglądał się wokół. Jonathan szedł tuż za nim w milczeniu. Odnalazł grób rodzicielki i stanął nad nim. Przymknął na chwilę powieki, gdy uderzyły w niego wspomnienia. To było tak silne, że zachwiał się i Johnny musiał go podtrzymać.
– W porządku?
– Tak. Możesz mnie zostawić samego? – poprosił Richie.
– Sam mam do odwiedzenia pewne miejsce. Może chciałbyś tam pójść ze mną?
Richie doskonale wiedział, o co chodzi partnerowi.
– Lepiej, żeby zostało tak, jak było do tej pory. Idź się pożegnać, ja zrobię to z mamą.
Nie miał Richiemu za złe, że chłopak wolał tam nie iść. Zostawił go samego, udając się tam, gdzie od wielu  miesięcy go nie było. Faktycznie chciał się pożegnać, tak ostatecznie. Nieraz zastanawiał się, co by było, gdyby nie zostawił Patricka, gdyby chłopak nie popełnił samobójstwa. Lepiej czasami sobie takich pytań nie zadawać, szczególnie, że wierzył, iż tak być miało.
W tym samym czasie kiedy Johnny szedł na grób Patricka, Richie położył kwiaty na grobie mamy i przykucnął. Idąc tutaj, miał bardzo dużo do powiedzenia, a teraz nie mógł wydobyć z siebie nawet słowa. Chyba mu wystarczyło to, że w końcu odważył się tutaj przyjść. Podjął też pewną decyzję. Wczoraj stracił braciszka, ale ma siostrę. Gdzieś tam w górach, w ośrodku resocjalizacyjnym, była Milicent i postanowił, że w weekend, kiedy tata się tam wybierał, pojedzie z nim. Spróbuje ostatni raz nawiązać z nią kontakt z  nadzieją, że coś się zmieni na lepsze. Ostatnia szansa, a potem Mili naprawdę przestanie dla niego istnieć, jeżeli wciąż będzie taka, jaką ją pamiętał. Tak sobie wmawiał, lecz i tak wiedział, że nie będzie to możliwe, bo mimo wszystko zawsze będzie jego siostrą. Co z tego, że nim gardzi?
– Widzisz, mamo. To ty sprawiłaś, że między nam nie ma więzi. Nie nauczyłaś swoich dzieci, że mają się kochać i szanować, bo są rodzeństwem. Już nie mam ci tego za złe, bo teraz moja w tym głowa, żeby coś zmienić. O ile coś się da zrobić. Tęsknię za nią i za tobą. Dziwne, prawda? – Wstał. Nie chciał już tutaj być. Napisał do partnera, że zaczeka na niego przy samochodzie.
Co mu dała ta wizyta na cmentarzu? Spokój. Jutro pochowają tutaj dziecko taty i Marianne, w miejscu przeznaczonym na pogrzebanie zmarłych dzieci. Natomiast po tym smutnym wydarzeniu wiedział, że będzie żyć dalej, będzie się śmiał, cieszył. Takie jest życie. Smutki i radości, ból, szczęście, wszystko to miesza się ze sobą, tworząc część życia, i ta wizyta sprawiła, że to zrozumiał. Do tego wiedział, że nigdy nie jest się gotowym na odejście bliskich i trzeba tak żyć z nimi, żeby później nie żałować, że czegoś się nie zrobiło. On już nie żałował.
Idąc wolno, po drodze spotkał Jonathana. Mężczyzna uśmiechnął się do niego.
– I jak? – zapytał Wilson.
– Dobrze. A u ciebie?
– W miarę dobrze. W każdym razie mogę teraz nie wracać do przeszłości, tylko patrzeć w przyszłość razem z tobą. – Splótł ich palce razem i delektując się przepiękną pogodą, która ożywiła się po wczorajszej nawałnicy – dając świadectwo, że po burzy zawsze wychodzi słońce i życie toczy się dalej. Spacerkiem poszli w stronę parkingu.

* * *

Casey padł na matę, szybko oddychając. Dzisiejszy trening był bardzo intensywny. Nowy trener dał im w kość, a potem jeszcze zostawił dokończenie ćwiczeń Caseyowi. Jego drużyna doskonale sobie radziła i przypuszczał, że w zawodach mogą zająć jedno z wysokich miejsc. Co prawda będzie dążył do wygranej, bo zamierzał wysoko mierzyć. Gdyby myślał inaczej, pewnie byliby w zawodach ostatni, ponieważ nikt by się nie starał.
– Facet, wykończysz nas. – Zaśmiał się jeden z kolegów z drużyny.
– Nic się nie bójcie, wszystkich sił wam nie odbiorę. Zrobią to inni w sobotę. – Usiadł, opierając ręce na podkulonych kolanach. – Zamierzamy wygrać i damy z siebie wszystko.
– Ma się rozumieć – powiedział wysoki, mocno zbudowany dryblas. – Oglądałem ostatnie zawody. Wielu z tych wymoczków nie ma ze mną szans.
– Nigdy nie bądź tego pewny.
– Cas, chyba ta różowowłosa cię szuka – poinformował inny kumpel, wskazując głową na drzwi.
Casey zerknął w tamtą stronę. Joyce pomachała do niego, dając znak, żeby do niej podszedł.
– Dobra, na dzisiaj koniec – rzekł, podnosząc się. Porwał z ławki ręcznik. – Jutro ostatni trening, a potem będziemy się modlić o wygraną. – Kilku chłopaków przybiło mu piątki. Odkąd nie  było niesławnej grupki, która poniosła zasłużoną karę, w drużynie panowały dobre nastroje, a on, jako kapitan – mianowany nim jednogłośnie – starał się, żeby tak pozostało.
Otarł twarz i rzuciwszy ręcznik, gdzie się dało, podszedł do dziewczyny.
– Co tak podskakujesz?
– Słuchaj, bo jest sprawa. Kończymy szkołę, nie?
– Mhm. Co z tego?
– Każda ostatnia klasa organizuje przed egzaminami bal – mówiła podekscytowana – i zdecydowaliśmy z dziewczynami oraz Oscarem, że tradycji musi stać się zadość. Zorganizujemy bal.
– A co mi do tego? – dopytał, bo dalej nie rozumiał, o co jej chodzi.
– Pomożesz nam. Mamy tydzień. Ty i twoja drużyna się do tego nada. Parę osób już zwerbowałam. Dzwoniłam do Richiego i też pomoże. Nawet JD. Musimy mieć jakiś temat balu.
– Powtarzam pytanie, co mi do tego?
– A ja powtarzam, że potrzebujemy też twojej pomocy, chłopaków. Będzie kupa roboty. Bal dla całej szkoły. To ma być hicior. Chcę, żeby o tym balu mówili jeszcze za kilka lat.
– Wysadź szkołę w powietrze. Będą mówić nawet w telewizji. Wygrać będzie można ładne ubranko w paski.
– Ten twój entuzjazm. Wrrrr. Nie lubię cię. – Pokazała mu język.
– Będę płakał ze smutku. – Założył ręce na piersi.
– Oż. Powiem JD, on cię namówi. O. Bój się. – Dźgnęła go palcem w pierś.
Przewrócił oczami. Jeżeli się nie zgodzi, to się jej nie pozbędzie. Mógł się też założyć, że wkrótce nawet Brithany jej pomoże, pomimo że była dopiero w pierwszej klasie.
– Dobra, zgoda.
– JUPI! – wrzasnęła, podskakując. – Będzie też pokaz tańca mojej formacji i paru innych osób.
– Tańczył nie będę. Co mam robić?
– Jak wymyślimy temat, na drugiej przerwie ma być burza mózgów, to ty z drużyną, nami będziesz ubierać salę. – W szkole rozbrzmiał dzwonek na lekcję. – Trzeba zrobić dekoracje. Muszę tylko spojrzeć na poprzednie tematy balów, żeby się nie powtarzać.
– Idź już. Już bym wziął prysznic. I tak cud, że dyrektorka zgodziła się na nasze treningi w czasie zajęć z wychowania fizycznego.
– Mistrzostwa i tak dalej, więc musiała się zgodzić. Chce wygrać kasę dla szkoły.
– Nie masz lekcji?
– Mam matmę.
– Słyszałaś dzwonek?
– Nie.
– To gratuluję spóźnienia u Oldmana.
– Niech to jasny gwint. Dzięki. Pa. – Posłała mu buziaka i pobiegła w głąb korytarza.
– Twój chłopak będzie zazdrosny – rzucił przechodzący obok dryblas.
– O nią nigdy. Jest za bardzo żywiołowa i różowa. – Obaj wybuchnęli śmiechem i jakiś inny chłopak się do nich dołączył.
– W sumie mnie pasuje. Może się z nią umówię – mruknął dryblas.
– Pasujecie do siebie. Ty, chłopak jak dąb, ona mała, idealne połączenie.
– No właśnie.
– Chodźmy w końcu pod ten prysznic, bo nam lekcje uciekną, a zamierzam się pod koniec szkoły wziąć do roboty – powiedział stojący za nimi, dużo niższy od McPhersona członek drużyny.
Casey przyznał koledze rację i cała trójka udała się do szatni.


* * *


Kaden wrócił do domu po sutym obiedzie u siostry. W kuchni rozpakował bułeczki, które i dla niego upiekła. Idealne będą na jutrzejsze śniadanie. Usiadł ciężko przy oknie, próbując ułożyć sobie w głowie, co ma dalej robić. Oczywiście chodziło o Ethana. Od dwóch miesięcy niby się spotykali. Zawsze na seks lub zawsze kończyło się to seksem. Dobrym seksem, lecz nawet to w końcu się przejada, kiedy czegoś brakuje. Chciał za wszelką cenę go przy sobie zatrzymać. Czuł się w tej chwili jak pionek na planszy do gry, który w każdej chwili może zostać przesunięty na właściwe pole i wygrać lub na takie decydujące o przegranej. Pytanie które pole jest które. Każdy z następnych ruchów może być tym ostatnim.
Z rozmyślań wyrwał go odgłos kroków zbliżających się do kuchni. Odwrócił głowę.
– Myślałem, że dzisiaj nie przyjdziesz. Miałeś jechać do rodziców.
– Zdecydowałem, że najpierw zobaczę się z tobą – odpowiedział Ethan, siadając okrakiem na kolanach mężczyzny.
– Odkąd dałem ci klucze, zaskakujesz mnie częstszym przychodzeniem do mnie. – Wsunął ręce pod koszulę Larsena, głaszcząc go delikatnie. Niczego więcej nie chciał. Na nic nie miał ochoty poza tymi zwykłymi gestami.
– A tobie się to bardzo podoba. – Musnął kącik ust Kadena. – Bardzo podoba. – Polizał go po dolnej wardze. – Może przeniesiemy się do sypialni?
Hyle zmrużył oczy. Właśnie jeden z pionków poruszył się. Czy przegra, czy wygra? A może to jeszcze nie pora decydować o tym?
– Nie bardzo mam na to ochotę. – Wykonał ruch. Pytanie gdzie postawi pionek.
Ethan otworzył szeroko oczy. To go zaskoczyło. Kaden zawsze miał ochotę. Nie pozwoli mu odmówić, bo był napalony i chciał seksu.
– Ten jeden raz, teraz. – Zaczął obcałowywać szczękę Kadena. – Przeleć mnie. Zerżnij, żebym przez kolejne godziny czuł ciebie. Jak nie chcesz, to mogę cię wziąć jak ostatnio, pamiętasz?
Kaden pamiętał. Od dawna nie był na dole, a wtedy się zgodził.

Poczuł, że Ethan w niego wszedł. Robił to powoli, dopiero będąc już prawie cały, wbił się w niego do końca. Wygiął się, leżąc przyciskany do poduszki. Od pięciu lat nie pozwolił żadnemu facetowi zbliżyć się do swojego tyłka. Co w takim razie miał Ethan w sobie, że gdy tylko poprosił, bez wahania mu się oddał? Mężczyzna pieprzył go z każdą chwilą ostrzej. Jego dłonie nie przestawały dotykać pleców wijącego się i sapiącego Kadena, który zaczął płonąć od żądzy rozbudzonej przez Ethana.
– Pieprz mnie – błagał, a Ethan posuwał go z niekontrolowaną siłą. – Nie stać cię na więcej? – Uniósł się na rękach i zaczął wychodzić naprzeciw pchnięciom kochanka.
Ethan chwycił go za ramiona, wprowadzając swoje biodra w silniejszy ruch. Rżnąc go szybciej i wchodząc w niego pod odpowiednim kątem. Kaden z niemal zwierzęcą rozkoszą przyjmował jego pchnięcia i sięgnął do swojego penisa. Ledwie się dotknął, doszedł i poczuł, że zaraz za nim podążył kochanek.
Opadli zmęczeni na łóżko, nie potrafiąc nic więcej zrobić. To był znakomity seks. Zaspokajający ich obu, ale dla Kadena i tak było to za mało, pomimo że wciąż miał w sobie ciągle twardy członek Ethana.

W tamtej chwili zrozumiał, że chciał czegoś więcej.  Grając z Ethanem, chciał wygrać tę grę. Wygrać mógł ją tylko w jeden sposób.
– Nie, Ethan. Dzisiaj nie ma mowy, żebym ci uległ. Nie mam ochoty – powiedział stanowczo.
Mężczyzna zszedł z kolan kochanka niezadowolony. Kaden nie mógł mu odmówić!
– Do tej pory zawsze się godziłeś.
– Co z tego? Nie możemy z raz po prostu posiedzieć i porozmawiać? Mówisz, że nie spotykasz się ze mną tylko dla seksu. Udowodnij to. – Bardzo ryzykował. Ethan równie dobrze mógł po prostu powiedzieć, że nie zrobi tego i niech Kaden spada, a wtedy przegra. Z drugiej strony przegraną byłby także związek oparty tylko na seksie. Taki związek do niczego nie dąży. Z czasem pozostawia po sobie pustkę, której od razu się nie widzi. Kiedy wygra? Wtedy, kiedy Ethan nie odejdzie, pomimo że mu odmówił.
– Udowodnić? Odwaliło ci?! Jako kto?! – Uniósł gwałtownie ręce i przeczesał palcami włosy, jakby chciał je wyrwać.
– Jako ktoś, kto z kimś jest nie tylko dla seksu.
– Co ty, kurwa, w liceum jesteś?! Mamy siedzieć i za rączki się trzymać?! – wrzasnął, to mu pozwoliło w jakiś sposób się uspokoić. – Wybacz. Po prostu nie znoszę, kiedy ktoś mi odmawia. – Odetchnął kilka razy głębiej. – Masz rację. Wiesz, że jestem jak nałogowiec. Ciągle mi się chce. Powinienem przystopować.
– Powinieneś. A może powinieneś określić się, czego chcesz ze mną. Wiesz, że ja chcę czegoś więcej. Wieczny seks w tym wieku mnie nie do końca satysfakcjonuje.
Ethan nienawidził podejmować decyzji dotyczących jego życia ot tak nagle. Na to potrzebował czasu. Wiedział, że gdyby Kaden nie był dla niego ważny, już parę tygodni temu znalazłby sobie kogoś innego. Tymczasem ciągle trwał przy nim.
– Nie odpowiem ci teraz, ale dostaniesz odpowiedź, kiedy wrócę od rodziców. Zgoda?
Wygrał czy przegrał? Chyba na razie gra została spauzowana, a plansza odsunięta.
– W porządku.
– Wiem jedno, że mi zależy – powiedział Larsen, zanim się odwrócił i wyszedł.
– Mnie zależy za bardzo – szepnął Hyle do siebie.

Chwilę później otrzymał telefon. Znajomy z pracy poprosił go o zastępstwo na nocnej zmianie. Miał dzisiaj jeździć w karetce. Zgodził się, bo i tak nie miał nic innego do roboty. 

5 komentarzy:

  1. Nie będę za dużo pisac, rozdział bardzo przyjemny i....mam nadzieje, ze Kaden wygra :))
    /A

    OdpowiedzUsuń
  2. Siemanko :p tak wiem wiem..jestem nowa xD
    Dopiero teraz odważyłam się dać jakikolwiek komentarz a i tak pewnie słaby(no jak to ja :p)

    Rozdział po prostu boski *.*
    Mam wielką nadzieję, że Kaden wygra :D

    Życzę dużo weny no i czekam na więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej. Zawsze miło widzieć nową osobę, która postanowiła napisać kilka słów. :)
      Pozdrawiam cieplutko. :)

      Usuń
  3. Jak zawsze mało :) Wiem marudzę ale to już moja niezdecydowana uroda. Ogółem rozdział taki smutny. Nic dziwnego Marianne straciła dziecko, wiele wokół niej się działo. I emocjonujące odwiedziny Richiego na cmentarzu. jego matka nie była ideałem. Dobrze, że miał ojca, który zapewnił mu normalne dzieciństwo i rozwój! Po za tym Ethan i Kaden. Rozwija się między nimi ciekawa sytuacja i ubolewam jeszcze dwa rozdziały.
    Mimo to ciekawa jestem kolejnego opowiadania. ABy przyszło szybko.
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)