6 listopada 2016

Buntownik - Rozdział 18

Dziękuję za komentarze. :)

Od listopada każde rozdziały które ukazują się u mnie na blogu będą publikowane o godzinie 21:00. Przeniosłam na wcześniejszą godzinę, bo wiem, że wielu z Was czeka do późna, a ma rano wstać. Myślę, że 21 jest w sam raz. :)



Stanął przed furtką jednego z piętrowych domów, znajdującego się na spokojnym osiedlu tuż przy granicy miasta. Poprawił plecak na ramieniu i wyciągnął rękę, żeby nacisnąć przycisk od domofonu. Nie zdążył jednak tego zrobić, gdyż ten moment na wyjście z domu wybrał sobie Bogdan. Przynajmniej na razie nie musiał wchodzić do budynku. Odkąd zadomowił się na wsi, zdecydowanie więcej czasu spędzał na dworze. W ręku idącego ku niemu chłopakowi brzęczał pęk kluczy.
– Siema – przywitał się Kamil. – Czatowałeś przy oknie czy jak?
– Zgadłeś. – Wsunął jeden z kluczy do zamka furtki. Przekręcił go i otworzył bramkę. Z Kamilem przybili sobie tak zwanego „żółwika”. – Kopę lat.
– Ta – mruknął bez entuzjazmu Zarzycki – Szkoda, że spotykamy się w takich okolicznościach. Widzę, że kosiłeś trawnik. – Przyjrzał się krótko ostrzyżonej trawie i ukwieconym klombom, które były obstawione kamieniami.
– Zrobiłem to z własnej woli. Stary nie musiał się na mnie drzeć, bym się za to zabrał. Przynajmniej nie myślałem za dużo o pewnych rzeczach, a się wyżyłem. U nas od dwóch dni bez przerwy lało. Dzisiaj w końcu wyszło słońce.
Tu lało, tam nic. Szymon wciąż się zamartwia o ten brak deszczu, pomyślał Kamil.
– Chodź do środka.
– Trzymaj. – Zarzycki podał Bogdanowi reklamówkę z piwem. – Kupiłem tu niedaleko w sklepie.
– Supcio. W lodówce też coś mam, to się urżniemy.
– Jak ty dobrze wiesz, na co mam ochotę.
Weszli do domu i w przedpokoju zdjęli buty. Bogdan podał kumplowi kapcie, a sam poszedł do kuchni wstawić piwo do lodówki, żeby się schłodziło. Tymczasem Kamil zajrzał do dużego pokoju, skąd dochodził odgłos włączonego telewizora i śmiech. Na kanapie przed szklanym ekranem siedzieli państwo Małeccy i śmiali się do łez z oglądanej komedii. Mama Bogdana głaskała leżącą jej na kolanach Muszynkę – kotkę syjamską, która zawsze go ignorowała.
– Dobry wieczór – powitał ich Kamil.
Pani Małecka, wysoka i chuda jak szczapa, w przeciwieństwie do męża i syna, uśmiechnęła się do niego. Jej ciemne włosy nadal były tak krótkie, jak ostatnio, kiedy widział się z kobietą.
– Boguś mówił, że przyjedziesz. Rozgość się. Odgrzejcie sobie kolację. Zapiekanka stoi w lodówce.
– Dobra, mamo. Kamil, chodź na górę. Zostawisz rzeczy w moim pokoju, a potem coś zjemy i będziemy chlać.
– Dobry plan.

*

Szymon umył swój talerz i kubek po późnej kolacji. Najchętniej to by po prostu usiadł i odpoczął, ale musiał jeszcze iść do stajni, aby napoić konie, a także sprawdzić czy będą mieć wodę na całą noc. Trzeba też było zadbać o siano dla nich. Tak bardzo nie miał chęci do pracy, że dotąd przyjemne zajęcia okazywały się dla niego torturą. Nie miał w ogóle energii do działania, a w środku czuł się pusty, jakby ktoś wyrwał mu część duszy.
– Snujesz się, a nie żyjesz. Nie ma go dopiero kilka godzin. – Karolina, zawsze obecna na miejscu, by pomóc, doradzić, wkurzała go. – Jak wróci, musisz z nim porozmawiać. Z doświadczenia wiem, że w złości mówi się różne rzeczy. Przecież nie powiedział, że to koniec was razem. Powiedział, że chce być po prostu sam przez jakiś czas. A sam nie znaczy, że SAM – dodała dobitnie, wyjmując naczynia ze zmywarki. – Rozumiesz mnie, nie? Nie dogadaliście się i takie kwiatki. Wpadłeś, braciszku, jak śliwka w kompot ze swoimi uczuciami. Oj, wpadłeś.
Pokręcił głową, mając dość jej paplania. Od kilku godzin, w kółko, do znudzenia, powtarzała to samo. Nieraz miał chwile, że szukał taśmy, aby zakleić jej usta. Jej: „Na pewno to nie oznaczało tego, co ty myślisz, że oznaczało”, „Wróci, pogadacie”. „Zachowujesz się tak, jakbyś już go nie zdążył poznać. On ukrywa cierpienie i kłopoty pod płaszczykiem złości, znam się na tym”, „Wróci, a potem będzie tęczowo i lukrowo do porzygania”. Śmieszne. Nie wiadomo, czy wróci po tym, co powiedział mu Szymon.
Wyszedł na dwór. Usiadł na schodach, wciągając nosem duszne, późnowieczorne powietrze. Mimo dopiero gasnącego światła dnia, okrągła tarcza księżyca prześwitywała pomiędzy drzewami. Na niebie pojawiło się parę chmur, ale żadna z nich nie wyglądała na deszczową. Rosnąca przy domu maciejka o małych, niepozornych kwiatkach pachniała intensywnie, rozniecając wokół swój zapach.
Podszedł do niego leżący na trawniku Ares i położył łeb na jego kolanach, wyczuwając nastrój pana. Szymon podrapał zwierzę za uchem.
– Wiesz, co jest najgorsze poza tym, że nie mogę przestać o nim myśleć i zastanawiać się, czy nadal jesteśmy parą? – Pies zamerdał ogonem. – To, że cholernie mocno za nim tęsknię. Przyzwyczaiłem się do niego i do tego, że jest ze mną lub gdzieś obok. Do tego, że mogę tu usiąść i spojrzeć w jego okno, a ostatnio, że mogę go przytulić i pocałować. – Pies pisnął i liznął go po ręce. – Myślisz, że to jest to? – Ares ponownie pisnął, tym razem unosząc łeb i wpatrując się mądrymi oczami w swojego pana. – Jestem już w tym wieku, że powinienem wiedzieć co nieco o uczuciach. Prawda? Chyba bez względu na wiek człowiek nigdy nic o nich nie wie i nie potrafi ich rozpoznać. Pewnie i tak na to za późno. Nie powinienem o tym rozmyślać, bo mam wystarczająco dużo spraw na głowie i nie chcę ich zaniedbać. Może to i dobrze, piesku. Nie będę miał czasu myśleć. Tylko skąd mam wygrzebać chęci na cokolwiek, kiedy czuję się tak, jakby coś we mnie umarło? Ta niepewność, czy on wróci, a jak wróci, to czy… – Westchnął. – Chodź, pójdziemy do stajni.
Z psem, poszczekującym radośnie, przeszedł obok ogrodu, a potem wybiegu dla koni. Zbliżając się do budynku stajni, dzięki otwartym szeroko, olbrzymim drzwiom dostrzegł tatę i Konrada krzątających się przy koniach. Naprawdę musiało być z nim źle, skoro Konrad włączył się do pomocy, czego ostatnio sukcesywnie unikał. A może wina leżała po stronie wściekłej Bernatki, która nie mogła przeżyć tego, że jej kochany, taki grzeczny i niewinny brat stracił prawo jazdy.
– Widzę, że nie będę miał co robić – zagadnął Szymon, opierając się biodrem o futrynę drzwi.
– Synu, nie ciesz się za szybko.
– Tamta strona jest twoja. – Wskazał palcem Konrad. – Sami wszystkiego nie zrobimy. – Dolał wody do koryta Lajli, klaczy Karoliny, która ostatnio ją zaniedbała.
– Dzięki. – Wyjął kostkę cukru z kieszeni i podszedł do Zefira. Koń połaskotał go po otwartej dłoni, zabierając prezent. Szymon zacisnął usta, mając sobie za złe, że tak naskoczył na Kamila, jeżeli chodziło o Zefira. Chłopak nigdy by go nie skrzywdził. Obaj byli winni temu… nieporozumieniu – oby tak mógł to nazwać. Rozumiał, że kolejne dni będą trudne i nie chciał sobie zadawać pytania, co będzie dalej.

*

Kamil dokończył kolejne piwo, a pustą butelkę odstawił na podłogę. Dochodziła już północ i miał nieźle w czubie. Coraz trudniej mu się myślało, a język plątał się przy mówieniu. Zresztą Bogdan mu dorównywał, ale postura chłopaka sprawiała, że był w stanie wypić więcej i alkohol dłużej na niego działał.
– Wieszsz, Anka nass… zaciuka, gdy się dowie. – Czknął. – Psyjechałem, a zaden z nas nie dał jej cynku… – kolejne czknięcie – o p… przyje… o tym, że jestem… tu.
– A szo, dupa cię od tego boli? Mamy szpokój. Rano do niej napiszę.
Kamil wstał i chwiejnym krokiem podszedł do plecaka leżącego na materacu, na którym miał spać. Wyjął paczkę papierosów, a wracając, zahaczył bosą stopą o kant dywanu i wywalił się, ku ogromnej uciesze kumpla.
– Jużż chożisz na szworakach? A zostały nam jesze po dwa.
– A chuj w dupę. – Podczołgał się w stronę łóżka i usiadł na podłodze. Tak dla bezpieczeństwa. Stąd na pewno nie spadnie. Planował usiąść po turecku, ale nogi go nie słuchały, bo nie chciały się zgiąć, więc je wyprostował. Włożył papierosa do ust, po czym próbował go zapalić. Widząc wszystko podwójnie, miał z tym mały problem i w końcu zrezygnował ze swojego planu.
– Trzymaj. – Bogdan podał mu kolejne piwo. Stuknęli się butelkami. – Za Świrusa, szeby mu było lepiej na tamtym szwiecie.
– Szewcie?
– Szwec… Swie… a pierdolę to, pij. – Małecki przystawił butelkę do ust.
– W sumie… Za Tomusia. Gżekolwiek jest. – Kamil wypił od razu pół butelki, a to mu nie pomogło. Ostatnie, co pamiętał, to jak odstawia butelkę na podłogę, która się przewróciła, a on razem z nią ułożył się na dywanie. W pamięci utkwiło mu to, że jak zamykał powieki, miał przed oczami twarz Szymona.
Poranek, a potem kilka kolejnych, przedpołudniowych godzin mogli nazwać istną tragedią. Kamil zarzekał się, przyrzekał, że już nigdy nie tknie alkoholu.
– Co mnie podkusiło, żeby się tak uchlać? Pokarało mnie jak nic – marudził, wgapiając się w kubek kawy stojący przed nim na stole w kuchni.
– Głupota, chłopie, głupota – odparł pocieszająco Bogdan, bawiąc się smartfonem. Wyglądał całkiem dobrze, praktycznie jakby mu nic nie dolegało.
W domu byli sami. Państwo Małeccy pojechali do pracy, a ich najmłodsze pociechy od dwóch dni spędzały czas u dziadków. Dzięki temu oni mieli spokój i ciszę, dopóki to ostatnie nie zostało zniszczone przez piskliwy głos domofonu. Zarzycki miał ochotę rozwalić tę całą maszynerię, czując, jak dźwięk wierci mu dziury w czaszce.
Bogdan wyjrzał przez okno, marszcząc oczy przed południowym słońcem.
– To Anka. Wygląda na wkurwioną. Wpuścić ją?
– Jak wkurwiona, to może nie.
– Myślisz? – Obejrzał się na Kamila.
– No. – Zamieszał kawę łyżeczką, zastanawiając się czy ją słodził, czy nie.
– E, jak jej nie wpuszczę, to będzie jeszcze gorzej. – Wyciągnął rękę, wyginając się do tyłu i nacisnął przycisk zwalniający zamek furtki. Odkąd na ich osiedlu było kilka włamań, jego rodzice zaopatrzyli się w domofon i wszystko wokół było zamknięte, a plac przed domem strzegła kamera.
Kamil dołączył do kolegi i obaj obserwowali, jak dziewczyna wchodzi na podwórko, zatrzaskuje za sobą bramkę, a potem idąc w stronę drzwi frontowych, kopie leżący na jej na drodze kamień.
– Małe to i wściekłe – powiedział Bogdan. – Lepiej otworzę jej drzwi, zanim je wyważy.
Kamil wzruszył ramionami i z powrotem usiadł przy stole. Chwilę później do kuchni wpadła rozsierdzona Anka, a chłopak usłyszał końcówkę jej wypowiedzi:
– To niech was bolą te wasze cholerne, zakute łby! – Stanęła przed Kamilem z rękoma na biodrach, wyglądając jak furia. – Żeby mi tak nie dać znać, że przyjechałeś! Mam ochotę was ukatrupić.
– Mówiłem, że przyjadę. – W porównaniu z Anką, kawa nie wydała mu się tak straszna, więc napił się trochę. Wbrew przeczuciom żołądek dobrze przyjął pierwszy łyk, a potem drugi.
– Ale sądziłam, że dzisiaj lub jutro z rana. A nie wczoraj! Jeszcze popiliście beze mnie. Może też miałam ochotę się z tego wszystkiego urżnąć?! Jak myślicie?! Co?! – Rzuciła torebkę na stół i klapnęła na krzesło.
– Wiesz, jakie masz problemy, gdy za dużo wypijesz. Muszę ci przypominać? – zapytał Kamil.
– Oj tam, oj tam. Człowiek raz puścił pawia, a potem mu to wypominają całe życie – oburzyła się.  – Po prostu chcieliście mieć więcej dla siebie. A tak na marginesie, Zarzyc, dobrze cię widzieć. – Wydęła usta, a w oczach zakręciły się łzy, gdy przypomniała sobie, dlaczego jej przyjaciel przyjechał.
– Ciebie też. – Wyciągnął rękę i przez chwilę ściskał jej dłoń. – Tylko proszę, mów ciszej. Łeb mi pęka, a mnie i tak wystarczy darcia za wszystkie czasy. Wczoraj, jak starzy usłyszeli o wyjeździe, nieźle się wkurwili. Darcie mamy było słychać kilka wsi dalej. Myślała chyba, że jestem jeszcze dzieckiem i sam nie dotrę do Zamościa. – Napił się kawy i kontynuował: – Do tego jak usłyszała, po co jadę, zaczęła kląć na idiotów, którzy kupują dopalacze. A tata powiedział, że jak kretyni biorą, to niech biorą. On by dał pozwolenie nawet na maryśkę, bo kto mądry, to nie kupi. Potem znów zaczęli się drzeć na mnie, że ich informuję w ostatniej chwili. Szkoda gadać. – Machnął lekceważąco ręką. – W końcu jakoś ich obłaskawiłem, zgadzając się, żeby mama odwiozła mnie na pociąg naszym punciakiem. Matka najchętniej to by mnie nie puściła. Nigdy nie lubiła Świrusa.
– Co ona tam wie. – Anka oparła łokcie na stole, a brodę na dłoniach. – Tomek był spoko. Czasami lubił popalić trawkę, ale żeby brać się za coś innego...
– Pamiętacie, jak Tomek wywinął numer Pruszakowej? – Bogdan postawił kawę przed Anką i wysunął krzesło. Obrócił je, by usiąść na nim okrakiem.
– Ta. – Zaśmiała się Anka. – Historyczka pewnie po dziś nie wie, kto ją przykleił do krzesła. – A pamiętacie…
We trójkę pogrążyli się we wspomnieniach. Anka, jak to ona, popłakała się przy tym, ale mówienie o ich zmarłym koledze pozwoliło im odetchnąć. Wybierali do opowiadania tylko te śmieszne sytuacje. Nie zapomnieli wspomnieć o tym, jakim to zacnym koneserem wina był ich znajomy. Mając wybór, zawsze od piwa, wódki, wolał dobre, wytrawne lub półwytrawne wino. Kamil dowiedział się, że Dorota, która była dziewczyną Tomka, bardzo przeżywa jego śmierć. Nie mogła sobie wybaczyć, że nie zauważyła, co się dzieje z jej partnerem i była ślepa na wszystko, co on robił. Podobno przez ostatnie dni bardzo dojrzała. Kamilowi dobrze było z nimi siedzieć. Właśnie z nimi, bo oni też znali Świrusa i tak samo cierpią po jego śmierci. Chyba podświadomie wolał przebywać w ich towarzystwie – w towarzystwie kogoś, z kim mógł realnie dzielić ból po stracie Tomka.
Po rozmowie i wypiciu kawy postanowili pojechać do jakiejś kwiaciarni, żeby zamówić na jutro wieniec. Jeden na ich trójkę, z napisem: „Nigdy nie zapomnimy. Spoczywaj w pokoju.” A obok miały znaleźć się ich imiona. Z tego, co wiedzieli, Dorota zamówiła już swój wieniec, ale nawet nie śmieliby jej pytać, czy się do nich dołączy, bo ona była kimś więcej dla Świrusa. Gdy wszystko ustalili, Zarzycki udał się na górę, żeby zdjąć z siebie wczorajsze ciuchy, bo czuł, że zaczynał śmierdzieć i musiał się umyć. Wyciągając z plecaka bieliznę oraz pościerane dżinsy i jakąś koszulkę, uświadomił sobie, że nie wziął nic, w czym mógłby pójść na pogrzeb. Rzeczy Bogdana będą na niego za duże. Będzie musiał coś sobie kupić. Nawet wiedział, gdzie dzisiaj odbywa się targ. Tam powinien znaleźć jakieś czarne spodnie i koszulę w rozsądnej cenie. Przejdzie się tam, gdy zamówią wieniec.
Zanim jednak udał się pod prysznic, zapalił papierosa i stanął przy otwartym oknie. Śmierć Tomka Prusa uświadomiła mu, że życie potrafi być kruche. Czasami myśli się, że wiele jeszcze przed nami, a tu hop i… nas, czy kogoś innego nie ma. Wiek nie miał tu znaczenia. Umierali i starzy i młodzi, dzieci. Jak to babcia powiedziała, gdy zbierał się do wyjazdu? „Świeczka w niebie, ta nam przeznaczona, gaśnie i koniec. Zostawiamy wszystko, co mamy, tych, których kochamy i musimy iść. Dlatego powinniśmy żyć tak, żeby niczego nie żałować. Abyśmy po czyjejś śmierci nie myśleli, że czegoś tej osobie nie powiedzieliśmy, nie przeprosiliśmy. Nie znamy dnia ani godziny”.
– Żeby się nie żałowało? – Spojrzał na telefon leżący na materacu, na którym przespał tylko jedną trzecią nocy. Żałował ostatniego spotkania z Szymonem, swoich nerwów. Tego, co powiedział. Bolało go również to, co na pożegnanie rzekł Bieńkowski, każąc mu nie wracać. Ciągnęło go, żeby zadzwonić do mężczyzny, ale jego uparta natura, nawet poprzedzana myślą co byłoby, gdyby Szymon z jakiegoś powodu stracił życie, nie pozwoliła wykonać telefonu. Tym bardziej, że nie miał pewności, czy tam wróci na zawsze, czy tylko po rzeczy. Dlatego wolał to sobie przemyśleć na spokojnie.
– Kamil, ruszaj dupę, bo nie ma czasu. – Do pokoju wpadł Bogdan i otworzył szafę, pokazując, jaki ma w niej bałagan.
– Już, tylko skończę palić i ochlapię się trochę. Ile mam dołożyć do tego wieńca?
– Zobaczymy, ile będzie kosztował, ale nie mniej niż trzydzieści złotych.
– Spoko – mruknął, wpatrując się w ogród sąsiada Małeckich. Jego uwagę zwróciły małe, niepozorne kwiatki. Pani Basia mówiła mu, jak się one nazywają i jak intensywnie pachną, gdy przychodzi wieczór, a potem noc. U Bieńkowskich też rośnie maciejka, pomyślał, zaciągając się mocno papierosem.

*

Dnia pogrzebu Kamil za bardzo nie pamiętał. To było jak sen. Jakaś jego część uczestniczyła we mszy, a potem na cmentarzu, a druga, otumaniona, spała, odcinając go od bólu. Słyszał modlitwy księdza, kazanie wychwalające osobę Tomka Prusa, mimo że proboszcz parafii, do której należeli rodzice Świrusa, prawie chłopaka nie znał. Widział zapłakaną mamę kolegi, milczącego, bladego ojca oraz roztrzęsioną Dorotę, z którą zamienił dwa słowa, składając kondolencje państwu Prusom. Dopisała piękna pogoda, tylko wściekle wiało, ale Tomkowi by się to podobało. Lubił wiatr.
Po pogrzebie jego, Ankę i Bogdana zaproszono na stypę. Grzecznie odmówili, wiedząc, że w maleńkim mieszkaniu nie zmieści się dużo osób i uważali, że rodzina powinna spędzić te chwile razem, bez obcych ludzi. Za to w trójkę udali się do parku, do którego poszli po maturze. Zjedli po hot–dogu, a potem długo siedzieli w milczeniu i karmili gołębie. Zapytany przez Ankę czy jutro wyjeżdża, czy zostaje, odpowiedział, że nie wie, co zrobi. Niepewność, czy poza rodziną ktoś w Jabłonkowie czeka na niego, trzymała go tutaj.
Teraz, kiedy nastał sobotni wieczór, a na dworze zrobiło się ciemno, siedział w kawiarni na rynku i czekał na swojego gościa. Po powrocie do domu Małeckich nie planował wyjścia, zmęczony tym, co dzisiaj przeszedł, ale właśnie oglądał z Bogdanem film, gdy otrzymał telefon. Zgodził się na spotkanie. Zjawił się tutaj dużo wcześniej, by na spokojnie przemyśleć sobie ten dzień. Dopiero gdy nadeszła godzina spotkania, zaczął wypatrywać tego, kto prosił o parę chwil rozmowy. Jak zawsze punktualnie, ubrana na czarno dziewczyna pojawiła się w drzwiach. Zamówiła przy ladzie coś do picia, po czym podeszła do jego stolika. Jej smutne oczy spojrzały na niego.
– Cześć, Dorotko – powiedział.

4 komentarze:

  1. Nie lubię cię gdy kończysz w takim momencie ;) :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale, że przesunęłaś godzinę na wcześniejszą! Dzięki ci za to! Bo często czytałam rozdziały dzień po dodaniu, a fajnie przeczytać zaraz po publikacji :)
    Rozdział jak zwykle świetny!
    /A

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za rozdział.
    Przywołuje on wiele nieprzyjemnych wspomnień, pogrzeb siostry, masę nieporozumień, uciekanie od problemów, tą senność...
    Mam nadzieję że wszystko skończy się dobrze. Wielu rzeczy nie da się naprawić, ale trzeba żyć dalej, i z całych sił walczyć i dbać o to co mamy.
    Pozdrawiam ;)

    -Rivai

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi z powodu Twojej siostry.
      Dokładnie, wielu rzeczy nie da się naprawić, ale trzeba żyć dalej.

      Usuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)