10 listopada 2016

W sidłach miłości tom 3 - Rozdział 18

Na początek kilka ważnych spraw. Pierwsza to sprawa losowania które odbyło się kilka dni temu. Nadal osoby, które zostały wylosowane nie zgłosiły się po "Drugą szansę". Tymi osobami są: Alex Shinigami, Unicorno19. Zajrzyjcie na bloga, do postu z wynikami, na którym odbywał się konkurs i odezwijcie się. Tam macie podane info co i jak. 

Druga sprawa, czyli ankieta w sprawie książki. Miałam o tym pisać tutaj, ale to co napisałam zajmuje dużo miejsca, więc zapraszam tutaj: Klik. 

Dziękuję za komentarze.

Niebo, tak jeszcze czyste i błękitne w południe, z upływem godzin zasnuwało coraz więcej kłębiastych i ciemnych chmur, zasłaniając sobą również pięknie świecące słońce, przez co popołudnie zamieniło się w szarość późnego wieczoru. Zerwał się wiatr, który z każdą chwilą wzmagał swoją potęgę, sprawiając, że gałęzie drzew coraz bardziej poruszały się i uginały pod jego naporem. Młode drzewka o cienkich pniach, krzewy, a nawet wysokie trawy kładły się falą ku ziemi, nie potrafiąc oprzeć się napierającej  na nie sile. Na horyzoncie błyskawice rozdzierały niebo, budząc grozę i piękno zarazem, a huk gromów tętnił w uszach ludzi oraz zwierząt niczym salwa wystrzelona z armat. Zaczęły padać pojedyncze, grube krople, powoli zamieniając się w rzęsisty i ulewny deszcz, natychmiastowo tworząc niemałą rzekę płynącą po ulicach, gdy deszczówka nie mogła zmieścić się w studzienkach ściekowych. Zapowiadana burza zamieniła się w potężną nawałnicę. Odgłosy i błyski piorunów zbliżyły się do miasta, by w końcu zawisnąć nad nim dając co kilka sekund przerażający spektakl, od którego trudno było oderwać oczy, a przez który serce niemal stawało na myśl, że błyskawica mogłaby uderzyć w czyjś dom.
Jonathan stał w pobliżu okna, na którego szybę bębnił zacinający deszcz napędzany dodatkowo przez huraganowy wiatr. Co jakiś czas uderzały w okno latające w powietrzu, małe gałązki drzew, sprawiając, że mężczyzna wzdrygał się.
– Odsuń się od tego okna – poprosił Richie, owijając się kocem. – Niebezpiecznie stać przy oknach w czasie burzy. Oglądałem program, w którym pokazywali, jak w czasie huraganu przez szybę wpadła deska. Gdyby ktoś stał przy oknie, zginąłby.
Johnny zerknął jeszcze na widoczną z okna rynnę, z której pędziła szaleńczo wzburzona woda.
– Zaraz się będzie przelewać z rynien. Mam nadzieję, że nas nie podtopi. – Wycofał się od okna i w tym samym czasie rozległ się potężny huk, a niesamowity błysk rozświetlił cały pokój, w którym po chwili zrobiło się ciemno. – Ale walnęło.
– I zabrało światło. – Richie na kanapie jeszcze bardziej otulił się kocem. Nie było mu zimno, po prostu się bał. Nigdy nie lękał się zwykłych burz, ale huragany wzbudzały w nim strach.
– Pewnie linię zerwało lub bezpiecznik wywalił. Pójdę zobaczyć.
– Nie! Jeszcze coś tam widać. Usiądź koło mnie. Potem znajdziemy jakieś świece.
Jonathan skinął głową i zajął miejsce przy partnerze, lecz ledwie to zrobił, obaj usłyszeli donośne walenie do drzwi. Richie podskoczył, zaskoczony innym niż dotychczas dźwiękiem.
– Kogo niesie o tej porze? – zapytał Jonathan, wstając, kiedy dźwięk się powtórzył, a wraz z nim odgłos gromu. Blask pioruna ponownie rozświetlił pokój. Wyjrzał przez judasza i natychmiast przekręcił klucz w drzwiach, otwierając je. Uderzył w niego silny podmuch wiatru, niemal go spychając z progu i odbierając mu przy tym oddech. Deszcz oblał go, jakby ktoś wylał na niego wiadro wody.  Wpuścił niespodziewanych gości do środka, zamykając za nimi, przy czym mu pomogli, bo przez chwilę siłował się z popychanymi przez wicher drzwiami.
Richie podniósł się z kanapy i zmrużył oczy, starając się zobaczyć, komu w takiej chwili przyszło do głowy ich odwiedzić. Mógł się założyć, że w tej chwili ulice opustoszały, a ludzie ukryli się w swoich domach lub wszędzie gdzie się dało, żeby tylko schronić się przed rozpętanym szaleństwem. Dopiero moment później, kiedy do tego przysłużył mu się kolejny piorun, rozpoznał niespodziewanych gości, mokrych jakby właśnie kąpali się w rzece.
– Sean? Drake? Co wy tu robicie?
– Hej, Richie, to ty? – odezwał się Drake, strzepując wodę z włosów. – Nie poznałem cię. Chyba przez to, że masz koc na głowie. Chowasz się przed kimś?
– Bardzo śmieszne. – Poskoczył po tym, jak rozległ się wokół huk.
– Pójdę po świece i ręczniki. Pewnie chcecie coś do przebrania się – powiedział Jonathan.
– Chętnie. Nieźle przemokliśmy w czasie drogi z samochodu do was – poinformował Sean.
– Albo chodźcie do łazienki. Richie, poszukaj tych świec.
– Dobra. – Zsunął koc z głowy, a nawet położył go na oparciu kanapy, pozbywając się swojego schronienia. Skierował nogi do szafki stojącej w przedpokoju i odsunął wąską szufladkę. Wyjął kilka świec i poszedł z nimi do kuchni. Mimochodem wyjrzał przez okno. Nic nie zapowiadało, żeby w ciągu parunastu minut pogoda się poprawiła. Wydawało mu się tylko, że grzmoty nieznacznie się oddaliły, ale nadal bardzo padało. Z rynny faktycznie już zaczęło się przelewać, a woda stała wokół domu, nie mając gdzie spływać. Do tego w sąsiednich domach nie paliło się światło, więc od razu przekonał się, że pewnie została zerwana jakaś linia energetyczna. Nie wróżyło to dobrze, bo nie lubił siedzieć w ciemnościach, nawet rozświetlanych przez płomienie świeczek.
Odnalazł zapałki obok kuchenki gazowej i jeszcze wziął wysokie szklanki, zamierzając w nich umieścić świece. Następnie wrócił do salonu. Zaczął zapalać świece, po jednej wstawiając do przygotowanych szkieł, a potem wziął jeden z nietypowych świeczników z zawartością i zasłaniając płomień dłonią, udał się do łazienki, gdzie Drake i Sean wycierali sobie włosy. Postawił świecę na pralce.
– Tu macie trochę światła. Chwilę temu walnęło i prąd zniknął.
– Dzięki.
Do łazienki wszedł Jonathan w suchej koszulce, z latarką w ręku i stosem ubrań.
– Mam tutaj dresy. Powinny na was pasować. Parę koszulek jest dosyć dużych, to na Drake’a powinny być dobre. Rozbudowałeś mięśnie, chłopie – pochwalił Johnny, kiedy Drake zdjął swoją doszczętnie mokrą koszulę.
– Treningi nie na siłowni dają o wiele więcej.
– Zgadzam się. Zostawimy was samych. Czekamy na was w kuchni z gorącą herbatą. Chyba że chcecie kawy.
– Herbata będzie w takim wypadku zbawieniem – odpowiedział Drake.
– Już się robi – dodał Richie, wyciągając Jonathana z łazienki.
W kuchni – gdy już rozświetlili ją za pomocą świeczek – nalał najpierw wody do czajnika elektrycznego, ale szybko sobie przypomniał, że nie ma prądu, więc przelał ją do zwykłego czajnika. W tym czasie Johnny przygotował kubki, wrzucając do nich po torebce herbaty. Mieszkali razem od prawie dwóch miesięcy, kiedy to pod koniec marca Jonathan sprowadził się do Richiego. Z początku ciężko im było żyć wspólnie ze sobą, bo mieli różne przyzwyczajenia, ale z czasem zaczęli się coraz bardziej uzupełniać, po części dostosowując się do partnera, lecz nie zapominając przy tym o sobie.
– Cukiernica jest pusta – powiedział Johnny.
Richie pochylił się do dolnej szafki, wyjmując kilogramowy worek cukru i podając partnerowi, po czym otworzył lodówkę i wyjął szybko cytrynę, starając się nie wpuścić do chłodni ciepła. Czując, jak robi mu się w buzi kwaśno, pokroił owoc na plasterki, które ułożył na talerzyku podanym przez Jonathana wraz z szybkim całusem. Dobrze im było razem i jak dotąd nie żałowali decyzji o wspólnym zamieszkaniu.
– Jak dobrze mieć na sobie coś suchego – powiedział Drake, który, niosąc w dłoni świecznik ze szklanki, wszedł z Seanem do pomieszczenia. Akurat czajnik zaczął piszczeć, oznajmiając gotującą się wodę. – Mokre rzeczy rozwiesiliśmy na suszarce.
– Spoko – odparł Richie, zalewając herbatę przeźroczystą cieczą i wydobywając z niej miły dla nosa aromat. – Tylko nie mówcie, że tak zmokliście, przechodząc z samochodu do nas do domu. – Postawił dwa kubki na stole, a Johnny zajął się dwoma innymi.
– Coś ty. Chociaż dzisiaj wszystko możliwe. – Drake podszedł do okna, wyglądając przez nie. – Samochód nam się zepsuł tam niedaleko. Zepchnęliśmy go na pobocze, a że byliśmy blisko was, to postanowiliśmy do was dobiec.
– Nie lepiej byłoby zostać w samochodzie? – zapytał Richie. – Narażaliście się, że w was piorun walnie lub jakaś gałąź. 
– Richie ostatnio ogląda za dużo edukacyjnych programów – wymamrotał Wilson, słodząc herbatę.
– I dobrze. Mądrze mówi. W samochodzie bezpieczniej, ale nie kiedy stoi pod drzewami – odezwał się Sean, wrzucając do kubka plasterek cytryny.
– Powinno niedługo przejść, ale nie ręczę za to, że przestanie lać. – Drake wrócił do stołu. – Na dworze zrobiło się też cholernie zimno.
– Nie wiedziałem, że przyjedziecie – rzucił Richie.
– Nikt nie wie. Przylecieliśmy parę godzin temu – odpowiedział Drake. – Potem utknęliśmy na lotnisku, bo zaginęły nasze bagaże. Chcieliśmy zrobić rodzince  niespodziankę.
– Na długo przyjechaliście? – zapytał Jonathan, przypominając sobie o herbatnikach leżących w blaszanym pudełku i stawiając je na stole.
– Tylko na dwa dni. Skorzystaliśmy z dni wolnych, ale jak widać nie ma ich dużo. Sean wyściubiłby na uczelni więcej, ale ja mam terminy. Jako kierownik budowy podobno jestem niezastąpiony. – Sięgnął po ciastko.
– Niezastąpionych są pełne cmentarze – burknął Sean. – Sam nie mogę długo zostać, bo czekają mnie egzaminy.
– To opowiedzcie coś o sobie, jak wam się tam żyje. W tym czasie zrobię jakąś kolację – powiedział Johnny. – Pewnie jesteście głodni.
– Nie rób sobie problemów.
– Drake, to żaden problem. – Uśmiechnął się, popijając na stojąco kilka łyków herbaty i wyciągając z szafki patelnię. – Warzywa z kurczakiem będą wam pasować?
– Jak najbardziej. Jak trzeba ci w czymś pomóc, to mów – zaproponował Drake.
– Spoko. Tu nie ma dużo pracy poza rozpakowaniem paru opakowań. – Kuchnię rozświetliło kolejne przecięcie nieba przez pioruny. – Oho, chyba to coś się wraca.
– Bosz, nie znoszę, jak grzmi – burknął Richie. – Wiosna czy lato są super, ale nie kiedy są burze.
– A ty byś się wtedy najchętniej schował w mysią dziurę? – zapytał Drake.
– Co tam w mysią?  Za duża.
Kuchnia rozbrzmiała śmiechem czterech mężczyzn, dźwiękiem grzmotu oraz skwierczeniem tłuszczu na patelni.


* * *


Płomień świecy zamigotał, kiedy JD poruszył się, próbując odrobić lekcje. Nie były to najdogodniejsze warunki na uczenie się, lecz nic na to nie mógł poradzić. Na jutro musiał napisać wypracowanie na cztery strony. Nawet on, mając doskonałe oceny – a trzeba przyznać, że po powrocie ze szpitala nie obniżył swojej średniej, wszystko w mig nadrabiając – musiał tak jak wszyscy robić zadania domowe. Caseya nie było, bo po szkole wziął zastępstwo w pracy – dzwonił tylko, żeby mu przekazać, że u niego wszystko w porządku i wróci, jak skończy się nawałnica. Ostatnio zdarzało się, że chłopak nie tylko weekendy miał zajęte. Mówił, że zarabia na ich wakacje. Obaj planowali gdzieś wyjechać na kilka dni w lipcu i JD również się do tego dokładał. Miał bardzo dużo uczniów i w tej chwili też powinien prowadzić korepetycje, ale z powodu burzy chłopak, który miał tu dotrzeć, zadzwonił, że dzisiaj go nie będzie. Miał też mieć lekcje z jakąś gimnazjalistką przez Internet i też nie wypaliło. Dziewczyna powinna to zrozumieć, bo z tego co się orientował, to w całym mieście nie było elektryczności, i przypuszczał, że dostawcy prądu mieli poważną awarię.
– JD, może zrobisz sobie przerwę? – zapytała mama, wzdrygając się, kiedy ponownie zagrzmiało. – Jak ja tego nie znoszę.
JD rozumiał strach rodzicielki, gdyż kiedy była dzieckiem, od pioruna zapalił się dom, w którym mieszkała. Ledwie wyszła z tego żywa i do dzisiaj w takich momentach powracały złe wspomnienia.
– Chętnie. – Wyczuł, że mama chce o czymś porozmawiać, więc nie robił jej problemów. Odłożył długopis i spojrzał na nią uważnie. Wyglądała na wypoczętą. Jeszcze parę miesięcy temu miała sińce pod oczami od niewyspania i ciężkiej pracy, harując, żeby zarobić na ich utrzymanie, bo oczywiście ojczulek, siedząc w więzieniu, nie mógł dawać im kasy. Obecnie, kiedy obaj z Caseyem jej pomagali, nie musiała już tak ciężko pracować i nie brała dodatkowych nocek, żeby więcej zarobić. Do tego też bardzo o siebie dbała i pomimo że wciąż wyglądała na starszą niż te swoje trzydzieści sześć lat, które skończyła miesiąc temu, to patrząc na nią, nie czuł już cierpienia.
Kobieta postawiła przed nim kubek parującej herbaty. Z zapachu dolatującego z ceramicznego naczynia rozpoznał, że napój miał brzoskwiniowy smak. Mama od jakiegoś czasu lubowała się w owocowych herbatkach i musiał przyznać, że sporo z nich było naprawdę pysznych. Nie znosił tylko tych śliwkowych, jak i samych śliwek.
– Widzę, że masz mi coś ważnego do powiedzenia. – Odsunął plik zapisanych kartek od kubka, tak na wszelki wypadek. Gdyby przypadkiem rozlał na nie herbatę, wściekłby się, że kilka godzin jego pracy poszło na marne.
– Jak twoja rehabilitacja? – zapytała, grzejąc dłonie o nagrzany kubek.
– Ciężko. Niestety nie mogę mówić o dużych efektach, ale ważne, że jakieś są. Nieważne, że muszę pół godziny zmuszać stopę, żeby się poruszyła. Jednakże to mnie motywuje do ćwiczeń. Mark mówi, że nigdy nic nie wiadomo i może tak być, że to coś puści i poruszę całą nogą.
– Cieszę się.
– Mamo, co jest? – Zauważył, że kobieta przesuwa nerwowo palcem po obrzeżu czerwonego kubka.
– Poznałam kogoś. Mężczyznę – dodała.
– Domyśliłem się tego. No, że mężczyznę – wytłumaczył. – I?
– Chcę, żebyście go poznali. Zaprosiłabym go jutro na kolację, o ile nie masz nic przeciw – dodała szybko.
– Nie mam. – Zamieszał łyżeczką herbatę. – Wie o mnie i Caseyu? – Wolał się o tym upewnić, bo nie chciał, żeby facet zwiał gdzie pieprz rośnie, podczas gdy rodzicielka miała wielkie nadzieje wobec tego człowieka. Patrząc na jej radosną twarz, wysnuwał nawet wnioski, że w przyszłości mogłoby chodzić nawet o wspólne mieszkanie lub ślub. Przecież rodzice wzięli rozwód i nic nie stało na przeszkodzie, by mama ponownie wyszła za mąż. Należy się jej od życia trochę szczęścia i miłości, nie tylko pochodzącej od dzieci. Każdy potrzebuje kogoś więcej. On miał Caseya, a mama mogła także mieć jakiegoś porządnego mężczyznę przy swoim boku.
– Tak, wie. Nie ma nic przeciw. Pracujemy razem w sklepie. Przyjęli go parę miesięcy temu. Raz zaprosił mnie na kawę i miło nam się rozmawiało – mówiła zdenerwowana, okręcając kubek w dłoniach. – Jest bardzo uczynny, szarmancki. Lubi dzieci. Sam ma dwójkę. Jego żona zmarła parę miesięcy temu.
– Od jak dawna się spotykacie?
– Parę tygodni. Z początku nie chciał, bo jeszcze rok nie minął od śmierci żony, ale podobno rozmawiał z siostrą i mu powiedziała, że żona na pewno chciałaby, aby był szczęśliwy, bo bardzo go kochała. Nikt tu nie mówi o ślubie. Po prostu…
– Chętnie go poznam. W jakim wieku ma dzieci?
– Cztery latka i trzynaście. Obaj to chłopcy.
– Też jutro przyjdą?
– A co, nie chcesz? – zapytała skołowana.
Jeszcze nie widział tak nerwowo zachowującej się mamy. Nie miał pojęcia jak ją uspokoić, poza jednym prostym słowem:
– Chcę. Chętnie ich poznamy. Niedługo odbędą się zawody, w których bierze udział Casey, oraz inne, gdzie w sprincie startuje Brithany. Wstęp będzie wolny dla rodzin i przyjaciół, więc moglibyście wszyscy przyjść.
– Bardzo chętnie. Zapytam się go. Zresztą jutro go poznacie. Nie wiem tylko, co przygotować na kolację. Idę czegoś poszukać w książce.
Ujrzawszy błysk w oczach kobiety, sam poczuł się zdecydowanie lepiej, do czasu aż musiał powrócić do pisania wypracowania. Pozostała mu jeszcze jedna strona i miał nadzieję, że zanim Casey wróci, wyrobi się. Rzucił jeszcze okiem na okno, za którym widział tylko ścianę z deszczu. Gdyby podjechał bliżej do szyby i spojrzał w dół, zobaczyłby pewnie uginające się gałęzie drzew. Jak dobrze, że dzisiaj nie musiał opuszczać przytulnego mieszkania. Gorzej z Caseyem. Napisał mu jeszcze esemesa, że jutro mają na kolacji gości, i żeby nie myślał brać zastępstwa w pracy.


* * *


McPherson nie znosił  Vivian, która z kierowniczki zmiany awansowała na ogólną kierowniczkę. Wcześniej, zanim ją poznał, nie wierzył JD, że ta kobieta potrafi niejednego wyprowadzić z równowagi. Zrobił sobie chwilę przerwy, bo mu się należała. Chciał coś zjeść i się czegoś napić, to Hydra – tak ją nazywał – wpadła do malutkiego pokoiku na zapleczu i zagoniła go do pracy, jakby był wołem pociągowym, a nie pomywaczem.
– Jak ja jej nienawidzę – rzekła Lois, kelnerka. – Stresuje każdego z kelnerów i widzę, że ciebie też.
– Daj spokój, ona nie powinna pracować z ludźmi. – Odstawił umyty talerz na suszarkę.
– Ze zwierzętami też. Skąd się biorą tacy ludzie, to nie wiem. JD ciągle powtarzał, że brakuje jej faceta do łóżka. Zawsze przyznawałam mu rację.
– Tylko kto by chciał taką z niewyparzoną gębą.
– Pewnie jakiś wyjątkowo posłuszny pantoflarz, który by się nie zbuntował po usłyszeniu tylu rozkazów.
– Lois! Miałaś iść na salę! – wrzasnęła Vivian tak bardzo, że nawet kucharz pracujący w drugiej połowie kuchni podskoczył, rozlewając sos, za co oberwał od mistrza kuchni. – Nic nie robicie, tylko stoicie i plotkujecie! Ja za was odpowiadam! Jeżeli nie będzie wszystko działać jak należy, to ja za to oberwę, nie wy!
– A my oberwiemy od niej. Strach się bać – szepnął Casey do Lois. Dziewczyna rzuciła mu rozbawione spojrzenie i poszła zająć się swoimi obowiązkami. Wtedy przed nim wyrosła postać kierowniczki i zaczęła oglądać, czy naczynia są czyste. Już się bał, że każe myć je powtórnie, tak jak się parę razy zdarzyło, kiedy kobieta miała naprawdę podły nastrój i próbowała się na wszystkich wyżywać.
– W porządku, ale jeden błąd i wylatujesz.
Ugryzł się w porę w język, żeby się nie odszczeknąć. JD na pewno by jej czymś dowalił, ale on wolał nie ryzykować. Praca była mu potrzebna. Nie mógł już jak dawniej liczyć na rodziców i ich kieszonkowe, które było przecież bardzo wysokie.
Na przerwę mógł iść, kiedy domył ostatni widelec, szorując go na błysk. Usiadł przy stoliku na zapleczu. Przeciągnął się i wyjął swoje kanapki z torby, którą sobie niedawno kupił. Nie zawsze miał ochotę na restauracyjne jedzenie. Czasami lubił zjeść zwykły chleb z wędliną czy sałatą niż płacić za zupę, bo już zmieniła się polityka firmy i nie dawali jej pracownikom za darmo, a u niego przecież liczył się każdy najdrobniejszy zaoszczędzony pieniądz. Zastanawiał się, czy nawałnica już przeszła, bo grzmoty słyszał, jakby były bardzo daleko, a tutaj nie było okien, żeby móc przez jakieś wyjrzeć.
Rozpakował kanapki, a obok nich postawił termos. Żołądek odezwał się głośnym pomrukiwaniem na pierwszy kęs chleba z pomidorem i szynką. JD mu je dzisiaj zrobił, więc tym bardziej mu smakowały. JD ostatnio bardzo ciężko pracował, nie tylko w szkole, ale i podczas wizyt na rehabilitacji. Chłopak nigdy nie chciał, żeby Casey widział go podczas ćwiczeń. Powtarzał, że tam są tylko pot, łzy i ból i nie chce, żeby jego partner na to patrzył. Zastanawiał go ten ból. Przecież JD nie powinien go czuć, ale Mark coś wspominał, że to dobry objaw i mięśnie zaczynają pracować. Zresztą, jak dodał, to samym bólem można było oznaczać wrażenia psychiczne, gdyż jego Emośka dużo pracy kosztowała jego własna psychika. Dlatego nie znał efektów tych zabiegów, a JD niewiele mówił, powtarzając, że się przekona za jakiś czas.
Kończył właśnie jeść, kiedy rozdzwoniła się jego komórka. Najpierw myślał, że to pewnie JD, by sprawdzić, czy czasami nie wraca do domu w czasie burzy, ale to  byłoby dziwne, bo chłopak wiedział, że dzisiaj robi do dziewiątej wieczorem. Gdy zobaczył, kto dzwoni, zawahał się czy odebrać. Telefon jednak nie umilkł, więc zdecydował, że raz kocie śmierć i przesunął w prawo ikonkę słuchawki na ekranie.
– Halo?
– To ja, twój ojciec.
– Aha. Podobno już nie jestem twoim synem.
– Mama i ja chcemy się z tobą spotkać. Najlepiej jutro wieczorem.
W pierwszej chwili miał się zgodzić, bo był ciekaw dlaczego nagle się odezwali, ale przypomniał sobie o jutrzejszej kolacji w domu – tak już nazywał mieszkanie JD.
– Nie mogę jutro. Ewentualnie zaraz po szkole mógłbym, lub pojutrze.
– To pojutrze.
– To gdzie mam przyjść?
– Do domu – odpowiedział ojciec.
– Czyli pojutrze o siedemnastej, będzie wam pasować?
– Dobrze.
Rozłączył się bez pożegnania. To teraz będzie miał zagwozdkę, próbując znaleźć powód spotkania. W sumie siostrzyczka mogłaby coś o tym wiedzieć, jednak kiedy próbował się z nią skontaktować, odpowiedziało mu: „Abonent jest poza zasięgiem”. Wtedy też przypomniał sobie, że pojechała ze swoją klasą na wycieczkę i mieli wrócić właśnie pojutrze, czyli dziewczyna z pewnością nic nie wiedziała.
Posprzątał po swojej kolacji. Zapakował termos do torby, dopijając jeszcze wcześniej resztki herbaty, i wrócił do mycia garów, za co mu płacono.


* * *


Burza minęła, ale nie przestał siąpić drobny deszczyk i wiał chłodny wiatr, lecz zdecydowanie mniejszy niż wcześniej. Richie otworzył drzwi na zewnątrz i stając w progu, pochłaniał w płuca zapach świeżego powietrza. Szkoda, że już i tak było zbyt późno, żeby słońce świeciło, bo z pewnością w takiej chwili nad miastem pojawiłaby się tęcza.
– Lubię krajobraz po burzy – powiedział Drake, stając obok niego.
– Ja też. Tylko trochę chłodno się zrobiło. – Zadrżał, otulając się bardziej kardiganem, który chwilę temu założył. – Dzwoniłeś może do Marianne, że przyjedziecie?
– Nie. Sean ma to zrobić. My z Jonathanem pójdziemy zobaczyć co z autem i jak się da, to je tutaj przyprowadzimy.
– Spoko. Możecie tu nawet zostać, chyba że jedziecie do swojego mieszkania.
– Planujemy zatrzymać się u teściowej. Mieszkanie Sean wynajął jakiemuś małżeństwu.
– A to nie wiedziałem. Dobrze, ma za to z tego kasę. Fajnie, że Marianne spodziewa się dziecka, nie?
– Ktoś się tu cieszy. – Położył ciężką rękę na ramionach Richiego, a ten ją strącił.
– A pewnie, że się cieszę. Wiesz, że już nawet widać to, jak jej brzuch urósł?
– A wiesz, że jak Sean dowiedział się o dziecku, to stał jak zamurowany pośrodku pokoju ze słuchawką w ręku i przez pięć minut nic nie potrafił powiedzieć? Przeżył szok, że jego matka jeszcze seks uprawia.
– Ha, ha, niezły szok.
– Żebyś wiedział. Teraz się cieszy i ma pewność, że wyjeżdżając, nie zostawił mamy samej, tylko z nową rodziną. A co tam u was? Jak Jonathan?
– Dobrze. Tydzień temu robili mu jeszcze jakieś badania i wyniki ma doskonałe. Jest zdrów jak ryba. Od miesiąca może prowadzić samochód i jest przez to wniebowzięty.
– Seks też może uprawiać i ty jesteś wniebowzięty. – Zaśmiał się Drake.
– Też. – Spuścił na chwilę wzrok, a potem podniósł go, kiedy dołączył do nich Jonathan.
– Panie plotkary, domyślam się, że mówcie o mnie, i przepraszam, że przerywam tak interesującą konwersację, ale mamy robotę. Chodź, Drake, jak coś to mam w bagażniku linę i przyciągniemy auto. Na długo je wynajęliście?
– Do końca naszego pobytu. Liczę, że żadna gałąź go nie uszkodziła, bo będziemy musieli za to zapłacić. Od tego nie ma ono ubezpieczenia. – Włożył niestety mokre buty i wyszedł na zewnątrz.
– Czekaj. – Zatrzymał go Jonathan. – Dam ci jakąś wiatrówkę. – Otworzył szafę w przedpokoju i wyciągnął cieniutką kurtkę. Podał ją mężczyźnie. – Ma kaptur w tej małej kieszonce. – Sam na siebie zarzucił bluzę. – Za trochę będziemy – poinformował Richiego.
– Dobra. – Przez chwilę patrzył, jak Jonathan wyprowadza samochód z garażu, a potem jego spojrzenie powędrowało w stronę domu Alexa, kiedy w kąciku oka mignął mu jakiś ruch. Akurat pani Wilson wróciła z pracy. Pomachał jej, kiedy się na niego popatrzyła. Uśmiechnęła się do niego i poszła do domu. On przymknął drzwi we wtórze zapalanego silnika i poszedł do Seana.


* * *


Casey padł zmęczony na łóżko. Przyjechał pół godziny wcześniej niż planował, bo cudem restaurację zamykano godzinę wcześniej, jak zawsze w czwartki, tylko o tym zapomniał.
JD podjechał do łóżka. W pokoju paliła się mała świeczka, ledwie rozświetlając pomieszczenie.
– Umyłem dzisiaj chyba z milion talerzy i tyleż samo garnków – mruknął McPherson. – Na treningu się tak nie zmęczę jak przy tym.
– Bo dajesz Vivian sobą pomiatać. Jak masz przerwę, to odpoczywaj. Nie śpiesz się. Co innego kiedy sala bywa pełna ludzi, a porcelana kończy się.
– Wiem. Po prostu dzisiaj  była harówka. Pracuję tam od czterech miesięcy, ale to właśnie dzisiaj nieźle dostałem w tyłek. Mam ochotę tylko pójść spać, a jeszcze muszę odrobić lekcje.
– Mówiłem ci, żebyś nie brał pracy na tygodniu.
– To tylko parę razy. W weekendy i tak jest większy zapierdol. Chyba po prostu nie mam dzisiaj dnia na pracę. Wiesz, że mój tatulek zadzwonił i chcą się z matką ze mną spotkać? – Popatrzył na JD.
– O, a czego chcą?
– Nie wiem, może powrotu marnotrawnego syna.
– Nie odszedłeś z własnej woli. Chciałbyś, żeby to spotkanie poprawiło wasze relacje? Czy gdyby poprosili cię, żebyś wrócił do domu, to zrobiłbyś to?
Casey usiadł i przyciągnął sobie wózek bliżej, żeby móc objąć dłońmi twarz JD.
– Cieszyłbym się, gdyby nasze relacje zmieniły się na lepsze, ale powrót do domu? Nigdy. Moje miejsce jest tutaj, przy tobie, tu jest mój dom. Jeżeli zamieszkam gdzieś indziej, to tylko z tobą, kiedy już pójdziesz na studia i wynajmiemy sobie jakieś własne lokum.
– To chciałem wiedzieć. – Wyciągnął się, żeby objąć Caseya wokół szyi.
McPherson ponownie potwierdził sam przed sobą, że JD bardzo się zmienił. Nadal potrafił być wredny, złośliwy i na wszystko znajdował ripostę, ale i tak widział w nim dużą zmianę w charakterze. Chłopak stał się bardziej czuły i łasy na zwyczajną bliskość, taką jak teraz, kiedy go przytulał. Raz mu JD powiedział, że pewne doświadczenia zmieniają ludzi i już nic nigdy nie jest takie, jak było, i miał stuprocentową rację.
– O, światło przyszło – wyszeptał McPherson, kiedy w pokoju zrobiło się jasno jak w dzień.
– To dobrze. Trzeba zająć się lekcjami. Ale jeszcze tak posiedźmy – powiedział Whitener, przytulając się.


* * *


Jonathan z Drakiem przyprowadzili samochód pod dom. Starszy z mężczyzn powiedział, że mógłby auta stamtąd nie ruszać i zadzwonić do firmy, w której je wynajął, żeby po nie przyjechali, podstawiając nowe, lecz nie miał już na to sił. Wolał to załatwić jutro, a do domu mamy Seana dostaną się taksówką. Johnny proponował im swoje auto, ale odmówił. Przez co Wilson, zaproponował, że ich po prostu odwiezie, na co Drake Ashborn zgodził się po krótkich namowach.
Zostawili oba pojazdy na dworze i weszli do domu pachnącego dymem z pogaszonych chwilę temu świeczek. Rozebrali się i weszli do rozświetlonego salonu. Od razu zauważyli, że coś jest nie tak. Sean siedział smutny, a Richie płakał. Chłopak, gdy tylko zauważył Jonathana, podszedł do niego i przytulił się.

– Marianne dzisiaj poroniła – wyszeptał i przez zaciśnięte gardło już nic więcej nie mógł powiedzieć.

12 komentarzy:

  1. Jakto...... Borze wszechlistny biedna Marianne :( taki w sumie pozytywny rozdział a tu takie bam na koniec. Mam nadzieje ze wszystko będzie dobrze :((
    /A

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszytko takie super, ekstra i tu czytam końcówkę i taki szok. Rozdział naprawdę jest cudowny, ale boli mnie fakt, że Marianne poroniła :C

    OdpowiedzUsuń
  3. Ej no Lu.
    Tak się nie robi ;_;
    Płacz I smutek. I wyczekiwanie :)
    Dziękuję za rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oprócz tego że rozdział jak zwykle genialny to podoba mi się że taki długi:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. hej mam pytanie, nie lubię czytać niedokończonych opowiadań więc czekam aż opublikujesz wszystkie rozdziały tomu trzeciego ale ostatnio przeleciałam tylko tak pobieżnie wzrokiem po kilku ostatnich rozdziałach i zastanawia mnie fakt czy Alex i Joshua sie pogodzili czy coś???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To opowiadanie dobiega końca. Do końca zostały 3 rozdziały. Nie mogę powiedzieć Ci czy się Alex i Josh pogodzili, pogodzą. Każdy spoiler to zło. Trzeba czytać, żeby poznać odpowiedź. :)

      Usuń
  6. Biedna Marianne ;;;; Wiedziałam, że coś się stanie w tę burzę, musiało się coś stać, ale bardziej bym się spodziewała, że Josh się nagle pojawi w którymś ze szpitali :(

    OdpowiedzUsuń
  7. O rety rodzice Caseya a właściwie ocjiec zadzwonił.
    Nie wiem czemu ale pachnie mi tu kryminałem. Jakoś nie ufam rodzicom Caseya.
    Po prostu ten facet mi nie pasuje.
    Wspaniale opisałaś też wypad dwóch par moich kolejnych ulubieńców z burzą w tle.
    Mam nadzieję ja wiem pisałaś już ale że wspomnisz coś o Alexie.
    Czuje taką niedokończoną historię. Josh wyjechał i serio to koniec? Jakoś nie wydaje mi się być w Twoim guście.
    Pozdrawiam serdecznie i będę polować na "Chłopak na święta".
    opowiadanie wydaje mi się być genialne!
    pozdrawiam i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ,,Chłopak na Świeta" to fajne opowiadanie ale ma jeden minus... jak dla mnie stanowczo za krótkie xD

      Usuń
    2. Serena, na "Chłopaka na święta" nie trzeba polować. Sam przyjdzie chętnie, bo od prawie roku jest dostępny na Beezar.pl za darmo. Myślałam, że już go czytałaś. :)
      Patryk Woźniak, zawsze znajdą się jakieś minusy. :DD

      Usuń
  8. Luana ...
    Jesteś okrutna ;-;
    Cały rozdział taki hejpi a końcówka ... massakra ;-; a Richie tak się cieszył ...
    Popieram Rivai ... tak się nie robi ;-;

    OdpowiedzUsuń
  9. Ej no. Już się nastawilam na nowego członka rodziny...w mojej rodzinie tez tak było... więc wiem co czuje Marianna. Szkoda mi jej.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)