7 sierpnia 2016

Buntownik - Rozdział 5



 Hej. :) Zapraszam na kolejny rozdział. Może w nim wyjaśni się z kim ma być Kamil. :D Cieszę się, że udało mi się Was z tej sprawie trochę "zdezorientować". Taki był plan. :D

Przypominam jeszcze tym co może nie wiedzą, że na Beezar.pl ukazał się mój nowy tekst pod tytułem Ogród marzeń. Można do niego przejść klikając okładkę po lewej. :) Dziękuję za każdy zakup. :)
Polecam też: Tam gdzie topnieje lód Tekst kocham i już się nie mogę książki doczekać. :)

Dziękuję za komentarze. :)


– Ja jebię! – Trzasnął drzwiami, jak tylko wpadł do domu dziadka.
– Może byś się tak wyrażał i nie próbował rozwalić domu! – wykrzyknęła matka, wychodząc z kuchni, zwabiona hałasem. Nie była osobą rygorystycznie nastawioną do emocjonalnego wyrażania swoich frustracji, jednak póki co chciała, aby syn nie nadużywał wulgarnego słownictwa. – Coś taki rozjuszony? Co ci znów odbiło?
– Nie będę pracował dla tych porąbańców! Jutro wracam do domu! – wydarł się, omijając matkę i wchodząc do kuchni.
– Przypominam ci, że nie masz domu!
– Bogdan przyjmie mnie na trochę, a potem coś wynajmę, jak znajdę robotę i dostanę wypłatę! Nie będę tutaj mieszkał i bawił się w jakiegoś sługusa, kurwa mać!
– Zaraz zdzielę cię tą chochlą po twojej durnej łepetynie – głos zabrała babcia i uniosła rękę, pokazując, że trzyma rzeczony obiekt w dłoni. Niedługo później w kuchni pojawił się dziadek.
– Co się tam stało? – zapytał mężczyzna. – Wyleciałeś stamtąd, jakby coś chciało cię pożreć.
– Nic. Się. Nie. Stało. Moja sprawa, dziadek. – Już żałował, że tu przyjechał. Najpierw ten Konrad się rządzi, a potem jakiś dupek Szymon będzie mu mówił, że ma pod kimś pracować. Owszem, od Szymona uciekł, bo jego słowa skojarzyły mu się z czymś zupełnie innym. – Nie będę parobkiem. Jak chcecie, możecie nimi być wy, a nie ja.
– Nie podoba ci się tutaj? Sądzisz, że spoczniesz sobie na laurach i nic nie będziesz robił, tylko wlepisz gały w komputer? – Zdenerwował się dziadek. – Tutaj każdy pracuje na jedzenie. Nie będziesz u nich robił, będziesz robił u nas. Pomożesz babci w polu, wypielisz ogródek. Znajdę ci jeszcze wiele innych zajęć.
– Nie, bo mnie tu nie będzie. Jutro wybywam stąd pierwszym autobusem. Nie mam zamiaru przebywać na tej zasranej wsi!
– Jutro nie odjeżdża od nas nawet kawałek autobusu. Dzisiaj też nie – mówiła babka, przyglądając się swojemu wściekłemu wnukowi i mając ochotę trzepnąć go w tę jego zakutą łepetynę. Nie wierzyła, że to ten sam fajny, roześmiany chłopak, którego widziała rok wcześniej. – Dlatego jesteś na nas skazany jeszcze przez dwa dni. Za to może zmądrzejesz i w poniedziałek postanowisz zostać. Myślałam, że lubisz zwierzęta i z chęcią będziesz z nimi pracował.
– Nie będę niczyim sługusem. Przywieź sianko, przynieś wody, wywieź gnój!
– A czy to gorsza robota od innych? – zapytał dziadek. – Bieńkowscy są dobrą rodziną. Bardzo się kochają, pomagają ludziom. Nie wiem, co ci się w nich nie spodobało. Konrad nie przypadł ci do gustu. Jak pojawił się Szymon, to spieprzyłeś, gdzie pieprz rośnie. Zastanów się dobrze, czego chcesz. Jak nie chcesz u nich pracować, to może faktycznie wypierdalaj.
– Tato!
– Co? Taka prawda – odparł ojciec Beaty. – Zobacz, jak go wychowałaś! Nie szanuje ciebie, nas, naszego domu i tego, że chcemy wam pomóc. Wiesz, ilu chłopaków chce pracować nawet przy wywozie gnoju, bo nie mają pracy? – zwrócił się do wnuka. – Gówno wiesz. Kamil, sądzisz, że wrócisz do tego swojego miasta i może będziesz siedział w biurze? Albo co, będziesz sobie popijał, popalał, może z czasem będziesz ćpał, bo nie będzie roboty, godziwej płacy, dachu nad głową i trzeba będzie utopić w czymś smutki? Tak ci wszędzie źle? Tak bardzo ci przeszkadza to, że ktoś chce cię przyjąć do pracy i nie podoba ci się, że będziesz musiał kogoś słuchać? Mam dla ciebie niespodziankę. Tak jest wszędzie. Nie zostaniesz od razu prezesem. Dlatego przemyśl sobie raz a dobrze, czego ty tak naprawdę chcesz. – Mężczyzna odwrócił się na pięcie i wyszedł z domu.
Kamil stał pośrodku kuchni, cały się trzęsąc. Zaciskał pięści tak bardzo, że aż mu kostki pobielały. Nie chciał przyjąć do wiadomości tego, co powiedział dziadek. Coś wewnątrz niego roznosiło go. Potrzebował wyżyć się na czymś, na kimś.
– Niech to wszystko szlag! – krzyknął i wybiegł z domu.
Pani Beata próbowała zatrzymać syna, ale jej matka ją powstrzymała.
– Niech się powścieka. Może coś do niego dotrze. Ech, ci młodzi i gniewni. Sądzą, że mogą wszystko, a tak naprawdę nic nie wiedzą. – Kobieta pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
Tymczasem Kamil wybiegł na dwór i skierował się ku furtce. Może jak się przejdzie, to zapanuje nad sobą. Na razie potrzebował porozmawiać z kimś życzliwym. Wyciągnął telefon, od razu sprawdzając, czy jest zasięg. Zadowolony, w pierwszej chwili miał zamiar zadzwonić do Anki, ale przypomniawszy sobie, że lepiej trzymać ją na dystans w każdy możliwy sposób, wystukał numer do Bogdana Małeckiego. Chłopak odebrał niemal natychmiast.
– Stary, kopę lat.
– Nie jest mi do śmiechu – powiedział Kamil, idąc skrajem szosy. Kierował się w stronę centrum wsi, a do jego głowy powracały wspomnienia tego, jak tu mieszkał.
– Oho, co się stało?
– Ledwie tu przyjechałem, a mam ochotę stąd spierdalać. Chcą, żebym robił w tej stadninie, ale nikt mi nie powiedział, że będę musiał słuchać rozkazów szczeniaka i jego braciszka od siedmiu boleści. Gdyby to była szkoła, to oni by mnie słuchali. – Wszystkim było wiadome, że w ostatnich miesiącach on i jego paczka rządzili w jego już byłym liceum. – Takie wymoczki na ten Konraduś, podobno synuś mamusi, lizaliby moje buty. Tymczasem to ja mam…
– Lizać jego buty? – dopytał Bogdan, który nerwy kumpla uważał za zabawne.
– Bo ci wpierdolę!
– Nie masz jak. Czego ty, kurde, chciałeś? Wiedziałeś, że gdzieś tam masz pracować.
– Ale myślałem, że będzie mi rozkazywał ktoś w wieku mojego ojca lub starszy, a nie siedemnastolatek i jakiś były studencik.
– Ty takich bardzo lubisz.
– Lubię gnoić grzecznych chłopców. – Nie powiedział, że ten Szymon na grzecznego nie wyglądał, bo to by pociągnęło serię innych pytań, na które nie zamierzał odpowiadać. Po prostu o pewnych rzeczach wolał nie myśleć.
– Zarzycki, nosi cię, więc zapal, usiądź na jakimś pieńku, czy co tam macie, i pomyśl na spokojnie, a nie działaj. Sądzisz, że jak jest w mieście? Mój tata ma blisko pięćdziesiątkę i co? Jego szefem jest dwudziestoparoletni debil. Co ma zrobić? Zwolnić się? Wkurzać? Ważne, że ten debil mu płaci. Zamiast wkurwiać się na cały świat, zapytałbyś, ile będziesz zarabiał. Nie pomyślałeś, że z tą kasą po powrocie będzie ci łatwiej? Stary, o czym ty myślisz?
– Pierdol się, Małecki.
– Nie, to ty się pierdol. Najlepiej z jakimś samcem, to może się uspokoisz. A teraz kończę, bo siostra się drze i muszę ją nakarmić. Pamiętaj, ważniejsza jest kasa, a nie to, że ktoś ci rozkazuje. Narka.
– Narka, niańko. – Rozłączył się. Schował telefon do kieszeni i rozejrzał się wokół.
 Stał właśnie koło placu, na którym wieki temu postawiono kościół. Budynek nie był duży, ale bardzo stary, drewniany i z tego co wiedział, niedawno ogłoszono, że był zabytkowy. W tym kościele został ochrzczony, szedł do komunii. Teraz przez jego główne drzwi wyszła jakaś uśmiechnięta para. Przechodząc obok, byli tak sobą zaoferowani, że nawet go nie zauważyli. Usłyszał tylko, że mówią coś o ślubie i jak dobrze, że to już za parę tygodni.
Wyjął papierosa i zapalił go z nadzieją na to, że tutaj nikt nie doczepi się do niego za palenie w miejscu publicznym. Jedyny plus takich sielankowych miejsc. Wypuścił dym i ruszył na dalsze oględziny. Docierało do niego w końcu, że Małecki miał rację. Kasa była bardzo ważna, a skoro będą mu płacić, nie powinno go interesować, kto mu wydaje polecenia. Będzie musiał pogadać z dziadkiem, czy może tam jeszcze wrócić.
Dotarł do budynku, w którym babcia miała sklep spożywczo-przemysłowy. Właśnie weszła do niego jakaś dziewczynka z matką. Ciekawiło go, kto tam teraz sprzedaje, jeżeli babcia jest w domu. Z tego co wiedział, po południu miały się tutaj pojawić z matką. Babka chciała już przejść na emeryturę i mama mogłaby zająć się sklepem. W sumie pracowałaby dla siebie, a nie dla kogoś, więc według Kamila to był duży plus. Ruszył w stronę sklepu, na którym wisiały różne plakaty z cenami i zdjęcia, począwszy od kiełbasy, a kończąc na puszce farby. Skończył papierosa i zgasił niedopałek. Odszukał wzrokiem kosz i wrzucił do niego peta. W tym czasie klientka z dzieckiem zdążyła wyjść z budynku, trzymając w ręce torbę zakupów. Kamil uznał, że to dobra okazja, by wejść do środka.
Otworzył drzwi, a mały dzwoneczek nad nimi zawiadomił ekspedientkę o nowym kliencie. Dziewczyna zza lady uniosła głowę znad tego, co robiła i zaczęła mu się przyglądać. Widział, jak jej głęboko osadzone oczy, otoczone kaskadą ciemnych rzęs, mrużą się, jakby coś sobie przypominała. Jej długie, kasztanowe loki wydały mu się znajome. Na pewno ją znał, ale za nic w świecie nie potrafił skojarzyć osoby z jakimkolwiek nazwiskiem. Obserwował, jak jej oczy powiększają się, a różowe usta odsłaniają białe zęby, na których tkwił aparat ortodontyczny.
– Kamil. – Wskazała na niego palcem. – Jesteś Kamil Zarzycki. Pani Dutkiewicz mówiła, że wracasz z mamą.
– Babcia pewnie to rozpowiedziała w całej wsi.
– Tylko w części – odparła. – Nie poznajesz mnie?
– Nie bardzo.
– Jestem Iwona Gil. Teraz to chyba mnie pamiętasz. – Rozłożyła ręce na boki, prezentując się.
– Iwona. – Tak, przypominał ją sobie. – Wtedy, kiedy widziałem cię ostatnim razem, byłaś pulchną trzynastolatką i chodziłaś w okularach, a także zawsze miałaś przy sobie nieodłącznego lizaka.
– Dużo się przez te sześć lat zmieniło.
– Ktoś dzisiaj już mi coś takiego mówił – odpowiedział i uśmiechnął się. Pamiętał, że Iwona była całkiem fajną osobą, która szybko stała się jedną z jego takich super koleżanek.
– Jak dobrze znowu cię zobaczyć – wyznała dziewczyna.

*

Szymon napoił ostatniego konia i odstawił wiadro. W towarzystwie swojego wiecznie wesołego psa, ruszył do boksu Ariadny, gdzie jego ojciec i sąsiad zajmowali się nogą prześlicznej klaczy. Akurat kiedy do nich podszedł, usłyszał, jak pan Dutkiewicz mówi o swoim wnuku i przeprasza za jego zachowanie.
– Naprawdę nie wiem, co w niego wstąpiło. Nie był taki.
– Młody, narwany. Oczywiście, że nadal ma tu pracę, ale jeżeli nie pojawi się w poniedziałek, dam robotę komuś innemu – powiedział Mariusz Bieńkowski.
– Mam nadzieję, że się pojawi, a nie ucieknie do miasta. Kto wie, co go tam czeka. Jest teraz w takim stanie, że jeszcze by narobił sobie kłopotów.
Szymon przysłuchiwał się przez chwilę rozmowie, a potem wyszedł, uśmiechając się do siebie pod nosem. Dzieciak się przestraszył ciężkiej pracy, czy jego słów? Coś było na rzeczy, ale postanowił się tym nie zajmować. Miał wystarczająco dużo zmartwień i zadań do wykonania. Jeszcze dzisiaj musiał pojechać belować siano, a do wieczora trzeba będzie je zwieść. Na jutro zapowiadali deszcze, więc powinien się śpieszyć.
Pogłaskał skaczącego wokół niego labradora, wyszedł ze stajni i podszedł do bordowo-srebrnego, ciężkiego motoru, na którym siedział Konrad. Chłopak wciąż nie ustawał w namowach, żeby Szymon nauczył go jeździć. Odmawiał, bo uważał, że motory są na tyle niebezpiecznymi maszynami, że każdy w wieku jego brata powinien się trzymać od nich z dala. Nie tak dawno, bo na początku wiosny, w sąsiedniej wsi, na motorze, zabił się osiemnastoletni chłopak. Dzień wcześniej rodzice dali mu w prezencie motor. Szymon nie chciał myśleć o tym, co oni czują i nie zamierzał doświadczać czegoś podobnego, gdyby coś się stało jego najmłodszemu bratu.
– Złaź.
– Ej, no.
– Konrad, spadaj. To nie jest zabawka. Masz rower.
– Pfi, rower. Wolę to.
– Nawet nie ruszysz nim z miejsca. To pojazd dla silnych facetów, nie chucherka, jakim ty jesteś. Złaź – rozkazał stanowczo Szymon.
– Dobra. – Siedemnastolatek zszedł z Hondy Varadero, wiedząc, że brat i tak nie ustąpi. – Jak ci się podoba ten Zarzycki? Nie lubię go. Sądzi, że jest od nas lepszy.
– Gówniarz musi się jeszcze wiele nauczyć.
– Dokładnie – przyznał Konrad, patrząc z utęsknieniem na motor. – Myślisz, że będzie u nas pracował?
– Jak nie jest tchórzem, to będzie. – Złożył stopkę, na której opierał się pojazd i podprowadził go pod ścianę stajni. Po południu zaprowadzi go do garażu. – Pomożesz mi dzisiaj przy sianie. Za chwilę pojadę je jeszcze pograbić, a po obiedzie zbeluję. W poniedziałek trzeba otruć trawę w ziemniakach.
– Tata powiedział, że się tym zajmie. Ty, jak coś, masz być przy tym nowym. Pomóc ci zapiąć zgrabiarkę? 
– Tak, bo do traktora podpięta jest przewracarka. – Obaj ruszyli w inną część posesji, gdzie po drugiej stronie stały trzy traktory różnej wielkości, a obok, w ogromnej hali, znajdowały się maszyny do prac polowych.
Szymon wziął z szafki klucze do jednego z ciągników. Wybrał ten mniejszy i wsiadł do niego. Wsunął kluczyk do stacyjki. Komputer zamontowany w traktorze uruchomił się, pokazując mu wszystkie dane.
– Konrad? – Wychylił się z ciągnika.
– No? – Chłopak uniósł głowę znad telefonu.
– Odepnij przewracarkę, a ja podjadę po grabiarkę.
– Dobra. Tylko czekaj, bo mama esemesa napisała. – Dom był na tyle daleko, że ich mama, zamiast wychodzić z domu i wrzeszczeć do nich co sił w głosie, czasami wolała napisać im wiadomość. – Mówiła, że za dwie godziny będzie obiad i mamy się na niego stawić.
– To spoko. Do tej pory przyjadę już z pola.
– Szymek?
– Co tam?
– Nadal myślę o tym Kamilu.
– Co wymyśliłeś?
– Mówiłeś, że trzeba dzisiaj zwieść siano, więc może by go tak zawołać do pomocy?
– Wolę nie, bo jeszcze biedaczyna naprawdę zwieje i nie pojawi się w poniedziałek – odpowiedział Szymon. – Byłaby to duża strata.
– Ta.
– Przestań już o nim myśleć, bo powiem, że się zakochałeś.
– Chyba ty, biorąc pod uwagę to, jak na niego patrzyłeś. Ja wolę dziewczyny. – Od dwóch lat wiedział, że jego brat jest homoseksualistą i nic sobie z tego nie robił. Traktował go tak, jak robił to zawsze. W rodzinie wszyscy wiedzieli o orientacji mężczyzny, ale każdy, łącznie z Szymonem, trzymał to w tajemnicy. Nie byli pewni, jak większość ludzi na wsi zareagowałaby na niego. Konrad czuł żal z tego powodu, bo Szymon ciągle był sam. Parę razy był w jakichś związkach, ale wszystko szybko się rozpadało, a jego brat nigdy nie powiedział mu, jakie były tego powody.
– Nie, nie jest w moim typie. Poza tym nie wiemy nawet, czy jest…
– Heteryk by tak na ciebie nie patrzył.
– No, ruszaj cztery litery, bo nie ma czasu. – Wolał odwrócić myśli brata od swojej osoby. – Ty masz jeszcze wykosić trawnik koło stajni. Tym obok domu sam się zajmę w poniedziałek.
– Dobra, już dobra.
– Ruchy, bo jeszcze muszę zatankować u Zdziśka.

*

Iwona podliczyła pieniądze i po chwili wydała klientowi resztę.
– Pozdrów Agatę. Cześć.
– Cześć – odpowiedział mężczyzna i wyszedł.
– Powinieneś go znać – zwróciła się Iwona do Kamila. – To brat Agnieszki Lewandowskiej.  Nieważne. – Machnęła ręką, spostrzegając, że Kamil nie wie, o kim ona mówi. Zmieniła temat: – Pracuję u twojej babci od paru miesięcy. Niestety, mogłam przychodzić tylko po południu na dwie godziny i w soboty, bo chodziłam do szkoły. Teraz jestem po maturze, więc będę pracować częściej, o ile twoja mama mnie nie wywali. – Zaśmiała się. – Zanim zacznę studia, chciałabym coś dorobić, aby rodzice nie musieli za wszystko płacić. A ty jak tam? Idziesz na studia?
Kamil oparł się łokciami o ladę. Fajnie mu się z nią rozmawiało. Czas mu za to szybko leciał.
– Nie. Nawet nie wiem, czy maturę zdałem.
– Uuu, to kiepsko. – Sięgnęła na półkę po paczkę gum do żucia Orbit. Skasowała ją i zapłaciła za nią. Rozwinęła opakowanie i podsunęła pod nos dawnego kolegi. – Chcesz? Chyba, że już nie lubisz.
– Co ci będę zabierał. – Uświadomił sobie, że nie podejmując pracy u Bieńkowskich, nie stać go było nawet na paczkę ulubionych gum do żucia.
– Masz. Przecież nie daję ci całej. Częstuję tylko.
– Dzięki. – Wziął jeden listek. – A ty na jakie studia idziesz? – Po rozwinięciu papierka włożył miętową gumę do ust.
– Na weterynarię. Kocham zwierzęta i chcę im pomagać. Twój dziadek powiedział, że jak będzie trzeba, to mi zawsze pomoże. – Spojrzała w bok, bo drzwi się otworzyły i wszedł nowy klient.
Kamil szepnął do niej, że musi już lecieć, ale jeszcze wpadnie. Nie wymienili się numerami telefonów, lecz w tak małej wiosce, liczącej dwa tysiące mieszkańców, szybko się spotkają. Pożegnał się i wyszedł na zewnątrz. Spojrzał w niebo. Jego nerwy już minęły. Całe szczęście. Zadzwonił jeszcze do domu i powiedział, gdzie jest. Dodał, że idzie na dalszy obchód terenów i wróci na obiad.
Mijając w wiosce ludzi, często siedzących pod swoimi domami, bawiące się dzieci czy nawet szczekające psy, rozmyślał, jak dużo się tutaj zmieniło. Niby minęło tylko sześć lat, a powstało tak wiele nowych domów. Drewniane prawie zniknęły z architektury wioski. Nie rozpoznawał połowy ludzi. Niektórych pamiętał, jak swoją wychowawczynię z podstawówki, panią Kawecką. Była bardzo wymagająca i nieustępliwa. Nie znosił jej starszego syna, Artura. Dzieciak zawsze się wymądrzał, uważał się za lepszego od niego i wyśmiewał go, i nie tylko. Tak, w jego przeszłości bywały ciężkie chwile i Kamil po wyjeździe postanowił się zmienić. Nie od razu poszło tak łatwo, jak przewidywał, ale z czasem, zamiast dawać się gnoić innym, zaczął robić to samo. Nie zabierał dzieciakom kasy, nie bił kujonów, ale nikt mu nie mógł podskoczyć. Z zakończeniem liceum wszystko się zmieniło i właśnie to do niego dotarło, jak wyjeżdżał.
– Uważaj! – Usłyszał krzyk, a potem ktoś odciągnął go z drogi. Czuł, że przewraca się z tą osobą, a ledwie przed jego nosem, z piskiem opon, przejechał rozpędzony samochód. Serce mu zamarło ze strachu. Właśnie ktoś uratował mu życie. Spojrzał na tego kogoś, wciąż trzymającego go na ziemi, i coś go trafiło. 

_________________________________
 Nie będzie wizerunków postaci, bo ich po prostu nie mam. Do tekstów, które wydaję na Beezar.pl tym bardziej wizerunków nie dodaję, bo to niemożliwe. Ale Szahzei zapytała o wizerunki i jedyne co mam to tylko Szymon. A raczej postać która była pierwowzorem Szymona.

8 komentarzy:

  1. Rozdział fajny, taki spokojny wprowadzający kamila w zycie na wsi, weny Lu :)
    Karota

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje ulubione opowiadanie się wstawiło <3. Oł yeah.
    Ja coś tak przeczuwałam, że Kamiś i Szymon :D A z tej drogi to na bank on go odciągnął XD. W sumie fajna była taka niepewność, z kim będzie się działo :D.
    Opowiadanie mi się podoba, zawsze lubiłam wieś i przyjemnie się o tym czyta :). Sama chętnie bym wyjechała w takie miejsce, wypocząć i naładować akumulator.
    Trochę mnie Kamiś wkurzył tym swoim podejściem do roboty. Żadna praca nie hańbi jak to się mówi, a w wieku 19 lat, to już w ogóle trzeba się łapać wszystkiego, czego się da :).
    Mam jeszcze jedno pytanie do Ciebie. Planujesz wstawić tutaj postacie? Mam na myśli jak wyglądają itd? Jakoś tak zawsze pózniej lepiej mi się wyobraża tych, o których czytam :)
    No nic, czekam na następny rozdział. Buzka :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam wizerunków postaci. Nawet bym nie znalazła tego co mam w głowie. Ale jest postać, która była pierwowzorem Szymona. Dodałam jego zdjęcie pod tym rozdziałem. :)
      Ja mieszkam na wsi i nie wyobrażam sobie mieszkać w mieście. Dla mnie wieś to jest właśnie to co kocham. :)

      Usuń
  3. No uwielbiam to opowiadanie taaak mocno! Nawet chyba sobie nie wyobrażasz jak bardzo! Jest jakies....jedyne w swoim rodzaju i trafia w moje serce z całą swoją siłą :)
    /A

    OdpowiedzUsuń
  4. Haha ja czytając Buntownika myślałam z początku "Kurczę, ten Konrad ma być z Kamilem? Obaj mają ostre charakterki, jak oni się dogadają?" Ale po pojawianiu Szymka już było jasne kto jest drugą (upartą, trochę denerwującą i czasami (2 część) dziecinną) połówką Kamilka. Ale i tak kocham tego rudzielca ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Liczę na to ,że to Szymon uratował Kamila przed potrąceniem i naszego buntownika trafiła strzała amoraXD
    Mam nadzieję ,że wybawicielem nie okaże się Hubert ,który jednak nie lubi dziewczyn.
    Nie dla tego ,że Huberta nie lubię(na razie ciężko mi wyrobić zdanie o braciach) ,ale już tak jest ,że wybieram postacie ,które mają być razem.
    Czuję toXD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorki;-;
      Skąd wziął się Hubert;-; o żadnym nie czytam ani nie myślę XD

      Chodziło o Konrada a nie żadnego Huberta.

      Usuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)