14 maja 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 16



Zainteresowanym przypominam, że do kupienia dostępna jest kolejna część "Szczęście od losu). Można nabyć tekst tutaj: Book-Self lub tutaj: Beezar.
Na Book-Self dostępny jest też pakiet tych dwóch części. W pakiecie oba tomy można kupić taniej. Dostępny jest tutaj: Pakiet. 


Dziękuję za komentarze. :)

Szymon spojrzał jeszcze raz na adres, a potem na numer ulicy, przy której zaparkowali. Podświadomie obawiał się tego co napotka. Zamiast bloków wybudowanych z płyt zastał kilka domów jednorodzinnych. Pamiętał, że gdy był mały, rodzice mówili, że w tej dzielnicy zburzono stare bloki, bo zagrażały życiu mieszkańców. Ściany pękały, sufity także, więc podjęto decyzję o pozbyciu się straszących molochów. Nie miał jednak pojęcia, co stało się z mieszkańcami. Na pewno dostali nowe lokale. Tylko gdzie?
– Chyba mamy problem – stwierdził Kamil, również spoglądając na adres.
– Odnalezienie tych ludzi nie będzie takie łatwe.
– Pasowałoby zapytać kogoś, kto orientowałby się w tym, co się stało z dawnymi mieszkańcami. A kto wie, może jacyś z tych nowych domów tam mieszkali. Warto byłoby popytać starszych ludzi.
– Chyba zwariowałeś. Kamil, chcesz chodzić od domu do domu i wypytywać mieszkańców?
Chłopak wzruszył ramionami.
– A co, poszczują mnie psami? Warto spróbować. Ewentualnie można iść do jakiegoś księdza. Tacy znają historię swoich parafian. A jak nie, to w księgach na pewno jest coś napisane.
– To wolę popytać ludzi. Z tego co wiem, tutejsza parafia jest młoda, więc jakiekolwiek zapiski narodzin, śmierci, ślubów są zaledwie sprzed pięciu lat. – Odłożył dokument z adresem. – Zostawimy tutaj samochód, bo jakoś nie widzę, gdzie można zaparkować na tamtej ulicy. Pochodzimy, może na coś trafimy. – Na wszelki wypadek wolał posłuchać partnera, bo nie chciał, aby coś przegapili.
– Zbieramy cztery litery i do dzieła – zarządził Zarzycki. – Czas leci. Godzinę zajęło nam dojechanie tutaj.
– Pomyśleć, że gdyby nie głupota dziadka, mojego ojca, który potwierdził słowa…
– Przestań, dobra? Szymek, będziesz to wypominał do końca życia? A może warto by…
– Tylko nie zaczynaj. – Wycelował w niego palec. – Jeśli nie chciałeś ze mną jechać, trzeba było powiedzieć. – Podenerwowany Szymon nieznacznie podniósł głos.
– Spoko, facet, nie jestem twoim wrogiem. Daj na luz. – Pokręcił głową. Szymon pół drogi warczał, złoszcząc się na coś lub kogoś. Mężczyzna żył w tak dużym napięciu, że w każdej chwili mógł wybuchnąć. Kamil zawczasu wolał go uspokajać.
– Pogadajmy z kimś i z głowy. – Bieńkowski opuścił samochód. Poczekał aż chłopak zrobi to samo i wtedy zamknął auto.
– Razem pytamy czy każdy osobno?
– Może osobno, będzie szybciej.
– W porzo. – Wrzucił drażetkę gumy do ust. Tego nałogu się nie pozbędzie. Chociaż z niepaleniem też gorzej mu szło. W samochodzie wypalił jednego i teraz miałby ochotę na kolejnego papierosa. – To może pytaj tych po lewej stronie, ja po prawej. Jak coś, to dzwonimy jeden do drugiego.
– Aha. Mieszkańcom mówimy, że szukamy mojego wujostwa, które tutaj mieszkało, zanim zburzono bloki.
– Dobra. – Poklepał go po ramieniu i poszedł w swoją stronę. Obejrzał się jeszcze na Szymona, ale mężczyzna już naciskał dzwonek przy furtce pierwszego domu.
Czas leciał, a oni obaj na nic nie trafili. Głównie mieszkały tutaj młode osoby, często takie, które wprowadziły się niedawno. Szymon coraz bardziej się denerwował. Miało pójść tak gładko. Natomiast Kamil starał się do tego podchodzić na spokojnie, z uśmiechem. Właśnie zapukał do jednego z ostatnich domów. Kiedy drzwi się otworzyły, ujawniając może trzydziestoletnią brunetkę o krótkich włosach, pokazał swój najlepszy uśmiech.
– Tak? Kim pan jest? Nic nie kupuję.
– Nie jestem akwizytorem. Mam na imię Kamil. Mój przyjaciel i ja szukamy kogoś, kto mieszkał w blokach, które wiele lat temu tutaj stały. Wiemy, że rodziny gdzieś przeniesiono, ale nie mamy pojęcia, co się z nimi stało. Szukamy wujostwa mojego przyjaciela. Jego rodzice dawno temu stracili kontakt z tymi osobami i on teraz chciałby ich odnaleźć. Czy wie pani coś na ten temat albo chociaż zna kogoś, kto coś wie? – wypalił wszystko na jednym wydechu, mając nadzieję, że kobieta go zrozumiała. W każdym razie wpatrywała się w niego z zaciekawioną miną.
– Widziałam was przez okno i zastanawiało mnie, dlaczego dwóch chłopaków chodzi od domu do domu. Przygotowałam sobie dobrą mowę, jak odprawić akwizytora. Co do pana pytania… Moja mama mieszkała w jednym z tych bloków, ale nie wiem czy znała wujostwo pana przyjaciela.
– Czy mógłbym… moglibyśmy z nią porozmawiać?
– Tak. Proszę wejść.
– Chwileczkę, tylko zadzwonię do przyjaciela i go zawołam – mówiąc to, wyjmował telefon.

*

Weszli do przestronnego pokoju z bardzo ciemnymi i starymi meblami. Wiele z nich wyglądało jak antyki. W sumie w ogóle w pokoju było jak w muzeum, ale nastrój, który tu panował był ciepły i miły. Usiedli na wygodnej kanapie, naprzeciwko której stały dwa fotele. Na jednym z nich spał szary kot. Zwierzak leniwie podniósł łeb, popatrzył na nich, a potem z powrotem zapadł w drzemkę.
– Mama zaraz zejdzie – powiedziała kobieta, która ich wpuściła. – Mogę panów czymś poczęstować? Może kawy, herbaty?
– Dwie kawy – poprosił Kamil.
– Zaraz przyniosę. O, mama już jest.
Szymon z Kamilem grzecznie wstali i powitali się z przybyłą. Wyglądała na starszą niż ich rodzice.
– Proszę, siadajcie. – Starsza z kobiet wskazała kanapę. Sama zajęła miejsce na wolnym fotelu. – Córka powiedziała mi, w jakiej sprawie przychodzicie, ale nie wiem czy będę mogła wam pomóc. Kogo szukacie?
– Szukamy Marii i Walentego Kłosińskich. Wiemy, że mieszkali w bloku z numerem jedenaście. Mieli mieszkanie na drugim piętrze.
– Kiedy zamieszkałam z rodzicami w jednym z tych bloków, miałam dwanaście lat. Gdy dorosłam i wyszłam za mąż, także pozostałam w naszym mieszkaniu, które kochałam. Tam urodził się mój najstarszy syn, kiedy karetka nie zdążyła na czas. Dobrze wspominam tamte czasy. Teraz mam sześćdziesiąt parę lat i mogę powiedzieć, że całe moje życie to były właśnie te stare zabudowania, które w końcu nie wytrzymały upływu czasu. – Uśmiechnęła się do córki, która przyniosła kawę. Przed nią postawiła filiżankę czerwonej herbaty. Do tego poczęstowała gości sernikiem z brzoskwiniami. – Proszę, częstujcie się. Sernik córka piekła. Pracuje w cukierni i piecze doskonałe ciasta. Ale ten jest typowo domowy według przepisu mojej matki.
Kamil posłodził sobie kawę i od razu zabrał się za sernik. Natomiast Szymon był bardziej powściągliwy. Wolałby się czegoś dowiedzieć, niż napychać słodkim. Mimo tego także posłodził kawę i wbił widelczyk w ciasto.
– Może nam pani powiedzieć, czy…
– A powiem wam, powiem.
– Mama dużo działała w tamtych czasach. Była taką… Jakby to powiedzieć… Działaczką we wspólnocie mieszkaniowej. – Młodsza z kobiet wzięła kota na kolana i usiadła w fotelu, zaczynając głaskać zwierzę. – Znała mieszkańców bloków, więc może i pana wujostwo także…
– Łucja, ja może nie znałam osobiście państwa Kłosińskich, ale moja sąsiadka tak. Poza tym było o nich głośno.
Szymon wyprostował się, słysząc wiadomość. Możliwe, że wreszcie na coś wpadli?
– Wiem tylko, że Walenty został o coś oskarżony i zamknęli go w więzieniu. Sąsiadka mówiła, że ta jego żona ciężko przędła. A młoda z niej była kobieta. On był od niej dużo starszy. Spodziewała się dziecka. Niestety przez to wszystko poroniła. Z tego co wiem, to więcej dzieci nie mogła mieć. On też długo siedział. Wypuścili go chyba w osiemdziesiątym piątym. Na pewno coś koło tego. – Wzięła filiżankę do ręki. Zamieszała herbatę. – Źle im się wiodło. Mieszkańcy pomagali, ile się dało, ale jak się samemu nie ma, to co można dać innemu? Wyprowadzili się na długo wcześniej zanim ściany bloków zaczęły pękać. Do dzisiaj pamiętam jak mamusia przestraszyła się, kiedy na suficie pojawiła się wielka rysa.
– Nie wie pani, gdzie mogli się wyprowadzić? – zapytał szybko Szymon, nie chcąc, żeby kobieta zmieniła temat.
– Ludzie powiadali, że wyjechali gdzieś do Kaliny, ale inni mówili o Czarnej Lisieckiej[1].
– To kawał drogi stąd. Myśli pani, że moje wujostwo mogło aż tak daleko zajechać?
– Pojechali za pracą. Podobno on jakąś dostał. Wtedy nie było lekko. A w końcu to był były więzień, jeszcze jakiś polityczny, więc nie miał łatwo czegoś znaleźć. Ja bym była za Czarną, bo o Kalinie tylko raz wspomniano. A w Czarnej mieli więcej możliwości. Teraz to miasteczko, lecz dawniej była dość bogata wieś. Czasami do pracy na roli kogoś przyjmowali. A pana ojciec nie szukał swojej ciotki?
Szymon na chwilę zaniemówił. Na szczęście miał w ustach kawałek sernika, więc zdobył dla siebie trochę czasu, by poszukać odpowiedzi. Kamil przez ten cały czas milczał, woląc nie wtrącać się do rozmowy.
– Mój ojciec bardzo pokłócił się z kuzynką i od tamtej pory słuch o niej zaginął. – Nie lubił tego, ale musiał kłamać. Tylko tak mogli się czegoś dowiedzieć.
– Rozumiem. Nie warto żyć w niezgodzie. Mam nadzieję, że ich odnajdziecie. Jeśli on żyje, jest już bardzo stary, ona może ma z tyle co ja. Och, młoda wtedy była. Gdyby nie załamała się po utracie dziecka, dałaby sobie radę. Wyszkoliła się na krawcową. Ładne ubrania szyła. Ale jej problemy, poronienie, mąż przebywający w więzieniu coś w niej zabiły.
Kobieta nie wiedziała, że mówiąc to wszystko przysparza Szymonowi kolejnych powodów do winy, pomimo że to nie on skrzywdził tę rodzinę.
– Dziękuję pani. Wiem teraz, gdzie mogę kontynuować poszukiwania. Jeśli w Czarnej Lisieckiej nic nie znajdę, poszukam w Kalinie. – Obie wsie dzieliło ponad osiemdziesiąt kilometrów, ale będzie szukał Kłosińskich nawet na końcu świata.
Pożegnali się, podziękowali za gościnę i kilka minut później wsiedli do samochodu. Szymon, oparłszy głowę o zagłówek, zamknął oczy.
– Nie bierz wszystkiego do siebie – poradził Kamil, biorąc go za rękę.
– Ciekawe co ty byś zrobił, gdyby trafiło na twoją rodzinę – warknął Szymon. – Zamiótłbyś wszystko pod dywan i zapomniał? – Popatrzył na niego piorunująco.
– Tak. Tak właśnie bym zrobił. Na pewno nie niszczyłbym dobrej relacji z ojcem, bo kiedyś tam popełnił błąd, posłuchał swojego rodzica, myślał, że robi dobrze.
– W tym względzie się różnimy. Ja nie mogę tak, jak ty.
– I przez to stresujesz się. Zobacz, jak ci się ręce trzęsą.
– To nic. Po prostu ta kobieta tyle powiedziała… Stracili dziecko. Nie mogli mieć ich więcej.
– Szymon, przestań.
– Jak mam do cholery przestać?! – Uderzył pięściami w kierownicę. – Czuję, że muszę zrobić to, co robię, bo to jest dobre. A ty mi mówisz, żebym przestał? Jeszcze rano mnie popierałeś, mówiłeś, że pomożesz! Teraz chciałbyś, abym się wycofał? Mogłem sam pojechać.
– Do diaska! Nie zrozumiałeś mnie. – Chwycił jego twarz w obie dłonie i powiedział: – Mówię, żebyś przestał to rozgrzebywać i nad tym tak rozmyślać. Po prostu poszukajmy tych ludzi i tyle. Nie miałem zamiaru puścić cię samego. Ktoś musi za ciebie myśleć. – Pochylił się do przodu i pocałował krótko. – Jedziemy do tej Czarnej. A tam będziemy pytać, szukać. Damy sobie radę. Ale razem, więc nie odpychaj mnie, bo dam ci takiego kopniaka w te twoje seksowne cztery litery, że nie siądziesz na dupie przez miesiąc.
 Już się boję. – Szymon w końcu się uśmiechnął. Przekręcił nieznacznie głowę, by ucałować dłoń Kamila. Po raz kolejny przyznał sobie w myślach, że dobrze mieć tego chłopaka przy swoim boku. – To jedziemy, co?
– Mhm. Może tam zjemy jakiś obiad albo kupimy w sklepie coś do żarcia.
– Na pewno. Zanim zajedziemy, będzie późnie popołudnie.

*

Tak jak powiedział Szymon, dojechali do Czarnej Lisieckiej na siedemnastą. Miasteczko składało się z kilku ulic, sklepów oraz nowych niskich wielorodzinnych bloków. Nie była to duża mieścina, ale na pewno o wiele większa niż Zydel, którego sołtys walczył o prawa miejskie. Szymon z pomocą GPS–u odnalazł bar, pod którym się zatrzymali. Byli potwornie głodni, mimo że po drodze wstąpili na stację benzynową, żeby zatankować, skorzystać z toalety i tam kupić hot-dogi oraz herbatę.
– Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć we wsi czy w małym miasteczku, idź do spożywczaka lub baru – rzekł Kamil, kiedy wchodzili do prosto urządzonego wnętrza, takiego jakich wiele w takich miejscach. Od razu poczuł na sobie wzrok tutejszej klienteli.
– Mam nadzieję, że znów się nie mylisz i ktoś nam coś powie. Ale najpierw coś zamówmy.
Podeszli do baru, za którym stał około pięćdziesięcioletni mężczyzna, łysy na czubku głowy, w fartuszku osłaniającym duży brzuch, lekko gburowaty. Właśnie nalewał piwo do kufla.
– Dobry wieczór – przywitał się Bieńkowski.
– A dobry. – Barman podał klientowi piwo i skupił się na nowych gościach. – Co podać?
– Chcieliśmy coś zjeść.
– Jesteście tu nowi. Wiem, bo znam tu każdego. To mój lokal. I mówię wam, że w tej okolicy dajemy najlepiej jeść. Nowych uprzedzamy, że alkohol wydajemy do dwudziestej trzeciej i nie ma tu pijackich bijatyk.
– Nie przyjechaliśmy się tutaj bić. Jesteśmy przejazdem. Szukamy kogoś. Chcieliśmy też coś zjeść – przypomniał mu Bieńkowski, przyglądając się z uwagą właścicielowi lokalu.
– Informacji nie sprzedaję, ale jedzenie tak. Tam macie wypisane, co podajemy na kolację. – Wskazał za siebie na dużą tablicę.
Kamil z Szymonem zobaczyli ją już wcześniej i wybrali rybę z frytkami, więc to właśnie zamówili. Usiedli przy drewnianym, wolnym stoliku. Przestali wzbudzać zainteresowanie ludzi i każdy zajął się w końcu swoimi sprawami.
– Wątpię, czy dzisiaj się czegoś dowiemy – powiedział Zarzycki, czekając na zamówienie.
– Jeśli nie dziś, to poczekamy do jutra. Widziałem tutaj motel, to możemy się tam zatrzymać. A i tak wolę nie wracać po nocy. Jestem zmęczony.
– To wynajmiemy jakiś pokój i najwyżej jutro popytamy o Kłosińskich.
– Proszę, to dla panów. – Przy ich stoliku pojawiła się niska, szczupła kobieta. Postawiła przed nimi pełne talerze. – Mój mąż powiedział, że kogoś szukacie.
– Tak. Chcieliśmy się czegoś dowiedzieć na temat pewnego małżeństwa, które wiele lat temu mogło tutaj zamieszkać – odpowiedział grzecznie Szymon. Uśmiechnął się na to, jak wygłodniały Kamil rzucił się na jedzenie. – Chodzi o Marię i Walentego Kłosińskich.
Kobieta zamyśliła się, przytulając tacę do piersi.
– Nie kojarzę, ale dopiero od dwóch lat tutaj mieszkamy. Najlepiej będzie, jeśli pójdą państwo do księdza Truskiewicza. Jest w Czarnej już od czterdziestu lat. Wie wszystko i zna wszystkich od tego małego po starego. Pamięta nawet tych, którzy już od dawna nie żyją. Dobry z niego ksiądz, a jeszcze lepszy człowiek. Nie to co w sąsiedniej parafii. Tam tylko pieniędzy żąda i nic nie robi. Na wakacje sobie jeździ. A naszego biskup chce na emeryturę wysłać i boimy się, czy aby jakiś podobny do tamtego nie obejmie stanowiska. Och, nie ma to już takich księży, jacy byli dawniej. Oj, nie ma.
– Chętnie porozmawiamy z waszym proboszczem – odezwał się Zarzycki po tym, jak przełknął. – Nie wie pani, czy przyjąłby nas dzisiaj?
– Nie ma go. Pojechał na rekolekcje dla księży, ale jutro wraca. Powinien być koło południa. Wtedy po prostu idźcie na plebanię. Na pewno was przyjmie.
– Dziękujemy.
– Smacznego życzę. – Uśmiechnęła się do nich i odeszła.
Odprowadzili kobietę wzrokiem.
– Wygląda na to, że na sto procent tutaj zostajemy. Zadzwonię do mamy, że jutro też musi się sama zająć sklepem.
– Zjemy i poszukamy tej plebanii. Potem wynajmiemy jakiś pokój.
– Nie zadzwonisz do rodziny, aby uprzedzić ich, gdzie jesteś? – zapytał zaskoczony Kamil.
– Później. Jedz. – Pochylił się nad talerzem, jasno dając partnerowi znak, że temat skończony.
Po tym jak zjedli, napili się czegoś i zapłacili za kolację, wyszli na zewnątrz, by poszukać kościoła. Dzięki temu będzie im łatwiej odnaleźć plebanię. Szli w milczeniu, każdy zajęty własnymi myślami. Oglądali wystawy miejscowych sklepików, przyglądali się ludziom. Po całym dniu jeżdżenia spacer okazał się zbawieniem dla ich nóg. Dlatego nawet po tym, jak odnaleźli plac kościelny z imponującą plebanią, nie śpieszyli się z powrotem do samochodu.
Kamil w tym czasie zadzwonił do mamy i czekał, aż Szymon skontaktuje się ze swoją rodziną. Przecież wszyscy sądzili, że oni dzisiaj wrócą. Jak dojeżdżali do Czarnej Lisieckiej, dzwonił pan Mariusz, ale Szymek nie odebrał, tłumacząc się tym, że prowadzi. Kamil wiedział, że jego partner trudno wybacza i potrafi być uparty jak osioł. Ale mimo wszystko mężczyzna ma dobre serce, najlepsze ze wszystkich ludzi jakich do tej pory poznał.
W końcu wrócili do samochodu i wyjechali kawałek za miasteczko, by odnaleźć niewielki motel, w którym wynajęli jeden pokój, oczywiście z dwoma łóżkami. Zmęczony Szymon położył się na jednym z nich. Natomiast Kamil nie potrafił zrozumieć, dlaczego ten jeszcze nie skontaktował się z rodziną.
– Jesteś zły na ojca, ale mama…
– Kamil, przymknij się. Mówiłem ci, że jakbyś był na moim miejscu…
– A ja powiedziałem ci, że nie zachowywałbym się w ten sposób. Zadzwoń do domu. Nie zachowuj się jak dziecko.
– I kto to mówi? – Szymon usiadł. – Kto przed długi czas zachowywał się jak dziecko? Komu to nie zależało na rodzinie i miał ją przed długi czas w dupie?
– To przeszłość.
– Kto mnie miał w dupie, uciekając jak tchórz?
Kamil poczuł te słowa tak, jakby ktoś fizycznie uderzył go pięścią w klatkę piersiową. Kłócili się już nie raz, ale od bardzo dawna mężczyzna nie wypominał mu jego ucieczki. Pokręcił głową i schował ręce do kieszeni, zanim coś rozwali.
– Szymon, ostatnio jesteś prawdziwym dupkiem – syknął przez zaciśnięte zęby.
– A ty dzieciakiem, który gówno rozumie! – Bieńkowski wstał i zaczął krążyć po pokoju. – Nie wiesz, co czuję. Całe życie miałem moją rodzinę za dobrą, porządną…
– Już to mówiłeś – prychnął Kamil. – Ciągle to powtarzasz. Nadal jednak nie rozumiem, jak przez paręnaście godzin mogłeś się tak zmienić… na gorsze. To twoja rodzina. Nie potrafię zrozumieć tego, jak możesz mówić o swoim ojcu, że jest skurwysynem. Mój tak, ale nie twój! Jak możesz mi wypominać, że wyjechałem, podczas gdy ty potraktowałeś mnie jak podpalacza! Ja ci wybaczyłem, ale ty tak naprawdę tego nie zrobiłeś.
Spojrzał na Zarzyckiego srogo. W jaki sposób od namowy na zadzwonienie do mamy przeszli na to, co działo się pomiędzy nimi kilka miesięcy temu? Sam to wyciągnął, wypominając mu ucieczkę.
– Nie wybaczyłeś mi. Wydawało ci się, że to zrobiłeś, bo byłeś pod wpływem listu…
 To nie tak! Kamil… – Ukrył twarz w dłoniach, po czym zmęczonym wzrokiem popatrzył na partnera. – Mam wrażenie, że ostatnio nad niczym nie panuję. Zaatakowałem w styczniu tego faceta od kotów i miałem ochotę go zabić. Rozumiesz? Choroba Zefira, problemy z sianem, które muszę kupować, bo przez durną instalację elektryczną, którą zapomniałem wymienić, straciłem wszystko. Ciebie też na długi czas. I to ja zawiniłem. Teraz doszła do tego moja rodzina która okazała się jednym wielkim kłamstwem. To mnie przerasta… wisi nade mną jak topór kata. Do tego nadal mam masę kredytów do spłacenia, a te nie będą czekać. Nie wiem jakie będzie lato, czy znów nie będzie suszy, a może wciąż będzie lało. Gdyby było takie jak trzeba, to wtedy będą plony, sprzedam je, spłacę każdy z kredytów do końca. Ale tak pięknie nigdy być nie może. Ciągle się boję, że coś się stanie i to będzie moją winą. Muszę też odnaleźć tę rodzinę, bo nie da mi to spokoju. Muszę przeprosić ich za dziadka, za ojca i wtedy będę mógł żyć dalej. Może wybaczę tacie. Myślałem, że jesteś po mojej stronie, że jesteś ze mną w tym wszystkim.
– Bo jestem. Tylko… Szymon, odkąd poznałem ciebie i twoją rodzinę, a później zacząłem obserwować wasze relacje, to czułem zazdrość, że potraficie być ze sobą tak zżyci. Cała rodzina ciebie akceptuje, jest z tobą, a ty teraz ją odpychasz, bo okazała się nie być taka, za jaką ją miałeś? Staram ci się pomóc, abyś nie zerwał tych więzi. Spójrz na mnie i na mojego ojczulka. Wiesz co się czuje, kiedy własny rodzic mówi, że nie ma już syna? – Przysiadł na komodzie, opierając ręce po bokach bioder. Wpatrzył się w zielony dywan. – Wtedy zabolało, ale chyba jeszcze miałem gdzieś jego słowa, jednak teraz, kiedy patrzę na to, jak mnie traktuje… Jestem powietrzem. A jeśli mnie nie ignoruje, to drze się na mnie. Twój ojciec z w porównaniu z moim to anioł. W młodości popełniał błędy, jak każdy. Poza tym sam ci powiedział, jakie to były czasy. I proszę cię o jedno… Wybacz mu kiedyś. – Popatrzył smutno w oczy Szymona. – Żebyś nigdy nie żałował, że tego nie zrobiłeś. I może mnie kiedyś też wybaczysz…
Bieńkowski odetchnął. Dzisiaj ten dzień był dla niego tak ciężki i stresujący, że dopiero teraz dostrzegł jakim był draniem, wyżywając się na innych, a przede wszystkim na Kamilu. Odkąd wyjechali, nie robił niczego, poza warczeniem na niego. Przecież rankiem było jeszcze w porządku. Żałował też swoich słów i wypominania tego, co się pomiędzy nimi wydarzyło. Najwyższy czas, aby raz na zawsze zamknąć tamten rozdział.
Podszedł do Kamila. Położył dłonie na jego szyi tak, że kciuki znalazły się na policzkach chłopaka.
– Wybaczyłem ci już. Proszę cię tylko o jedno, wytrzymaj ze mną jeszcze trochę. Jest mi ciężko, ale z tobą dam radę. Cierpliwości.
– Przecież wiesz, że jestem i będę. – Położył swoje dłonie na jego. – Jestem tu z tobą, bo chcę ci pomóc.
– Wiem. Wiem. – Popieścił wzrokiem jego twarz i uśmiechnął się. – Przepraszam. – Objął go, wciskając twarz w jego włosy.
Kamil odetchnął i również go objął.
– Też cię przepraszam. Cokolwiek się dzieje, wina nie jest po jednej stronie.
– Zawsze leży po środku? – Ucałował Kamila w głowę, jeszcze mocniej przytulając.
– Tak. To co, usiądziemy i na spokojnie porozmawiamy? Ewentualnie umyjemy się najpierw, położymy i pogadamy?
– Wolę to drugie. Zmieścimy się na jednym łóżku. Mamy praktykę. Nie chce mi się łączyć łóżek.
– Mnie też. – Ucałował Szymka pod uchem. Czuł, że przekroczyli kolejną barierę, która jeszcze ich dzieliła. Być może ta była już ostatnią i nareszcie na spokojnie będą mogli żyć dalej.
Po umyciu się, Szymon zadzwonił do mamy i poinformował o tym, co się dzieje oraz gdzie są. Później położyli się do łóżka. Nie było tak wąskie jak Kamila, ale i tak leżeli blisko siebie, objęci. Długo rozmawiali, tym razem szczerze. Mówili o swoich obawach, o tym, czego oczekują. Naprawdę otworzyli się dla tej drugiej osoby, a przy okazji dowiedzieli się czegoś o sobie.
Dochodziła północ, kiedy zasypiali z lekkimi duszami.

*

Podjechali pod plebanię około trzynastej. Mieli nadzieję, że ksiądz już wrócił i będzie mógł z nimi porozmawiać. Wstali dzisiaj późno. W motelu zjedli śniadanie, które było w cenie pokoju, a potem zwiedzili miasteczko. Zanim wybrali się na spotkanie z księdzem, wstąpili jeszcze do baru, gdzie zamówili obiad, nie mając pojęcia, czy później będą mieć czas na to, by coś zjeść. Jednak zaraz po obiedzie postanowili dłużej nie odwlekać spotkania. Dlatego też cali niecierpliwi zadzwonili na plebanię. Otworzyła im starsza kobieta, która przedstawiła się jako gospodyni księdza. Powiedzieli jej, w jakiej sprawie przychodzą, a ona wpuściła ich po tym, jak proboszcz zgodził się ich przyjąć.
Gospodyni zaprowadziła mężczyzn do gabinetu.
– Księże proboszczu, oto księdza goście. Ja idę zrobić po herbatce i kończyć przygotowywać obiad. Pewnie ksiądz na tych rekolekcjach znów za mało jadł.
– Proszę, niech panowie spoczną. – Wskazał dwa fotele przed biurkiem. Ksiądz był starszym mężczyzną, z twarzą pokrytą bruzdami, ale mimo wszystko promieniejącą szczęściem. Ubrany w czarny garnitur w ogóle nie przypominał tego, kim jest i tylko koloratka pod szyją jasno mówiła, jaką funkcję mężczyzna pełni. – W jakiej sprawie do mnie panowie przychodzą?
Szymon nie zamierzał okłamywać księdza. Dlatego też pokazał mu dokumenty, które przywiózł i opowiedział całą historię oraz wyznał, dlaczego szuka rodziny Kłosowskich.
– Powiedziano mi, że wyjechali do Czarnej Lisieckiej. Jest jeszcze przypuszczenie, że mogli pojechać do Kaliny.
– Nie. Są tutaj. Znam tę rodzinę bardzo dobrze, bo mieszkali u mnie na plebani.
Kamil z Szymonem popatrzyli na siebie, a potem na księdza.
– Marysia i Walek, bo tak ich nazywałem – kontynuował proboszcz. W międzyczasie gospodyni przyniosła po szklance herbaty z cytryną – pracowali tutaj w zamian za dach nad głową. Mili ludzie. Znam ich historię. Oni nigdy nie mieli za złe tego, co zrobił pański dziadek. Marysia z początku tak, ale mu wybaczyła. Natomiast Walenty powiedział, że… To nie jest tajemnica spowiedzi, więc mogę wam to wyznać. Powiedział, że zrobiłby to samo. Nawet miał zamiar pozbawić sklepu pańskiego dziadka, tylko nie miał pojęcia, jak to zrobić, by na tym zyskać a nie stracić. A wiedział, że pan Bieńkowski nie zgodzi się sprzedać mu swojej połowy. Pański dziadek po prostu był szybszy. Niech pan zrozumie, młodzieńcze, że nie jesteś im nic winien. Oni niczego nie chcieli.
– I tak chciałbym coś dla nich zrobić. Powiedział ksiądz, że są tutaj? Czy moglibyśmy się z nimi spotkać?
Proboszcz Truskiewicz wyprostował się. Pokręcił głową ze smutną miną.
– Niestety nie. Oni są tutaj, ale… Oboje zmarli sześć lat temu. Odeszli jedno po drugim w krótkim odstępie czasu. On pierwszy, ona za nim. Bez niego nie chciała żyć. Słyszałem, jak wiele razy mówiła: „Zabierz mnie do siebie, Waluś”. Pół roku później zmarła spokojnie we śnie.
Kamil przez cały czas obserwował Szymona. Partner wyraźnie poczuł się zawiedziony tym, że nie będzie mógł porozmawiać i przeprosić tej rodziny. Teraz zrozumiał, jak bardzo było to potrzebne mężczyźnie. Z całego serca pragnął otrzymania wybaczenia jego rodzinie, a go nie dostanie. Z drugiej strony ksiądz powiedział mu, że oni dawno temu Bieńkowskim wybaczyli. Chciał wziąć go za rękę i przypomnieć mu o tym, lecz musiał się powstrzymać. Nie znali tego księdza, nie wiedzieli więc jak patrzyłby na ich związek. Dla niego byli po prostu przyjaciółmi i nikim więcej.
– Gdzie zostali pochowani? – zapytał Szymon.
– Tutaj, na naszym cmentarzu. Chcecie zobaczyć grób?
– Tak – odpowiedział szybko dwudziestosiedmiolatek.
– Zaprowadzę was. Dopijmy tylko herbatkę, bo moja gospodyni następnym razem nikogo nie poczęstuje, a na pewno nie mnie. – Staruszek uśmiechnął się do nich.
Niedługo później dziarskim krokiem zaprowadził ich na cmentarz, który znajdował się obok drewnianego kościoła.
– Opiekuję się ich grobem. Niektórzy mieszkańcy Czarnej także, bo Walenty pomógł wielu rodzinom. Tutaj spoczywają. – Przeżegnał się i zmówił krótką modlitwę.
Szymon z Kamilem stanęli przed mogiłą, na której stał jeden samotny znicz. Krzyż wbity w ziemię i tabliczka na nim głosiły datę urodzin i śmierci małżeństwa.
– To zostawiam was samych, mam dużo obowiązków. Panie Szymonie, niech pan wybaczy ojcu, dziadkowi. Wtedy uzyska pan spokój ducha. Oni wybaczyli. Z Panem Bogiem, panowie.
– Dziękujemy księdzu – powiedział Kamil, bo Szymon nie zdołał wydusić z siebie głosu, wpatrując się w nazwisko na tabliczce.
– Brałem to pod uwagę. Ale nieźle we mnie walnęła wiadomość o ich śmierci – odezwał się Bieńkowski po dobrych kilku minutach ciszy. – Z jednej strony czuję ulgę, a z drugiej naprawdę chciałem ich przeprosić, pomóc im, oddać to, co do nich należy.
– Z tego co mówił ksiądz, nie przyjęliby niczego. – Nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł. Uśmiechnął się. Położył rękę na plecach partnera i rzekł: – Zrób im pomnik.
– Co?
– Pomnik. Zobacz jak ten grób wygląda. Mieszkańcy się nim opiekują, ale za kilkadziesiąt lat pewnie nie pozostanie po nim nawet ślad, jak po wielu tutejszych grobach. Widziałeś te, obok których przechodziliśmy. Widać, że nikt się nimi nie opiekuje, zostały zapomniane. Z tym tak nie musi być. Zamów dla nich pomnik, żeby o Kłosowskich nie zapomniano. Każ zrobić piękną tablicę, wyryć epitafium. To jest to, co możesz dla nich zrobić.
Szymon ze łzami w oczach spojrzał w oczy Kamila.
– Mam mądrego partnera. Tak zrobię. Popytam księdza, która z miejscowych firm mogłaby się tym zająć. Myślę, że do wieczora uda mi się wszystko załatwić, a potem będziemy mogli wrócić do domu.
– Jestem jak najbardziej za. Stęskniłem się już za domowymi obiadkami.
– Żarłok.
– Rosnę jeszcze – zażartował Kamil.
– Ciekawe gdzie.
– Powiedziałbym ci, ale w takim miejscu wolę pozostawić to twojej wyobraźni. – Trącił go łokciem.
Szymon zagryzł wargę, żeby się nie roześmiać, bo głupio by to wyglądało na cmentarzu, gdyby ktoś ich zobaczył. W końcu mógł naprawdę odetchnąć, zyskując spokój, jaki utracił po odnalezieniu dokumentów. Może nie wybaczy ojcu tak szybko, ale kiedyś spróbuje to zrobić.
– Wiesz co, Kamil?
– Hm?
– Coś mnie tutaj ciągnęło. Ciągnęło do tego, aby ich odnaleźć i miałem trafić w to miejsce. Myślę, że mam zrobić im ten pomnik i pomóc w tym, aby nie zostali zapomniani – szepnął, a potem przeniósł wzrok z grobu na pogodne niebo. W końcu w jego oczach pojawił się dawny blask – ten, który od zawsze irytował Kamila i który chłopak wciąż kocha.



[1] Nazwa fikcyjna wymyślona przez autorkę tekstu.

2 komentarze:

  1. Omg, ile razy jeszcze bedę przez ciebie lała łzy wzruszenia? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak szczerze, to nie brałam pod uwagę możliwość, że mogli umrzeć. Naprawdę, jakoś tak sądziłam, że może im się dobrze wiedzie i będzie wszystko ok, a tu takie... Szkoda ich, naprawdę, ale chyba dobrze, że Szymon będzie mógł chociaż w taki sposób im pomóc. Może dzięki temu będzie choć trochę spokojniejszy :)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)