29 stycznia 2017

Pod błękitnym niebem (Buntownik 2) - Rozdział 2

Zapraszam na drugi rozdział przygód Kamila i Szymona. Ciekawe co tym razem nasi panowie wymyślą. :)

Przypominam, że teraz moje ebooki można kupić nie tylko na Beezar.pl, ale i tutaj: http://book-self.pl/  Tam są dostępne także teksty Shikat Tales oraz Leśnej "Tam gdzie topnieje lód". Dziewczyny i ja serdecznie zapraszamy do sklepu. Jeżeli ktoś z autorów także tam chciałby wystawiać swoje teksty to skontaktujcie się z Leśną. :)


Teraz zapraszam na rozdział oraz bardzo dziękuję za komentarze. :*****


– Co pani podać? – Zarzycki uśmiechnął się ciepło do klientki. Zauważył, że gdy to robi, ludzie więcej zamawiają i o wiele lepiej reagują.
– Tortillę, chrupiący kurczak i shake’a waniliowego oraz dwa razy McChicken.
– Już się robi. – Jeszcze raz uśmiechnął się. Miał właśnie przekazać zamówienie do kuchni, kiedy podszedł do niego kolega z pracy. Niski chudzielec o dużych, okrągłych, rozbieganych oczach, który zawsze się mądrzył.
– Szef cię wzywa. Ja przyjmę to zamówienie.
Kamil ugryzł się w język, żeby tylko mu nic nie odpyskować. Szef mógł zaczekać, a on chciał zająć się tą klientką i kilkorgiem następnych. Nie chciał jednak dyskutować z Panem Mądralińskim. Powiedział mu tylko czego klientka sobie życzy i wyszedł na zaplecze.
Gabinet kierownika znajdował się na końcu wąskiego korytarza, do którego dostawało się przechodząc przez kuchnię pełną zapachu smażących się frytek i mięsa. Jutro będzie jego kolej, żeby przejąć stanowisko przy frytkach. Zapukał do gabinetu.
– Wejść.
Otworzył drzwi i zajrzał do środka.
– Podobno mnie pan wzywał.
– Tak, Zarzycki, wejdź i siadaj.
– O co chodzi? – Usiadł, przyglądając się potężnemu mężczyźnie o łysej głowie, siedzącemu za małym, jak dla niego, biurkiem. Wyglądało to dość dziwacznie.
– Nie mam dla ciebie dobrych wieści. Nie chciałem tego robić, ale ostatnio obroty spadają…
– Spadają? Wie pan jaki tam jest ruch? – Wskazał palcem za siebie.
– Wiem, ale przez jeden tydzień nie nadgonimy miesiąca.
Kamil prychnął na to kłamstwo. Doskonale wiedział jak jest. Każdego dnia lokal był pełen ludzi. Przeczuwał o co chodzi, ale na wszelki wypadek wolał się na ten temat pierwszy nie odzywać.
– Niestety, muszę zmniejszyć naszą kadrę pracowniczą, bo nie stać mnie na utrzymanie tylu osób.
Pewnie, na to cię nie stać, pomyślał Kamil, ale na auto za sto tysięcy już tak. Po co trzymać wielu pracowników, jeśli można mieć kilku, którzy będą musieli harować trzy razy więcej, a zapłaci się im tyle samo, czyli marne grosze, a dla siebie weźmie całą resztę.
– Dlatego jestem zmuszony cię zwolnić. Pracujesz do końca tygodnia, dostaniesz odprawę dwumiesięczną…
– I będę mógł pławić się w luksusach – prychnął Kamil. – Odprawę wezmę jeszcze dzisiaj i już dzisiaj odchodzę. Dwa dni mnie nie zbawią. Nie wspomnę, że jest mi pan winien trzymiesięczne wypowiedzenie. Ale tacy jak pan prawo mają w… – Wstał, czując jak w nim zaczyna wrzeć. Nic nie wskazywało na to, że straci tę robotę. Zaczynał mieć ochotę, by rozwalić ten pokój.
– Wybacz, ale jesteś tutaj nowy i jeśli mam kogoś zwolnić…
– Tak, wiem. Nowy pierwszy wylatuje, niezależnie od tego, jaki dziennie robi utarg i tak dalej. Niech pan lepiej nic nie mówi. Wiem, jak to z wami jest.
– Odprawę wyślę na twoje konto. Do widzenia, panie Zarzycki. – Wyciągnął rękę, podając Kamilowi kartkę. – Wszystkie formalności przyjdą do pana pocztą.
Wyrwał z dłoni byłego szefa swoje zwolnienie i wyszedł, ledwie powstrzymując się przed trzaśnięciem drzwiami. Poszedł do szatni i tam zaczął się przebierać. Dygotał. Co on teraz zrobi? Został bez pracy. Dwumiesięczna odprawa na niewiele wystarczy, a nie wiedział, czy miał prawo do kuroniówki. Raczej nie, bo pracował za krótko. Został na lodzie i to bardzo cienkim, który w każdej chwili może się pod nim załamać. Sytuacja życiowa nie rysowała się kolorowo.
– Kamil, co jest? Czemu się przebierasz? – zapytał Andrzej Biały, z którym Kamil bardzo dobrze się dogadywał. Pod ciemną czapką schowane były długie brązowe włosy związane w kucyk. Dzisiaj chłopak pełnił dyżur w kuchni, o czym świadczył fartuch ochlapany olejem.
– Ten bydlak mnie zwolnił. Łaskawie mogłem przerobić do końca tygodnia, ale nie mam takiego zamiaru.
– Wywalił cię?! Dobra, krótko pracujesz, ale doskonale sobie radzisz i klienci cię lubią.
– Daj spokój, Andrzej, takich nie zrozumiesz. Takim jak on nie zależy na nas. – Założył kurtkę. – Co go obchodzi, że mogę nie znaleźć roboty i za co będę żył. Ważne, żeby to, co by mi zapłacił, weźmie dla siebie. Sądzi, że jestem głupi i nie wiem ile ten lokal zarabia na czysto? Nie ważne.
– Nie pożegnasz się z innymi?
– Przekaż im ode mnie ‘do widzenia’ i powiedz, że życzę cudownych świąt. – Wyciągnął rękę. – Cześć. Masz mój numer, to może kiedyś się zdzwonimy.
– Cześć. – Uścisnął mocno dłoń Kamila. – I trzymaj się. Na pewno szybko znajdziesz robotę.
– Na pewno. Trzeba myśleć pozytywnie, co nie? – Nie czekał na odpowiedź, bo jej nie potrzebował. Wyszedł z szatni, przechodząc obok kuchni tak, żeby nie zostać zauważonym. Skierował się do tylnego wejścia, którym wchodzili pracownicy. Ostatni raz przekraczał ten próg. Mógł narzekać, że zaharowywał się tutaj, użalać się na klientów, jeśli marudzili lub było ich za dużo, ale mimo wszystko dobrze się tu czuł. Pracował z fajnymi ludźmi i miał jakieś zaplecze finansowe. Dzięki temu spał spokojnie. Teraz znów będzie musiał myśleć o szukaniu pracy i czy mu się poszczęści w tej kwestii. Tym zajmie się jednak po świętach, bo za dwa dni była już wigilia.

*

Szymon i jego ojciec wnieśli do domu świeżo kupioną choinkę. Udali się z nią prosto do salonu, gdzie ją rozpakowali i zajęli się ustawianiem. W tym momencie z zakupów wróciła mama Szymona i widząc jak ogromne drzewko kupili, tylko pokręciła głową. Mówiła im o czymś skromniejszym.
– Nie rób takiej miny, Baśka – odezwał się jej mąż Mariusz. – Była najpiękniejsza na całym kiermaszu. A jak pachnie. Święta mogą się już zaczynać.
– A mogą, mogą, o ile obaj pomożecie mi w kuchni. Nie zrobię wszystkiego sama. Poza tym któryś z was musi pojechać do sklepu, bo zapomniałam drożdży. Bez nich nie upiekę waszego ulubionego ciasta.
– Ja pojadę – powiedział Szymon, cofając się, by sprawdzić czy dorodny świerk stoi prosto. – A ty tato pomóż mamie w kuchni.
– Zawsze najgorsza robota dla mnie – pomarudził Mariusz Bieńkowski.
– Najgorsza? A co ja mam powiedzieć? – oburzyła się Basia i poszła do kuchni rozpakować zakupy.
– Co jej jest? – Szymon zmarszczył brwi. – Przecież kocha gotować.
– Chodzi o Karolinę. To mają być pierwsze święta bez niej. – Westchnął ojciec.
– No tak. Ale takie życie. Nie zawsze ma się to, czego się chce. Pojadę do sklepu. – Sprawdził czy ma w kieszeni portfel. – Konrad powinien niedługo wrócić od kolegi, to pomoże przy ubieraniu choinki.
W przedpokoju założył płaszcz, owinął szyję szalikiem i wyszedł na dwór, gdzie świeciło słońce. W nocy sypnęło trochę śniegiem i leżało go kilka milimetrów. Dla niego to i tak za mało. Lubił śnieg.
Na sąsiednim podwórku dostrzegł pana Dutkiewicza odmiatającego biały puch ze ścieżki.
– Dzień dobry.
– A dzień dobry, Szymon. Trochę zimy nam zrobiło.
– Ale mało, sąsiedzie. – Otworzył drzwi samochodu, obok którego stała wypożyczona półciężarówka, w której przywiózł choinkę.
– A mało. Pamiętam, jak to byłem młody i potrafiło nasypać więcej niż dwa metry śniegu. – Starszy pan oparł się na miotle. – Ludzie tunele robili, żeby można było przejść. Do pracy raz szedłem z grupą osób po wysokich, twardych zaspach i nagle co się okazało, kiedy te zaspy się zmniejszyły? A to, że długi czas szliśmy po dachach zakopanych w śniegu samochodów. To były zimy, a nie to co teraz. Śnieg szuflą się odwalało, a nie miotłą zmiatało.
– Nie ma się co martwić. Na Wielkanoc będzie zima.
– A żebyś wiedział. Na razie myślmy o Bożym Narodzeniu. Żona z córką ciągle coś pitraszą. Tylko Kamilek nie chce przyjechać. Uparty osioł. – Powrócił do przerwanego zajęcia.
Na wspomnienie o Kamilu mina Szymona zrzedła. Ten dzień zaczął się cudownie. Po zajęciu się zwierzętami pojechał z rana z ojcem na kiermasz choinek. Spotkali na nim starych kolegów rodzica, którzy handlowali drzewkami. Nie miał czasu na smutki. A teraz nawet imię Kamila wszystko psuło. Pożegnał się z sąsiadem i wsiadł do samochodu.
Do wsi dotarł kilka minut później. Zaparkował przed sklepem pani Zarzyckiej. Uśmiechnął się na widok pana Juliana niosącego półmetrową choinkę pod pachą, podczas gdy w drugiej ręce miał pełen worek zakupów.
– Może panu pomóc? – zaproponował Szymon po tym, jak wysiadł z pojazdu.
– A nie. Poradzę sobie. Co prawda mam tutaj cenny ładunek, bo i piweczko, i wódeczkę, a i dla żonci składniki na placki, i jakieś słoiczki z przyprawami, jednak dam sobie radę. A co tam u szanownego pana Szymona?
– Nic ciekawego panie Julianie. Stare dzieje. Jakoś się żyje.
– A ten pana Kamil to tak na zawsze wyjechał?
Bieńkowski przestąpił z nogi na nogę. Pan Julian nie zapomniał Kamila i tego, co między nimi było. Doskonale pamiętał aferę, kiedy wyszła na jaw ich orientacja oraz to, że są parą. Do dzisiaj często zagadywał go na ten temat i pytał, kiedy chłopak wróci. Tak jakby pani Beata nie mogła mu nic o swoim synu powiedzieć.
– Nie wiem. On już nie jest mój. Było minęło.
– Oj nie wydaje mi się, że minęło. Nie wydaje mi się. Też tak miałem z taką jedną, kiedy wybiła mi dwudziesta wiosna życia. Nie gadaliśmy tygodniami, bo się śmiertelnie obraziła. A teraz co? Czeka na mnie w domu. Będzie dobrze, chłopcze. Trzeba tylko się samemu postarać, bo nic nie przychodzi samo. I trzeba rozmawiać. Oj, trzeba.
– Do widzenia panie Julianie. Wesołych świąt.
– Wesołych i dla ciebie.
Może będą wesołe, pomyślał Szymon. Nie miał jednak powodów do tego. Ruszył w stronę sklepu, spoglądając przez moment na niebo. Było czyste, błękitne niczym w lecie. Nie zapowiadało się na to, że w najbliższych godzinach mogłyby pojawić się jakiekolwiek opady. Śnieg lub deszcz bardzo by się przydały, bo po letniej suszy ziemia potrzebowała wody.
Jego pojawienie się w sklepie oznajmił dzwonek. Pani Beata była sama. Uśmiechnęła się do niego.
– Czego zapomniała twoja mama?
– Drożdży.
– Widzisz, a rozmawiałyśmy o nich. Ludzka pamięć. – Odwróciła się i z półki w chłodni wzięła dużą paczkę drożdży.  – Ile ci tego uciąć?
– Nie wiem. Wezmę całą. Najwyżej namówię ją jeszcze na pączki.
– Namów ją. U nas w wigilię zawsze są pączki. – Miała dodać, że Kamil je uwielbia, tak  jak ciasto z jabłkami i budyniem, ale w porę ugryzła się w język. Głupia nie była, żeby nie widzieć jak Szymon reaguje na wspomnienia o jej synu. Domyślała się, że mężczyzna wciąż coś czuje do Kamila, lecz postanowiła się nie wtrącać. Nic i tak by nie zdziałała, bo jej syn nie wraca na święta. Raz nawet myślała, czy by Szymona nie namówić, aby pojechał do niego, jednak z tego planu zrezygnowała. Młody Bieńkowski to uparty człowiek i nie pojechałby. Zresztą Kamil jest taki sam i dlatego przez tyle miesięcy nie umieli ze sobą porozmawiać.
Szymon zapłacił za drożdże, zamienił jeszcze kilka słów z panią Beatą i wyszedł ze sklepu, wdzięczny jego właścicielce, że nie napomknęła o Kamilu, bo w przeciwnym razie zacząłby krzyczeć. Nie było dnia, żeby ktoś o nim nie wspomniał lub jego własne myśli go nie zdradzały.

*

Leżał u siebie w pokoju przy otwartych drzwiach i słuchał Anki powtarzającej w kółko, co już zapakowała do torby. Jutro z rana miała wyjechać razem z Bogdanem. Tym samym Kamil miał zostać sam w pustym mieszkaniu. Dobrze, bo będzie mógł robić co chce. Nie powiedział, że został zwolniony z pracy. Po co miał im psuć święta. Już i tak wystarczająco martwili się o niego. Dobrze mieć takich przyjaciół, jednak czasami bywało to trudne do zniesienia.
– Kamil, widziałeś może mój aparat? – Do pokoju zajrzała Ania zmartwiona tym, że nie mogła znaleźć aparatu fotograficznego, który dostała w prezencie świątecznym od rodziców. Z racji tego, że wyjeżdżała, podarunek dali jej wcześniej.
– Nie.
– Może zostawiłam go w kuchni. A ty co taki nie w sosie? Wcześniej z pracy wróciłeś. Chory jesteś? – Podeszła do niego, nachyliła się i położyła dłoń na czole Kamila. – Nie. Nie masz gorączki.
– Nic mi nie jest. Zmęczony tylko jestem i trochę mnie głowa bolała. Mogłem wcześniej wyjść z pracy, to skorzystałem.
– Coś kręcisz. Znam się. Ciebie głowa nie boli. Ale dobra, nie dociekam. – Uniosła ręce w górę. – Sam powiesz o co biega. Poszukam aparatu i zrobimy z Bogdanem jakąś kolację. Tego ci potrzeba. Dobrego jedzonka.
– Zadowolona, że twój facet w końcu wyzdrowiał?
– I to jak. Bałam się, że nie będziemy mogli pojechać do jego babci na święta. Szkoda by było, bo u nich święta są magiczne, a i lubię tę staruszkę.
– To zawołajcie mnie, jak kolacja będzie gotowa. Zdrzemnę się. – Przekręcił się na bok i wsunął rękę pod głowę.
– Wspominając o kolacji, miałam nadzieję na pomoc. Ale poradzimy sobie. – Przyjrzała się przyjacielowi. Naprawdę coś było nie tak, ale nie potrafiła tego wyczuć. – Dzwoniła Dorota z życzeniami dla nas wszystkich. Powiedziała, że wkrótce odezwie się na fejsie, bo na razie nie ma kiedy. Ma dobrą robotę, ale bardzo pochłaniającą czas, jak to powiedziała. Dla siebie ma mało wolnych chwil. Nie narzeka, bo dobrze zarobi i niebawem wynajmie jakieś mieszkanie, by zleźć z głowy siostrze, która mieszka z fajnym gościem.
– To fajnie. Pozdrów ją, kiedy będziesz z nią rozmawiać.
– Nie ma sprawy. Na pewno wszystko okej?
– Mhm. Zobacz, czy cię nie ma w kuchni. Spać mi się chce. – Tak naprawdę nie chciało mu się, ale to był jedyny sposób, żeby się jej pozbyć. Była taka wesoła, a na żadną radość nie miał w tej chwili ochoty.
Ledwie mu się zdrzemnęło, a obudził go Bogdan, informując, że kolacja jest już podana na stole i lepiej, aby się pośpieszył, zanim zapiekanka wystygnie. Zwlekł się z łóżka z ociąganiem. Poszedł do przyjaciół siedzących przed telewizorem.
– Znowu Kevin?
– Ten film nigdy mi się nie znudzi. – Anka podała Kamilowi talerz pełen zapiekanki makaronowej. – Ale przyznam, że wolę pierwszą część od drugiej. I nie narzekać mi tu, że powtarzają to co roku. Jak powtarzają na okrągło Tożsamość Bourne’a to nie ma problemów.
– Ale to jest dobry film. – Jej chłopak próbował bronić produkcji filmowej, którą tak lubił.
– Nie użyłeś dobrych argumentów. Poza tym komedie można oglądać na okrągło, nawet po kilka razy te same, a takie filmy jak ten wasz… Przecież wiadomo, co będzie na końcu.
– Udajemy, że tego nie wiemy – wtrącił Kamil, zajadając się potrawą. Kiedy zaczął jeść, poczuł jak bardzo jest głodny.
Ania spojrzała na przyjaciela z ukosa.
– A ja udaję, że nie wiem co się stanie z tymi złodziejami. O. Widzę, że smakuje. Jeszcze ci dołożyć? Zrobiłam tyle, żebyś miał na jutro.
– Wystarczy. To zjem i będę pełen. Przydałoby się tylko coś do picia. Zrobiłabyś? – Pożałował tej prośby, bo dziewczyna spiorunowała go takim spojrzeniem, że odstawił talerz i poszedł zrobić herbaty dla całej trójki.
– Ja bym jej tak nie uległ – zawołał za nim Bogdan.
– Chciałbym to zobaczyć. – Humor mu się od razu poprawił. Nie powinien był zamykać się w pokoju i pozwalać krążyć po głowie czarnym myślom. Dobrze jest w takich chwilach wyjść do ludzi i czymś się zająć.
Zrobił herbaty i postawił szklanki na ławie. Przyjaciele podziękowali za napoje, a on zabrał się za dojedzenie tego, co miał na talerzu. Wciągnął się też w film i śmiał się, kiedy złodzieje wpadali w pułapki zastawione przez głównego bohatera. Wieczór upływał w miłym nastroju. Zapomniał na ten czas o Szymonie oraz o tym, że stracił pracę.

*

Kolejny dzień dla Kamila zaczął się odprowadzeniem przyjaciół na autobus, zjedzeniu śniadania i nudzie. Ileż to razy, kiedy był w pracy, powtarzał sobie w myślach, że gdy będzie mieć dzień wolny, powyleguje się na kanapie przed telewizorem, pogra na komputerze, odpocznie. Tymczasem nie miał co ze sobą zrobić. W końcu koło południa ubrał się i wyszedł na miasto.
Spacerując ulicami Zamościa widział rodziny robiące wspólnie świąteczne zakupy, śmiejące się, szczęśliwe. Oglądał wystawy sklepowe pięknie ustrojone choinkami, bałwankami i światełkami. Przyciągały wzrok, zapraszały do odwiedzenia sklepu. Nawet na ulicach pełno było ozdób. Wieczorami i w nocy wszystko wokół świeciło, wręcz krzycząc, że idą święta. Święta pełne rodzinnej atmosfery, miłości, magii i cudów. To czas, kiedy nikt nie powinien być sam, a Kamil te dni spędzi samotnie.
Przystanął przed wystawą przedstawiającą kominek, obok którego stała choinka, pod nią leżały prezenty, natomiast nieopodal siedziały dzieci i rodzice, stworzeni z lalek różnej wielkości. Patrząc na ten obrazek, przez chwilę poczuł ciepło w sercu, a potem tęsknotę. Jaki by nie był, święta zawsze spędzał z bliskimi i bardzo sobie cenił ten czas.
– Tato, a pojedziemy do babci? Babcia robi takie pyszne ciasta. – Kamil obejrzał się przez ramię, słysząc głos małego chłopca, którzy przechodził obok, trzymając ojca za rękę.
– Pojedziemy. Nie chcemy, żeby była sama, prawda? W takie święta powinno się być ze swoimi bliskimi i jeśli się da, trzeba do nich pojechać nawet na koniec świata – odpowiedział korpulentny mężczyzna.

Kamil nie usłyszał dalszych słów, bo ojciec z synem oddalili się znacznie od niego, ale tak krótka rozmowa wystarczyła, by podjął decyzję, przed którą ta bardzo się bronił.

5 komentarzy:

  1. Czyli w następnym odcinku nasi panowie się spotkają, spodziewałam się nudnego rozdziału w którym znów będą za sobą tęsknić, tymczasem okazał się on bardzo emocjonujący, czapka z głowy dla twojego geniuszu

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, czyżby nasz Kamil postanowił jednak wrócić do Jabłonkowa? :D Ale to dobrze, niech Szymon go porwie, rzuci na siano i wychędoży za wszystkie czasy. Może te głupie pomysły o wyjeździe do miasta wywietrzeją i zostaną ze sobą ^.^ Czekam na następny rozdział, a idąc zgodnie z czasem w opowiadaniu - Wesołych Świąt! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaa! Nie wytrzymam do następnego tygodnia :( Nie mogę doczekać się kiedy nasi panowie się spotkają ;) Chociaż przeczuwam, że to nie będzie zbyt miłe spotkanie!
    /A

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba nie będę mogła zasnąć w oczekiwaniu ;-; niecierpliwie wyczekuję kolejnego rozdziału :3
    Weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  5. O tak. Wiedziałam, że Kamil w końcu się ogarnie i wróci na święta (i może nie tylko). Mam nadzieję, że nie będzie się ukrywał przed Szymonem. Muszą pogadać i szczerze sobie wszystko wyjaśnić. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Weny
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)