18 grudnia 2016

Buntownik - Rozdział 24

Dziękuję za komentarze. :)) Zanim zaproszę Was na rozdział to zdradzę, że tekst świąteczny jest napisany i obecnie GrayWolf7 go poprawił, teraz moja kolej by się nim zająć i . "Najjaśniejsza gwiazdka" już niedługo do Was zawita. Wtedy ukaże się na Beezar.pl za darmo. Powiadomię Was o tym. :)
Kolejny punkt to mpreg. Pisze się, powoli, ale się pisze. :) Będę chciała też napisać jakiś tekst  na sprzedaż. Ale jeszcze nie wiem co to będzie. :) Trzymajcie za mnie kciuki i za moją klawiaturę w laptopie, bo już mi "w" nie chce normalnie działać. A kilka innych przycisków, na szczęście niepotrzebnych w pisaniu już nie działa. :/

A teraz czytajcie dalej co tam u Szymona i Kamila. Informuję, że w święta pojawią się dwa rozdziały. Jeden w niedzielę, drugi w poniedziałek. :)


Szymon ziewnął, wchodząc do kuchni i drapiąc się po ręce. Komary nieźle go pogryzły w nocy, chociaż przez suszę – mimo że parę dni temu padało – nie było ich tak wiele. Gdyby nie chęć bliskości, razem z Kamilem musieliby uciekać z lasu, a nie myśleć o seksie. W pomieszczeniu zastał Konrada mieszającego łyżką płatki z mlekiem. Chłopak wyglądał tak, jakby go ktoś przeżuł i wypluł.
– Hej. – Podszedł do szafki i wyjął z niej porcelanową miskę.
– Ta, hej – burknął Konrad, odkładając łyżkę. – Możesz mi coś powiedzieć?
– Co takiego? – Usiadł ostrożnie przy stole. Kamil dał mu w nocy popalić. W sumie sam się o to prosił. Wsypał do miseczki trochę płatków kukurydzianych i zalał je zimnym mlekiem, pomimo że wolał wersję na gorąco. Płatki się wtedy fajnie rozmaczały. Ale nie miał  czasu na gotowanie mleka, bo przysnęło mu się za długo. Już powinien pójść do swoich obowiązków.
– O co biega z Karoliną i Arturem? Kamil powiedział, że mam się ciebie o to zapytać.
Szymon przeczuwał, że ta rozmowa nadchodzi. Szkoda, że o siódmej rano, kiedy musiał iść do zwierząt. Podejrzewał, że tata już się wszystkim zajął, a może i Kamil też już jest, bo ostatnio zrobił się bardzo obowiązkowy. Jednak Szymon również miał zadania, których za niego nikt nie zrobi. Potarł zaspane oczy. Westchnął i opowiedział bratu całą historię o tym, jak uratował Karolinę przed gwałtem, którego chciał dokonać Kawecki. Dorzucił to, w jaki sposób chłopak ją traktował. Co czuła ich siostra. Starał się niczego nie ukrywać, by Konrad zrozumiał, że lepiej nie mieć nic wspólnego z rodziną Kaweckich, którzy sądzili, że jak mają pieniądze, to pozjadali wszystkie rozumy i są najlepsi. Na młodszym bracie wywarło to duże wrażenie. Przyznał, że miał klapki na oczach i był bardzo głupi. Tak naprawdę dopiero z czasem zrozumie, jaką porażką był związek z Bernatą i pożałuje wszystkich spędzonych z nią chwil. Dotrze do niego, że nie szanował siebie, nie czekając na odpowiednią dziewczynę z rozpoczęciem pożycia seksualnego. Szymon niczego nie zamierzał mu  wypominać, ale swoje wiedział. Miał już tyle lat, że doskonale rozumiał swoje błędy popełnione w wieku nastoletnim. Gdyby mógł cofnąć czas, wszystko byłoby inaczej. A miał taki okres, że spotykał się z coraz to nowymi chłopakami. Chodził mu głównie o seks. Gdy raz go zakosztował, nie mógł przestać, bo bardzo mu się podobało. Nadal podoba, ale dojrzał i zna pewne wartości, których się zamierza trzymać. Przede wszystkim wierności, która jest dla niego najświętszą rzeczą. Ma Kamila, kocha go i kiedyś mu to powie, i nie musi szukać nikogo i niczego innego. Chłopak daje mu wszystko. I nie chodzi o seks, tylko o wieź duchową. Jeżeli chodziłoby mu tylko o kontakt fizyczny, to miał do tego dużo okazji. Ale coś mu kazało czekać przez te ostatnie miesiące. I było warto. Liczył na to, że Konrad także dojrzeje i zrozumie wiele spraw. Nie wątpił, że siedemnastolatek popełni jeszcze wiele błędów, ale ważne, żeby się na nich uczył. A to życiowe lekcje, których nigdy się nie zapomina.
– Dlaczego nikt mi nie powiedział o tym, co chciał zrobić Kawecki? – zapytał Konrad z pretensją.
– Uwierzyłbyś w to? Byłeś tak zaślepiony tą rodziną, że… Sam wiesz. Poza tym Karolina nie chciała nikomu mówić.
– Skurwysyn. Mam nadzieję, że kiedyś temu chujowi ktoś porządnie przypierdoli – zawarczał Konrad, w końcu pokazując jakieś emocje.
– Nie przeklinaj. Kiedyś drań oberwie. Nie wiem za co i nie chcę wiedzieć, ale prędzej czy później kara spotyka każdego.
– Mam nadzieję. Wy jednak nie powinniście ukrywać przede mną takich rzeczy. Dobra, byłem głupi, ale Karola to moja siostra, a Artura i tak nie lubiłem. – Wziął do ręki łyżkę.
– Mój błąd. Zmieńmy temat, co? Bo widzę, że się za bardzo denerwujesz. A jak coś, to możesz pogadać z Karoliną.
– Spoko. Nie muszę.
– Jak chcesz. Zajrzysz do Kamila? – zmienił temat. – Pękła mu obudowa w laptopie. Może będziesz wiedział, co z tym zrobić.
– Trzeba kupić nową lub nowego kompa. – Zabrał się za jedzenie. – Mógłbym mu pomóc co najwyżej z oprogramowaniem czy coś.
– Ale masz do tego smykałkę, wiesz co i jak, to poradź mu, gdzie może kupić nową obudowę lub komu ewentualnie dać sprzęt do naprawy. – Kończył swoje śniadanie.
– No jak kupi nową, to ja mu wszystko zrobię. Chyba że da się coś skleić. Wtedy pasowałoby kupić odpowiedni klej. Ale wpadnę do niego, to zobaczę co i jak. Co się stało, że obudowa padła?
– Laptop spadł na podłogę.
– Fiu, to cud, że coś działa. Jak mój spadł, to rozwaliła się płyta główna i trzeba było kupić nową.
– Pamiętam, jaki byłeś wściekły. – Wrzucił miskę do zlewu i zajął się robieniem kawy. – Trudno było z tobą wytrzymać.
– O, braciszkowie sobie spokojnie rozmawiają. Nareszcie. – Do kuchni wtargnęła wesoła Karolina, trzymając w ręku kijki do Nordic Walking. – Jak fajnie. Przyznam, że Bernatka zatruwała naszą rodzinę i nasze kontakty. Bez urazy, Kondzio, ale taka prawda.
– Ta. Ty wiesz jak poprawić człowiekowi humor. – Siedemnastolatek skrzywił się i założył ręce na piersi.
– Do usług. Szymuś, zrobisz mi kawci? Pójdę tylko pod prysznic. Właśnie wróciłyśmy z mamą ze spaceru. Przeszłyśmy dzisiaj dużo kilometrów.
– Ile? – zapytał, wsypując łyżeczkę kawy do drugiego kubka.
– Ho, ho i jeszcze trochę. – Machnęła ręką. – Mama jest uparta, bo chce zrzucić z dziesięć kilogramów. Sama się na siebie złości, że przez jej wagę bolą ją nogi i nie może chodzić. Ale idzie jej coraz lepiej. A odrzucenie słodyczy działa. Żadna dieta nie pomoże, jeżeli tonami pożera się cukier. Ale mamcia dzisiaj jest zadowolona, że przeszła taki kawał drogi. Udało jej się.
– Tym bardziej, że ma takiego poganiacza jak ty. – Szymon zalał gorącą wodą czarny proszek leżący na dnie kubków.
– Ano. Macie się nią zająć. Ja wyjeżdżam za dwa tygodnie. Nie mogę się już tego doczekać. Podobno jest szansa na wypad na jeszcze jedne wykopaliska. Może udałoby mi się je zaliczyć przed rozpoczęciem roku akademickiego.
– Super. – Co innego Szymon miał jej powiedzieć? Ten temat kompletnie go nie fascynował. Aczkolwiek miło było patrzeć na to, że jego siostra realizuje swoje pasje. Już marzyła o wyjeździe w przyszłości do Egiptu. Niemniej przez parę lat zamierzała odkrywać historię w Polsce. A podobno było co tutaj robić.
– Tak, tak, wiem, że was to nie interesuje. Tak jak mnie nie interesuje to, co wy lubicie. Szczególnie komputery i to, co mają w środku. – Rzuciła wymowne spojrzenie na najmłodszego z braci. – Lecę pod prysznic i dzięki za kawusię. – Porwała do ręki nagrzany kubek.
– A proszę bardzo – odpowiedział Szymon, przysuwając swój kubek do ust. Zanim napił się gorącej kawy, podmuchał ją chwilę, a potem siorbnął łyka. Od razu poczuł się lepiej. Teraz mógł zaczynać dzień.

*

Wyjście z pokoju nie okazało się takie proste, jak mu się wcześniej wydawało. Bał się, nie mając pojęcia, co go czekało na dole. Nie mógł jednak tutaj siedzieć. Już dawno powinien być w pracy. Napisał do Szymona, że się spóźni. Mężczyzna odpisał, że właśnie pije kawę i też zaspał.
Położył dłoń na klamce. A wczoraj wydawało mu się, że jest takim chojrakiem, który może góry przenosić. Jak on chce pokazać się we wsi, skoro boi się zobaczyć ze swoją rodziną? Powinien dać sobie kopa w tyłek i się ruszyć. Miał już nacisnąć klamkę, kiedy zaswędziało go udo. Zaczął je drapać.
– Cholerne komary. – W łazience wysmarował się czymś, ale denerwujące swędzenie nie ustało. W nocy był tak zajęty czymś innym, że nie zwracał uwagi na te wampiry. A te, zamiast rzucić się na Szymona, gryzły jego. Mimo ubrań, które założył do spania, nie ustrzegł się przed  ukąszeniami podczas snu, czego efekty coraz bardziej odczuwał. Na szczęście mrówki ich nie oblazły.
W końcu biorąc się w garść, otworzył drzwi. Z dołu dolatywały postukiwania sztućców o talerze. Dzisiaj była środa, więc babcia zrobiła na śniadanie zupę mleczną. Dla niego to ohydztwo. Zszedł po cichu po schodach i przysiadł na jednym, słysząc dziadka:
– Powiedziałem mu, że chcę, aby był szczęśliwy.
– Staszek, on będzie szczęśliwy, ale zrozum, że dużo też zależy od nas – głos zabrała babka. – Ma Szymona. Jak dobrze, że na niego trafił.
– Mamo, a ty co taka otwarta?
– Bo nie jestem zacofana. Oglądam telewizję. W serialach dają gejów. W „Na Wspólnej” byli i córkę mieli. A może to jeden miał… Nie pamiętam. Dawno to było. Poza tym zawsze miałam swoje zdanie. Beatko, sądziłam, że inaczej cię wychowałam.
– Mamo, ale to taki wstyd.
– Nie nazywaj jedynego syna wstydem. Żadne dziecko nie jest wstydem. Co innego, jak nagle okaże się mordercą. Ale homoseksualizm wstydem i chorobą nie jest. A powiem wam, że ja jeszcze Janka przerobię. Zobaczycie, ino mi trochę więcej czasu dla niego potrzeba. I jeszcze jedno – nieco podniosła głos. – Jak usłyszę, że ktoś z was, mówię o tobie, Beatko i twoim mężu, każe Kamilowi wybierać między nami a Szymonem, to stara Zośka pokaże wam, co potrafi. Mam sześćdziesiąt dziewięć lat, swoje wiem. 
Kamil zagryzł wargę. Nawet na chwilę nie wpadło mu do głowy, że ktoś będzie mu stawiał ultimatum. Nie miałby pojęcia, co z tym fantem zrobić. Zależy mu na jednej i drugiej stronie. Chyba oszalałby, gdyby stanął przed takim wyborem. Nie, nie mógłby wybrać. A gdyby musiał? Żołądek ze strachu zawiązał mu się w supeł. Myśl o utracie rodziny sprawiała mu ból, ale o stracie Szymona bolała bardziej.
– Kamil? Co ty tak tu siedzisz? Właśnie szłam po ciebie. Jesteś już spóźniony do roboty – powiedziała babcia, pojawiając się w przedpokoju.
– Tak sobie siadłem.
– Wiem, że nie przepadasz za zupą mleczną, to zrobię ci jajecznicę.
– Nie. Zjem kanapkę i zmykam. – Patrzył na babcię, jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Miał ochotę podziękować jej za to, że taka jest. Pewnie zaraz trzepnęłaby go w głowę, mówiąc, że czym starszy tym głupszy i kazała zmykać do kuchni.
– Przyjdziesz na obiad czy będziesz jadł u Bieńkowskich?
– Nie wiem. Pewnie u nich. – Udał się do kuchni. Mama, która nie poszła do pracy, woląc zapewne przejąć dzisiaj popołudniową zmianę, spojrzała na niego jak na obcego. W jej wzroku nie było nienawiści, tylko coś takiego jakby na nowo poznawała swojego syna.
– Dzień dobry, mamo. – Wolał pierwszy się przywitać.
– Dzień dobry – odpowiedziała, nie mając pojęcia, jaką ulgę sprawiła synowi tymi słowami.
Kamil chciał ją zapytać o ojca, jednak z tego zrezygnował. Najlepiej będzie, jeżeli on i rodzic będą sobie przez jakiś czas schodzić z drogi. Rano nie będzie to trudne, bo tata zaczynał pracę o szóstej, gorzej z wieczorami. Cóż, przez przypadek naważyło się piwa i trzeba je teraz wypić.
– To ja idę zająć się rzeźbieniem – mruknął dziadek. – Nie ma co kazać ludziom czekać na figurki. – Staruszek wyszedł z kuchni.
Kamil obejrzał się za nim, nic nie mówiąc. Zrobił sobie kanapkę i podgryzając ją, udał się do pracy. Jak tylko wszedł na podwórko Bieńkowskich, został powitany przez Aresa domagającego się plasterka szynki. Podrzucił psu kawałek.
– Dokarmiasz go? – zapytał Szymon, mając w ręce kluczyki.
– Trochę. Jeść mu nie dajesz. – Nie powstrzymał uśmiechu na jego widok. – Jedziesz gdzieś?
– Na zakupy. Mama dała mi całą listę.
– Jedziesz do naszego sklepu?
– A gdzie? Lepiej wydać kasę u swoich. Co masz taką minę? – Podszedł do Kamila, wziął go za rękę i odetchnął, kiedy chłopak nie wycofał dłoni.
– Nie wiem, kiedy będę gotów pokazać się we wsi.
– Nie ukrywaj się za długo, bo później będzie trudniej. Nie masz się czego wstydzić. – Pogłaskał jego dłoń kciukiem.
– Już kolejny raz dzisiaj słyszę to słowo. Nie, nie mam się czego wstydzić. Po prostu nie jestem gotów na ich… Na to, jak ludzie będą na mnie patrzeć.
– Zawsze powtarzasz, że od tego mają oczy, żeby patrzeć, i usta, aby mówić.
Kamil przewrócił oczami.
– Mój mądry facet.
– Jak to dobrze brzmi w twoich ustach. – Pocałował Kamila w policzek. – Jadę, bo zaraz od mamy będą na mnie lecieć gromy. – Zawrócił do samochodu. – A, zapomniałbym. Konrad przyjdzie zobaczyć twój komputer. Da ci znać kiedy.
– Spoko. Jacek już jest?
– Tak. Do zobaczenia później.
– Narka. Otworzę ci bramę. – Podszedł do bramy i zwolnił zaczepy. Otworzył jedną połowę, wiedząc, że samochód Szymona zmieści się przez tak szerokie przejście. Pomachał partnerowi, a po zamknięciu bramy skierował się do stajni.
Jacka zastał przy czyszczeniu Degressy. Kamil dużo sobie wyobrażał, co mężczyzna zrobi na jego widok, ale nie tego, że uśmiechnie się do niego i przywita, podając mu rękę. Zaskoczenie odmalowało się na twarzy Zarzyckiego i Topolski roześmiał się.
– Co, sądziłeś, że wyklnę ciebie, albo Szymona? Stary, młody jeszcze jesteś. Wiedziałem, że Szymon jest gejem. Co, nie wspomniał o tym? Zdarzyło się raz, że moja żona widziała go na mieście z jakimś facetem. Nie wyglądali na kumpli. Dawno to było. Powiedziała mi. Pogadałem z Szymonem, przyznał się. Co mi tam, kto z kim sypia. Mnie to nie obchodzi. Pilnuję własnego nosa, nie zaglądam ludziom do sypialni i tego oczekuję od innych. Nie tak na ludzi patrzę. Szymek pomógł mojemu dziecku, ruszył to wszystko. Ogólnie dużo dobrego robi dla dzieciaków. Urządził te hipoterapie. Spoko facet. Nie mam zamiaru mu bruździć. Tobie też nie. No, chyba że się nie ruszysz i mi nie pomożesz. Wtedy tak cię kopnę, że dolecisz do Zydla. A wieś jest daleko.
– Dobra, już. – Uniósł ręce, udając, że się poddaje. Kamień spadł mu z serca. Ciekaw był, jak pójdzie Szymonowi z ludźmi ze wsi.

*

Zaparkował przed sklepem. Sprawdził, czy ma listę zakupów przy sobie, bo zazwyczaj miał tendencję do zostawiania jej w domu, i wysiadł z samochodu. Ze sklepu akurat wyszedł pan Julian.
– O, dzieńdoberek szanownemu panu Szymonowi.
– Witam, panie Julianie.
– Nie idź no do sklepu. Tam baby się pieklą. Chłopy im przytakują. Co się tam nie dzieje. A co wczoraj się działo! To gorzej niż w „Ranczo”, wszystko śmiechu warte.
– O czym pan mówi? – Przystanął na chwilę.
– No jak o czym? O tobie i synu właścicielki. Paluch wszystko powiedział. Ale ty się tam nie przejmuj tymi babskami, co to im się nie podoba, jak ktoś wstanie nie tą nogą co trzeba, czy za dużo wypije. Ja się nie przejmuję. Żyję, jak chcę. Piweczko sobie walnę. – Wskazał na swoją reklamówkę. – Gorzałką także nie pogardzę. Dobrze jest. A teraz wybacz, ale żona czeka na chleb, a jeszcze sobie parę łyków chlapnę.
– Do widzenia, panie Julianie. – Zadzwonił kluczykami, bawiąc się nimi. W końcu schował je do kieszeni i wszedł do sklepu. Natychmiast poczuł na sobie wzrok przebywających w pomieszczeniu klientów. Niektórzy patrzyli obojętnie, inni ciekawsko, ale zdarzyli się tacy, którzy całą swoją postawą pokazywali obrzydzenie, jakie wywoływał w nich Szymon. Ktoś pośpiesznie wyszedł.
– Dzień dobry – przywitał się grzecznie i stanął w kolejce.
– A ty tu czego? – Pani Filipiakowa wyszła z kolejki i stając pośrodku sklepu, położyła ręce na biodrach.
– Nie chcemy tu takich. – Ktoś odkaszlnął przy tych słowach, starając się ukryć swój głos.
– Pani Filipiakowa, Bartek, proszę o spokój – odezwała się Iwona. Była nastawiona niezwykle wojowniczo. 
– Co nas uspokajasz? Będziesz takim chłopom towar sprzedawać, co to z innymi chłopami do łóżka chodzą? Do piekła pójdziesz, Bieńkowski. Już jo wczoraj u księdza byłam. Kazałam mu ten temat na kazaniu poruszyć.
– No i co powiedział, i co? – dopytał ktoś.
– A co powiedział? Żebym pilnowała własnego nosa, a nie plotki po wsi roznosiła. Bo plotka to też grzech jakiś tam. Nie chciał mnie słuchać, bo mi nie wierzył. Gościa miał. Ale jo to już załatwię z nim. Pouczy takich jak ty. Gdyby nie to, że jest ino jeden sklep na wsi, nawet bym tu nie przyszła zakupów robić – przeszła na inny temat. – Ale co Zarzycka winna, że ma chorego syna. W mieście się wychował. Z miasta takie herezje przyłażą. Na wsi są porządne chłopy. Za spódniczkami latajom. A ty, Bieńkowski, skąd my tam wiemy, skąd naprawdę pochodzisz. Ale ja już ci pokażę. Już się zajęłam tą twoją działalnością.
– Słucham? – Zmarszczył brwi. Milczał do tej pory, bo mogła obrażać go, mówić co chce, ale teraz musiał się odezwać. – O czym pani mówi?
– O tej twojej konnej terapii, co to chorym dzieciom pomagasz. – Zamaszyście poprawiła spadającą jej z ramienia torebkę. – Tacy jak ty lubią dzieci. Pewnie sprowadzasz te biedne pacholęta, żeby je gwałcić.
– Panią chyba coś walnęło! – krzyknęła Iwona.
Szymon czuł, jak wzbiera w nim gniew. Gdyby ta kobieta nie była w wieku jego mamy, chętnie odpyskowałby jej, do czego niewiele mu brakowało. Iwona nie miała z tym jednak problemów:
– To pani jest chora za to, co mówi. Co pani sobie wyobraża?
– Już napisałam pismo do urzędów, żeby się tobą zajęli. Odbiorą ci tę terapię, a jak coś znajdą, to i do więzienia zamkną. Postaram się o to.
– Wie pani co, pani Filipiakowa? Niech się pani ode mnie szlachetnie… odpierdoli. – Nie wytrzymał. Próbował, ale po prostu nie dał rady. Szlag go zaraz trafi albo tę kobietę.
– Co za chamskie zachowanie, tak się do mnie odzywać – oburzyła się. Niektórzy jej przytaknęli.
– A pani zachowanie to co? Chce pani szacunku, proszę o to samo. Nie słyszy pani, co mówi? Jak pani może mnie posądzać o takie rzeczy? Jestem gejem, nie pedofilem. No, ale tacy jak pani tego nie rozumieją, bo żyją nienawiścią, a może strachem. – Pochylił się w jej stronę. Kobieta cofnęła się, przestraszona jego wściekłym wyrazem twarzy. – Wie pani, co to jest homofobia? To strach. To potężny strach przed tym, czego się nie zna i nie rozumie. Ale pani i pani podobni w życiu tego nie pojmiecie. Powinna się pani wstydzić swojego zachowania. Gdyby była pani moją matką, wyrzekłbym się pani. Nic dziwnego, że pani syn woli trzymać się od domu jak najdalej. Proszę sobie raz na zawsze zapamiętać, że jeżeli ktoś nie jest dla mnie miły, ja nie czuję się w obowiązku być miłym dla tego kogoś. Zważałem na pani wiek, ale mam to gdzieś. Grozi mi pani, że zamknie moją hipoterapię? Jeszcze zobaczymy – warknął i po prostu wyszedł ze sklepu, zanim powiedział coś naprawdę zdrożnego lub potrząsnął tą kobietą. Ostatkiem sił się przed tym powstrzymał. Od dawna nie czuł takiej wściekłości. Próbował panować nad sobą, ale w tej chwili doskonale rozumiał Kamila. Czasami po prostu się nie da być spokojnym i przybierać dobrej miny do złej gry. Nie da rady się uśmiechać, kiedy w środku szaleje tornado. Niech go wyzywają, wyśmiewają, ale nie mają prawa nazywać pedofilem. Jeżeli Filipiakowa zabierze mu coś, co tak kochał robić, walczył o to, uczył się, by móc założyć rehabilitację hipoterapią, to nie wiedział, co zrobi. Albo on będzie skończony, albo ta kobieta – jego nienawiścią. A tą potrafił żywić przez długie lata, jeżeli się komuś należało.
– Szymon? – Ze sklepu wybiegła Iwona.
– Daj mi spokój.
– Słuchaj, nie przejmuj się gadaniem głupiej baby. Tej to się nic nie podoba, ze wszystkim walczy. Nic nie może zrobić, prawda? – zapytała zmartwiona.
– Nie wiem. – Zacisnął pięści. Czuł się taki niespokojny. – Zależy co napisała i gdzie.
– Może tylko grozi? – zapytała z nadzieją.
– Nie. Jest zdeterminowana. Tacy jak ona nie odpuszczają.
– Co za cholerne babsko! Nic jej nie sprzedam. Niech sobie idzie do Kaliny. Spacerek dobrze jej zrobi.
Zaczął dzwonić telefon Szymona. W pierwszej chwili nie odebrał. Zrobił to dopiero wtedy, kiedy dzwonek nie zamilkł. Spojrzał na wyświetlacz.
– To Kamil. – Przesunął na ekranie zieloną słuchawkę. – Co tam? – Potarł czoło drżącą ręką.
– Wracaj. Anarese się źrebi – poinformował zdenerwowanym głosem Zarzycki. – Są problemy. Źrebak utknął. Jacek już dzwonił po weterynarza, ale facet jest przy porodzie krowy, bo też są jakieś problemy. Właśnie idę po dziadka.
– Ale miała się źrebić za tydzień.
– Widać ktoś się pomylił w obliczeniach. Przyjedź jak najszybciej.

W głośniku rozbrzmiał sygnał przerwanego połączenia. Szymon zacisnął dłoń na smartfonie. Jeszcze tego mu brakowało. Czyżby problemy zaczynały się dopiero piętrzyć? Powiedział Iwonie, o co chodzi i wsiadł do samochodu, by po chwili z piskiem opon wyjechać na drogę.

4 komentarze:

  1. Jak czytałam ten fragment o homofobii, strachu, to przypomniały mi się słowa Morgana Freemana
    "Homophobia is not a phobia
    You're not scared
    You're an asshole"
    Tak się chciałam tylko tym podzielić :)
    A rozdział wspaniały jak zwykle!
    Mam nadzieje, że Szymon nadal będzie mógł prowadzić hipoteriapie :(
    /A

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniałam wczoraj zostawić komentarz. Cieszę sie z takich prezentów na święta, zwłaszcza że moje będą nudne.

    A co do rozdziału, wczoraj miałam jakieś ale ale dziś zapomniałam, więc trudno, musisz żyć nez tej informacji a raczej z informacją że masz na koncie kolejny doskonały rozdział. Wesołych Świąt

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)