11 września 2016

Buntownik - Rozdział 10

Kochani, przed Wami kolejny rozdział. Ciekawe co tym razem wydarzy się pomiędzy Kamilem a Szymonem. :)

Dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem i przypominam o konkursie: Klik
Jeszcze tylko przez kilka dni można przesyłać zgłoszenia.




Rżenie koni wdarło się do głowy Kamila przez senny umysł, a może mu się tak tylko wydawało? Znów to samo. Śpi, więc pewnie mu się to śni. Nie było takiej możliwości, żeby słyszał rżenie koni od Bieńkowskich. Na pewno nie tak blisko. Tuż obok. Raczej nie dali koni na trawnik przed domem.
Kolejne rżenie, parsknięcie. Nie, to nie może być sen.
Otworzył oczy. Sprawdził na telefonie godzinę. Dochodziła ósma, chciał jeszcze pospać. Siedział przed komputerem do trzeciej w nocy, rozmawiając ze swoją paczką. Nie śpieszyło mu się do spania, bo wiedział, że rano nie będzie musiał wstawać. Niestety, ktoś lub coś zrobiło mu pobudkę. Zwlekł się z łóżka i podreptał do otwartego okna. Odsunął firankę i wyjrzał na zewnątrz, przecierając jedno oko. Prawie wycisnęło mu się przez usta przekleństwo na widok tego, co zobaczył na dole. Dwa konie, Zefir i Degressa, owszem, pasły się na trawniku, lecz przed jego domem, a obok nich stał Szymon, patrząc na niego.
– Myślałem, że nigdy nie wstaniesz.
– Co ty tu robisz? – zapytał Kamil, powstrzymując ziewanie.
– Nie każesz mi spierdalać, więc nie jest źle. Złaź.
– Po kiego chuja?
– Taka piękna pogoda sprawia, że człowiek ma ochotę na przejażdżkę. Poza tym mój uczeń ma zaległą lekcję jazdy i chciałbym to naprawić. Co powiesz na małą wycieczkę do lasu?
– O ile pamiętasz, nie umiem jeździć. – Rodząca się w nim złość ustąpiła, pozostawiając po sobie tylko miłe zaskoczenie.
– Co powiesz na rzucenie cię na głęboką wodę? Nie lubisz trzymać się norm, więc… –Zawiesił sugestywnie wzrok. – Zefir lubi jeździć po lesie. Chyba mu nie odmówisz, a może tchórzysz? – Wziął chłopaka pod włos.
On niby miałby być tchórzem? Już miał mu coś odpyskować, ale dotarło do niego, że Szymon powiedział to specjalnie, aby przymusić go do zejścia. Naprawdę ta propozycja kusiła go. Następnym razem może mu się coś takiego nie trafić. Jego natura kazała mu się kategorycznie sprzeciwić i powiedzieć Szymonowi, żeby się zwyczajnie odpierdolił, lecz ta łagodniejsza połowa uległa. Dlaczego miałby tego nie zrobić? Poza tym już nie był na niego zły za wczoraj. Podczas konferencji na komunikatorze pogadał ze znajomymi. Anka i Bogdan wbili mu do głowy, że był idiotą, zachowując się tak niedojrzale. Zrobił coś, czego sam nie lubił. Osądził.
Ubrał się szybko w pierwsze lepsze, zwyczajne, cienkie spodnie, uznając, że w dżinsach się udusi, bo na dworze już przygrzewało. Na górę ciała założył biały bezrękawnik, po czym zbiegł na parter, po drodze poprawiając palcami włosy.
Zajrzał do kuchni. Zastał w niej babcię trzymającą w dłoniach książkę kucharską. Mama pewnie poszła do sklepu, a dziadek wybrał się z Mili na spacer.
– Jadę do lasu, z Szymonem, na moją pierwszą jazdę konną – poinformował, ciesząc się z tego.
– Widziałam Szymona. Pytał się, czy może tu wprowadzić konie. Fajny chłopak z niego. Szkoda, że nie ma dziewczyny. Dobrze by z nim miała. Robotny, mądry, dobry. Takiego mężczyznę tylko do serca przyłożyć. Złapać go i nie puścić.
Kamil słuchał jej słów i musiał, mimo że nie chciał, przyznać jej rację. Babcia myliła się tylko w jednym. Kiedyś to jakiś chłopak, nie dziewczyna, będzie miał dobrze z Szymonem.
– Lecę.
– Nic nie zjesz? – zapytała.
– Zjem, jak wrócę.
– Uważaj na siebie.
– Spoko, babcia. Pa.
W przedpokoju założył jeszcze rozchodzone trampki i wypadł z domu. Szymon już na niego czekał przed wejściem, a twarz zdobił mu szeroki uśmiech.
– Szybko się uwinąłeś. – Nie spodziewał się tego, że chłopak tak łatwo się zgodzi. Dobrze wyszło, bo nie miał innych argumentów do przekonania go na przejażdżkę.
– Nie jestem laską, żeby stroić się godzinę. – Nie przyzna mu się do tego, że czasami całe wieki układał fryzurę przed lustrem.
– No nie, to widać. – Zmierzył go wzrokiem od stóp do głowy, by w końcu zatrzymać go na szarych oczach chłopaka. – Wsiadasz?
– Teraz? – skarcił siebie za to, jak tchórzliwie to wyglądało.
– Mhm. Będę trzymał Zefira na linie. Ty tylko musisz usiąść i się trzymać. Błagam, nie ściskaj konia mocno nogami. Nic mu nie będzie, ale później mięśnie będą cię tak boleć, że się nie ruszysz.
– Zapamiętam.
– Wiesz, jak wsiąść na konia? – Podczas gdy Kamil obserwował Zefira, Szymon obejrzał się przez ramię, bo wcześniej, kątem oka, zarejestrował jakiś ruch. Nie mylił się. Karolina, opierając się o płot, patrzyła na nich z wrodzoną jej ciekawością. Na szczęście milczała. Bał się, że jej gadanina zepsułaby wszystko i Kamil by się wycofał.
– Pewnie, że wiem – odparł Zarzycki. – Nie musisz mnie uczyć takich rzeczy. – Stanął z lewej strony konia. Wsunął stopę w strzemię, a Zefir zaczął się ruszać. – Stój, maleńki. – Uspokoił konia i ponownie włożył nogę w strzemię, a koń znów nie potrafił ustać spokojnie.
– Lejce – podpowiedział Szymon, podchodząc do chłopaka.
– Hm?
– Zawsze jak wsiadasz na konia, nie tylko stajesz po jego lewej stronie, ale podciągasz mu popręg. Potem zbierasz wodze do lewej ręki, a potem łapiesz się nią łęku siodła. Drugą ręką możesz złapać tylny łęk. Uważaj też, jak wsiadasz. – Przytrzymał konia za uzdę.
– To znaczy?
– Stój twarzą w kierunku głowy konia, wtedy jak wsuwasz stopę w strzemię, nie uderzasz go czubkiem buta w żebra. Ty stoisz do niego prosto i…
– Aha. Już wiem. – Zrobił wszystko tak, jak Szymon powiedział i z łatwością podciągnął się do góry. Przerzucił prawą nogę przez grzbiet konia i usiadł w siodle. Zefir zarżał, czując na sobie jeźdźca. – Co teraz?
Szymon w myślach pochwalił go.
– Teraz jedziemy. – Trzymając linę uwiązaną do Zefira, wsiadł na Degressę.
– Powodzenia, chłopaki – wykrzyknęła Karolina.
Wcześniej Kamil był tak zaoferowany radami Szymka, że dopiero teraz zauważył dziewczynę.
– Wybrałabym się z wami, ale troje to już tłum.
– Siostra, idź do swojej chatki na kurzej stópce.
– Nie mam. Zrób mi, to będę miała.
Kamil na jej słowa lekko się uśmiechnął. Mógłby ją polubić. To mu przypomniało o innej fajnej dziewczynie. Wczoraj umówił się z Iwoną na spotkanie. Nie widział jej od paru dni, a przecież mieli omówić ich wspólne wyjście na wesele.
– Kamil, zaproszenie na grilla nadal aktualne – powiedziała Karolina. – Przyjdź. Ja nie żądam, ja błagam. Będę robić szaszłyki, mój wymyślony przepis. Majstersztyk. Mniam.
– Ależ ty jesteś skromna, siostra.
– A co się będę. Trzeba siebie od czasu do czasu pochwalić, jak nikt inny tego nie robi. Kamil, pamiętaj, o osiemnastej.
Kiwnął jej tylko głową. Wczoraj przyszła zaprosić na grilla również jego mamę oraz dziadka z babcią. Cała trójka się wybierała, a on… Musi jeszcze nad tym pomyśleć.
– Owocnej przejażdżki. Działać, chłopcy, działać.
Szymon, z grzbietu niespokojnej, białej klaczy, posłał siostrze ostre spojrzenie, na które tylko uniosła swoje doskonale wymodelowane brwi.
– Idź robić te swoje szaszłyki, bo nie zdążysz i będzie klapa – rzucił, po czym wyprowadził konie przez otwartą bramę. Zefira prowadził na holu, jak on to nazywał, a Kamil miał się tylko trzymać.
– Pamiętaj o nogach. Nie spinaj ich tak, bo będą cię boleć. Inna część ciała również. Siedź spokojnie, luźno.
– Mając na myśli inną część ciała, mówisz o moich czterech literach? – zapytał Zarzycki. Dziwnie mu było poruszać się na grzbiecie konia, ale podobało mu się.
– Ma się rozumieć. Pojedziemy przez łąkę, potem wjedziemy do młodego lasu. Do starego nie ma co. Jest zapuszczony, zaśmiecony.
– Chyba żartujesz – prychnął Kamil. – Ludzie nadal wywożą śmieci do lasu? Przecież płacą za nie i zamiast oddać śmieciarce, to wywożą je gdzie popadnie? Mają posrane we łbach. Takich to bym solidnie karał. Jak można wyrzucać śmieci do lasu, do rzek, fos? Pojebało ich. Chorzy ludzie.
– Powiedz to im. Nikogo nie złapano za rękę, więc nikt nie może zostać ukarany. W przyszłości nie ma co tam jechać. Smród… Szkoda gadać. Na szczęście ten młody las jest bardziej pilnowany. Chodzą słuchy, że nowa sołtyska ma się tym wszystkim zająć. Zobaczymy.
Przejechali przez kawałek niewielkiej łąki, na której rosła koniczyna, a z niej wjechali do lasu.  Od razu było widać, że jest młody, bo nie tylko nie był tak gęsty jak ten stary, który Kamil pamiętał z dzieciństwa, ale i drzewa tutaj nie wyglądały na potężne. Jechali obok siebie. Kamil rozluźnił się trochę, nie trzymając się już tak kurczowo konia. Słuchał tego, co Szymon mówił o jeździe konnej.
Bieńkowski sądził, że Kamil będzie sprzeciwiał się temu, co on mówi, powtarzając, że nie lubi jak się go poucza, lecz chłopak bez problemów przyjmował jego rady. Faktycznie chciał się czegoś nauczyć. Szymon nie zabierał swoich uczniów na wycieczki już na pierwszej lekcji, ale tym razem zrobił wyjątek. Przecież Kamil to co innego. Spojrzał na niego. Słońce, na przemian z cieniami, przesuwało się po sylwetce Zarzyckiego wyglądającego na zadowolonego. Cieszył się, że sprawił mu tą wyprawą przyjemność i zmazał wczorajszy błąd.
Kamil czuł się bardzo dobrze. Nie złościł się. Rozglądał po lesie. Od wieków nie odczuwał takiego ukojenia, a w chwili gdy pomyślał, że dobrze byłoby się na trochę zatrzymać, Szymon odczytał jego myśli. Niedługo później stali na polance i po małej instrukcji Kamil bezpiecznie zsiadł z Zefira. Nie poszło mu to tak dobrze jak towarzyszowi, ale poradził sobie. Niestety, gdy tylko jego stopy dotknęły podłoża, mięśnie zabolały go tak, że nogi same się pod nim ugięły. Szymon w tym momencie jakby wyczuwając, co się stanie, znalazł się blisko niego i przytrzymał go za rękę. Kamil z powodu tej bliskości mógł wyczuć, jak duże gorąco bije z ciała mężczyzny. Wpatrzył się przez chwilę w ładnie wykrojone usta, a potem w szmaragdowe oczy. Musiał przyznać, że ten skurczybyk jest przystojny. Kamilowi zawsze podobali się bruneci, najlepiej z długimi włosami, ale tym razem Szymon przebijał wszystkich. Poza tym miał coś w sobie, a to „coś” zawsze było dla Zarzyckiego bardziej interesujące niż wygląd. Do tego Szymon miał łeb na karku, jak już wiele razy to Kamil stwierdził. Zajmował się wszystkim. Znał na wielu rzeczach. Imponował. Wracając do wyglądu, to zazdrościł mu, bo sam wyglądał dość przeciętnie, zwyczajnie i tyle.
– Nic ci nie jest? – zapytał Szymon świadom tego, jak Kamil patrzy, a raczej na nowo ocenia jego wygląd. Miał taki sam wzrok jak za pierwszym razem, gdy się spotkali. Podobało mu się to.
– Nie, nic. – Odsunął się, wyrwany z transu pytaniem. Udał zainteresowanie koniem. – Miałeś rację, że nogi będą mnie boleć. – Pogłaskał Zefira po pysku. O drobną przyjemność upomniała się też Degressa.
Szymon przyglądał się, jak chłopak z czułością głaszcze zwierzęta. To nie mógł być zły człowiek, przemknęło mu przez myśl. Każde zwierzę wyczuwa taką osobę, a do Kamila garnęły się bardziej niż do niego.
– Kamil… Wczoraj naprawdę nie mogłem…
– Dobra, rozumiem. Też przesadziłem. Chociaż mogłeś przynajmniej esemesa napisać.
– Wiem. Karola pochłania czas. Zapomniałem.
– Ja nie zapominam. – Odszedł kawałek i stanął plecami do Szymona. Zapatrzył się na krzak jeżyn, tutaj zwanych ostrężynami. Jak nie zapomni, to w sierpniu przyjdzie tu nazbierać owoców. Dobre były ze śmietaną. Jeden z jego smaków z dzieciństwa.
Szymon odchrząknął i zapytał, zmieniając temat:
– Przyjdziesz na tego grilla?
– Nie wiem. Może. Nic nie obiecuję. – Wsunął ręce do kieszeni, wyczuwając w jednej z nich zapalniczkę. – Twojej siostrze bardzo na tym zależy.
– Lubi towarzystwo. – Stanął obok chłopaka. Chciałby nawiązać z nim nić porozumienia. Źle się pracowało razem, kiedy ktoś na kogoś patrzył wilkiem. Zresztą… polubił Kamila. – Lubi się socjalizować z ludźmi. W przeciwieństwie do mnie.
– Do ciebie? – Przeniósł zainteresowane spojrzenie na Bieńkowskiego.
– Jestem raczej samotnikiem. Najlepiej się czuję w małym gronie osób, które dobrze znam i im ufam. Nie wyglądam na takiego, co?
– Nie. Czasami lepsze własne towarzystwo niż czyjeś. – Spojrzał na niebo prześwitujące ponad konarami młodych drzew. Nie znalazł na nim ani jednej chmurki. – Będzie grzało. Wracamy? Nie jadłem śniadania i jestem głodny. Potem mam spotkanie z Iwoną Gil.
– Iwona będzie u nas na grillu. To bliska koleżanka Karoliny. Może się na nim spotkacie?
– Oj, nie, nie. – Zaśmiał się nerwowo Kamil. – Jesteś podstępny. Chcesz mnie w ten sposób zmusić do przyjścia.
– Nie mów, że ty nie zrobiłbyś tego samego.
– Właśnie dlatego wiem, co kombinowałeś. – Wycelował w niego palec.
– No właśnie. Zadziwiające jest to, jak w wielu rzeczach jesteśmy podobni.
– Jak i wielu innych.
– Nie powiedziałbym.
– Ta. – Kamil czuł, że z tą krótką rozmową coś się zmieniło. Na lepsze.
– Wracamy. Przejedziemy się po lesie, a potem objedziemy go wokół. Wrócimy inną drogą – powiedział Szymon, wracając do pasących się koni.
– Czemu nie, poprzypominam sobie stare kąty, gdzie chodziłem z Iwoną i jeszcze paroma osobami ze szkoły. A jeżeli chodzi o grilla… Zastanowię się. – Również zawrócił do koni. Ptaki wokół śpiewały radośnie, a on był zadowolony i chętnie by coś takiego powtórzył. On, Szymon i psy. Podobała mu się ta myśl.

*

Wszedł do sklepu. To tutaj miał się spotkać z Iwoną. Jego mama stała za ladą i kasowała klientce produkty. Dwie inne osoby czekały w kolejce. Mama zobaczyła go.
– Kamil?
– Miałem się spotkać z Iwoną.
– Jest na zapleczu.
– Okej. – Przeszedł za ladę, słysząc, że kobieta, której mama właśnie ważyła jabłka, powiedziała:
– To twój syn? Wyrósł. Pamiętam go jako takiego małego szkraba. Ładny chłopak.
Kamil już widział oczami wyobraźni, jak po całej wsi o czterech ulicach na krzyż rozchodzi się plotka, że syn Beaty Zarzyckiej, z domu Dutkiewicz, jest ładny. Śmieszne.
Wszedł na zaplecze. Zastał Iwonę siedzącą przy stoliku, na którym stały puszki z kawą i herbatą, czajnik na wodę, kubki, dwie butelki wody oraz mała cukiernica. Dziewczyna nie zwróciła na niego większej uwagi, bo płakała. Co jakiś czas wyciągała papierową chusteczkę z paczki leżącej obok niej.
– Iwona?
Uniosła na niego zapłakane oraz czerwone, opuchnięte oczy. Już od dłuższej chwili musiała być w takim stanie, sądząc po jej wyglądzie. Makijaż spływał czarnymi smugami po jej policzkach, a wokół oczu był rozmazany.
– Zapomniałam, że przyjdziesz. – Wyjęła z otwartej torebki niewielkie lusterko i próbowała doprowadzić się do porządku. – Powinnam pomagać twojej mamie, a nie tu siedzieć. Tym bardziej, że sklep dzisiaj zostanie zamknięty o siedemnastej i jest przez to więcej klientów. A tymczasem… sam widzisz. – Chlipnęła.
– Bez powodu nie ryczysz. – Usiadł naprzeciwko niej. Odkręcił butelkę wody i podał koleżance. Położył przedramiona na stole.
– No nie. – Napiła się. – Ale szkoda gadać. Co u ciebie? – Po policzkach spłynęły jej nowe łzy. Broda zaczęła się niebezpiecznie trząść.
– Raczej ty mów, co u ciebie, inaczej sobie idę. – Udawał, że wstaje.
– Siedź. Mówiłam ci o weselu kuzynki.
– Przecież idę z tobą. A co?
Otarła nos, zanim kontynuowała swoją wypowiedź:
– Wiesz, jestem z kimś związana. No i ta osoba ma pretensje, że idę z tobą. Pokłóciły… pokłóciliśmy się o to.
– Dlaczego z nim nie idziesz? – zapytał, marszcząc brwi, zwracając przy tym uwagę na jej przejęzyczenie się.
– No właśnie. Nie wiem, jak na to zareagujesz. Bo w tym, co powiedziałeś, słowo „nim” jest kluczem. Chodzi…
– Chodzi o to, że mówisz nie o chłopaku, a o dziewczynie.
– Noo – przeciągnęła samogłoskę. – Nic na to nie powiesz? Nie wytkniesz mi…
– Uspokój się. – Pochylił się w stronę Iwony. – Nic nikomu nie powiem, a ty obiecaj, że też nic o mnie nie powiesz.
– Co o tobie? – Otarła nieustająco płynące łzy.
– To, czego nikt o mnie nie wie. Poza Szymonem Bieńkowskim. Nic mu nie powiedziałem. Domyślił się po tym, jak na niego patrzyłem. Konrad chyba też wie, ale nic nie mówi.
– Ale co? – zapytała, a on uniósł brwi i w końcu załapała. – O. Aaa. O. Fajnie. – Próbowała się uśmiechnąć, ale nic jej z tego nie wyszło, bo znowu się rozpłakała. – To mogę mówić otwarcie. W końcu mam z kim pogawędzić.
Opowiedziała mu, że jej dziewczyna ma na imię Aneta i są razem od dwóch lat. Aneta ma pretensje o to, że Iwona nie weźmie jej na wesele, jako osobę towarzyszącą. Dziewczyna Iwony nie ukrywa się, jest otwartą osobą i już dawno zrobiła coming out, w przeciwieństwie do panny Gil.
– Nie chcę być wytykana, kamienowana, nawet jeśli niedosłownie – mówiła. – Boję się, a ona tego nie rozumie. Chcę mieć spokój, dlatego wolę iść na ślub i wesele z kolegą. Chciałabym z nią, ale nie mogę. – Znów się rozpłakała. – Aneta się wściekła. Nie ustąpiłam i ostro się pożarłyśmy. Powiedziała, że ma mnie dość.
– Ona nie żyje w małej społeczności. Nie rozumie. Powinnaś jej była to wytłumaczyć.
– Tłumaczyłam. Nie chciała słuchać. Dopóki nie wyjadę na studia, muszę udawać. Chciałabym inaczej, ale znam moją rodzinę. Wyrzekliby się mnie, a ja ich kocham.
Na zaplecze weszła pani Beata, więc Iwona zaczęła ją przepraszać i powiedziała, że może zająć się sklepem wieczorem i nie muszą zamykać. Ona nie ma ochoty na grilla.
– Siedź. Radzę sobie. Nie ma dużo klientów. Zrobię tylko herbaty.
Siedzieli w milczeniu, dopóki mama Kamila nie zostawiła ich samych. Wtedy chłopak powiedział:
– Zaproś Anetę na grilla, jako przyjaciółkę. Karolina mówiła, że każdy może przyjść z jedną osobą. Obie spędzicie fajny wieczór, razem. Ona zobaczy, jak tu jest. Zrozumie, że musisz ją na razie ukrywać. Tobie nikt nie każe się ujawniać. Nie musicie się migdalić i całować. Po prostu razem spędźcie czas.
– Aneta ma zaproszenie, bo Karola o nas wie. Super z niej laska. Szymon też wie. Nikt więcej.
– To teraz ja też wiem. Kochasz Anetę? – Skinęła głową. – To dzwoń. Ona pewnie też zachowuje się jak ty i nie umie pierwsza wyciągnąć ręki. Mała rada, pogadajcie na spokojnie. – Do czego to doszło, żeby on udzielał rad.
– Myślisz, że tak jak ja, ona też boi się zadzwonić?
– Spróbuj. Wyjdę.
– Siedź.
Patrzył, jak wyciąga telefon. Odszedł kawałek, żeby nie podsłuchiwać, pomimo że siłą rzeczy i tak słyszał to, co mówiła Iwona. Po kilku minutach rozmowa została zakończona, a dziewczyna rzuciła mu się na szyję. Objął ją w pasie.
– Dziękuję. Miałeś rację. Przeprosiła mnie, ja ją. Przyjedzie na tego grilla – dodała, wyciskając mokrego całusa na policzku Kamila. – A ty masz kogoś?
– Nie. Raz miałem. Dawno temu. Nie chcę o tym gadać.
– Dobrze, ale jeżeli kiedyś zechcesz, to jestem do dyspozycji. Przyjdź na grilla, poznasz Anetę. Jeszcze raz dziękuję. – Ponownie go objęła, a jej włosy połaskotały jego policzek.
Kilka minut później, ogromnie szczęśliwa, przemyła twarz, zrobiła sobie makijaż i jeszcze na godzinę poszła zastąpić jego mamę w sklepie. Dzięki temu kobieta mogła wrócić do domu wraz z synem.

5 komentarzy:

  1. Bomba;) lubię to opowiadanie;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    zawitałam tutaj niedawno, jak na razie jestem przy opowiadaniu „Gdy muzyka w duszy gra”, które bardzo mi się podoba, lubię taką tematykę..
    ale mam pytanie do Ciebie, przynajmniej mi się wydaje, że jesteś współautorką bloga „cause happy ends are better!' zaczęłam tam też czytać teksty, a dzisiaj, mam chwilę czasu chciałam przeczytać, a tutaj... pusto..
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie jestem współautorką tego bloga. Jedną z autorek jest Silencio. Nie wiem dlaczego strona jest pusta.
      Życzę miłego czytania "Gdy muzyka w duszy gra". :)

      Usuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)