17 listopada 2014

Nie powiem dobranoc - Rozdział 1

To zaczynamy nowe opowiadanie. Zapraszam. 


Opowiadanie poprawia Akemi






Siedział nad kubkiem wystygłej kawy, gapiąc się bezmyślnie w okno i zachodzące za nim słońce. Czuł zniechęcenie przez to, co ostatnio działo się w jego życiu. Ciągle miał pod górkę, a dziś los już wyjątkowo postanowił z niego zadrwić. Jeśli do tej pory dysponował jeszcze jakimiś pokładami dobrego nastroju, to właśnie je stracił, gdy dowiedział się, że właściciel pizzerii, w której pracował, zabrał mu jedną piątą pensji, tłumacząc się wyższymi kosztami ubezpieczenia. Szkoda, że nie martwił się jego rachunkami i tym, co będzie jadł. Skurwiel! Już dawno mógł porzucić to miejsce na rogu Sunset i Kendell Street, lecz pomimo wkurwiającego szefa, miało swój urok. Poza tym lubił je i czuł wielki sentyment do tej pizzerii, z którą wiązało się wiele wspomnień. Zbyt wiele. Westchnął, przesuwając wzrok na smolisty napój i zamieszał w nim łyżeczką. Skrzywił się, ponieważ nienawidził zimnej kawy. Odsunął od siebie kubek.
Ile czasu mogło upłynąć, odkąd wrócił do domu i usiadł w fotelu? Z ciekawości spojrzał na zegarek ze srebrną bransoletą umieszczony na lewym nadgarstku. Wskazówki wyznaczały dwudziestą pierwszą trzydzieści, czyli przesiedział już godzinę. Przeczesał ręką swoje czarne, krótkie włosy. Miał ochotę wziąć długi prysznic i położyć się spać. Nie uśmiechała mu się kolejna bezsenna noc. O tak, wygodne łóżko było dobrym pomysłem. Wstał, rozciągając mięśnie zmordowane całodzienną pracą. Zanotował sobie w głowie, że musi odwiedzić siłownię lub wybrać się na plażę, aby pobiegać. Druga opcja zdecydowanie wydawała mu się przyjemniejsza. Uwielbiał wodę i gorący piasek. Szkoda, że teraz nie mógł tam iść. Pojutrze miał wolne, więc zapakuje swoje cztery litery do samochodu i spędzi cały dzień na plaży. Podszedł do okna, aby je zamknąć i ujrzał przez nie to, co przekonało go do wynajęcia tego mieszkania; wielki pas zieleni otaczający staw, plac zabaw dla dzieci, kort tenisowy oraz nieraz przez niego używane boisko do koszykówki. Pośród tego był duży plac, gdzie latem odbywały się darmowe koncerty i przedstawienia teatralne. Imprezy zwykle rozpoczynały się o dwudziestej i trwały do północy. Podobnie jak każdego wieczoru, tak i dzisiaj widział mnóstwo świateł rozświetlających park. Cienie drzew wyglądały niczym potwory, które przyciągały go, zamiast odstraszać. Nagle perspektywa snu oddaliła się. Pewnie i tak by nie zasnął, a niemiło jest być samemu w zimnej pościeli. Zamknął okno, sprawdził, czy ma telefon i z blatu w kuchni zgarnął klucze od mieszkania. W dużym pokoju, który służył mu równocześnie za salon oraz przedpokój, wsunął na stopy buty i wyszedł.
Do parku miał tylko kilkadziesiąt metrów, a jeszcze mniej, gdy skracał drogę, przechodząc w pobliżu małych, klimatycznych sklepików, w których zazwyczaj robił zakupy. Nie lubił bezosobowych domów handlowych. Pojawiał się w nich zazwyczaj wtedy, kiedy musiał lub gdy znajomi go tam zaciągali. Uśmiechnął się w duchu na wspomnienie Holly, która ostatnio zawlekła go tam siłą, bo w jednym z pubów umówiła mu randkę w ciemno. I choć spotkanie nie wypaliło, ponieważ nie był zainteresowany, tak samo, jak osoba towarzysząca, doskonale bawił się z Holly, po raz kolejny słuchając historii z jej dzieciństwa. Nawet urządzili zawody w tym, kto ile wypije whisky i nie padnie pod stół. Wygrała.
Nie to, żeby on padł. Po prostu wolał zachować trzeźwość myślenia. Napić dla towarzystwa, zabawy, tak, ale nie chciał, żeby coś na tyle zamroczyło mu umysł, by nie wiedział, gdzie jest lub co robił. Holly śmiała się z niego, że jest mięczakiem i dupkiem, ale nigdy nie obrażał się na takie słowa, ani żadne podobne. Wiedział, że przyjaciółka tylko żartuje. Znał ją kilka lat i gdyby chciała mu dokopać, zastosowałaby inne sposoby.
Z parku dochodziły odgłosy jakiegoś przedstawienia. Koncertu mógłby słuchać nawet w swoim mieszkaniu. Tłum ludzi śmiał się z wygłupów aktorów przebranych za jakieś dziwne stwory. Scena była wysoka, by każdy, nawet z daleka, mógł obserwować występ. Stanął pomiędzy ludźmi i przyglądał się chwilę widowisku. W pierwszej klasie liceum bawił się amatorsko w aktora. Niestety przedstawienie, w jakim grał, poniosło klapę głównie za sprawą kiepskiej reżyserii, więc się zniechęcił. Zresztą wolny czas wolał poświęcić innym celom. Celom, których nie udało mu się zrealizować. Pod koniec liceum w rodzinie zdarzyła się tragedia. Jego ojciec, pilot i nauczyciel latania, rozbił się, lecąc małą awionetką. Mężczyzna kilka miesięcy leżał w śpiączce, z której się wybudził, jednak od pięciu lat był sparaliżowany od pasa w dół. W tamtym czasie Steven musiał zająć się mamą i bliźniakami, którzy sprawiali, że czasem miał ochotę ich ukatrupić, bo wpieprzali się w jego życie. Mimo tego kochał ich ponad wszystko. Tak samo jak tatę, z którym niekoniecznie się dogadywał. Zresztą nigdy nie miał dobrego kontaktu z ojcem, a powodów było kilka. Jednym z nich było to, że mężczyzna chciał, aby syn został pilotem, podczas gdy on tego nie znosił. Chciał iść swoją drogą. Drugim powodem było to, że był gejem. Stary Anthony Duncan do tej pory nie pogodził się z tym, że pierworodny jest homoseksualistą. Steven szybko wyjawił rodzinie swoją tajemnicę, jednak ograniczył się tylko do niej. To z bliskimi chciał być zawsze szczery. Poza nimi wiedzieli tylko Holly i Zack, którym powiedział o sobie w dniu ukończenia liceum. Sądził, że ich drogi się rozejdą, a przyjaciele go odrzucą i wiedział, że nie będzie mu żal. Jednak ci nie tylko nie wyjechali na studia, ale zostali i byli przy nim. Zack był dobrym kumplem i partnerem życiowym Holly. Mieli się pobrać jesienią tego roku. Od zawsze byli razem, a on cieszył się z ich szczęścia. Czy inni o nim wiedzieli? Może. Nigdy nie pytali, a on nie czuł się w obowiązku im powiedzieć.
Rozejrzał się wokół, tracąc zainteresowanie przedstawieniem. Światła halogenowe dawały doskonały widok na resztę placu i zamknięty o tej porze kort tenisowy. Kilka osób stało koło siatek i żywo ze sobą dyskutowało, od czasu do czasu śmiejąc się z jakichś żartów. On sam zawsze w takich momentach czuł się dobrze. Bywały dni, kiedy kochał samotność, ale lubił się też zabawić. Dziś wolał być sam, ale i tak wyszedł do ludzi, starając się jakoś odreagować ten dzień i poprzednie. Przesunął wzrok w lewą stronę i nie miał wątpliwości, kim jest para, na którą teraz patrzył. Nawet w sztucznym świetle nie sposób było pomylić tych płomiennorudych włosów. Kobieta gestykulowała rękoma, jak to ona, tłumacząc coś narzeczonemu, a Zack tylko potakiwał. Steven miał ochotę się roześmiać, ponieważ przyjaciel długo zarzekał się, że nie będzie pod pantoflem. Podszedł do nich, zręcznie omijając tłum. Zaszedł Holly od tyłu, pokazując Zackowi, by nie zdradził się, że go widzi.
– Musimy zaprosić jeszcze ciocię z Wisconsin. To kuzynka… – dziewczyna nagle urwała zdanie, powstrzymując się przed piskiem, gdy jej oczy zasłoniły czyjeś dłonie. Od razu chwyciła za nie, uspokajając się, gdy pod palcami wyczuła ślad na skórze po opatrzeniu. – Stiv, ty cholerna mendo!
– Tylko nie mendo, maleńka. – Wiedział, jak ona nie znosi tego słowa. Odsunął dłonie, nie ukrywając rozbawienia, kiedy Holly spojrzała na niego wojowniczo.
– Nie jestem maleńka i to wcale nie jest zabawne.
– Jest – parsknął śmiechem.
– Gówniarz, a ty… – zwróciła się do narzeczonego, który przygryzał wargę, aby się nie roześmiać. – Drugi gówniarz. Kanalie jedne, ale obu was kocham. – Pocałowała przyjaciela w policzek, puszczając mu oczko, kiedy musiał pochylić się, by mogła do niego dosięgnąć. Narzeczony musiał zrobić to samo i dostał soczystego buziaka prosto w usta.
– Czemu on w usta, a ja w policzek? – Steven udał obrażonego.
– Ciebie powinien całować ktoś inny – odparła.
– Nie zaczynaj. Sami tu jesteście? – zapytał, zmieniając temat, żeby tylko nie zaczęła mówić o tym, że powinien się z kimś związać lub znaleźć seks kumpla.
– Grace poszła do kibelka. Martin ogląda przedstawienie, a David gdzieś się plącze. Dzwoniłam do ciebie, ale było: „abonent chwilowo niedostępny” – sparodiowała głos automatu.
– Pewnie nie włączyłem telefonu. – Wyjął z kieszeni przestarzałą już komórkę. Nie czuł potrzeby wymiany jej na nowszy model. Ta działała dobrze, więc póki dało się z niej dzwonić i pisać wiadomości tekstowe, nie zamierzał się jej pozbywać. Włączył aparat, na który od razu przyszło kilka powiadomień o nieodebranych rozmowach. – Dzwoniłaś tylko raz? – Zawiesił wzrok na przyjaciółce.
– Czy ja mówiłam, że raz? – Uniosła swoje idealnie wyprofilowane brwi. – To było jakieś pięć, sześć razy. No wiesz, nie chciałam byś samotnie siedział w domu.
– Ja bym posiedział – mruknął pod nosem Zack. – Fajny film puszczali dziś w telewizji.
– Typu zabili go i uciekł?
– Tak, myszko. Jeden z tych.
– Kochanie, na starość zafunduję ci wygodny fotelik, ciepły kocyk i filiżankę najlepszej na świecie herbaty. Podsunę też cały stosik filmów. Będziesz sobie siedział i oglądał. – Stanęła na palcach i cmoknęła go w pokryty zarostem policzek.
– A masaż do tego dokładasz?
– Wolę dać ci go od razu, jako zaliczkę, jak tylko wrócimy do domu. Nie obraź się, ale na starość nie będziesz mógł się tak ruszać. – Objęła narzeczonego w pasie, przytulając się do jego szerokiej piersi.
Steven lubił na nich patrzeć. Na ich bliskość, na to jak okazują sobie uczucie, planując zestarzeć się u swego boku, dzieląc szczęście i troski, które mogą ich spotkać w życiu. On był sam i starał się o tym nie myśleć. Żył z dnia na dzień. Każdego dnia wstawał rano, aby pójść do pracy lub spał dłużej i spędzał czas według własnego uznania. Czasami siedział sam, a innym razem spotykał się ze znajomymi. Dodatkowo starał się pomagać rodzinie na tyle, na ile mógł. Nie był w stanie sprawić, aby nogi ojca były zdrowe, a mężczyzna znów mógł robić to, co kochał. Nie potrafił pomóc mamie, aby lepiej zarabiała w pracy, albo żeby rodzeństwo było grzecznymi aniołkami. Mimo tego był z nimi zawsze, kiedy tego potrzebowali, nawet, jeśli ojciec źle na niego reagował. Wiódł normalne, może dla wielu nudne, życie, jednak był z niego zadowolony.
– A ty, co się tak gapisz? – zapytała żartobliwie Holly, odrywając się od ust swego jasnowłosego partnera. – Chłopa byś sobie znalazł, to by ci zrobił masaż i nie tylko.
Przewrócił oczami i na wszelki wypadek rozejrzał się, czy nikt jej nie słyszał.
– Mów ciszej. Nie zamierzam ogłaszać całemu światu: „Hej, halo, widzicie, jestem pedałem”.
– Stiv, nie mów tak o sobie. Pedały są przy rowerze – powiedziała.
– To mów ciszej.
– W porządku, ściszam głos. – Zamknęła usta pomalowane czerwoną pomadką i wykonała gest, jakby naciskała przycisk na pilocie.
– Co ty robisz? – spytał Zack.
– Ściszam głos.
– Jesteś rąbnięta – parsknął Steven.
– A ty gej. – Wyszczerzyła się szeroko, ostatnie słowo wypowiadając szeptem.
– Jestem i mnie to nie obraża, a ty właśnie przyznałaś, że świrujesz. – Wsunął ręce do kieszeni.
– Phi. Reszta nie wraca, a ja bym coś zjadła. Może kupimy hot doga w jednej z tych budek? – zapytała, obejmując się rękoma narzeczonego i wtulając plecami w jego pierś.
– Ja muszę wracać. Wpadłem tylko się rozejrzeć i odetchnąć świeżym powietrzem – powiedział Steven.
– Już idziesz? – Wydęła usta jak mała dziewczynka.
– Wstaję jutro o piątej i mam cały dzień harówki. Jestem jutro sam. A nie, zaraz, dziś też byłem sam na kuchni.
– Jak tam chcesz. O której masz jutro przerwę?
– Holly, pytasz, jakbym pracował tam od miesiąca. Wiesz, jak jest.
– Tak, wiem. Wpadnę po południu, bo chcę z tobą o czymś porozmawiać – powiedziała poważnym głosem.
– Może być. Znajdę chwilę dla ciebie. Pozdrówcie resztę zagubionych ludzi. – Podał rękę Zackowi, na końcu czochrając długie włosy przyjaciółki.
Pożegnał się z nimi, a przechodząc koło osób oglądających dobiegające do końca przedstawienie, w oczy rzucił mu się Martin rozmawiający z jakąś młodziutką dziewczyną. Ten podrywacz nigdy się nie zmieni. Steven pokręcił głową z dezaprobatą. Nie potrafiłby tak z kimś postępować. Poderwać, zabawić się i porzucić. Nie był takim typem. Chciał kochać i być na zawsze z tą jedną, jedyną osobą. Może miał przedpotopowe poglądy, lecz taki był i nie zamierzał się zmieniać. Nie miał zamiaru przejmować się, że innym to nie pasuje.
Zatrzymał się i spojrzał w niebo. W świetle halogenów nie widział gwiazd, ale wiedział, że tam były. Tak samo jak miał pewność, że jutro wstanie nowy dzień oraz, że już oddał komuś swoje serce.

                                                           ~*~

Nóż trzymany przez kucharza sprawnie kroił pomidora na cienkie plasterki, które chwilę później zostały zebrane i dodane na wielki, okrągły placek wysmarowany ketchupem. Do tego dołączyła wcześniej pokrojona cebula, której zapach roznosił się po kuchni, mieszając się z wonią przeróżnych ziół. Kucharz sprawnie uzupełniał danie w kolejne składniki, obficie posypując oregano. Robił wszystko z niezwykłą precyzją i przyjemnością, podśpiewując pod nosem.
– David, wstaw to do pieca – powiedział, idąc umyć ręce.
– Człowieku, ty to masz talent – pochwalił mężczyzna z ciemnymi włosami, które na czubku były postawione do góry. – Nic dziwnego, że tłumy przychodzą, by choćby uszczknąć kawałek twoich dzieł.
– Daj spokój, to tylko pizza. – Steven otarł dłonie w ścierkę i popatrzył na kumpla. – Co z tego, że klienci są, skoro szefuńcio wciąż narzeka, że nie ma kasy i obcina nam pensje? – Oprócz nich w kuchni nie było nikogo, więc mógł mówić swobodnie. Zresztą nie tylko on tak uważał. Chciałby mieć swój lokal i być dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. Marzenia ściętej głowy.
– Mary nieźle się wczoraj o to wkurwiła. – David włożył pizzę do pieca i go zamknął.
– Po cholerę traci nerwy? – Napił się coli i wziął pojemnik z mąką, by wykonać kolejne zamówienie. – Przypilnuj tych, które się pieką. Elis ma przerwę.
– Mhm. Spoko, mają jeszcze kilka minut. Holly, wspomniała, że byłeś wczoraj w parku. – David obserwował, jak Steven wyrabia ciasto. – Zawsze podziwiałem sposób, w jaki to robisz.
– To proste, lata praktyki. A co do wczoraj, to wpadłem tylko na trochę. Nawet się nie spodziewałem, że tam będziecie. – Zagniatał ciasto, które pod jego dłońmi zaczęło przybierać właściwą konsystencję. Mieli dziś urwanie głowy, a na kuchni był tylko on i Elis. Zresztą zazwyczaj sam robił dodatkowo milion rzeczy na raz. Mary stała za barem i przyjmowała zamówienia, a David rozwoził pizzę.
– Panowie. – Przez małe okienko zajrzała Mary. Była kobietą blisko pięćdziesiątki, która tej pracy trzymała się rękami i nogami. Chciała zarobić na studia córki, a nigdzie nie chcieli jej przyjąć w tym wieku. – Jedną Pugliese i Margheritę.
– Powiedz, że najwcześniej będą za półgodziny. I każ Elis wracać do pracy. Jej przerwa już minęła – powiedział Steven. – Nie mam zamiaru sam tu harować.
– Zaraz jej powiem.
Mógł narzekać, ale lubił hałas panujący tutaj i swoją pracę, mimo że była ciężka. Kochał gotować. Rozciągnął ciasto do właściwych rozmiarów, by zaraz wziąć się za krajanie cebuli. Zanim to zrobił, spojrzał jeszcze na zegarek. Dochodziło południe, a Holly miała zjawić się za kilka godzin. Nie zastanawiał się, co to za poważna sprawa, gdyż takowa ostatnio oznaczała u niej ślub, więc i teraz spodziewał się rozmowy o tym.
Do kuchni wpadła młoda kobieta o krótko obciętych, brązowych włosach. Elis rozpoczęła pracę tego samego dnia, co on, i w ciągu roku wiele się nauczyła. Niestety, bywała leniwa i wiele razy trzeba było poganiać ją ścierką, żeby wróciła do swoich obowiązków.
– Hej, ludki, miałam jeszcze minutę – powiedziała, udając oburzenie.
– Ta minuta dawno minęła – odparł Steven, podsuwając jej cebulę do krojenia.
– Eee, muszę? – Zrobiła minę zbitego szczeniaczka.
– Ja rządzę w tej kuchni, więc do pracy. – Wskazał na jarzynę. – Ruchy. Zamówienia dziś walą się drzwiami, oknami i telefonami.
– My zapierdalamy, a szefuńcio leci sobie na Bahamy – wycedziła Elis, zabierając się do pracy.
– Kiedyś i ty tam polecisz – wtrącił David.
– Wolę Kanary.
– To na Kanary i będziesz się wylegiwać na plaży, pić drinki z parasolką, a jakiś przystojniak będzie cię masował. – David pochylił się do jej ucha i położył rękę w dole jej pleców.
Elis spojrzała na niego, jak na głupka.
– Na pewno, nie będziesz to ty. I jak jeszcze raz mnie dotkniesz, to wiem, jak zrobić z tego użytek. – Pokazała mu nóż.
Mężczyzna, we wtórze śmiechu Stevena, wycofał się z uniesionymi do góry rękami.
– Nie wiesz, co tracisz.
– Wyobraź sobie, że wiem.
Steven już ich nie słuchał, powracając do robienia kolejnej pizzy.

                                                               ~*~

Dwie godziny później, kiedy największy natłok pracy mieli już za sobą, Steven mógł nareszcie odpocząć. Z ulgą myślał o jutrzejszym wolnym dniu. Musiał się jeszcze upewnić, czy Peter przyjedzie na swoją zmianę. Właściwie to obaj powinni dziś pracować, ale od czasu do czasu każdy musi mieć wolne. Zdjął fartuch, który chronił jego ubranie przed zabrudzeniem i powiedział Elis, że idzie na salę. Lubił siadać przy stoliku lub na stołku za barem i obserwować ludzi. Często zastanawiał się, co każdy klient myśli, co czuje, jakie ma radości i smutki. Po ich minach i zachowaniu rozsądzał, co komu może leżeć na sercu. Na przykład młoda, na oko szesnastoletnia dziewczyna i jej dwie koleżanki wyglądały bardzo beztrosko. Jadły pizzę i bawiły się telefonami, od czasu do czasu, pokazując coś sobie nawzajem, krzywiąc się i śmiejąc. Samotny mężczyzna zajmujący stolik nieopodal nich czytał gazetę. Obok niego stał talerz z jednym kawałkiem pizzy i filiżanka kawy. Pod oknem para staruszków płaciła rachunek, dziękując kelnerce za dobry posiłek. Wychodząc, minęli grupę nastoletnich chłopaków, którzy musieli przyjść tu zaraz po szkole, ponieważ mieli ze sobą plecaki. Steven też tak przychodził. Nigdy nie był tu sam, bo zawsze towarzyszyła mu ta jedna, jedyna osoba, na której mu zależało. Dzień, w którym pierwszy raz trafili do tej pizzerii, pamiętał, jakby to było zaledwie wczoraj. Od razu im się spodobała – mała, przytulna, z przyjemną atmosferą. Po prawej stronie baru stały loże z kanapami, a po lewej okrągłe, przykryte serwetami stoliki i krzesła. Zupełnie tak samo jak dziś. Naprzeciw były drzwi z małym dzwoneczkiem, który odzywał się, gdy wchodził klient. Jak na zawołanie rozbrzmiał głośny, lecz nienachlany dźwięk, przez co Steven automatycznie skierował wzrok ku jego źródle, a jego serce zamarło. Poczuł się, jakby czas zwolnił. Nie słyszał rozmów ludzi, brzęku sztućców, ani innych odgłosów świadczących o obecności klientów. Jego zmysły skupiły się tylko na jednej postaci. Na nim. Na słabości Stevena. Pierwszej i jedynej, jaką do tej pory miał; na niespełnionej miłości swego życia. Miłości, którą ukrywał przez całe lata. Co miał zrobić, skoro obiekt jego westchnień był zdeklarowanym hetero? Miał powiedzieć mu, co czuje i nigdy więcej go nie zobaczyć, nie móc być w pobliżu tego mężczyzny? Z drugiej strony, będąc w liceum myślał nieraz nad tym, aby wyznać prawdę i pozwolić, by tamten go odepchnął, żywiąc nadzieję, że uczucie przestanie go dusić. Na studiach przekonał się jednak, że odległość nie pomogła. Brak kontaktu, kiedy obiekt jego westchnień wyjechał, nie sprawił, iż jego uczucie zniknęło. Ono, jak na złość, trwało niczym przekleństwo, torturując go i nie pozwalając związać się z kimś innym.
Teraz myślał o tym, jak bardzo chciał uciec, schować się w kuchni i nigdy nie wychodzić, lecz było na to za późno. Mężczyzna, którego obserwował, spojrzał wprost na niego, jakby ściągnięty wzrokiem, i skierował się w jego stronę. Steven odetchnął kilka razy. Ostatni raz widział go rok temu, na urodzinach Holly, a i tak nie trwało to długo, ponieważ mężczyzna wyjeżdżał za granicę.
– Cześć – przywitał się przybyły.
– Cześć, Kieran. – Co on tu robi i dlaczego Holly nie powiadomiła go o powrocie brata? – Nic się nie zmieniłeś.
Steven przyjrzał się jego gładko ogolonej twarzy. Duże, ciemne oczy patrzyły na niego, mówiąc coś w stylu: „cieszę się, że cię widzę, kumplu”.
– Ty również. – Chłopak oparł się łokciami o ladę barową.
– Na długo przyjechałeś?
– Jeszcze nie wiem. Zaczynają się wakacje i może spędzę je tutaj. Spotkam się ze starymi znajomymi.
– Po podrywasz dziewczyny – podsunął swą myśl Kieranowi.
– Nie przyjechałem sam – powiedział chłopak.
– O, a z kim? – Na samą myśl, że mężczyzna z kimś się związał, krajało mu się serce, jednak odegnał ból i uśmiechnął się, przez lata dobrze nauczony, jak ukrywać prawdziwe uczucia. Musiał, bo inaczej ciężko by mu było przetrwać wszystkie związki Kierana.
– To Jessica.
Steven zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie jakąś Jessicę, ale nikt taki nie przychodził mu do głowy.
– Chyba nie kojarzę.
– Jessica Parker. Byłem z nią na urodzinach Holly. Nie poznałeś jej?
– Chyba nie miałem tej przyjemności. – Całe szczęście, że nie miał. Tym bardziej teraz, kiedy okazało się, że Kieran jest z nią związany już tyle czasu. Nie miał ochoty jej poznawać i doskonale zdawał sobie sprawę, że odzywała się w nim zazdrość.
– To ją poznasz. Powinniśmy się umówić na spotkanie.
– Ty i ona… To coś poważnego? – zapytał Steven, starając się utrzymać normalne brzmienie głosu, ale gula w gardle zaczęła go dusić. Pora zabić w sobie tę miłość - pomyślał i postanowił, że to w końcu zrobi.
– Pora się ustatkować. Słuchaj, wpadłem tylko się przywitać, bo przyjechałem wczoraj, a Holly mówiła, że tu pracujesz.
– Ta… – odchrząknął. – Tak, niedługo będzie rok.
– Lubiłem to miejsce, szczególnie jak przychodziliśmy tu po szkole. Stare, dobre czasy. No to lecę zobaczyć się z rodzicami. – Wyciągnął rękę, a Steven ją uścisnął.
Dotyk dłoni Kierana wzbudził w nim palącą potrzebę bliskości. Miał ochotę przyciągnąć go do siebie i mocno objąć. Poczuć jego ramiona i ciepło ciała wciskające się w jego własne. Tyle razy wyobrażał sobie, jakby to było i katował się tym całymi nocami. Zwłaszcza, kiedy miał te naście lat. Jak miał wyrzec się tego uczucia, skoro głupie podanie ręki działało jak narkotyk? Nie raz się obejmowali, lecz tylko jak zwyczajni hetero faceci, klepiąc się po plecach. Teraz po prostu miałby ochotę go przytulić. Jednak obawiał się, że gdyby to zrobił, już by go nie wypuścił. Całe szczęście, że lada powstrzymywała go przed tym błędem. Zabrał rękę, mając nadzieję, że nie przytrzymał jej dłużej niż było trzeba i powiedział:
– To trzymaj się. Ja wracam do pracy.
– Umówimy się kiedyś i wpadnę na jedną z tych twoich pizz. Pamiętam, jak robiłeś je jeszcze w domu. Zawsze wracałem do domu obżarty po wsze czasy. Do zobaczenia.
– Ano. – Nie czekał, aż Kieran wyjdzie. Minął Mary starającą się nie słuchać ich rozmowy i wszedł do kuchni. – Kurwa! Kurwa! Kurwa!
Nie zwracał uwagi na gapiącą się na niego Elis, która trzymała blachę ze świeżo upieczoną pizzą. Jeden zwykły dotyk wystarczył, żeby jego nagłe postanowienie, aby zniszczyć tę miłość, było tylko chwilowe. Nie był przygotowany na to spotkanie. Holly mogła do niego zadzwonić! Chyba on będzie musiał to zrobić i powiedzieć jej kilka słów. Przecież przyjaciółka wie, co Steven czuje do jej brata i jak reaguje na każde spotkanie. Zamiast mu powiedzieć o przyjeździe Kierana, nic nie zrobiła w tej sprawie. Zwykły sms byłby lepszy niż milczenie.
– Steven? Coś ty taki wzburzony? – zapytała Elis, ale zaraz umilkła, widząc jego wzrok. – Chcę tylko powiedzieć, że mamy dwa zamówienia do zrobienia.
– Zaraz – mruknął i odszedł na bok. Zadzwonił do Holly, która odebrała po pierwszym sygnale.
– Właśnie miałam do ciebie dzwonić. Możemy spotkać się u ciebie w domu? Nie wyrwę się z pracy. Koleżanka, która miała mieć po mnie zmianę, zachorowała i muszę zostać do dziewiętnastej – paplała jak najęta.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że on przyjechał i zostaje na dłużej? – zapytał wprost, bez owijania w bawełnę.
– Skąd wiesz?
– Był tu, w pizzerii. Wiesz, co się ze mną dzieje…
– Posłuchaj – przerwała mu. – Właśnie w tej sprawie chciałam się z tobą spotkać.
– Spotkasz się. O ósmej wieczorem u mnie. – Rozłączył się, nie czekając na jej odpowiedź i oparł czoło o ścianę, lekko w nią nim uderzając. Kieran, jego słabość, miłość, tęsknota i ból, wrócił.
– Steven?
– Tak, już idę. – Pozostało mu zająć się pracą, w której może na jakiś czas uda mu się przestać myśleć o obecnym problemie.


16 listopada 2014

Postacie - Nie powiem dobranoc

 Steven

Holly

Zack
 
Kieran

  
Grace
 
 David

 Jessica


13 listopada 2014

Nie powiem dobranoc - zapowiedź






Steven mieszka sam, próbując ułożyć sobie życie, żyć w spokoju i wierzyć, że kiedyś spotka kogoś kogo pokocha. Dla niego to nie jest łatwe, gdyż swoje serce już lata temu komuś oddał i próbuje zapomnieć o tej osobie, a życie mimo jego chęci i tak przynosi mu nowe niespodzianki. Pewnego dnia, próg pizzerii, w której pracuje Steven, przekracza mężczyzna, przez którego przeszłość, uczucia, pragnienia uderzają w Stevena z potężną siłą, a przeżyty ból w każdej chwili może się powtórzyć. 

Publikacja rozpoczyna się od 17 listopada. Zapraszam. :) 
Opowiadanie ma 18 rozdziałów, które będą się ukazywać w każdy poniedziałek, jeden rozdział na tydzień, tak jak było do tej pory.

10 listopada 2014

Prezent od losu - Rozdział 17 ostatni




 Przed Wami ostatni rozdział 3 tomu opowieści o zmiennych wilkach. Dziękuję wszystkim tym, którzy ze mną byli, którzy mniej lub bardziej pokochali bohaterów tego tomu, ale także i pierwszych dwóch. Dziękuję komentującym, a także cichym czytelnikom. Wiem, że nie każdemu przypadły te tomy, dla wielu ten ostatni był zbyt wulgarny itd. ale taka miała być ta część. Taka była para i nie byli to grzeczni chłopcy. :) Natomiast ja wyczuwam w swoich postaciach, to czego oni pragną i tak naprawdę jedno opowiadanie będzie łagodne, słodsze, inne bardziej ostre, perwersyjne, co nie każdemu się spodoba. Takie życie. Nie da się wszystkim dogodzić. :) 
Do wilczków wrócę, a raczej do doktorka. Wiem jaki tytuł będzie miał 4 tom "Serca w ogniu" powoli pomysł gdzieś się rodzi, ale to jeszcze nie czas na niego. Czy będzie 5 tom i kolejne? Na razie nic takiego nie planuję. Chcę się skupić na innych tekstach, które szybko nie ujrzą światła dziennego, lecz mam nadzieję, że warto będzie na nie czekać.

 Za tydzień pojawi pierwszy rozdział "Nie powiem dobranoc". Już teraz dziękuję Akemi, że ochoczo wzięła się za poprawianie tego opowiadania i powiem, że idzie jej genialnie. :) 
W tym tygodniu przeprowadzę zmianę wyglądu bloga i wstawię krótki opis nowego opowiadania. :)

Jeszcze jedna sprawa, opowiadania, które wstawiam na bloga są już napisane. Nie byłabym w stanie pisać na bieżąco. Prędzej po prostu bym to porzuciła, czując presję, że muszę pisać, bo trzeba rozdział wstawić. Tak to ja pisze na spokojnie, a Wy jesteście pewni, że jeśli nic mnie nie zje, to będziecie mieli co czytać przez bardzo długi czas. :)

To tyle z ogłoszeń, może ktoś wytrwał do końca. ;) Jeszcze raz dziękuję i zapraszam do czytania.


ROZDZIAŁ 17 ostatni


W ciągu dwóch tygodni Luis z Alessiem odpowiadali na masę pytań, głównie tych, które wychodziły z ust mamy młodszego z partnerów. Dotyczyło to ich związku, tego co planują na przyszłość, a i ostatnich trudnych dni. Wiele pytań padało w związku z jego długim życiem, jakby darem danym od Alessia. Na wszystkie odpowiadali cierpliwie. Tata chłopaka już nie patrzył na nich jak na coś złego, gdyż bliska utrata syna spowodowała u niego doszczętne przefiltrowanie swoich poglądów i rodzina znów stała się kochającą, troszczącą się o siebie. Kiedy już państwo Bright z córką wrócili do swojego domu wszystko wróciło do normy.  Dlatego obaj mogli na spokojnie przygotować się do uroczystości parowania. Uroczystości, która miała mieć miejsce wieczorem, w ogrodzie obwieszonym przez lampiony rzucające wokół migoczące, ciepłe światło.
Alessio spacerował po ogrodzie wśród zebranych gości, ubrany w typowo rytualny strój; kremowy ze złotymi nićmi w miejscu łączenia. Cienkie spodnie i długą do kolan koszulą z rozcięciami po bokach aż do bioder, szerokimi rękawami o tak delikatnym materiale, wytworzonym przez zmiennych, za który ludzie płaciliby krocie pragnąc go tylko dotknąć. Pozdrowił skinieniem głowy Justina i Daria reprezentujących siebie i sforę Langstonów. Jackob i Sheoni nie mogli być obecni na uroczystości z powodu wizyty u rodziców kobiety. Przywitał się z przedstawicielem Starszyzny zamieniając z nim kilka słów. Brian Ororc, był jednym z trzech mężczyzn, którzy poprowadzili ceremonię wiązania Christiana. Cichy i skromny mężczyzna był bardzo elokwentny i rozmowa z nim przynosiła dużo umysłowych doznań.
Nastąpiło poruszenie wśród gości, więc Alessio zaciekawiony tym co się dzieje odwrócił się, przepraszając uprzejmie Ororca za niedokończenie rozmowy. Nie zapanował nad szerokim uśmiechem i nad swoimi nogami podążając do zbliżającego się do niego Luisa. Chłopak miał na sobie bliźniaczy strój, a gdy ich dłonie się złączyły przez obu przebiegł prąd.
– Czekałem. – Przysunął sobie do ust dłoń Luisa i pocałował ją. Gdzieś w tłumie ktoś westchnął i doleciało do jego uszu ciche: „Jakie to romantyczne”. Mógł się założyć, że była to Sonia. – Długo cię nie było.
– Chyba nie myślałeś, że nie przyjdę. – Luis przechylił głowę czekając na odpowiedź. Nie było go, bo musiał przygotować prezent dla swojego partnera, w czym pomógł mu Christian, ale Alessio dostanie go gdy będą sami.
– Po prostu tęskniłem.
– Panowie, zaczynamy? – zapytał Ororc podchodząc do nich. Obok niego pojawił się drugi mężczyzna z przedstawicieli Starszyzny.
– Jak najbardziej – odpowiedział Acardi spoglądając jeszcze na wzeszły niedawno księżyc. Związek zawarty podczas pełni dodatkowo był błogosławiony przez więź. Podprowadził Luisa do dwóch czekających mężczyzn i rozpoczęła się ceremonia.

Kilka minut później Luis uwolnił się z ramion szczęśliwej mamy. Szczególnie dla niej zrobiono to przyjęcie, żeby miała namiastkę wesela, o którym zawsze marzyła dla swojego syna. Owszem małe przyjęcie odbyłoby się, ale oni już po ceremonii mogliby zniknąć. Tymczasem lawirowali wśród gości oddając się rozmowom, popijając w międzyczasie szampana, podczas gdy najchętniej zajęliby się innymi przyjemnościami. Na to jednak będą mieli całe życie. Chociaż Alessio zastanawiał się dlaczego jego partner więzi jest tak niespokojny, a raczej niecierpliwy i ciągle spogląda w stronę domu.
Luis, jak twoja praca? zapytał Craig nabierając na talerzyk porcję ciasta.
W końcu po przeszkoleniu zostałem kelnerem. Nie chcąc być na utrzymaniu Alessia czy też sfory, znalazł pracę w restauracji w miasteczku, tej samej, w której wcześniej pracował Arthur. Może nie płacili tyle ile zarobiłby w dużym mieście, ale tutaj miał bardzo blisko do partnera, bo nawet on sam rozstanie źle znosił. O czym przekonał się parę dni temu, kiedy Daniel wysłał Alessia w interesach do innej sfory. – W każdym razie nie narzekam.
– A co z tym, co ciebie ścigał? – zapytał Dario, który przyłączył się do rozmowy wraz z Justinem.
– Będzie siedział. Filmik i nagranie z samochodu, które wykonał Martin, są niepodważalnymi dowodami, a podobno znalazły się też inne. – Nudził się. Nie powinien, ale nudził się głównie dlatego, że już chciał iść na górę. Ciekaw był reakcji Alessia na prezent.
– Co z twoim samochodem? – zapytał Justin patrząc z sympatią na Alessia.
– Madras jest mistrzem. Wczoraj oddał mi mój stary nowy samochód.
Luis przeprosił swoich towarzyszy i odłączył się od nich. Poszukał wśród innych Christiana, doskonale bawiącego się i wciąż nieprzestającego mówić. Zawołał go na chwilę na bok i przekazał karteczkę oraz klucz, które ten za kilkanaście minut miał oddać Alessiowi. Przyjęcie i tak niedługo się skończy, więc nic się nie stanie jak zniknie wcześniej. Pożegnał się jeszcze z rodzicami i siostrą, którzy nie mieli tu nocować i wracali do domu, i udawszy się na górę zniknął za drzwiami sypialni.

***

Beta przyglądał się kluczykowi od drzwi sypialni, którą zajmował z Luisem, karteczce jeszcze nie rozłożonej i posłańcowi. Właśnie miał zapytać Christiana gdzie jest jego ukochany – co prawda wyczuwał obecność Luisa w domu, ale wolał się co do tego upewnić – kiedy zmienny smok wcisnął mu do ręki te rzeczy.
– Co to znaczy?
– Masz to przeczytać i zrobić to, co tam pisze. – Chris odgarnął włosy za ucho. – Radzę ci nie czekać do końca przyjęcia. Miłej zabawy – życzył i oddalił się w stronę swoich partnerów, znikając w ich ramionach.
Alessio rozwinął karteczkę i przeczytał cztery słowa: „Przyjdź odebrać swój prezent”. Poczuł dreszcz podniecenia. Zacisnął w pięści klucz chowając kartkę do tylnej kieszeni spodni. Miał ochotę pozbyć się już stroju. Nie lubił chodzić tak wytwornie ubrany. Oddalił się po cichu z przyjęcia przez nikogo niezauważony. Wszedłszy do holu stwierdził, że dom pogrążony jest w ciszy, czego mu brakowało na dworze. Wrażliwe uszy musiały znosić harmider pochodzący ze zmieszanych ze sobą głosów i jeszcze muzykę. Zdecydowanie wolał słuchać innych dźwięków, tych które wydawał jego partner gdy szczytował.
Nacisnął klamkę od drzwi prowadzących do sypialni, ale te nie ustąpiły. To dlatego dostał klucz. Co w takim razie czeka go za drzwiami, że Luis zamknął się, by nikt mu nie przeszkodził? Włożył kluczyk do zamka i przekręciwszy go otworzył przejście. Nawet w najśmielszych marzeniach nie spodziewał się – a może się spodziewał tylko wolał o tym nie marzyć – tego co zastał. Pokój tonął w blasku świec, wokół roznosiła się cudowna, podniecająca woń jakiegoś afrodyzjaku, ale tym co przyciągnęło jego uwagę, był Luis stojący nago, w rozkroku, pośrodku pokoju. Nie, nie był zupełnie nagi, miał wokół ciała owiniętą wstążkę, a na erekcji zawiązaną subtelną kokardkę. Może i kiczowate, ale podniecające, bo taki prezent z przyjemnością odpakuje. Chłopak oddychał szybko, oczy mu płonęły, a jego ręce były przywiązane apaszkami do haka, którego wcześniej przy suficie nie było.
– Myślałem, że już nigdy nie przyjdziesz – powiedział Luis zachrypniętym z pożądania głosem. Czekał cały gotowy, podniecony, na swojego partnera.
Alessio wszedłszy do pokoju od razu zamknął drzwi na klucz. Nikt nie może widzieć jego ukochanego w takiej sytuacji i stanie. Ten widok jest i będzie przeznaczony tylko dla jego oczu, a on się będzie nim napawał jak najcenniejszym darem.
– Ktoś ci pomagał przy przywiązaniu się do haka? – warknął uświadamiając sobie, że samemu jest trudno zrobić pewne rzeczy.
– Specjalne więzy i wszystko da się zrobić. – Rzucił okiem na nadgarstki owinięte aksamitem. Odetchnął zadowolony, że spodobał się Alessio.
– To dobrze. Nie chciałbym rozszarpać kogoś za to, że cię dotykał, kiedy jesteś nagi. – Wolnym krokiem obszedł partnera, pieszcząc wzrokiem jego ciało. Przesunął opuszkami palców po plecach kochanka, między obojczykami sunąc w dół. Luis zareagował na ten dotyk głośnym wciągnięciem powietrza w płuca. Zbliżywszy się do niego złożył pocałunek na wrażliwym karku. Wyznaczył dłońmi parzącą ścieżkę wzdłuż boków pociągającego ciała, wędrując na brzuch Luisa, przywierając do jego pleców. Badał palcami skórę ukochanego jakby dotykał jej pierwszy raz. Luis naprężył się i położywszy głowę na jego ramieniu odsłonił swoją szyję. Alessio trąciwszy nosem pachnącą skórę, pokąsał ją lekko w kilku miejscach. Przywarł kroczem do pośladków Luisa, a chłopak przycisnął się do niego jakby już chciał, żeby go pieprzyć. Odwrócił w swoją stronę głowę kochanka pocałował go dominująco, nie pozwalając na nic więcej jak tylko branie tego co mu ofiarowywał. Sycił się smakiem ust, ich fakturą, uległością i tym do kogo one należały. Całując Luisa spojrzał mu głęboko w oczy. Zamruczał z zadowoleniem, kiedy odczytał z nich tak wiele. Chwycił między zęby dolną wargę zasysając się na niej na dłużej, a chwilę później zaczepił drugą, by na końcu polizać je obie i zostawić w spokoju. Bynajmniej nie przestał dotykać jego ciała. Pożądał je coraz mocniej. Chciał widzieć rozłożonego pod nim Luisa i dygoczącego z potrzeby. Zawędrował ręką do jego stojącego penisa, pogłaskał go zaczepiając o kokardę. Obszedł chłopaka, głaszcząc biodro i pachwiny partnera. Widział jak to na niego działa. Luis drżał, a mięśnie napinały się za każdym drobnym muśnięciem. Uklęknąwszy przed nim oparł czoło o brzuch kochanka. Zjechał dłońmi w dół jego ud.
Niesamowity pożar jaki wybuchnął w jego ciele był najsilniejszym przeżyciem jakiego do tej pory doświadczył. Alessio nie robił wiele, a rozbudził go do szaleństwa. Partner głaskał go, całował jego brzuch, dotykał pośladków swoimi gorącymi dłońmi. Spojrzał w dół. Alessio chwycił zębami koniec wstążki i pociągnąwszy go sprawił, że kokarda, a wraz nią opaska z tasiemki uwolniła z okowów jego penisa.
– Odpakowujesz swój prezent?
– Najwspanialszy jaki dostałem. – Przeciągnął mokrym i gorącym językiem po członku i wstał.
– To jeszcze nie koniec, wiesz o tym. – Luis skierował wzrok na szafkę. – Wiesz co z tym robić.
Alessio podążył za nim wzrokiem wciągając ze świstem powietrze. Na szafce leżał pejcz. Po jego kręgosłupie przeszedł dreszcz. Do tej pory nie zdecydował się użyć czegoś takiego, lecz wyglądało na to, że jego partner wie czego on potrzebuje. Podszedł do skórzanego narzędzia i wziąwszy je do ręki zrozumiał, że jest nowy, dziewiczy i taki jaki nie zrobi krzywdy ukochanemu. Niemal z czcią przesunął po nim palcem, a potem z dzikim wzrokiem powrócił do Luisa. Ponownie go pocałował, szybko, agresywnie, mocno wbijając paznokcie w skórę na karku.
– Mój – warknął.
– Twój – odpowiedział i wzdrygnął się na dotyk zimnej rączki pejcza, którą Alessio zaczął przesuwać po jego szyi wędrując przez obojczyki, tors na równi z nią pieszcząc go wzrokiem. Musnął skórę brzucha, włosy łonowe, wsunął ją między nogi Luisa głaszcząc napięte jądra oraz wewnętrzną stronę ud. Poczuł jak uplecione rzemyki suną po jego członku posyłając do wszystkich receptorów silne bodźce. Wstrzymał oddech, kiedy dotyk zniknął, a Alessio zostawiając na jego ramieniu pocałunek zniknął sprzed jego oczu. Pojawił się za jego plecami szepcząc mu do ucha:
– Bezpieczne słowo?
– Wilk. – To było słowo, które wypowie, gdy coś mu się nie spodoba i Alessio natychmiast przestanie. Krzyknął kiedy skórzane rzemienie niespodziewanie uderzyły w jego pośladek i spodobało mu się to, a na pewno jego fiutowi, do którego nabiegła nowa porcja krwi. Zacisnął dłonie wokół więzów czekając na więcej.
Uniósł ponownie pejcz i ponowił uderzenie na drugim pośladku pozostawiając na nim czerwone smugi. Uderzył przez uda, plecy, najwięcej czasu i zafascynowania poświęcając pośladkom dopóki ich skóra nie była czerwona, a Luis krzyczał, dyszał i wił się na uwięzi jaką sam sobie zafundował. Uderzył jeszcze raz plecy Luisa, łydki i uda, na każdym pozostawiając obecność pejcza, niczym oznaczenia, że młodzieniec jest jego i tylko jego. Później zatrzymał się na czerwonych już pośladkach, by pogłaskać je z delikatnością, czułością i w końcu przeciągnąć po nich rzemieniami. W końcu odrzucił pejcz, zdjął koszulę, opuścił spodnie i nagim ciałem przywarł do kochanka, jak poprzednio wyciskając na jego ustach pocałunek.
– Ależ jesteś podniecony – sapnął Luis wciskając pośladki w jego krocze. Kutas Alessia uderzył główką w jego jądra. Poczuł jak partner rozwiązuje mu ręce i trzymając je, zmusił go do klęku. Ustawił mu ręce tak, że Luis musiał pochylić się do przodu. Pośladki, uda i plecy piekły go, ale nie zwracał na to zbytniej uwagi skupiając się na tym czego chce kochanek. Alessio objął go i chwycił za członek. Przesunął po nim kilka razy ręką. Luis jęknął  drapiąc podłogę, chcąc więcej, ale tak samo szybko jak dotyk się pojawił to i zniknął.
– Zostań tak i się nie ruszaj, skarbie. Nawet nie mrugnij. – Zniknął na chwilę, a gdy się ponownie pojawił klękając za Luisem zapytał: – Pamiętasz co powiedziałem ci w restauracji?
– Tak. – Przyjemny dreszcz go popieścił.
– To dobrze. Oprzyj czoło o podłogę, wysuń bardziej przed siebie ręce i wypnij swoją dupcię w moją stronę – rozkazał mocnym, stanowczym głosem. – Doskonale – pochwalił, kiedy partner wykonał  życzenie. Pogłaskał go z czułością po plecach i pocałował pośladki zanim je rozchylił wyciskając pomiędzy nie żel. – Spokojnie, są nowe. Czekały na ciebie – wyszeptał.
Wzdrygnął się na to znane już odczucie, ale spiął się kiedy coś, co na pewno nie było palcem ukochanego i było większe od niego, zaczęło się w niego wsuwać, a potem pojawiło się to specyficzne uczucie rozciągania. Zrozumiał co jest wewnątrz niego, kiedy Alessio włączył wibracje. Znów nie powstrzymał krzyku, gdy wibracje uderzyły w najczulszy punkt. Alessio w dodatku musiał przesuwać wibratorem jakby go nim pieprząc, co dawało mu dodatkową stymulację.
Patrzył jak niewielki wibrator wsuwa się w odbyt partnera, a mięśnie okalają go wokół. Wsuwał i wysuwał urządzenie podkręcając wibracje. Wolną ręką chwycił penisa Luisa u nasady nie pozwalając mu dojść, bo ten wyglądał jakby zaraz to miało nastąpić. Chciał go poprowadzić na skraj orgazmu i zniewolić zabraniając mu szczytowania. Doprowadzić do szaleństwa, samemu już szalejąc, bo bardzo pragnął go pieprzyć wbijając się, aż po nasadę w to chętnie ciało i ponownie zagarnąć jako swojego. Wysunął mniejszy wibrator zastępując go większym.
– Pieprz się nim – rozkazał uruchamiając wibracje.
Luis z ulgą przyjął pozycję „na czworaka” zakręcił tyłkiem zacząwszy się nabijać na sztuczne urządzenie dające mu tyle rozkoszy. Wygiął plecy w łuk i obejrzał się na kochanka, który wyglądał jakby go nic nie ruszało, ale to było tylko doskonale wyuczone panowanie nad sobą, bo w oczach był żar i chciał tego żaru w sobie. Chciał kutasa Alessia w sobie. Fiuta, który zostawiał po sobie mokrą ścieżkę tuż pod jego pośladkiem.
– Nie waż się dojść – powiedział starszy z kochanków rozluźniając uchwyt na nasadzie członka. – Zrobisz to kiedy ci na to pozwolę. Rozumiesz?
– Tak. – Cudem nie wybuchnął, ale posłuchał partnera i zacisnął zęby. Kochał go władczego, ale jeszcze bardziej kochał uczucie bycia nim wypełnionym.
– Powiedz mi czego chcesz? – Włączył najwyższy stopień wibracji.
– Aaa… Twojego kutasa! – Niemal wrzasnął gdy przez jego ciało przetoczyła się rozżarzona lawa. – Pieprz mnie, skarbie. – Nie mógł dłużej czekać, bo i tak zaraz rozpadnie się bez niego w sobie. Rozszerzył bardziej nogi. Spojrzał pod siebie. Ledwie widział przez zamroczenie pożądaniem, ale na czubku penisa już pojawiła się biała kropla. – Proszę.
Odrzucił na bok wibrator, ustawił się za swoim kochankiem i przytrzymawszy mocno jego biodra pchnął wsuwając się gładko w niego, jednym, perfekcyjnym ruchem. Zaczął wbijać się w niego szybko, mocno uderzając dłonią w pośladek Luisa.
– Tak chcesz, żebym cię pieprzył? – zawarczał.
– Tak… tak… – zakwilił poddając mu się i czekając na zgodę, że może dojść.
Przyśpieszył chcąc doprowadzić ich obu do silnego orgazmu. Już czuł, że mięśnie odbytu kochanka zaciskają się na nim jak imadło. Wzmocnił pchnięcia stając jedną nogą na stopie, a drugą nadal klęcząc. Nie puścił bioder Luisa. To on tu decydował jak głęboko będzie się w niego wbijał i z jaką szybkością. Domyślał się, że Luis jest bardzo blisko orgazmu, sam już ku niemu pędził. Jeszcze tylko kilka pchnięć… Kilka ściśnięć mięśni wyciskających z niego spermę i siły…
– Pozwalam ci dojść. – Patrzył na plecy Luisa – na których czerwone smugi po rzemieniach zniknęły – masując jego prostatę wręcz doskonałymi pchnięciami. Chłopak jęknął przeciągle, szczytując i zaciskając się na nim o wiele mocniej, a on podążył tą samą drogą. Odrzucił głowę do tyłu wyjąc i dochodząc bez końca. 

Po prysznicu wyczerpany Luis pozwolił, aby partner pomógł mu położyć się do łóżka i zaopiekować się nim. Coś go ściskało od środka i przymknął oczy, żeby nie pozwolić, aby te wypełniły się łzami. Nie miał zamiaru płakać i to bynajmniej nie był smutny. Po prostu obolałe ciało po cudownym seksie, otaczająca go miłość partnera, jego opieka, troska i całe to gówniane szczęście robiły swoje. Do tego świadomość, że jego życie się zmieniło, a on sam przeszedł szybką przemianę o sto osiemdziesiąt stopni, więc wszystko to dokładało mu emocji. Poczuł, że Alessio kładzie się obok niego, kiedy już zgasił świece. Mężczyzna wziął go w swoje ramiona, a on wcisnął twarz w szyję ukochanego czując się bezpiecznie i będąc dumny z tego, że tworzył z Alessiem cudowny związek.
– Dziękuję – wyszeptał Alessio gładząc go po głowie.
– Za co?
– Za dziś. Kto kupił pejcz?
– Christian i ja. Dzisiejszy, poranny wypad do miasta. – Ucałował go pod brodą, nie miał zamiaru się od niego odsuwać. – Mam nadzieję, że czasami go użyjemy. Podobało mi się. Bardzo.
– Wiem, kochany. Wiem. Kocham cię.
– Ja też ciebie kocham. I jestem szczęśliwy – wyznał Luis zasypiając spokojnym snem.
Alessio już nic nie powiedział. Długo leżał trzymając partnera więzi w swoich ramionach. Czuwając nad nim, jego snem. Także był szczęśliwy. Obaj wiele przeszli i obaj w końcu dostali prezent od losu w postaci tej drugiej osoby. Całe życie odrzucany, czekał na szczęście i rodzinę, którą dostał i kochał całym sobą.

KONIEC