Hejo :)
Ten blog, jak wspominałam, przez liczne błędy na nim zostaje zamknięty. Wszystko co jest tutaj, zostaje tutaj. Od dzisiaj będę teksty publikować na nowym blogu i mam nadzieję, że tam również będziecie ze mną. Już dzisiaj pojawił się pierwszy rozdział "Skrawka nadziei", a więcej info już na nowym blogu tutaj:
https://opowiesci-luany-mm.blogspot.com
5 lipca 2020
12 maja 2020
Odmienione serce już w sprzedaży.
Hejo. :) Wpadam z wiadomościami, że mój kolejny tekst już można kupić tutaj: https://bucketbook.pl/pl/p/Odmienione-serce-tom-1-e-book-/297
29 kwietnia 2020
Hejo :)
Wpadam z paroma informacjami.
Po pierwsze. Znacie MoNoMu i jest teksty? Jeżeli znacie, odwiedzaliście jej starego bloga, to wiecie, że przeniosła się na nowy. Jeżeli nie znacie, to macie okazję je poznać. Podaję link do nowego bloga: https://monomu-opowiadania-lgbt.blogspot.com/
Oczywiście link do bloga pojawił się we spisie blogów po prawej stronie.
Po drugie. W maju, liczę, że w pierwszej połowie maja, ukaże się mój kolejny tekst pod tytułem: "Odmienione serce".
Po trzecie, czwarte i piąte itd. Od poniedziałku zaczynam pisanie drugiego tomu "Partnerów", trzymajcie kciuki, aby mi poszło to sprawnie, były pomysły, wena oraz czas na tworzenie tej historii. :)
Ściskam i pozdrawiam. :)
Po pierwsze. Znacie MoNoMu i jest teksty? Jeżeli znacie, odwiedzaliście jej starego bloga, to wiecie, że przeniosła się na nowy. Jeżeli nie znacie, to macie okazję je poznać. Podaję link do nowego bloga: https://monomu-opowiadania-lgbt.blogspot.com/
Oczywiście link do bloga pojawił się we spisie blogów po prawej stronie.
Po drugie. W maju, liczę, że w pierwszej połowie maja, ukaże się mój kolejny tekst pod tytułem: "Odmienione serce".
Po trzecie, czwarte i piąte itd. Od poniedziałku zaczynam pisanie drugiego tomu "Partnerów", trzymajcie kciuki, aby mi poszło to sprawnie, były pomysły, wena oraz czas na tworzenie tej historii. :)
Ściskam i pozdrawiam. :)
20 kwietnia 2020
Wattpad i ja
Hej :)
Nigdy, ale to nigdy nie lubiłam strony Wattpad.com. Co więcej, zakładając tam konto w 2015 roku, zrobiłam to tylko dlatego, by poinformować osoby, które ukradły moje teksty i nie tylko moje, które udawały, że to ich teksty, o tym, że są złodziejami, nie sądziłam, że wrócę na tę stronę. Dzisiaj się to stało. W sumie dziękuję za tę sugestię Dream Winchester.
Nadal pozostanę na Blogspocie, w przyszłości na nowym blogu, ale również pojawiłam się tutaj: Moja strona na Wattpad.
Ja nastawiona negatywnie do tej strony przez wiele lat, zaczęłam dzisiaj widzieć jakieś plusy, po instalacji aplikacji Wattpada, na której bardzo dobrze się czyta. Jak to mówią, tylko krowa nie zmienia poglądów. Pamiętam, że rękami i nogami broniłam się przed Facebookiem. W końcu pojawił się mój fanpage. W dzisiejszych czasach, by być zauważonym, zdobyć czytelników, trzeba korzystać z takich stron i wielu innych.
Także serdecznie zapraszam na moją stronę na Wattpad. Na razie jest na niej cały rozdział "Partnerów". Oczywiście całość dostępna jest wyłącznie tutaj: Bucketbook/Luana
Nigdy, ale to nigdy nie lubiłam strony Wattpad.com. Co więcej, zakładając tam konto w 2015 roku, zrobiłam to tylko dlatego, by poinformować osoby, które ukradły moje teksty i nie tylko moje, które udawały, że to ich teksty, o tym, że są złodziejami, nie sądziłam, że wrócę na tę stronę. Dzisiaj się to stało. W sumie dziękuję za tę sugestię Dream Winchester.
Nadal pozostanę na Blogspocie, w przyszłości na nowym blogu, ale również pojawiłam się tutaj: Moja strona na Wattpad.
Ja nastawiona negatywnie do tej strony przez wiele lat, zaczęłam dzisiaj widzieć jakieś plusy, po instalacji aplikacji Wattpada, na której bardzo dobrze się czyta. Jak to mówią, tylko krowa nie zmienia poglądów. Pamiętam, że rękami i nogami broniłam się przed Facebookiem. W końcu pojawił się mój fanpage. W dzisiejszych czasach, by być zauważonym, zdobyć czytelników, trzeba korzystać z takich stron i wielu innych.
Także serdecznie zapraszam na moją stronę na Wattpad. Na razie jest na niej cały rozdział "Partnerów". Oczywiście całość dostępna jest wyłącznie tutaj: Bucketbook/Luana
7 kwietnia 2020
Nowy tekst Partnerzy.
Hejo :)
Przychodzę dzisiaj do Was z wiadomością, że mój nowy tekst "Partnerzy" jest już do kupienia. Jest to pierwszy z trzech tomów, jakie planuję napisać. Aczkolwiek nie jest przesądzone, że trzeci tom będzie ostatnim. Ze mną różnie bywa i zależy od tego, czy Wam się seria spodoba i czy mnie będzie chciało się ją pisać.

Tekst jest już do nabycia tutaj: https://bucketbook.pl/pl/p/Partnerzy-tom-1-e-book-/293
9 lutego 2020
Ogród malw - Rozdział 1
Całość tekstu jest do kupienia tutaj: Ogród malw
–
Dlaczego ja? – zapytał szefa. – Są inni, którzy mogliby się tym zająć.
– Do
tego zadania najlepiej nadajesz się właśnie ty – odpowiedział Jerzy. Siedział
za dużym, ciężkim, starym biurkiem zawalonym tonami papierzysk. Łysiejący
mężczyzna z pociągłą twarzą o wklęsłych policzkach porośniętych gęstą brodą
patrzył na pracownika wnikliwie. – Zobacz, co tu mam. – Wskazał ręką wszystko
to, czym został niejako obłożony. – To teksty ludzi chcących stać się
pisarzami. Czytam je każdego dnia i mam dość. Nie widzę w nich nic dobrego. –
Popukał placem stos wydruków. – Jeden na dwadzieścia ma jakiś potencjał, dopóki
nie trafię na pięciostronicowy opis o niebie lub drzewie. Minęły czasy, gdy
oczekiwano takich właśnie rozbudowanych charakterystyk. Teraz ludzie chcą
czytać lekkie, proste teksty, interesujące, z miarowymi opisami, a nie ciężkie
na miarę Tolkiena. – Jerzy Lasek od dawna słynął z nielubienia wszelkiej
twórczości J.R.R. Tolkiena. Jego zdaniem „Władca pierścieni” to przereklamowane
dzieło dla dziewczynek. Jednakże z chęcią wydawał podobne dzieła, bo dobrze się
sprzedawały, a jemu chodziło o zarabianie pieniędzy. – Niemniej czasami trafia
się coś naprawdę dobrego, ale ostatnio coraz rzadziej, a nie zamierzam wydawać
szmiry i tracić renomy.
Darek
nerwowo założył nogę na nogę, usiłując zrozumieć, do czego dąży szef,
wygłaszając to krótkie przemówienie.
–
Kiliński, chodzi mi o to, że nikt z tych pseudo pisarzy nie stanie się gwiazdą,
autorem bestsellera, a tego właśnie potrzebujemy. Dlatego masz się podjąć
zadania, do którego cię przydzieliłem.
– Na
Boga, szefie, jestem tylko korektorem, nie negocjatorem. – Poruszył się
niespokojnie na krześle.
– Ale
masz to coś, potrafisz przekonywać. Daję ci miesiąc na przyciągnięcie do nas
Michała Sobolewskiego.
–
Słyszałem, że zniknął. Przerwał pisanie powieści i gdzieś się zaszył. Po co nam
ktoś taki?
– Zrezygnował
ze współpracy z wydawnictwem Tygrys. – Konkurencyjne wydawnictwo od lat
rywalizowało z jego. – Nie wiem, o co im poszło, ale nie wierzę, że przestanie
pisać. Zawsze do tego wraca. To jego życie. Ty potrzebujesz powietrza, żeby
żyć, a on pisania. Tym razem też się tak stanie i chcę, aby swoją następną
współpracę podjął z naszym wydawnictwem. Twoim zadaniem będzie przekonanie go
do tego. Spraw, żeby Sobolewski znów pisał. Od jutra masz miesiąc urlopu od wszystkiego,
poza tym facetem. Przywieź go do nas, najlepiej z zaczętą powieścią. Zrób to, nawet jeżeli znajdziesz go na końcu
świata.
Darek
Kiliński próbował protestować, ale jego szef już go nie słuchał. Opuścił więc
gabinet, przeklinając w myślach Jurka Laska – wydawcę i właściciela Luny.
Przełożony ubzdurał coś sobie i chce, żeby to on spełnił jego marzenie. Owszem,
zdobycie takiego autora, jak Sobolewski, było prestiżem. Wiele wydawnictw
walczyło o pisarza, tak samo jak Michał Sobolewski kilka lat temu walczył o ich
uwagę, prosząc o wydanie swojej pierwszej powieści przygodowej. Wydawnictwa
zamykały mężczyźnie drzwi przed nosem. W końcu któreś zdecydowało się wydać
jego książkę. Ta nieoczekiwanie znalazła się w dziesiątce najchętniej
kupowanych pozycji. Dopiero wtedy jej autor musiał się odganiać od propozycji
współpracy.
Mieć
możliwość wydawania powieści młodego, a już tak znanego autora oznaczało
korzyści nie tylko finansowe. Obecnie po paru latach wciąż każde z wydawnictw
chciałoby podpisać z nim kontrakt, tym bardziej, że Sobolewski zerwał umowę z
Tygrysem – do dzisiaj nikt nie wie
dlaczego. Właściciele wydawnictw zaczęli batalię o tak poczytnego autora,
jednak niefortunnie dla nich okazało się, że Michał Sobolewski oficjalnie
oświadczył, iż rezygnuje z pisania. Nie zamierzał do tego wracać. Dlatego Darek
wzdragał się przed podjęciem swego zadania. Od razu zajmował przegraną pozycję.
Sobolewski skończył z pisaniem. Uciekł z miasta i nikt nie wie dokąd. Nie
odbiera telefonów, maili. Zniknął. Darek obawiał się, że odnalezienie go to
pierwszy trudny krok, który będzie dopiero początkiem drogi. A przekonanie go
do pisania i współpracy z Luną…
–
Misja niemożliwa – szepnął do siebie, idąc wąskimi korytarzami budynku, w
którym pracował.
Jego
pokoik – inaczej nie można go było nazwać – z białymi ścianami i oknem mieścił
jedno duże biurko, dwa krzesła i tyleż samo regałów z piętrzącymi się na nich
segregatorami zawierającymi teksty. Zawsze lubił wydrukować sobie treść
poprawianego materiału, nad którym zaczynał pracę. Wtedy widział błędy, które
nawet jego wprawne oczy mogłyby przegapić, patrząc na ekran komputera. Owszem,
lubił korygować teksty na komputerze. Naniesienie poprawek stawało się
łatwiejsze, ale pierwszą korektę zawsze robił na wydrukach.
Opadł
na wysłużone krzesło i przeczesał dłońmi ciemne włosy. Teraz rozczochrane
nadawały mu wygląd niegrzecznego chłopca o poranku po upojnej nocy. One, plus
jego zielone oczy, a nawet niewielki garb na nosie pozostały po złamaniu w
dzieciństwie, przyciągały wzrok płci pięknej niczym magnes. Kobiety w różnym
wieku wodziły za nim tęsknym wzorkiem i cierpiały, kiedy nie zwracał na nie
uwagi. Zdecydowanie wolał mężczyzn. Problem w tym, że nie miał u nich
powodzenia. Nie, żeby się nie podobał i nie był podrywany. Chodziło raczej o
to, że wolał czegoś więcej niż seksu na pierwszej randce. Wyznawał zasadę, że
do bliższych kontaktów dopuści dopiero na trzecim lub czwartym spotkaniu.
Szkoda, że większość mężczyzn, z którymi próbował się spotykać, nie docierała
nawet do drugiej randki. Wszystkim chodziło tylko o jedno. Powtarzał sobie, że
to ich strata. Natomiast on nie tracił pewności siebie i wiary w to, że kiedyś
jakiś miły mężczyzna powie mu, że jest dla niego całym światem.
Pokręcił
głową, niedowierzając temu, na jaką drogę nieopatrznie skierował swoje myśli.
Powinien zająć się pracą. Planował dokończyć korektę jednego tekstu, a potem
pomyśleć, jak znaleźć Sobolewskiego. Chodziły słuchy, tuż po wyjeździe
mężczyzny, że zaszył się na którejś z bieszczadzkich wsi. Dla Darka, typowego
mieszczucha, to koniec świata. Jeżeli pisarz gdzieś tam jest, to pozostało
dowiedzieć się, na której wsi go szukać. W Bieszczadach nie było ich dużo, ale
nie mógł przeczesywać każdej, chodzić od domu do domu i pytać o niego. Jeżeli
go znajdzie, to będzie prawdziwy cud.
Uśmiechnął
się chytrze. Cudom można dopomóc. Podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego i
wykręcił jeden z wewnętrznych numerów. Po chwili usłyszał w głośniku kobiecy
głos z lekką chrypką.
–
Hej, Agnieszko, jesteś mi potrzebna.
–
Uuu… A co, przypiliło cię?
– Nie
do tego, zboczuchu. – Roześmiała się tak głośno, że musiał trochę odsunąć
słuchawkę od ucha. – Uspokoiłaś się, to słuchaj. Ty wiesz wszystko…
–
Prawie. Co chcesz wiedzieć? – Musiała coś jeść, bo zaczęła mlaskać.
–
Dowiedz się, gdzie obecnie zamieszkał Michał Sobolewski lub znajdź kogoś, kto
może to wiedzieć.
–
Nie ma sprawy. Poszukam tu i ówdzie. Masz do niego sprawę?
–
Poniekąd. Nasz szef ma. – Tym razem usłyszał zgrzyt i chrupanie. – Co tam
szamiesz?
–
Landryny. Co to za sprawa?
–
Opowiem ci za godzinę przy kawie.
–
Bosko. Do tej pory pogrzebię po necie. Cosik znajdę. Chociaż już mogę ci
powiedzieć, że jego żona może coś wiedzieć.
–
To on ma żonę? – zdziwił się. Czytając jego wywiady, nigdy nie znalazł wzmianki
o żonie. Zresztą, do tej pory nie bardzo interesował się tym człowiekiem.
–
To stare dzieje. Wszystko ci opowiem przy kawie.
Zamienił
z nią jeszcze parę zdań, nim się rozłączył. Agnieszka uchodziła za osobę, która
wszystko potrafi znaleźć, wszystko wie, a czego nie wie, to poszuka i się
dowie, zawsze pomoże. Lubił tę dziewczynę, ale nie chciałby mieć w niej wroga,
bo wtedy ujawniała się w niej wrodzona złośliwość, którą chętnie obdarowywała
tych, którzy nadepnęli jej na odcisk.
Uruchomił
komputer i parę minut później zabrał się za korektę romansu. W takich chwilach
żałował, że te wszystkie typowe Harlequinowskie – o ile tak można napisać o
tego typu tekstach stworzonych w Polsce – nie są opowieściami o miłości dwóch
mężczyzn.
–
Nie można mieć wszystkiego – szepnął do siebie, jak miał w zwyczaju, i pozwolił
pochłonąć się pracy.
k
Kawiarenka
w wydawnictwie Luna została niedawno otwarta. Niewielkie pomieszczenie po
niepotrzebnym magazynie odremontowano w szybkim tempie i zagospodarowano w
ciągu miesiąca. Mieścił się tutaj bar, kilka okrągłych stolików ze szklanymi
blatami oraz pomieszczenie gospodarcze, do którego wstęp miał wyłącznie
właściciel lokalu. A właścicielem był doskonale wykształcony barista. Młody
chłopak nie mogąc po szkole znaleźć pracy w kawiarniach, postanowił sam coś
otworzyć. Długo namawiał Jerzego Laska na to, by mu pozwolił założyć kawiarenkę
w jego wydawnictwie. Potem zdobył wszystkie pozwolenia i w końcu z czasem
wystartował. Parzył tak doskonałe kawy, że wszyscy pracujący w Lunie starali
się bywać tutaj jak najczęściej. Serwowano też drobne przekąski i kanapki oraz
ciasta. W jedno z nich Agnieszka wbiła widelczyk.
–
Ulala. Masz nie lada wyzwanie. Sobolewskiego nic nie przyciągnie do Warszawy. Z
jakiegoś powodu zniknął i wątpię, aby wrócił. – Rozejrzała się po prostym
wystroju tego miejsca. Podobały jej się ściany pomalowane na jasny błękit.
Miała wrażenie, że wchodząc do kawiarenki, wchodzi do nieba. Na trzech oknach
wisiały kremowe zasłony, a na parapetach pyszniły się kolorowe kwiaty. Nic
dziwnego, że każdy czuł się tutaj jak w domu. – Nie chcę źle wróżyć…
–
To nie wróż. – Wycelował w nią łyżeczką. – Doskonale zdaję sobie sprawę z tego,
że to misja niemożliwa. – Skrzywił się na samą myśl o tym. Napił się swojej
Caffe Latte.
– Powiedzmy,
że go znajdziesz. To nie będzie trudne. – Stuknęła widelczykiem o talerzyk,
nabijając na niego ostatni kawałek Wuzetki. – Dopiero później możesz mieć pod
górkę. Co prawda to są tylko przypuszczenia. – Wzięła do ust ciasto. Kilka
okruszków spadło na jej białą bluzkę, więc je strzepnęła. Zaczęła mówić dopiero
wtedy, gdy przełknęła. – W ostatnim czasie miała z nim do czynienia Elka
Polanowska. Wywiad nie wyszedł, bo on nic nie mówił. Nie wiem, po co się na
niego zgodził. Z drugiej strony ta suka mogła zapytać o coś, o czym nie chciał
mówić. Zawsze zastrzegał sobie, że nie odpowie na pytania, które wdzierały się
do jego prywatności. – Zamieszała swoją czarną kawę i napiła się, a potem
zabrała za kolejny kawałek ciasta. Raz się żyje i nie szczędziła sobie od czasu
do czasu takich rzeczy. – Namówienie go do pisania będzie trudne. Podobno ma
wielką blokadę. Ale ja nic nie wiem. – Uniosła dłoń do góry. Miała swoje źródła
informacji, których nie chciała zdradzać. – Wszystko to przypuszczenia. Wiem
tylko, że w Tygrysie przed zerwaniem kontraktu była potworna awantura. To po
niej wycofał się ze wszystkiego – powiedziała zachrypniętym głosem. Zawsze taki
miała, niski, głęboki i w dzieciństwie dzieci śmiały się, że mówi jak chłopak.
A ją z tego powodu rozpierała duma. Wolała to, niż mówienie wysokim, cienkim,
piskliwym głosikiem, którym chwaliła się nielubiana przez nią dziennikarka
Elżbieta Polanowska – prywatnie jej znajoma. Ich miłość do siebie znali
wszyscy. Dawniej było inaczej, ale od kiedy Elka zabrała jej narzeczonego,
robiąc to z premedytacją, zaczęła darzyć tę kobietę równie mocnym uczuciem jak
nieustające mrozy. A każdy wiedział, że zimy i mrozów nienawidziła z całej
duszy.
–
Ale wiesz, Dareczku, ja nic nie mówię.
–
Nie, ty nic nie mówisz. Jakbyś nie zauważyła, cały czas to robisz. Szkoda, że
nie o tym, co chciałem wiedzieć – rzekł, przyglądając się jej szarym oczom,
ustom w kształcie serca pomalowanym różową pomadką, które teraz zamykały się na
kawałku ciasta orzechowego. Jej czarne włosy, gładko uczesane, bez względu na
sytuację, czas i miejsce zawsze pozostawały związane w koński ogon ozdobiony
wściekle różową frotką. Znał Agnieszkę od paru lat i nigdy nie widział jej w
rozpuszczonych włosach, ani też bez czegoś różowego na sobie. To był jej
ulubiony kolor i gdyby mogła, chodziłaby tak ubrana od stóp do głowy. Ale jak
powtarzała, nie będzie robić z siebie Barbie, bo jeszcze ludzie pomyślą, że
jest pusta i głupia.
–
Dobsze, jusz szi mówię. – Przełknęła i dopiero kontynuowała: – Nikt nie wie,
gdzie Sobolewski się ukrył. Jedynym źródłem informacji jest Jagoda Sobolewska,
jego była żona – poinformowała, podkreślając mocnym akcentem ostatnie dwa
słowa.
– Zachowała
jego nazwisko? – Niedobrze mu się robiło, kiedy kobieta pochłaniała kolejne
kawałki ciasta. On unikał tak dużej dawki słodyczy, bo zaraz waga rosła w górę,
a na studiach pozbył się zbędnych kilogramów i chciał, żeby tak zostało.
Natomiast Agnieszka pożerała słodkie i jej nie przybywało, a dla odmiany
chciałaby przytyć. Większość kobiet w wydawnictwie jej zazdrościła.
–
Tak. Tym bardziej, że za panny nazywała się Ciapa. – Siorbnęła kawy.
–
Gdzie mogę ją znaleźć?
k
Kobieta
paląca papierosa, siedząc wygodnie w fotelu, patrzyła na gościa intensywnym
spojrzeniem niebieskich oczu. Obok niej, na niskim kwadratowym stoliku
przykrytym haftowaną serwetą stała kryształowa popielniczka i filiżanka
gorącej, aromatycznej zielonej herbaty, którą kilka minut temu zaproponowała
przybyszowi, on jednak wolał szklankę wody.
–
Mówi pan, że szuka mojego męża…
–
Męża? Sądziłem…
–
Tak czasami mówię. Lubię go tak od czasu do czasu nazywać, mimo że rozwiedliśmy
się wiele lat temu. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Wygląda pan na zaskoczonego.
Nie dziwię się, mało par po rozstaniu pozostaje w dobrych stosunkach. –
Strzepnęła popiół do popielniczki i ponownie się zaciągnęła. Dużo paliła.
Kochała to robić i nie zamierzała się z tym kryć w swoim domu. – Czego pan od
niego chce?
–
Najpierw muszę dowiedzieć się, gdzie mogę go znaleźć. Więcej wyjaśnię jemu. –
Walczył z tym, aby nie skulić się pod jej bacznym spojrzeniem. Czuł się tak,
jakby wrócił do lat szkolnych i znalazł się na dywaniku u nielubianej
dyrektorki, która karała za najdrobniejsze przewinienia.
Założyła
nogę na nogę.
– Michał
wyjeżdżając, jasno powiedział, że nie życzy sobie odwiedzin, telefonów,
ponieważ chce odpocząć.
–
Rozumiem, ale…
– Panie
Kiliński, jeżeli nie powie mi pan, dlaczego szuka Michała, to nie mamy o czym
rozmawiać – powiedziała chłodno.
–
Mamo? – Do pokoju wpadł może z trzynastoletni chłopak z jabłkiem w dłoni. – O,
dzień dobry – przywitał się, gdy ujrzał gościa. Zdmuchnął z czoła długą
grzywkę, ale ta natychmiast opadła na swoje stałe miejsce.
–
Co tam? – zapytała kobieta.
–
Idę do Kacpra. Nie wiem, kiedy wrócę. – Ugryzł jabłko, które aż zachrzęściło
pod jego zębami.
–
Masz wrócić na kolację – nakazała. – Nie będziesz ciągle jadł u Kacpra.
Pamiętaj, że jutro wyjeżdżasz na obóz i musisz się spakować.
–
Aha. – Po chwili już go nie było, niczym tornado, które pojawia się na chwilę,
robi swoje i znika.
Oszołomiony
Darek zamrugał. Rzadko miał do czynienia z dziećmi, ale w takich sytuacjach
jedno zauważał. Dzisiejsze dzieci i młodzież nie pytały, czy mogą wyjść do
kolegi, koleżanki, tylko oznajmiały, że wychodzą i tyle.
– Na
czym stanęliśmy? – zapytała Jagoda, gasząc peta. Wzięła w dłoń filiżankę z
nadrukiem kwiatowych bukietów i powoli zamieszała płyn łyżeczką, rozniecając wokół
przyjemny zapach.
–
W żaden sposób nie przekonam pani do zdradzenia miejsca, w którym przebywa pan
Sobolewski?
Upiła
łyk napoju, lustrując mężczyznę. Podobały jej się te czarne włosy z dłuższą
grzywką zaczesaną na prawy bok i przedziałkiem. Taka klasyczna, męska fryzura.
Zielone oczy uciekały trochę od jej osoby, ale potrafiły zatrzymać się na
dłużej. Natomiast na policzkach miał dwudniowy zarost, który pocierał co jakiś
czas ręką, jakby się denerwował, a może był zakłopotany. Zwróciła też uwagę na
jego nos. Dodawał mu czegoś i sprawiał, że jej gość nie wyglądał idealnie i to
właśnie powodowało, że budził w niej sympatię. Mimo tego nie zamierzała jednak
łatwo ustąpić. Zależało jej na Michale.
–
Dlaczego go pan szuka?
Westchnął.
Nie ucieknie przed powiedzeniem jej prawdy. Chciał tego uniknąć, ponieważ
sądził, że gdy była żona usłyszy, dlaczego szuka jej męża, nie zechce pomóc.
Nie mógł udawać jakiegoś jego starego znajomego, bo pogorszyłby tym sytuację.
Przejrzałaby go na wylot. Tym bardziej, że ona i pisarz znali się od liceum i
kłamstwo o jakimś znajomym nie miałoby sensu. Dlatego, dając sobie chwilę
wytchnienia na zwilżenie ust wodą, uległ, zdradzając prawdziwy powód przybycia
do niej.
Słuchała
uważnie i ze szczerym zainteresowaniem. Również uważała, że jej były mąż
powinien wrócić do pisania. Owszem, dużo się ostatnio wydarzyło, ale z pasji
nie powinno się rezygnować. Odetchnęła, kiedy okazało się, że człowiek siedzący
przed nią to nie wścibski dziennikarzyna poszukujący taniej sensacji. To tylko
prosty człowiek, korektor w wydawnictwie i ktoś, kto podjął się tajnej misji.
–
Mój mąż przebywa w domku odziedziczonym po swojej zmarłej cioci. Jest w Utopii[1]. –
Michał ją zabije.
–
Utopii?
– To
malutkie miasteczko w Bieszczadach. Jeszcze kawał drogi za Sanokiem. –
Podniosła się z fotela i podeszła do długiego regału zastawionego książkami w
takim stopniu, że nie można było wcisnąć pomiędzy nie palca. Zdjęła z górnej
półki atlas. – Pokażę panu gdzie dokładnie.
–
Dlaczego tak nagle mi pani pomaga? – zapytał, mimo wszystko zaaferowany jej
nagłą życzliwością.
–
Polubiłam pana. Jest w panu coś, co może namówić Michała go pisania.
–
Co takiego?
– Urok
osobisty – odpowiedziała szczerze, podając mu atlas. Wskazała palcem na maleńką
kropeczkę. – To tutaj. Na pewno pan trafi.
k
Spakował
się. W Internecie znalazł malutki pensjonat w Utopii i zarezerwował pokój.
Zadzwonił do Agnieszki, informując ją o planach oraz godzinie wyjazdu. Dzisiaj
już się tam nie wybierał, bo musiałby jechać w nocy, a tego nie znosił. Zjadł
prostą kolację składającą się z owoców i kromki chleba z dżemem. Wykąpał się i
dość wcześnie poszedł spać. Zamierzał dobrze wypocząć przed podróżą, bo miał do
przejechania prawie czterysta kilometrów. Niestety, jakkolwiek próbował
wcześniej zasnąć, tak męczył się, przewracając się z boku na bok aż do
pierwszej w nocy.
O
piątej obudził go dzwonek, ale nie telefonu, co spostrzegł, próbując wyłączyć
budzik. Szybko zrozumiał, że to ktoś dobija się do drzwi jego mieszkania. Wstał
z łóżka i jeszcze na śpiąco powlókł się otworzyć intruzowi. Jeżeli to sąsiad ze
skargą, że znów mu zalał mieszkanie, to chyba zatrzaśnie mu drzwi na jego
idealnym, prostym nosie. Jednak sąsiad nie okazał się sąsiadem, ale filigranową
kobietą o szerokim uśmiechu, w czarnych szortach i różowej bluzce na
ramiączkach.
–
Co ty tu robisz? – Potarł lewe oko.
–
Jadę z tobą – oznajmiła Agnieszka wesoło.
26 stycznia 2020
Na celowniku - Rozdział 12 ostatni
Zapraszam na
ostatni rozdział. Nie wiem co będzie za tydzień i czy cokolwiek będzie.
Muszę dobrze przemyśleć to co chcę wstawiać. Może sięgnę po Ogród malw.
Już tekst zapomniany, dawno temu wydany. Ale jak pisałam jeszcze to
muszę przemyśleć. Także za tydzień może nic się nie pojawić.
Dziękuję za komentarze i zapraszam do zapoznania się z ostatnim kawałkiem układanki. :)
Dziękuję za komentarze i zapraszam do zapoznania się z ostatnim kawałkiem układanki. :)
Patrzył jak Dravik przekręca się na plecy, a potem jak otwierają
się jego oczy. Powieki mężczyzny zamrugały kilka razy, patrząc w sufit.
Zauważył kiedy do prawnika powróciła świadomość, a potem mężczyzna poderwał się
do siadu i z jego ust padło:
— John…
— Jestem tutaj — szepnął detektyw siedzący w kącie pomieszczenia,
które wyglądało na piwnicę. Przez małe okno w górze wpadało trochę światła.
Wokół unosił się kurz, a powietrze pachniało stęchlizną.
Dravik dostrzegając mężczyznę zerwał się z podłogi, ale zaraz
upadł na kolana, ponieważ jego nogi nadal były zbyt słabe.
— To efekt środka usypiającego, który podali. Niedługo przejdzie —
wytłumaczył John.
— Ty żyjesz — wydusił z siebie Rafael, na kolanach podszedł do
kochanka i objął go z całych sił. W głowie mu się kręciło i nie czuł się
najlepiej, ale to nie było ważne w porównaniu z tym, że Davis żył. — Kiedy
zobaczyłem cię, że leżysz tam na ziemi... — Wziął drżący oddech. — Cholera —
szepnął i wcisnął twarz w szyję mężczyzny odgarniając nosem kołnierz czarnej
kurtki. Potrzebował dotknąć jego skóry i mieć poczucie, że to nie sen.
Davis owinął rękoma ciało, które do niego przylgnęło ciesząc się,
że może go trzymać przy sobie. Chociaż wolał, aby Dravik był wolny, a nie
zamknięty z nim w jakiejś piwnicy, która powoli doprowadzała go do ataku
paniki. Nienawidził takich miejsc, w których jego wyobraźnia pracowała na
najwyższych obrotach podpowiadając mu, że na pewno zabraknie powietrza, ściany
mogą runąć, a on zginie pod zwałami gruzu. Wolałby zwyczajnie kulkę w łeb.
Szybka, łatwa śmierć, a nie powolne umieranie.
— Gdzie jesteśmy? Jak długo tu jesteśmy? — zadawał pytania
prawnik, odsuwając się od kochanka tylko na tyle, by móc rozejrzeć się.
— Nie wiem jak długo. Obudziłem się kilka… może kilkanaście minut
temu.
— Dobrze się czujesz? — zapytał Dravik, przestając skanować
pomieszczenie i spoglądając na twarz Johna. Przeczesał palcami jego włosy,
odgarniając kilka kosmyków z czoła.
— Na razie tak. Jeszcze ściany nie chcą mnie zgnieść. — Zaśmiał
się. Oparł ich czoła o siebie i tym razem to on głęboko westchnął by
przynajmniej przez chwilę poczuć zapach kochanka.
— Nie pozwolę na to, abyś spanikował. Nie ma na to czasu.
Musimy się stąd wydostać — powiedział Rafael.
— Nie ma jak. Sprawdziłem drzwi. Są zamknięte, a okno jest za
wysoko. Zresztą żaden z nas nie przedostałby się przez ten lufcik.
— Ale przyjdą po nas, Davis i wtedy ich załatwimy.
— Zabrali nawet mój nóż. Jakoś wiedzieli, że mam go w bucie. Jakby
mnie znali na wylot. Czyli znów na myśl przychodzi mi tylko Bronson. Jesteśmy
skazani, aby tu siedzieć i czekać na śmierć. Może nas ta piwnica zabije
najpierw.
Dravik łatwo wyczuł zrezygnowanie mężczyzny, które było pierwszą
oznaką zbliżającej się paniki Johna. Nie był to przyśpieszony oddech, ani inne
znane sytuacje, ale właśnie, zdaniem prawnika, głupie gadanie o śmierci.
Przekręcił się i przełożywszy nogę przez uda mężczyzny usiadł na nim okrakiem.
Objął go rękoma w wokół szyi i pocałował w szorstki policzek.
— Nikt nas nie zabije. Ani oni, ani ta piwnica. Kurwa! Nie po to
cię odzyskałem, aby teraz głupio zginąć.
Davis spojrzał w oczy Rafaela. Przesunął rękoma po jego plecach. Z
całych sił starał się myśleć tylko o nim, a nie o miejscu, w którym się
znajdowali.
— Odzyskałeś mnie? — zapytał, ale w głosie nie była słyszana jego
zwyczajowa zadziorność. Był w nim spokój, ciekawość i nadzieja.
— Tak. Sądzę, że tak. Nigdy nie przestałem cię pragnąć, Davis.
Nigdy nie przestałem cię kochać.
— Czy musiano nas zamknąć w piwnicy, grozić nam utratą życia, abyś
to powiedział? — Tym razem głos Johna był przepełniony zadziornością, na co
Dravik w duchu odetchnął.
— Widocznie nie jesteśmy jak inni. Musimy być na czyimś celowniku,
aby powiedzieć to, co powinniśmy mówić zawsze. Tylko jest jeden problem…
— Jaki?
— Taki, że nie wiem jak jest z tobą, John. Co ty czujesz?
— Czy tego nie widać? — Wychylił się i cmoknął usta Rafaela. —
Jeżeli trzeba będzie oddam za ciebie życie, Dravik. Potrzebujesz więcej wyznań?
— Nie masz oddawać za mnie życia, draniu. — Prawnik położył dłonie
na policzkach partnera. — Tylko byś spróbował. Skopałbym ci dupsko za takie
coś.
— Musiałbyś mnie odnaleźć w piekle i ożywić. Byłbyś na to gotów? —
Detektyw przesunął dłoń na szyję mężczyzny, głaszcząc skórę opuszkami palców.
Bardzo żałował, że nie zrobił czegoś więcej, aby nie znaleźli się w tej
sytuacji. Ciągle myślał jak mógł zadziałać, co wykombinować i dlaczego dał się
schwytać. Wytłumaczenie miał tylko takie, że od początku przestał myśleć i
ponownie stracił głowę dla Dravika. Wolał z nim uciekać i w ten sposób go
chronić, niż stanąć otwarcie do walki z tymi, którzy chcą ich zabić.
— Zrobiłbym to — mówił Rafael, patrząc głęboko partnerowi w
oczy. — Znalazłbym cię w najdalszych czeluściach piekła, nieba czy czegokolwiek
co istnieje po drugiej stronie i sprowadził. Potem bym ci nakopał i powiedział,
że nie masz prawa mnie zostawiać. — Połączył ich usta na małą chwilę,
zaciskając powieki.
Davis wciągnął powietrze nosem i przytrzymując głowę prawnika
sprawił, że pocałunek trwał o wiele dłużej i stawał się z każdą chwilą pełen
desperacji oraz chęci, aby mogli tak zastygnąć w czasie i trwać w tej małej
przyjemności. Kiedy rozłączyli swoje usta, John zadał pytanie na które
odpowiedzi na początku nie chciał, ale teraz bardzo pragnął ją poznać.
— Dlaczego powiedziałeś „nie”?
Dravik ucałował mężczyznę w czoło, a potem odpowiedział:
— Bo byłem głupi? Może tak. Teraz to wiem, ale wtedy bałem się.
Bałem się, że poślubisz mnie i nasza bajka się skończy. Znam wiele przykładów z
życia osób z jakimi miałem do czynienia, że po ślubie wszystko się zmieniało, a
para rozstawała się.
— Bo nie znali się tak dobrze jak my. Nie znali swoich potrzeb,
słabości, wad. Tamtego dnia, wiedziałem, że chcę spędzić z tobą życie, Rafaelu.
Moi rodzice byli dobrym małżeństwem. Bardzo się kochali przed i po ślubie.
Owszem kłócili się jak każdy i nas by to nie ominęło, ale wiem, że
przetrwalibyśmy.
— Wytłumaczyłbym ci wtedy wszystko — wtrącił prawnik, oplatając
ramionami szyję kochanka — ale wyszedłeś i nie wróciłeś.
— Byłem zły, załamany i przekonany, że tak naprawdę chciałeś tylko
mojego fiuta, a nie mnie, kłamałeś o miłości…
— Przez osiem lat, głupolu? Kocham twojego kutasa, ale ciebie
kocham bardziej — powiedział prawnik, przysuwając się jeszcze bliżej. Nogi mu już
trochę ścierpły od siedzenia okrakiem na udach mężczyzny, ale nie zamierzał się
ruszać. — Nie kłamałem mówiąc co czuję. Nie kłamię też teraz.
— Wiem. Masz rację, byłem głupi. Wybrałem walkę z tobą niż
rozmowę. To się zmieni, jeżeli tylko będziemy mieć szansę by kontynuować to co
mieliśmy — rzekł Davis. Zapomniał, że znajdują się w piwnicy, o tym co im grozi
i widział przed oczami jedynie człowieka, który dla niego był najważniejszy na
świecie. Dravik sprawiał, że zmieniał się przy nim. Stawał się czuły nie tylko
w łóżku, lubił dbać o niego, troszczyć się i być przy nim. — Jestem przy tobie
lepszym człowiekiem.
Usłyszeli szczęk zamka w drzwiach i obejrzeli się w tamtą stronę.
Dravik powoli podniósł się na nogi i pomógł wstać Davisowi. Nadal czuł się
słaby, ale był gotów na walkę. Drzwi piwnicy otworzyły się, a do środka weszło
kilku zamaskowanych mężczyzn.
— No, zakochane laleczki, koniec tych czułostek — powiedział jeden
z nich. — Brać ich i wsadzić pod prysznic.
— Co, chcecie nas wykąpać zanim odstrzelicie nam głowy? — zakpił
Davis. Wciąż odczuwał efekty środka usypiającego i mimo determinacji oraz woli
walki, nie był pewny czy pokona w walce wręcz sześciu ogromnych facetów. Nawet
dodając do tego umiejętności Rafaela, mogli nie mieć żadnych szans na wygraną. —
Może lepiej nie marnujcie wody, rachunki trzeba zapłacić. Załatwcie to od razu.
Ewentualnie może zabawimy się i zobaczymy kto jest silniejszy.
Kilku z zamaskowanych mężczyzn zaśmiało się, a potem podeszli do
pary. Davis rzucił się na jednego z nich, a Dravik na drugiego zadając im ciosy
których tamci uniknęli.
— Kurwa, przeklęty lek! — krzyknął prawnik do kochanka, mierząc
prosto w szczękę przeciwnika i poczuł jak skóra mężczyzny jedynie ociera
się o jego dłoń.
— Przestańcie się bawić! — wrzasnął przywódca grupy do swoich
ludzi. — Nie ma na to czasu. Łapcie ich i mają się wykąpać. Szef chce z nimi
gadać.
Davis wymierzył jeszcze kilka ciosów w chcących schwytać go
mężczyzn. Dravik także nie był w tym gorszy, ale szybko poddali się tracąc siły
i prawnik został schwytany, a potem do głowy przystawiono mu pistolet.
— Jeszcze chwila i dostanie kulkę — powiedział ten który trzymał
Rafaela.
John spojrzał na niego, potem na kochanka i zdając sobie sprawę w
jakim momencie się znalazł, zrozumiał, że obaj nie mają szans na ucieczkę. Nie
w takim stanie w jakim się znajdowali. Gdyby przynajmniej miał nóż to
załatwiłby tego, który groził jego partnerowi. Nie miał jednak nic i, mimo że
obaj trenowali to jak z takiej sytuacji się wydostać, tym razem detektyw poddał
się. Uniósł ręce i powiedział:
— Chętnie spotkam się z waszym szefem, by napluć mu w twarz.
*
Kazali im się umyć i ubrać w garnitury, które idealnie na nich
pasowały. Powiedziano im, że szef lubi elegancko ubranych gości. Dostali też po
zastrzyku, który całkowicie wyeliminował ich słabość po działaniu środka
nasennego. Nawet nie chcieli zastanawiać się w ogóle co to był za specyfik.
Prowadzeni byli przez długie korytarze eleganckiego domu, którego
podłogi wyłożono marmurem. Obaj czuli się niczym doskonale ubrane prosiaki,
które prowadzono na rzeź. Ręce mieli skute za plecami, a grupa która ich
nadzorowała była uzbrojona po zęby.
— Zachowują się jakbyśmy byli terrorystami — burknął Davis.
— Stul dziób! Nie gadamy. Pogadacie z naszym szefem.
— Jakoś, kurwa, idziemy i idziemy, i nie ma tego szefa —
powiedział Dravik za co został popchnięty.
— Zostaw go! — krzyknął detektyw.
— No patrz jak go broni. — Zaśmiał się jeden z mężczyzn do
drugiego, czym wszystkich rozbawił.
Wkrótce stanęli przed dwuskrzydłowymi drzwiami, które otworzyły
się, kiedy jeden z zamaskowanych mężczyzn zapukał w nie. Ręce Dravika oraz
Davisa zostały uwolnione i obu wepchnięto do pokoju.
— Co to, kurwa, jest? — wymsknęło się prawnikowi na to co
zobaczyły jego oczy.
— Określiłbym to bardziej dosłownie, ale i tak może być —
powiedział John pocierając nadgarstki po zbyt ciasno zapiętych kajdankach.
Obaj przyglądali się grupie osób, które doskonale znali poza
jednym mężczyzną stojącym obok kapitana Bronsona. Niedaleko nich stał Alec
Dravik przytulając swoją żonę, z tyłu siedział w głębokim fotelu, z drinkiem w
dłoni prokurator Larry Stiles. Poza nimi w rozległym gabinecie znajdowali się
też niektórzy z tych, którzy pracowali razem z Rafaelem i Johnem. Każdy z nich
był ubrany elegancko, a w głębi gabinetu znajdował się stół z przekąskami oraz
dobrze zaopatrzony barek.
— Witam panowie na waszym przyjęciu — odezwał się mężczyzna w
średnim wieku, którego po raz pierwszy widzieli. Na sobie miał granatowy
garnitur w prążki. Idealnie skrojony i nie tani, jak zauważył Dravik.
Nieznajomy był szczupłym, bardzo wysokim mężczyzną o pociągłej twarzy i orlim
nosie. Blond włosy uczesane na prawy bok i czujne oczy wraz z wąskimi ustami,
dopełniały wyglądu. — Przepraszamy za wszystkie niewygody, których
doświadczyliście przez ostatnie dni, ale to wszystko prowadziło do tego właśnie
momentu.
— Jakiego momentu? Może ktoś nam to wyjaśni, zanim komuś
wpierdolę!
— Rozumiem pańskie zdenerwowanie panie Davis…
— Nic pan nie rozumie. Co się tu u jebanego chuja dzieje?! —
John spojrzał na swojego przełożonego. — Wyjaśnisz mi to?
Dravik nie denerwował się tym aż tak bardzo jak jego partner.
Wsunął ręce do kieszeni garniturowych spodni i oparłszy się o ścianę czekał na
to co usłyszy. Powoli coś do niego zaczynało docierać, bo rozpoznawał blondyna
z telewizji, ale wolał wszystko usłyszeć z ust Bronsona, swojego przeklętego
przybranego brata i całej reszty osób.
— To była gra — odezwał się kapitan. — To co was spotkało przez
ostatnie dni było grą. Człowiek stojący obok mnie został przez nas wynajęty
wraz ze swoimi ludźmi do zadania, które miało polegać na uświadomieniu wam obu
tego, co każdy z nas wiedział, ale wy tego nie widzieliście. To jest nasz
prezent urodzinowy dla was, przecież macie urodziny za kilka dni.
— Że co? — John nacisnął kąciki oczu. Pieprzył urodziny, które
miał tego samego dnia co Dravik. — Albo ja jestem głupi, albo was popierdoliło.
— Zrobili to by nas znowu połączyć — przemówił Dravik. — To co nas
spotkało było zabawą. Dla nas wyglądało to jak prawdziwe, ale dla nich każdy
moment był dobrze wyreżyserowany.
— Właśnie tak — wtrącił Bronson. — Byłem pomysłodawcą całej akcji.
Każdy szczegół został obmyślony już kilka miesięcy temu. Dużo rzeczy musiało
być dokładnie zaplanowane. Jak na przykład strzelanina w barze po waszym
wyjeździe. Musieliśmy być zawsze krok przed wami. Doskonale wiedziałem, że
zabierzesz Rafaela do chaty w lesie. Przyjazd domniemanych gangsterów był już
od dawna ukartowany. Sądzisz, Davis, że gdyby to byli prawdziwi zabójcy to nie
szukaliby was w lesie? Zrobiliby wszystko, aby was zabić.
— To byli moi ludzie — rzucił właściciel firmy przygotowującej
grę. — Doskonale wyszkoleni aktorzy.
— Czekaj. — Davis uniósł rękę. — Mówicie, że to była zabawa? Niech
was szlag trafi! Myśleliśmy, że zginiemy. Ryzykowaliście życie ludzi. Mogłem
kogoś zabić.
— To ryzyko jest zawarte w umowie. Moi ludzie są jednak doskonale
wyszkoleni i zabezpieczeni, by nie dać się zabić.
— Poza tym mając Rafaela przy sobie, byłeś rozkojarzony — wtrącił
tym razem Alec. — Normalnie byś wszystko przejrzał.
— Co ty nie powiesz. Myślałem, że jesteś moim przyjacielem —
powiedział John do Aleca. — Ty i twoja żona. A wy — zwrócił się do swoich
kolegów z wydziału — wydawało mi się, że dogadujemy się…
— Ciężko się było z tobą dogadać, kiedy cały czas wściekałeś się
na Dravika. Wystarczyło, że się pojawił na chwilę, a potem przez kilka dni nie
przestawałeś o nim gadać — wyjaśnił jeden z najbliższych współpracowników
Davisa.
— Wiedząc co do siebie czujcie — kontynuował Bronson — podjąłem
decyzję i wciągnąłem w to nas wszystkich. Zrobiliśmy to dla was.
Zainscenizowaliśmy to, po to, abyście spędzili ze sobą trochę czasu.
— Strach o drugą osobę — głos zabrała Lisa Dravik — budzi
najskrytsze uczucia, które my ludzie potrafimy przed sobą głęboko ukryć. Nie
znałam Rafaela i całej waszej historii, ale po tym co słyszałam od Aleca
kochaliście się bardziej niż ktokolwiek inny. Takie uczucie nie kończy się od
tak. Raczej głupota je psuje, ale nie zabija.
— Trudno było patrzeć jak się męczycie. Daliście nam popalić przez
ostatnie dwa lata. — Tym razem odezwał się milczący dotąd Larry Stiles. — Jako
prokurator miałem z wami oboma do czynienia i zaręczam wam, że ciężko
wytrzymać z jednym i drugim kiedy jesteście w stanie wojny.
— Dlatego zostaliście poddani grze, by wywołać to czego normalnie
nigdy nie zrobilibyście — dokończył Alec. — Scena z piwnicy była wyjątkowa.
— Kamera. Była tam kamera — szepnął jakby do siebie Dravik. —
Chyba nie…
— Nigdzie indziej nie było kamer — wyjaśnił Bronson. — Tylko w
piwnicy. Dawaliśmy wam ten czas spokoju byście się do siebie zbliżyli. W motelu
za długo siedzieliście i musieliśmy was stamtąd wykurzyć. Dzisiaj jest koniec
gry i wygraliście.
— Co wygraliśmy? — warknął John.
— Siebie — podpowiedziała Lisa. Podeszła do Davisa i ucałowała go
w policzek. — Wygrałeś miłość. Gratuluję. — Nawet nie drgnęła, kiedy detektyw
popatrzył na nią groźnie.
Dravik słuchał tego wszystkiego w ogóle nie czując nerwów. Był
gotów im podziękować za otworzenie oczu, ale musiał wyjaśnić kilka spraw. Nadal
nie ruszając się ze swojego miejsca powiedział:
— Nie wszystko wyjaśniliście. Skąd wzięliście dane o Tisdale’u i
tym, że przelał pieniądze za wykonanie wyroku na nas. Co z O’Brianem? Jak
domyśliliście się, że pojedziemy do fabryki? I czy wiedziałeś kapitanie, że
John przyjdzie do twojego domu? A mój samochód? Wyleciał, kurwa, w
powietrze.
— Wszystko to zostało zainscenizowane. Dzięki zdolnościom Aleca, a
dość dobrze go poznałem rok temu, szukając sprzymierzeńców do mojego planu,
zainscenizowaliśmy kilka artykułów o O’Brianie. Dzięki cudom techniki, nie
pytaj jak to zrobił, dostałeś artykuł o wyjściu mężczyzny z więzienia. Nic
takiego nie miało miejsca. Czy widziałeś w telewizji jakąkolwiek wiadomość
na ten temat? Alec nie szukał także żadnych informacji o przelewie z Kajmanów.
Tisdale i O’Brian nie mają niczego ze sobą wspólnego. Co do fabryki… Znam Johna
i wiedziałem, że będzie uciekał w stronę fabryki, by nie skrzywdzić niewinnych.
Przypuszczałem też, że w końcu przyjdzie do mojego domu, ale nie sądziłem, że
będzie tak śmierdział.
— No, dziękuję za przypomnienie o tym — burknął Davis zakładając
ręce na piersi i stojąc w rozkroku. Obserwował wszystkich, którzy go
wykołowali. Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Najchętniej to
skopałby tyłek każdemu z osobna. — Zamknąłeś mnie w piwnicy.
— Przepraszam — odparł kapitan. — Wiedziałem, że mając Rafaela u
boku nie wpadniesz w panikę. Nie pozwoliłby na to. — Kapitan doskonale
wiedział, że John Davis jako dziecko wpadł do piwnicy w opuszczonym domu i
spędził tam dwie doby zanim go znaleziono. Od tego czasu bał się takich miejsc.
— Mój samochód! — przypomniał Dravik i tym razem to on się
zdenerwował.
— Twój samochód jest bezpieczny. Podstawiliśmy inny, wzięty ze
złomowiska i odrestaurowany. Wybuch bomby był inscenizowany. Nawet ludzie,
którzy wtedy byli obok ciebie byli aktorami. Każdy, z kim mieliście do
czynienia to aktor. Chłopak, który skierował was do motelu też był z firmy.
— Każdy? Nawet cywile w barze, na stacji? — dopytał John.
— Każdy — odparł spokojnie właściciel firmy. — Przewidywaliśmy
każdy wasz krok.
— Jak? — zapytał Rafael i po chwili go olśniło. — Mieliście
nadajnik w samochodzie Davisa?
— Tak. Ukryty starannie pod siedzeniem. — Tym razem odpowiedział
jeden ze współpracowników Johna. — Nie patrz tak, stary. Jesteś mi winien, za
połączenie cię z twoją miłością, kilka browarów — powiedział rozbawiony.
— Żebyś się tymi browarami nie udławił, Smith. — Spojrzał po
wszystkich. — Jesteście nam winni jeszcze wiele wyjaśnień, na przykład co z
moją chatą, ze zrujnowanym mieszkaniem Rafaela, ale zanim do tego dojdzie muszę
się napić. — Davis podszedł do barku, nalał dwie pełne szklanki burbonu i podszedł
do Dravika. Podał mu jedną, a potem chwycił mężczyznę za dłoń i wyprowadził na
balkon, który już od dłuższego czasu go kusił. Potrzebował uciec od tych ludzi.
Zimny wiatr owiał ich, kiedy stanęli na balkonie, zamykając za
sobą drzwi. Kilka płatków śniegu, który zaczął padać, w tym samym momencie,
jakby ktoś wydał im rozkaz, opadło na ich szare garnitury. Znajdowali się
gdzieś na odludziu, przypuszczali, że dom należał do właścicieli firmy
organizującej grę. Możliwe, że to była ich główna siedziba, ale nie chcieli o
tym rozmyślać.
— Pieprzę ich wszystkich — warknął Davis.
— Wolałbym, abyś pieprzył tylko mnie. Jestem trochę zazdrosny.
John zaśmiał się natychmiast rozluźniony. Wypił łyk mocnego
alkoholu, który próbował wypalić mu gardło i spojrzał na Rafaela.
— Urządzili grę, aby nas połączyć. Wierzysz w to?
— Muszę. Zrobili dużo. Wplątali w to wszystkich. Nawet cholernego
Aleca. Jeszcze bardziej go nie znoszę.
— A mnie lubisz? — zapytał zadziornie John. Wyraz jego oczu
wyrażał wyzwanie, tak samo jak ton głosu.
— Ciebie? Trochę. Odrobinkę. — Dravik zbliżył się do kochanka i
pocałował go mocno, mając gdzieś to, że inni widzą ich przez szerokie, oszklone
drzwi.
— Miłe — zamruczał John. Objął jedną ręką Rafaela w pasie i
przytrzymał przy sobie.
— Moje pocałunki są zawsze miłe.
— Nie wątpię. Ale mówiłem o nich. Może kiedyś im wybaczę.
— Może ja też. To co będzie dalej? — zapytał prawnik.
— Dalej to jesteśmy chyba już tylko my.
— A zapytasz mnie jeszcze kiedyś bym za ciebie wyszedł? —
Rafael odstawił szklankę nietkniętego przez siebie alkoholu na małym stoliku i
obiema rękami objął wokół szyi partnera.
— Pomyślę o tym. A co byś odpowiedział?
— Również o tym pomyślę — wyszeptał Dravik przybliżając usta do
warg kochanka. Zanim go pocałował dodał: — Mój samochód jest cały.
— A ty tylko o tym. — Zaśmiał się John. — Może wreszcie mnie
pocałujesz.
— Z przyjemnością, kochanie — odpowiedział Dravik, dla żartu
cmokając policzek detektywa, na co ten warknął ze złością i sam sięgnął po jego
usta, których nigdy nie będzie miał dość. Tak samo jak cholernego Dravika. Bo
co jak co, ale kochał go i wierzył, że tym razem im się uda.
Kiedy skończyli się całować łapiąc głęboki oddech, śnieg padał
obficie. John napił się jeszcze łyka burbonu i powiedział:
— A teraz chodź, na nasze przyjęcie urodzinowe, pomożesz mi skopać
ich tyłki, za to, że otworzyli nam oczy i znów muszę się z tobą męczyć. — Jego
oczy posyłały wesołe iskry w stronę Dravika, któremu zarzucił rękę na ramiona
prowadząc go ku drzwiom balkonowym.
— Kutas z ciebie — rzucił prawnik śmiejąc się. — Dobrze, że wciąż
jesteś sobą.
— Ty też, skarbie. Ty też.
Koniec
Subskrybuj:
Posty (Atom)