28 kwietnia 2019

Powrót do Limare - Rozdział 14

Zapraszam na kolejny rozdział i dziękuję za komentarze. :)



Lorelai tętniło życiem, pasją, muzyką i dobrą zabawą. Czymś co Ivo kochał, w tym jedynym w okolicach klubie LGBTQ. Nie było to miejsce podzielone tylko dla mężczyzn czy kobiet. Otwierało się dla wszystkich osób homoseksualnych, transseksualistów, transwestytów czy osób transpłciowych. To było miejsce dla ich przyjaciół, zwolenników i dla tych, którzy walczą z homofonią. Lokal od kiedy powstał, gościł w swych murach tłumy. Tutaj nie było ważne w co lubisz się ubierać, czy jesteś bankierem, czy robotnikiem. Tutaj można było być sobą i nikomu to nie przeszkadzało.
Ivo cieszył się, że mieszkał we Włoszech, bo pomimo tego, że w kraju ponad osiemdziesiąt procent mieszkańców to byli katolicy, to ponad siedemdziesiąt procent z nich wypowiadała się przyjaźnie na temat osób homoseksualnych. Dzięki temu miał pewność, że to nie religia była powodem nienawiści, mimo że doktryna katolicka zabraniała takich związków. Zawsze powodem nienawiści byli sami ludzie, ich wychowanie, środowisko, a przede wszystkim strach. Barista nigdy nie ukrywał tego kim jest, jaki jest, nawet tego, że uwielbia się malować by wyglądać pięknie. Tak jak wiele osób w miejscu, do którego wszedł.
Przeszedł obok parkietu, na którym tańczyli ludzie, a ich różnorodność, ubiór tworzyły coś niesamowicie kolorowego. Jak to, że byli sobą, nawet ci, którzy jeszcze się nie ujawnili, ci co nie wiedzieli kim są i to sprawdzali. Każdy znalazł tu dla siebie miejsce, dlatego Ivo kochał ten klub.
Przywitał się z kilkoma znajomymi i podszedł do baru. Ten zajmował całą ścianę wyłożoną czarno-czerwoną szachownicą z cegieł. Kilku barmanów pracowało robiąc drinki, rozmawiając, flirtując z klientami lub sprzątając. Jeden z nich puścił oczko Ivo, pamiętając zapewne ich miesięczną przygodę. Chłopak był fajny, miły, ale to nie było to czego Moretti chciał. Odkąd pierwszy raz zobaczył Fabiano, żaden ze spotkanych mężczyzn nie był dla niego kimś więcej niż tylko małą przygodą, a i tych nie było wiele w ciągu ostatniego roku. Wcześniej w prawie każdym mężczyźnie widział partnera na całe życie. Pragnął miłości, związku, spędzenia z kimś całego życia. Niestety trafił mu się ktoś kto tego nie uznawał. Kto po usłyszeniu, że jest kochany odepchnął go jakby nic nie znaczył.
Usiadł na wolnym jak dotąd stołku barowym i zamówił Blue Margaritę, która była jego ulubionym drinkiem. Zdjął kurtkę i położył ją sobie na kolanach czekając na alkohol.
– Witaj, słodziutki. Dawno cię u nas nie było.
Obejrzał się. Przed nim stała kobieta. Piękna, wysoka kobieta o długich czarnych, prostych włosach, wydatnych ustach i mocno umalowanych oczach.
– Hej, Calixte. – Uśmiechnął się witając ją pocałunkiem w policzek.
Calixte pojawiała się tylko nocą i była jedną z występujących w klubie Draq Quinn. Natomiast za dnia jej miejsce zajmował Jean Luc francuz, który kilka lat temu przyjechał do Włoch i został. Na co dzień był jednym z pracowników agencji reklamowej, natomiast nocą stawał się królową.
– Jesteś tutaj jednym z najpiękniejszych chłopaków. Te twoje kości policzkowe wyglądają, jakby ktoś je wyrzeźbił i to nie makijaż je zmienił. – Usiadła na właśnie zwolnionym stołku, podciągając lekko dół długiej sukni. Na stopach zalśniły czarne szpilki. – Połowa ludzi stąd chciałaby cię w swoim łóżku, więc co masz taką minę? Czekaj, nie odpowiadaj. – Położyła dłoń na udzie Ivo. Jej paznokcie były długie, ogniście czerwone o kształcie migdałów. – Niech zgadnę. Miłość?
– Jestem aż tak oczywisty? – Podziękował barmanowi za drinka od razu za niego płacąc i trzymając go w dłoni spojrzał na Calixte.
– Niezupełnie. Bardziej mi wyglądasz na kogoś, kto ma ochotę zrównać to miejsce z ziemią lub kogoś w nią wgnieść. Ale wiesz co? Cokolwiek zrobił ci ten facet, nie jest to warte złości. Na to dobry jest seks. Spójrz. – Wskazała na stojącego kilka metrów od nich mężczyznę, który popijał piwo i patrzył na nich. – Typ niedźwiedziowaty. Wygląda mi na ostrego. Wciśnie ci twarz w poduszkę i wypieprzy twój zgrabny tyłeczek. Chyba, że wolisz jakiegoś twinka i coś delikatnego. Ale ten niedźwiedź, nie spuszcza z ciebie oczu.
Barista przyjrzał się wysokiemu, mocno zbudowanemu mężczyźnie, a ten uznał to za zaproszenie i ruszył w ich stronę.
– Idzie tu – powiedział bardziej do siebie niż do towarzyszki.
– Idzie, idzie, więc ja zmykam, a ty korzystaj. O zabezpieczeniu pamiętaj. – Ucałowała Ivo w policzek i odeszła kręcąc biodrami, na co chłopak tylko uśmiechnął się.
Zaraz jednak ten uśmiech zgasł, kiedy wielkolud stanął przed nim. Mocne ciało, mięśnie i ogólnie smaczny kąsek reprezentował sobą nieznajomy, ale Ivo nagle poczuł, że ma ochotę się odsunąć. Jeszcze kilka minut temu był pewny, że zgodziłby się na seks, po który tutaj przyszedł. W tym momencie nie mógł tego zrobić, bo czuł, że zdradziłby Fabiano. Nie byli razem, co było faktem nie do podważenia, ale przez długie godziny dzielili ze sobą bliskość, która coś dla baristy wciąż znaczyła.
Nieznajomy położył dłoń na jego ramieniu mówiąc:
– Śliczny jesteś. Mam nadzieję, że równie pięknie będziesz pode mną krzyczał.
Na te słowa Ivo przeszły nieprzyjemne dreszcze. Znał ten typ. Wielu mężczyzn było takich. Obchodziło ich tylko jedno. Oni sami. Nie było dotyków, pocałunków. O siebie trzeba było się samemu zatroszczyć. Czasami to było dobre, ale nie dzisiaj. Może kiedyś, kiedy otrząśnie się z ostatnich przeżytych chwil z prawnikiem. Otworzył usta by odmówić propozycji, kiedy odezwał się inny głos. Głos pełen jadu, lodu i tak bardzo znajomy, że włosy stawały mu na ciele, jakby przyciągane magnesem do jego właściciela. Rozpoznałby wszędzie, w największym tłumie ten niski ton.
– Jeżeli nie zabierzesz z niego swojej ręki, stracisz ją.
Ivo odważył się odwrócić na stołku i natychmiast uderzyła w niego fala gorąca. Fabiano Salieri faktycznie znajdował się tutaj, w całej swej wspaniałej osobie. Rzucał ostre spojrzenie w stronę dużo większego od siebie mężczyzny. Moretti przez chwilę bał się, że wielkolud rzuci się na prawnika, ale ten wyglądał jakby podkulił pod siebie ogon, który miałby gdyby był psem. Nieznajomy odszedł bez jednego słowa i barista mu się nie dziwił. Znalezienie się pod obstrzałem lodowych sztyletów jakimi były oczy Salieriego, nie było przyjemnym doznaniem. Fabiano nie miał na sobie okularów, więc z pewnością założył soczewki, które tylko potęgowały moc jego spojrzenia. Ale on się nie bał, więc zapytał:
– Co ty tutaj robisz?
– Dobre pytanie. Również chciałbym poznać na nie odpowiedź.
Salieri faktycznie nie był pewny co tutaj robił. Zanim się zorientował w swoich działaniach siedział w samochodzie jadąc do domu Ivo. Nie zastał go tam, więc przypomniał sobie o klubie. W Internecie poszukał lokalu pod nazwą, którą chłopak podał. Działał jak na automacie. Wiedział tylko jedno. Nie zamierzał pozwolić, aby Moretti uprawiał seks z innymi mężczyznami. Możliwe, że był zazdrosny i to zadziałało  na niego bardzo silnie. W chwili kiedy ujrzał jak ten wielki mężczyzna kładzie dłoń na kimś, kto do niego nie należy, miał ochotę go rozszarpać. Emocje przelewały się przez Fabiano jedna za drugą. Tak mu nie znane, a zarazem znajome, bo dawno temu możliwe że je poznał. Tak jak on sprzeczne ze sobą, ale silne.
– Czyli nie chciałeś tu przyjechać, tak samo jak nie chcesz mnie i co? Wygnałeś mi okazję na dobry seks. Co teraz? – Ivo wstał podtrzymując w lewej dłoni swoją kurtkę. Całkowicie zapomniał o niedopitym drinku. – Zabraniasz innym tego czego sam nie chcesz. Pies ogrodnika z ciebie, mecenasie. A co jeżeli to był facet mojego życia? – zapytał stając tak blisko prawnika, że czuł pałające od jego ciała gorąco. Mógłby przysiąc nawet, że czuje bicie jego serca, które przyśpieszało tak jak oddech Salieriego.
– Miłość twojego życia? – Fabiano uniósł brew. Położył dłoń na karku Ivo, przytrzymując go. Podobał mu się makijaż chłopaka. Jego ubranie. Zbliżył ich usta do siebie, ale go nie pocałował. – Może tylko chwilowa przyjemność, ale nie żałuj, bo nie dałby ci tego, co ja mogę dać.
Powiedział to tak głębokim głosem, że nogi Ivo zmiękły, a jego penis zainteresował się tym szczególnie mocno. Powinien odepchnąć prawnika, tak jak zrobił z nim Fabiano, ale nie potrafił. Nie będzie czynił tego samego.
– Przeleć mnie – wyszeptał, chociaż przy głośnej muzyce jego słowa mogły zostać odczytane jedynie z ruchu warg.
Fabiano nakrył usta chłopaka swoimi i tym razem nie było w prawniku niczego uległego. Nie pozwolił Ivo przejąć kontroli nad pocałunkiem, a barista właśnie tego potrzebował. Pragnął poczuć, że należał do tego mężczyzny. Westchnął tylko owijając swoje ręce wokół szyi prawnika, uchylając usta dla jego języka.
To miał być tylko zwykły pocałunek, ale przerodził się w coś głębokiego, żarliwego i pochłaniającego. Słysząc słowa Ivo, Fabiano nie potrafił posłuchać głosu rozsądku. Tak jak niesłuchały go ręce skradające się pod koszulkę chłopaka. Palcami musnął jego brzuch. Przesunął je nad linią spodni ku tyłowi, by ostatecznie zatrzymać dłonie na pośladkach Ivo.
– Chodźmy stąd – powiedział Moretti odrywając się od niesamowicie dobrych warg. Polizał je koniuszkiem języka. Przytrzymał ręce Fabiano na swoich pośladkach. – Chodźmy jak najszybciej. I daj mi kluczyki do samochodu – dodał, ale nie czekając na nie, czy jakąkolwiek odpowiedź chwycił prawnika za dłoń, prowadząc go ku wyjściu.
Gdy wyszli z klubu, Fabiano wskazał miejsce gdzie zaparkował Maserati i rzucił chłopakowi kluczyki. Ivo posłał mu przy tym tak gorące spojrzenie, że prawnik nie bacząc na ludzi wokół, miał ochotę rzucić dwudziestotrzylatka na maskę samochodu i go wziąć.  Nie mógł tego zrobić. Tak jak nie mógł pojąć swoich działań. Od chwili kiedy powiedział Ivo, że to co się pomiędzy nimi wydarzyło, było pomyłką stało się wiele różnych rzeczy. Po wyjściu baristy z domu Paolo, poczuł tak ogromną pustkę i samotność, które krzyczały na niego, że został sam i na zawsze będzie sam. Wróciły wspomnienia, rzeczy które stały się z nie jego winy.
Nie chciał kochać Ivo, nie wierzył w miłość, ale jeżeli był ktoś komu na nim zależało, to nie mógł zrezygnować. Moretti chciał go takim jakim go widział, jakim go poznał, jak nikt inny. Pragnął go, pomimo że były rzeczy, o których nie wiedział. Natomiast on przy bariście czuł się tak jakby wygrał los na loterii i nie potrafił z tego zrezygnować. To, plus zazdrość i znalazł się w tym miejscu, w którym Ivo właśnie zaparkował.
– Las? Zabrałeś nas do lasu? – W samochodzie dach był podniesiony, do tego wokół panowała ciemność. Jedynie księżyc zaglądał do nich ciekawski tego, po co tu przybyli.
– Bo nie mogę dłużej czekać – odpowiedział Ivo i wychyliwszy się, chwycił głowę prawnika w obie ręce, by wycisnąć na jego ustach pocałunek. Mężczyzna sapnął i Moretti nie czekał dłużej na to by to prawnik przejął kontrolę. Dzisiaj obaj mieli dzień i ochotę na zamianę ról i cieszył się, że potrafili być ze sobą tacy kompatybilni. Jeżeli to nie przeznaczenie to co innego, pomyślał barista poddając się wargom prawnika i jego rękom wciągającym go na kolana.
Westchnął gdy usta Fabiano przesunęły się po jego szyi. Ręce błądziły po jego ciele. Palce przesuwały się po skórze baristy, zostawiając palące ślady, jakby wcześniej ogień całował te ścieżki na ciele, które zostały wyznaczone przez dotyk. Nie pozostał dłużny pieszcząc mężczyznę jak tylko mógł, klęcząc nad jego udami na przednim siedzeniu pasażera. Rozpiął koszulę prawnika i odchylił ją odsłaniając gładką klatkę. Natomiast Fabiano wsunął ręce pod spodnie Ivo stwierdzając, że chłopak nie miał na sobie bielizny. Spodnie przeszkadzały w jego planach.
–Musimy uwolnić was z tego – wyszeptał Salieri.
– Nas?
– Ciebie i jego – odpowiadając prawnik przesunął dłonią po kroczu Ivo, pokazując kogo jeszcze miał na myśli.
– A mówiąc o nim… – Nie kończąc wypowiedzi, dwudziestotrzylatek sięgnął do rozporka prawnika i odpiął go chcąc wyjąc jego penisa, po czym został zatrzymany.
– Najpierw ty.
– To poczekaj. – Ivo przeniósł się na siedzenie kierowcy i po kilku wygibasach, jednym bolesnym uderzeniu łokciem w drzwi oraz chwili śmiechu, znalazł się bez spodni. Wyjął z nich jeszcze prezerwatywę i saszetkę z nawilżeniem.
Wrócił na kolana prawnika, który od razu chwycił go za biodra. Natychmiast do siebie przylgnęli, a penis Ivo otarł się o brzuch kochanka.
– Chcę na tobie pojeździć, panie mecenasie – wyszeptał Ivo. Bardzo go podniecało to, jak go nazywał i było to obopólne odczucie. Jego oczy już się przyzwyczaiły do ciemności, którą i tak rozrzedzał księżyc, więc dobrze widział twarz Fabiano.
– Do tego zmierzamy, Moretti. – Pozwolił by Ivo wyjął jego penisa, a potem nałożył na niego prezerwatywę. On tymczasem rozerwał saszetkę z żelem i część wylał sobie na palce, a część na dłoń Ivo.
Chłopak rozsmarował nawilżenie na osłoniętym członku prawnika. Natomiast Fabiano czystą ręką chwycił kark Ivo, nachylając go ku sobie do pocałunku. Drugą przeniósł za niego, by wsunąć palce pomiędzy pośladki i popieścić jego dziurkę. Moretti jęknął w usta mężczyzny, czując delikatne pocieranie. Chciał by już wsadził mu palce, ale Salieri odmawiał. Dzisiaj działo się wszystko na jego warunkach, co podniecało zarówno jego jak i Ivo.
– Proszę, proszę, proszę. – Barista był gotów na wszystko, by to drażniące pocieranie zmieniło się w coś silniejszego. – Proszę, proszę – szeptał owiewając gorącym oddechem policzek prawnika, to jego szyję. Każde miejsce, które całował i lizał. Próbował nabić się chociażby na jeden palec. Przyjąłby jego penisa bez tego, już tak robił. Dla niego szybki seks nie wymagał przygotowań, ale gra wstępna, w którą bawił się Fabiano już tak. To doprowadzało go do frustracji. Wszystko działo się tak powoli, a zarazem przynosiło intensywniejsze doznania.
– Niecierpliwy – wymruczał Fabiano i wsunął w chłopaka jeden palec słysząc przepiękny, jakby pełen spełnienia jęk. Polizał kolumnę jego szyi, a Ivo odchylił głowę poruszając biodrami.
Gdy do jednego palca dołączył drugi, dla Ivo wciąż było to za mało. Taki dotyk czynił go jeszcze bardziej niecierpliwym, głodnym, a przede wszystkim szczególnie wrażliwym na wszelkie bodźce zarówno cielesne, jak i emocjonalne. Zaczął odczuwać wszystko jeszcze mocniej, kiedy Fabiano wziął do ręki jego penisa przesuwając po całej długości tymi swoimi, długimi palcami.
Słodkie tortury trwały całe wieki. Łzy tańczyły mu w oczach. Potrzebował więcej, a kochanek mu tego nie dawał, zabierając go na wyżyny przyjemności z oczekiwania na mocniejsze wrażenia. Do chwili zanim wysunął z niego palce Ivo sądził, że już więcej nie zniesie i bardzo się mylił. W chwili kiedy prawnik nakierował go na swojego penisa, podtrzymując go dla niego, Moretti dowiedział się, że intensywność tego co czuł może być znacznie większa. Oparł drżące ręce na ramionach Fabiano i przytrzymując się go powoli opadł na całą, czekającą na niego twardą długość.
Salieri wypuścił z siebie przekleństwo i uderzył głową w zagłówek, kiedy poczuł jak jego penis zostaje połknięty przez coś niewiarygodnie ciasnego, a mimo to wchodził z łatwością. Dopasowując się idealnie jakby był przeznaczony do tego miejsca i tego chłopaka. Objął Ivo, przez co znaleźli się jeszcze bliżej siebie. Było im gorąco, a w samochodzie panowala duchota. Lepili się od potu, którym przesiąkła koszulka Ivo oraz jego koszula i żadnego to nie obchodziło. Ich usta i języki połączyły się we wspólnym tańcu.
Moretti zakołysał biodrami wydając z siebie dźwięki skomlenia. Byli bardzo blisko siebie, przytuleni. Spragnieni siebie, pogrążeni w intymności jaką dawała im mała przestrzeń. Orgazmy budowały się w nich powoli, a czym bliżej znajdowali się końca, prawnik pozwalał szybciej poruszać się Ivo. Oparł mocno stopy o podłogę podrzucając biodrami i wbijając się w niego.
– Jesteś tak głęboko. – W pewnej chwili wyszeptał barista, zmieniając kąt ruchu by penis masował jego prostatę. Cały dygotał. Uda mu się trzęsły z wysiłku i tego co się zbliżało, kumulując się w nim coraz bardziej. – Tak głęboko. We mnie. W moim sercu. Głęboko. Tak! Tak! Tak! – powtarzał bezmyślnie Ivo, a z oczu popłynęły mu łzy, które Fabiano scałował, a jedną z nich zebrał językiem.
Kiedy prawnik polizał usta Morettiego, dwudziestotrzylatek poczuł na nich słony smak. Po chwili wydał z siebie przeciągły jęk dochodząc na pierś i brzuch prawnika wsysając go w siebie, ściskając. Fabiano przez to nie mógł dłużej wytrzymać, pchnął parę razy w górę, bardziej brutalnie niż potrzebował i odpuścił szczytując i wbijając przy tym palce w biodra chłopaka jakby prosząc, aby nie przestał się poruszać. Ivo nie zrobił tego. Wręcz postąpił przeciwnie, mimo tego jakie miał wrażliwe wnętrze. Pracował intensywnie zaciskając się na nim i prawnik nie był pewny, ale mógłby przysiąc, że po chwili zamroczony przez przyjemność barista jeszcze raz doszedł, wydając z siebie płaczliwy dźwięk, a potem zmęczony znieruchomiał.
Salieri opuścił usta na jego szyję zaczynając go całować i po chwili odnalazł jego wargi. Nie potrzebował słów, aby wszystko zrozumieć. Ivo naprawdę go kochał. Miał go głęboko w swoim sercu. Bo tego dotyczyły jego wcześniejsze słowa. Ale jak to możliwe, kiedy nie ma miłości?, pomyślał nie zamierzając go odpychać, uciekać. Wciąż rozgrzany, wciąż spragniony Ivo Morettiego, którego przez kolejne mijające minuty tulił, całował i trzymał przy sobie, nie zamierzając puścić.

14 kwietnia 2019

Powrót do Limare - Rozdział 12

Dziękuję za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział. :)
Chciałam też poinformować tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że Beezar.pl już działa. Także starych tekstów nie będę usuwać, a nowe w przyszłości na pewno pojawią się na tej stronie. Na pewno "Na celowniku" nie pojawi się na niej. 



Ciszę poranka przerwał huk pioruna, poprzedzany rozdzierającą niebo błyskawicą. Wiatr zagwizdał zawodząc rozpaczliwie, a rzęsisty deszcz uderzył w spragnioną wody ziemię. Burza rozpętała się na dobre, kiedy Limare budziło się do rozpoczęcia nowego dnia. Dnia, który dla Paolo mógłby nigdy nie nadejść. Całą noc nie spał. Nie mógłby zasnąć, kiedy toczyła się w nim podobna burza jaka opętała miasto. Po tym co usłyszał od Domenico nie mógł być spokojny. Obawiał się tego co padło z ust partnera. Gdzieś w głębi niego ten strach zawsze istniał. Skryty, cichy i wczoraj miał okazję wyjść ze swojej kryjówki.

– Co takiego strasznego chcesz mi powiedzieć?
– Wczoraj zadzwonił do mnie ktoś od kogo telefonu czy czegokolwiek innego już nigdy się nie spodziewałem – zaczął ostrożnie Domenico. Dla dodania sobie otuchy wypił od razu cały kieliszek wina.
DiCarlo zaśmiał się, ale w tym śmiechu nie było radości.
– Zadzwonił twój były i chce byś do niego wrócił?
– Nie, to nie byłby problem… – Postukał palcami o kolano. – Zadzwoniła moja mama. Chce, abym wrócił do domu. Widzę po twojej minie, że nie jesteś z tego zadowolony, ale spodziewałem się tego.
Paolo parsknął.
– Co ty nie powiesz. Mam być zadowolony, że twoja matka, która uznała cię za martwego, chce twojego powrotu, a ty to rozważasz?! – Wybuchnął. Wstał od stołu, bo zawsze kiedy był zły nie potrafił usiedzieć na miejscu. Wtedy gotował, ale to nie wydało mu się w takim momencie być dobrym wyjściem. – Już wiem dlaczego nie zamierzałeś mi o tym powiedzieć. Chcesz tam wrócić!
– Zamierzałem ci powiedzieć! – wykrzyknął Domenico. – Obawiałem się jednak twojej reakcji i miałem rację!
– Jak do jasnej cholery mam inaczej reagować?! Chcesz jechać do tego gniazda szerszeni i dać się użądlić. Ile razy? Tyle, że cię wykończą, a może tyle by zacząć śpiewać zgodnie z ich żądaniami?!
– Chcę ich zobaczyć! Tęskniłem za nimi, to moi rodzice. Są jacy są, ale…
– Zobaczyć i dać się skrzywdzić?! Jesteś takim idiotą?! – Paolo spojrzał wściekle na partnera. Coraz bardziej przestawał panować nad nerwami. Nie był w stanie tego robić kiedy słyszał, że Domenico nazywa rodzicami kogoś kto się go wyrzekł. W dodatku chce do nich wrócić zostawiając jego.
– Nie pozwolę na to! Sądzisz, że nie umiem sobie z nimi poradzić? Nie mam własnego rozumu czy jak? – Salieri ściszył głos. – Tak o mnie myślisz? Za kogo mnie masz? – Podszedł do DiCarlo i wbił palec w jego pierś. – Powiedz mi. Za kogo mnie masz?
– Nie myślę o tobie nic złego. Po prostu nie rozumiem po co chcesz tam jechać! – Odtrącił jego rękę i cofnął się. – Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć? Kiedy wyjedziesz, czy kiedy już tam będziesz, a może po prostu byś zniknął?!
– Sądząc po twojej złości to może tak byłby lepiej! – krzyknął Domenico. – I wiesz co, to nie wszystko co mi powiedziała. Chcą mi oddać restaurację, którą zarządzałem i dodała, że mogę żyć jak chcę. Po prostu oboje potrzebują odzyskać syna.
Serce Paolo umierało, kiedy słyszał te wszystkie słowa padające z ust partnera. Kojarzyły mu się one z tym, że Domenico chce go zostawić. Wystarczyło, że spojrzał w jego podekscytowane oczy i wiedział wszystko. Limare dla kogoś takiego jak Domenico Sallieri było zbyt małe. Amare nie dawało mu wyzwań w zarządzaniu, a on też był dla niego niewystarczający, zbyt głupi, niewykształcony, wybuchowy. Nie miało znaczenia to, jak bardzo go kochał. Były rzeczy, które też się liczyły. Choćby nie znał się na tych wszystkich filmach, o których partner opowiadał z takim przejęciem. W Rzymie czekali na niego mężczyźni z wysokim ilorazem inteligencji, będą z nim chodzić do muzeów, które Domenico lubił. Wybiorą się na wystawy, czy koncerty. Z nim kochanek mógł spędzać czas tylko w domu lub w Amare. W końcu by się tym wszystkim znudził. Nadszedłby dzień, kiedy by go zostawił, a czym dłużej byliby razem tym rozstanie bardziej by bolało.
– Nie chcę cię więzić – wyszeptał. Chciał go porwać w swoje ramiona i błagać by został. Nie jechał tam gdzie nikt go nie kocha. Niestety postępował przeciwnie.
– Słucham?
– Spieprzaj do Rzymu i nie wracaj! – wykrzyknął Paolo.

Na tym skończyła się ich rozmowa. Wiedział, że powiedział za dużo, bo to co ujrzał w oczach partnera było czystym zranieniem, ale targany wściekłością podpowiadającą mu, że Domenico go zostawi, bo chce to zrobić, nie przeprosił mężczyzny. Nie wziął go w ramiona, nie pocałował jak robił to zawsze. Salieri wyszedł z kuchni zostawiając do samego.
Cała noc nie była w stanie go uspokoić. Nawet gotowanie, za które się wziął tego nie zrobiło. Wciąż targany emocjami, niczym gałęzie drzew na wietrze, a przede wszystkim swoją niepewnością, która doszła do głosu. Tego ranka mógł powiedzieć, że był to też strach, o partnera, że spotka go tam krzywda i Domenico ponownie będzie cierpiał. Szkoda, że nie umiał mu tego powiedzieć. Ale inne emocje, a przede wszystkim nerwy, które zawsze są złym doradcą, zrobiły swoje.
Wyjął z piekarnika ciasto, które dołączyło do tego co przygotował tej nocy, aby się wyżyć. Wypróbował wszystkie swoje nowe przepisy, których jeszcze nikt nie znał. Spojrzawszy na przygotowane potrawy uświadomił sobie, że Domenico powiedziałby mu prawdę na temat ich wyglądu oraz smaku. Pochwaliłby je albo skrytykował w taki sposób by go nie zgnębić, a doradzić i pomóc.
– Domenico – szepnął pod nosem, czując nagłą, ogarniającą go słabość. Położył dłoń na piersi, którą zaczął przytłaczać dziwny ciężar.
Rozejrzał się wokół i stwierdził, że bez tej jednej jedynej osoby, którą się kocha bardziej niż swoje życie, nic nie jest warte. Wszystko traci swój urok, którym Paolo przez ostatni rok przesiąkł. To co dobre w jego życiu odepchnął tej nocy, bo tak naprawdę nie wierzył w Domenico. Nie ufał mu. Bał się. Kazał mu nie wracać i to były ostatnie słowa jakie skierował do partnera. Nie mógł do niego pójść, paść na kolana, wtulić głowę w jego brzuch i prosić o przebaczenie. Tej nocy ukochany zadzwonił po taksówkę i wyjechał zostawiając go samego.
Udał się do sypialni. Ta wydała mu się pusta jak nigdy wcześniej. Drzwi od szafy były otwarte, a półki na których Domenico trzymał swoje rzeczy opustoszały. Właśnie w tej chwili w Paolo coś pękło i łzy spłynęły po policzkach DiCarlo. Jego ukochany Domenico odszedł i za to mógł winić tylko siebie.

*

Deszcz uderzający o szyby w oknach był niczym muzyka dla śpiącego Fabiano. Opierał policzek na poduszce. Ręce ułożył obok siebie, a lewą nogę ugiął w kolanie. Ciało od pasa w dół okrywało prześcieradło, bo Ivo tylko tego używał w upalne noce. Wyglądał na w pełni zrelaksowanego. Spokój jaki emanował od śpiącego prawnika podbudowywał serce baristy. Cieszyło go to, że zapewnił temu mężczyźnie dobry sen. Kiedy przenieśli się do łóżka i skończyli kochać, było już bardzo późno. Wymęczony prawnik natychmiast zasnął, ale Ivo trzymający go w ramionach i tak przez jakiś czas czuwał, bojąc się, że koszmary nawiedzą Fabiano. Na szczęście ostatnie godziny nocy minęły i nic ich nie niepokoiło.
Rankiem Ivo obudził się pierwszy, dzięki temu mógł obserwować prawnika znajdującego się w jego łóżku. Po upojnej nocy chciał więcej. Nie tylko seksu, ale bycia z nim, przy nim. Fabiano działał jak narkotyk. Raz go spróbował i nie miał dość. Bał się tylko odwyku, do którego może zostać zmuszony. Chociaż obiecał sobie, że zawalczy o niego i mógł to zrobić. Chociażby dzisiaj. Cały dzień miał wolne pomimo, że był to poniedziałek. Od jakiegoś czasu w Amare panowały zasady, że w trzeci poniedziałek miesiąca bistro było zamknięte. Tak jak działo się to co drugą niedzielę. Dlatego barista bardzo się z tego cieszył, bo dzisiaj wypadał wolny dzień, który mógł spędzić z Fabiano, o ile ten mu nie ucieknie po przebudzeniu.
Na pewno nie zamierzał go budzić. Podejrzewał, że noc wcześniej mężczyzna nie spał za dobrze lub w ogóle tego nie robił. Zamierzał dać mu tyle czasu ile Salieri potrzebował. Natomiast wieczorem mógłby go zabrać do Lorelai klubu LGBTQ, który był czynny w każdy dzień miesiąca poza czwartkami. Mogliby napić się dobrego drinka i potańczyć. Niby miał jeszcze żałobę, ale mama by to pochwaliła. Sama mu powiedziała przed śmiercią, żeby nie płakał, tylko cieszył się, tańczył. Do tej pory tego nie robił i bez Fabiano nadal nie zrobi. Z nim to co innego. Chciał mu pokazać siebie. Umalować się tak jak lubił, ubrać seksownie. Nie dla innych, ale dla siebie i mecenasa jego serca.
Z tą myślą zamknął oczy i zasnął.
Następnym razem kiedy się obudził było już godzinę później. Fabiano zmienił swoją pozycję. Spał teraz na boku, bliżej niego. Ich nogi były ze sobą splątane, a głowa Salieriego znajdowała się tuż pod jego brodą. Nie miał pojęcia czy mężczyzna w międzyczasie obudził się i przysunął się do niego, czy zrobił to przez sen. Ważne było, że robiąc to świadomie lub nie, chciał tego. Wsunął palce w jego zmierzwione kosmyki i mógłby zostać w tej pozycji przez cały dzień. Niestety pęcherz dawał solidne oznaki tego, że jest przepełniony i musiał wstać. Planował, że weźmie prysznic, a potem zrobi Fabiano jego ulubioną kawę i przynosząc ją do łóżka obudzi kochanka zapachem, mimo że wcześniej planował, by dać mu szansę pospać. Zrobiłby im też śniadanie i najchętniej to znów by się z nim kochał. Chciałby zabrać go również na plażę, jeżeli wyjdzie słońce, pomóc pokonać strach przed wodą, ale nie chciał go męczyć.
Wcisnął nos we włosy prawnika. Pachniały potem, seksem i po prostu Fabiano i czymś co mógłby nazwać feromonami, przyciągającymi go seksualnie do tego mężczyzny. Gdybyś tylko wiedział jak bardzo cię kocham, pomyślał żałując, że jeszcze długo nie będzie mógł ich przekazać werbalnie, patrząc Salieriemu w oczy. Na razie musiał zadowolić się tylko tym. Tą chwilą bliskości ulotną niczym burza za oknem, która pozostawiła po sobie tylko lekki deszczyk.

*

Fabiano obudził się zmarnowany, ale jednocześnie wypoczęty. Całe ciało go bolało, szczególnie tylna, dolna część. Właśnie to mu przypomniało co tej nocy robił, gdzie jest i, że po raz pierwszy od kilku tygodni spał tak dobrze. Sądził, że gdy rano się obudzi, spanikuje i na pewno ucieknie będąc zły na siebie za to co zrobił. Tak się nie stało i jedynie co czuł to spokój. Nie musiał się niczego obawiać, nikt nie powie, że źle zrobił czyniąc takie zło, które w nocy popełnił kilka razy z mężczyzną. Nawet on sam nie był na siebie o to zły, jak to bywało gdy uprawiał szybki seks z innymi mężczyznami i po wszystkim przeżywał moralne katusze. Po prostu obudził się czując, że to wszystko co się stało było normalne, naturalne i dobre, właściwe. Poczuł w brzuchu ciepło i gdyby umiał to robić, mógłby się uśmiechnąć. Ale uśmiech mu odebrano wiele lat temu i wciąż nie potrafił go przywrócić.
W pokoju znajdował się sam, ale z łazienki słyszał szum wody. Rozejrzał się. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mu się w oczy był brak słońca i deszcz. Przez co sypialnia wciąż była pogrążona w lekkim mroku. Leżał na dużym, wygodnym łóżku. Lepszym od tego, które miał w mieszkaniu. To pachniało Ivo, a teraz i nim tworząc idealną kompozycję. Nad tym wolał się nie rozwodzić i spojrzał na biurko znajdujące się obok łóżka. Stała na nim lampka, a obok niej leżały ołówek oraz szkicownik, co mu przypomniało, że Moretti rysował.
Spojrzał w stronę łazienki, a potem ponownie na szkicownik. Nie powinien tego robić, lecz znów zwyciężyła w nim ciekawość. Podparł wyżej poduszkę i opierając się na niej sięgnął po okulary, które wczoraj położył tutaj Ivo wiedząc, że będą mu potrzebne. Potem wziął w dłoń szkicownik i po chwili zaczął przeglądać. Rysunki były przeróżne i bardzo mu się podobały. Znajdowały się tutaj szkice ludzi, sali w Amare i siedzących przy stolikach klientów, obrazy przyrody, które zapierały dech. Chłopak jest samoukiem, ma talent, pomyślał. Odwrócił stronicę i ujrzał swoją twarz. Przez chwilę zapomniał jak się oddycha, kiedy patrzyły na niego jego własne oczy perfekcyjnie oddane, jakby przyglądał się sobie w lustrze. Nigdy nie pozował Ivo do tego portretu, ale chłopak wręcz z doskonałością oddał każdy szczegół jego twarzy. Nawet mały, ledwie widoczny pieprzyk na nosie. Dziwne ciepło wkradło mu się do serca i tam pozostało.
– Rysowałem to długo – powiedział Ivo wyszedłszy z łazienki. Miał na sobie cienkie spodnie dresowe z nogawkami kończącymi się w połowie łydek, które miał mało owłosione. Górną część ciała okrywała bladoróżowa koszulka z niebieskimi akcentami na dole i rękawach.
Nie był zły na Fabiano za to co zrobił. Rysunki nie były tajemnicą. Przynajmniej nie dla niego. Co prawda bywali rysownicy, którzy swoje dzieła ukrywali, bo były dla nich czymś w rodzaju pamiętnika tylko pisanego w inny sposób.
– Zapamiętałeś każdy szczegół mojej twarzy, a nie widywałeś mnie często. – To dla niego było czymś niesamowitym. Czymś czego się nigdy nie spodziewał i po prostu to było takie, że nie potrafił znaleźć słów na określenie tego co poczuł.
– Czasami nie potrzebuję wiele, by móc coś potem odtworzyć. – Nie było to tym co Ivo chciał powiedzieć, ale nie mógł wyznać, że wystarczyło mu to co widziało jego serce. W nim obraz Fabiano wyrył się już na zawsze. Miał ochotę podejść do prawnika, nachylić się nad nim i pocałować na dzień dobry. Ten gest jednak dotyczył przeważnie par, a przecież tym nie byli. Nie ważne jak bardzo by tego chciał. – Zrobię kawę dla ciebie, a potem śniadanie. W porządku?
Salieri zamknął szkicownik i miał ochotę powiedzieć, że powinien iść, ale czuł się zbyt dobrze, aby to zrobić. Ściany tego domu, ten chłopak, jego ramiona przed którymi powinien uciekać, by były za dobre, stały się tej nocy dla niego sanktuarium chroniącym go i to nadal się działo.
– Kawa brzmi dobrze.
– Świetnie. – Moretti nie mógł ukryć tego, że się ucieszył, bo na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Od razu też rozluźnił się i poczuł pewniej. – W łazience zostawiłem dla ciebie czyste ręczniki. Na półce przy lustrze leży nieużywana szczoteczka do zębów. Jeszcze w opakowaniu to ją rozpoznasz. Wiem, że używasz do kąpieli swoich żeli, ale gdybyś zechciał skorzystać z mojego, to nie pogniewałbym się. Ale możesz też się nie kąpać i pachnieć naszą nocą. – Po ostatnim zdaniu zaciął się, bo powiedział za dużo. Poczuł gorąco wkradające się na policzki, a prawnik uniósł brew co dla niego wyglądało bardzo pociągająco, a szczególnie zaczepnie. Odchrząknął. – To pójdę zrobić tę kawę, no i śniadanie. – Z zakłopotaniem potarł się po karku. Jeszcze czasami wstępował w niego ten dawny Ivo.
– Dobrze, dziękuję – odpowiedział prawnik, z zainteresowaniem przyglądając się chłopakowi.
Moretti skinął głową i już miał wyjść, ale kopną się mentalnie w tyłek za tą swoją głupią niepewność. Podszedł do łóżka i pochyliwszy się złapał w palce brodę Fabiano. Przytrzymując go oraz spoglądając mu w oczy, wycisnął na jego ustach czuły, ale pełen zmysłowości pocałunek.
– Chętnie powtórzę tę noc – szepnął łaskocząc ustami jego, zanim odsunął się i nie czekając na odpowiedź wyszedł.
Tymczasem Fabiano przez dłuższą chwilę nie mógł uspokoić swojego serca, które zdecydowanie zaczęło bić szybciej. Odezwało się też jego bolące, wymęczone ciało, które zapragnęło zaciągnąć Ivo ponownie do łóżka.
To niebezpieczny chłopak, pomyślał, ale dzisiaj na jeden dzień, na chwilę miał ochotę na trochę takiego niebezpieczeństwa.