30 czerwca 2016

W sidłach miłości tom 2 - Rozdział 18



 Hejka. Na początek mała reklama. Mój kolega poprosił mnie, abym zareklamowała jego bloga, na którym ukazał się pierwszy rozdział opowiadania MM. Jest to pierwszy tekst kolegi, dopiero zaczyna, więc na pewno będą widziane komentarze, dobre rady, pomoc itd. A może i jakaś beta by się znalazła, która pomogłaby autorowi. Także zapraszam serdecznie na bloga: http://grissdrauka.blogspot.com/

A teraz zapraszam na rozdział z nadzieją, że pewne osoby, które zapowiadały, że przestają czytać moje teksty, bo zabiłam postać, jednak nie odeszły. Dla mnie byłoby to dziwne. Jak lubię jakiegoś autora, jego teksty, nie odchodzę, bo zabije swoją postać. Ma do tego pełne prawo, nawet jakbym postać kochała całym sercem. 


 
Żal ściskał mu serce i gardło, kiedy stojąc oparty o ścianę zsunął się na podłogę. Objął się ramionami wstrząsany spazmami płaczu. Nie potrafił uspokoić się, pogodzić z tym co się stało. Wciąż istniała w nim nadzieja, że to sen, ale w żaden sposób nie umiał się z niego wybudzić, aby stwierdzić, że jest wszystko dobrze. Do tego męczyły go wyrzuty sumienia, bo gdyby nie zerwał z JD, chłopak zostałby z nim w tamtym składziku i nic by się nie stało. Pochylił głowę i złapał się za włosy. Aż zadygotał próbując chwytać powietrze przez zatkany nos.
– Nie wyrywaj sobie włosów. Nic tym nie zdziałasz. Trzymaj.
Usłyszał głos i uniósł swoje opuchnięte, zapłakane oczy. Nad nim stał Jonathan Wilson. To on odciągnął go od JD i przywiózł do szpitala. Wziął od niego paczkę chusteczek. Wyciągnął kilka i wysmarkał się.
– Nie rycz tak, bo się rozchorujesz. JD przecież żyje.
– Ale lekarze powiedzieli, że w każdej chwili może być koniec. Przecież już raz go prawie stracili.
– Ale na razie żyje i będzie żył – powiedział twardo Jonathan. Pomimo że nie przepadał za nim z powodu tego co McPherson robił Richiemu, nie mógł go zostawić. Szczególnie, że Richie go o to prosił.
– Kiedy usłyszałem, że ktoś mówi „nie żyje” myślałem, że zwariuję.
– Tymczasem lekarz mówił o napastniku. Chłopak zabił się po tym jak wystrzelił do swojej dziewczyny, ale JD ją zasłonił przez co dostał kulkę przeznaczoną dla niej. Ludzie wszystko widzieli.
– Cholerny samarytanin! – Zacisnął pięści. – Gdyby nie to, nie leżałby tam teraz. – Utkwił oczy w napisie „Blok operacyjny”.
– Zrobił coś, na co wielu nie miałoby odwagi. – Klapnął sobie obok chłopaka podając mu jeszcze picie.
– Nie chcę. Nic nie przełknę dopóki nie dowiem się co z nim. – Otarł łzy, lecz pojawiły się kolejne spływając po mokrych policzkach. – Kiedy zobaczyłem tę krew… Pomyślałem, że wszystka należy do JD. Już nie widziałem, że obok leży inny chłopak. Widziałem tylko JD. Mojego JD. – Rozpłakał się na nowo mając gdzieś to, że ktoś go widzi. Cierpiał i nie potrafił zamknąć tego cierpienia w sobie. Pragnął, żeby JD żył, był zdrowy i wybaczył mu głupotę. Domyślał się, że teraz już każdy w szkole wie o nim, o nich, ale to go też nie obchodziło. Nawet w tym względzie poczuł ulgę, teraz jeśli się czegoś bał, to tego, że jego chłopak, bo inaczej o nim nie myślał, umrze.
– W komórce JD znalazłem numer do jego mamy. Już tu jedzie – poinformował Johnny.
– Ile to jeszcze potrwa?
– Kilka godzin.
– Już minęły trzy. – Pociągnął nosem.
– Kilka to kilka. Takie operacje nie są łatwe. Słyszałem, że kula utkwiła w pobliżu kręgosłupa.
– Najważniejsze, żeby żył – szepnął Casey. – Sądzę, że lepiej nie mieć nikogo, niż znosić coś takiego. Niż znosić śmierć ukochanego, a przecież to się zdarza bardzo często. Jednak JD będzie żył. Poczekam na niego.
– Ja jestem zdania, że lepiej kogoś mieć na jedną chwilę, niż nigdy nie kochać – powiedział Johnny.
– Ta. – Oparłszy tył głowy o ścianę gapił się na drzwi mając nadzieję, że niedługo wywiozą przez nie JD i powiedzą, że wszystko będzie dobrze. Niech zdarzy się cud i go uratują. To największy skarb jaki odnalazłem i nie mogę go stracić, pomyślał.
Głośne kroki na korytarzu zwróciły uwagę obu młodych mężczyzn. W ich stronę szła kobieta i dwie dziewczyny. Jedną z nich była siostra Caseya, który zmusił swoje nogi do podniesienia ciała. Mama JD widząc ich przyśpieszyła i chwilę później stanęła przed znanym jej blondynem.
– Co z moim synem? Gdzie on jest?
– Operują go – wtrącił się Jonathan dostrzegając, że Casey nie potrafi otworzyć ust. – Proszę ze mną. Porozmawiamy. – Odciągnął kobietę na bok.
– Cas, co tu robisz, co się dzieje? – zapytała jego siostra. – Dlaczego ryczysz? Dlaczego nasi rodzice ciągle dzwonią do mnie z pytaniami czy wiem jaki jesteś i gdzie jesteś?
– Co ty tu robisz? – zadał to samo pytanie co ona.
– Byłam właśnie z Lori, kiedy zadzwoniła do niej jej mama i powiedziała co się stało.
– Tak, gdyby nie Kate nie wiem czy trzymałabym się tak jak teraz.
– Byłeś z JD? Jak to się stało? – dopytywała Kate.
– Nie. – Przymknął na chwilę powieki, żeby odzyskać ostrość widzenia. – Byłem z nim chwilę wcześniej.
– Dobra, to powiesz nam co się stało i dlaczego wyglądasz jak wyglądasz?
Nie miał wyjścia. Jego siostra i tak się dowie. Zresztą co tu jest do ukrycia.
– Rodzice pewnie dzwonią do ciebie, bo nie mogą na moją komórkę. Wyłączyłem ją. Natomiast te pytania… Chyba wujek doniósł im to, co widział. A widział jak całuję rannego JD i błagam go, aby mnie nie zostawiał, bo go kocham. – Przeszedł na bok siadając na szpitalnym krzesełku i chowając twarz w dłoniach. W tamtej chwili nie myślał o konsekwencjach tego co robi. Kiedy zobaczył go w tej krwi zadziałał instynktownie.
– Dlaczego miałeś mu tak powiedzieć? – Kate usiadła obok brata.
– Bo to mój chłopak. Bo JD to mój chłopak. – Ponownie rozpłakał się jak dziecko, a ramiona siostry objęły go mocno. – I chcę, żeby żył. Jest za dobry, za wspaniały, żeby umrzeć. Jest mój.
Takiego kruchego brata jeszcze nie widziała. Aż jej dziwnie było, że taki chłopak jak on płacze  niczym dziecko. Tuliła go do siebie pozwalając mu na to, a jej samej serce się krajało z jego powodu i powodu jej nowej koleżanki, z którą szybko znalazła wspólny język.
– Płacz, braciszku płacz, żebyś później już mógł się z nim tylko śmiać – wyszeptała.

* * *

– Nie mogę w to uwierzyć – powiedział Richie siedząc jak otumaniony w stołówce szpitalnej i nie mając odwagi pójść na odpowiedni oddział. – To stało się tak szybko. Widziałem jak ten chłopak kłóci się z tą dziewczyną, a potem wyciągnął broń. – To samo ze dwie godziny opowiadał na policji, która wezwała wszystkich świadków do siebie.
– Podobno dzień wcześniej zerwała z nim, a on nie chciał pozwolić jej odejść i planował ją zabić – dodał Alex towarzysząc przyjacielowi.
– Tak naprawdę jej nie kochał. Powtarzał, że ją kocha, nie może bez niej żyć, a sekundę później groził, że będzie po niej, bo jeśli nie on, to nikt nie będzie jej miał. Gdyby ją kochał, pozwoliłby jej odejść, po to, aby była szczęśliwa. Dla niego, to nie była osoba, a własność, rzecz, którą może rozporządzać według własnej woli.
– Po tym jak strzelił pierwszy raz i trafił w JD, palnął sobie w tę durną łepetynę.
– I dobrze, jednego świra mniej na świecie – rzekł z goryczą Richie. – Przynajmniej nikogo już nie zabije.
Alex dopił swoją herbatę.
– To co idziemy na górę, czy czekamy tutaj na Jonathana?
– Zaraz pójdziemy. Wiesz, kiedy widziałem McPhersona jak płacze, jak to przeżywa myśląc, że jego chłopak nie żyje uświadomiłem sobie, że ten wielki mięśniak ma uczucia. Żal mi go.
– Złotko, wybaczyłeś mu to co ci robił?
– Wybaczyłem. Nie będę żył w nienawiści, zwłaszcza jeśli widzę, że ktoś się zmienia. Szkoda mi też tego chłopaka, JD. Nieraz widywałem go na korytarzu. Zawsze stał sam i czasami miałem ochotę do niego podejść, ale wydawał mi się taki „Zostaw mnie, nie mam ochoty na towarzystwo” i teraz żałuję, że go unikałem.
– Teraz każdy z nas będzie roztrząsał, co można było zrobić, powiedzieć. Czasu się nie cofnie. Za późno zaczynamy myśleć. Zwłaszcza jak coś się stanie, lecz wtedy może być już właśnie… za późno.
– Oby nie. Oby nie – powtórzył i wstał. – Chodźmy.
Wybrali wycieczkę po schodach, żeby dostać się na pierwsze piętro. Richie ciągle spowalniał kroki. Nie wiedział jak McPherson zareaguje na jego obecność. Zawsze może mu powiedzieć, że przyszedł do Jonathana  i nie da się wyrzucić. Jednakże kiedy znaleźli się na odpowiednim piętrze i dotarli do grupy czekających osób, żaden z nich nie spotkał się z nieprzychylnym spojrzeniem Caseya. Wręcz obaj mieli wrażenie, że chłopak poczuł ulgę na ich widok. Chyba nie chciał być sam. Richie na jego miejscu też wolałby się otoczyć ludźmi, bo inaczej zwariowałby. Pewnie później szukałby samotności, ale te pierwsze, najgorsze godziny czasami lepiej jest znosić dzieląc swój ból.
Johnny otoczył swojego chłopaka ramionami na chwilę, a potem go puścił, kiedy przez tak interesujące ich drzwi przeszła pielęgniarka.
– Proszę pani, co się tam dzieje? – zapytała pani Whitener.
– Operacja potrwa jeszcze około pięciu godzin. Powinni państwo odpocząć. Proszę iść się czegoś ciepłego napić. Po operacji pacjent zostanie przewieziony na oddział intensywnej terapii. Wciąż będzie spał. Będzie państwa, potrzebował jak się obudzi. Teraz w niczym nie mogą mu państwo pomóc.
– Dziękuję. Ja tu zostanę – powiedziała kobieta wycofując się na swoje krzesło. Nie zostawi syna, a świadomość, że ona w jakiś sposób będąc tutaj, jest przy nim i jej pomagała to przetrwać. Przeniosła spojrzenie na Caseya. Widząc go dzisiaj zrozumiała, że ten chłopak całym sobą kocha JD i obiecała sobie, że jeżeli jej syn przeżyje i będzie chciał być z nim, to nie będzie miała nic przeciw ich związkowi. Casey McPherson nieświadomie udowodnił, że można mu zaufać i na nim polegać. Od rozmowy z synem przeczuwała, że chłopak ma swoje problemy związane z orientacją, ale chyba się ich dzisiaj pozbył. Taką miała nadzieję, jak i na to, że jej syn przeżyje.

* * *

Kilka godzin później czekający na korytarzu doczekali się wreszcie końca operacji. JD został wywieziony na łóżku, na którym leżał otoczony kabelkami. Mama chłopaka, jego siostra i Casey natychmiast podbiegli do chorego obsypując lekarzy pytaniami.
– Panie doktorze, co z moim synem?
– Pani syn, dobrze zniósł operację. Usunęliśmy kulę, ale stracił bardzo dużo krwi, niemniej jego rokowania są dobre. Coś więcej będziemy mogli powiedzieć, kiedy chłopak się obudzi. Jeszcze do jutra potrzymamy go na śpiączce farmakologicznej i będziemy cały czas monitorować jego stan – mówił, kiedy szli w kierunku oddziału intensywnej terapii i opieki pooperacyjnej – Kula utkwiła blisko kręgosłupa, przez co operacja była trudna, ponieważ staraliśmy się nie uszkodzić nerwów. Całą prawdę poznamy jutro, najdalej pojutrze, czy wszystko z nim w porządku. A teraz przepraszam – zatrzymał się przed dużymi oszklonymi drzwiami. – Dopiero jutro będzie można zobaczyć pacjenta. Proszę mi wierzyć, że jest pod dobrą opieką, a państwo powinni wrócić do domu  i nabrać sił przed jutrzejszym spotkaniem z nim. Do widzenia.
Casey wnerwił się trochę na lekarza, bo na końcu potraktował ich, szczególnie mamę JD jak coś co mu przeszkadza. Przecież matka musiała wiedzieć co z jej synem. Jak mógł powiedzieć jej, że zobaczy syna dopiero jutro. Przecież mogli jej dać odzież ochronną i ją na pięć minut do niego wpuścić. Wypowiedział głośno swoje pretensje.
– Casey, czasami tak jest, że nikogo nie mogą tam wpuścić. JD wie, że tu jesteśmy. Wierzę, że to czuje. – Do jej oczu nabiegły nowe łzy. – Jutro się z nim spotkamy. Wybudzą go i na pewno będzie dobrze. Teraz niech odpoczywa. Sen mu dobrze zrobi. Powinieneś pojechać do domu. Przespać się, wypocząć.
– Nie ma mowy. Nie ruszę się stąd. – Niemal przykleił nos do szyby patrząc na chłopaka mającego w ustach rurkę intubacyjną i coś pod nosem, co zapewne dostarczało mu tlen. Chciałby zamienić się z nim miejscami i cierpieć za niego. – Czy go coś boli?
– Wątpię. – Kobieta położyła dłoń na ramieniu wyższego chłopaka. Jej syn też był od niej dużo wyższy. – Na pewno teraz śpi spokojnie i śni mu się coś przyjemnego.
– Tak. Na pewno, tak jest. – Spojrzał na zmęczoną kobietę. Przez te kilka godzin uspokoił się trochę, wypłakał już wszystkie łzy i tylko oczy go bolały. Podjął decyzję, ciężką dla niego, bo pragnął tutaj zostać, lecz faktycznie musi odpocząć, aby jutro JD nie przywitał go mówiąc: „Wyglądasz jakby ktoś cię zmasakrował przepuszczając przez wyżymaczkę”. Z pewnością by tak powiedział. – Może faktycznie dobrze będzie jeśli wrócimy do domu. A co z dzieciakami.
– Chłopcy z Molly są w domu. Jeszcze nic nie wiedzą. Jak ja im to powiem?
– Może razem im powiemy? – zaproponował.
– Dziękuję ci, ale to moje zadanie. Ty też musisz odpocząć. Wyszykować się dla niego na jutro. Miejmy nadzieję, że jutro go obudzą i zobaczymy jego uśmiech.
– To przynajmniej niech pani pozwoli, że was odwiozę. – Przyjechał do szpitala z Jonathanem swoim samochodem, z mężczyzną jako kierowcą, na co trochę odetchnął z ulgą, bo nie śmiałby prosić o podwiezienie stojących w oddali chłopaków. – Niech chociaż tak pomogę.
Pani Whitener doskonale go rozumiała. Casey pragnął czuć się potrzebny, a ona nie zamierzała mu tego utrudniać.
– Chętnie Lori i ja skorzystamy z twojej pomocy.
Kiwnął głową i ostatni raz rzucił okiem na JD, odetchnął ciężko, a potem odwrócił się i już nie oglądając za siebie podszedł do młodych mężczyzn.
– Dopiero jutro będziemy mogli się z nim zobaczyć. Chciałem… Chciałem podziękować, że przyszliście i byliście tutaj. – Skinął głową Richiemu. Ten chłopak przez niego tak wiele wycierpiał. Nie był dumny z tego co mu zrobił. Ale to już przeszłość. – Może jak odwiozę mamę i siostrę JD, to wrócę po was…
– Nie przejmuj się tym – rzekł Johnny. – Alex jest samochodem. Po drodze wstąpimy po mój i nie ma problemu.
– Jeszcze raz dzięki. – Wyciągnął dłoń i podał ją każdemu, po czym ruszył ku klatce schodowej wiedząc, że jak tylko się ogarnie to tu wróci. Nie zostawi JD samego. Jeżeli ktoś będzie chciał go stąd wyrzucić to mu na to nie pozwoli. Gdy zobaczył chłopaka, wróciły mu siły i gotów był walczyć z każdym kto mu przeszkodzi przebywać w pobliżu JD.

* * *

Jonathan odprowadził do domu swojego chłopaka zamierzając z nim zostać. Zauważył, że Richie naprawdę przejął się zaistniałymi wydarzeniami i nie chciał zostawiać go samego. Dlatego nie pytając go o zdanie w tej kwestii, wszak po co, i tak przecież sypiał tu częściej niż w domu, pozbył się wierzchniego okrycia.
– Napijesz się czegoś? – zapytał.
– Kakao.
– Się robi. Tylko umyję ręce i jeszcze przygotuję jakieś kanapki, a może tosty, co?
– Jak wolisz. Ja i tak chyba nic nie przełknę. – Skierował się wraz z Johnnym do łazienki, gdzie umyli ręce, a potem udali się do kuchni.
– Jesteś wymęczony. Może umyj się i połóż i tak już po ósmej. – Wyjął z lodówki mleko.
– Nie mam ochoty spać, nic robić. Wolę po prostu posiedzieć. – Taylor usiadł przy stole i położywszy brodę na dłoniach, prawie leżąc na blacie obserwował poczynania swojego partnera. – Kocham cię.
– Ja też cię kocham, słoneczko. – Posłał Richiemu pocałunek w powietrzu. – To może zrobię kakao, a potem posiedzimy przed jakimś filmem?
– Czemu nie.
– A może powiesz mi o co chodzi? Co cię męczy? – Zapalił zapalniczką do gazu jeden z palików.
– Myślę. Zastanawiam się ile podejście do nas, go kosztowało.
– Na pewno dużo. Chociaż kto go tam wie. – Postawił garnek z mlekiem na ogniu.
– Nie śmiej się, ale zaimponował mi. Wiesz co mnie jeszcze martwi jeśli chodzi o niego?
– Co?
– To, że będzie miał przerąbane w szkole. Nie chodzi o zwyczajnych uczniów, ale o jego kumpli. Widziałem ich miny, kiedy McPherson klęczał nad JD i mówił do niego to wszystko. Chłopak będzie miał przejebane. Mówię ci. Do tego są sportowcami. Podobno geje sportowcy, szczególnie w zawodach kontaktowych nie są mile widziani. Oni razem biorą prysznic i tak dalej i tym heterykom nie podoba się, że ciota może ich podglądać, a może dotknąć. Straszne. Zapominają jak oni traktują kobiety i co o nich myślą.
– Powiem ci, Richie, że ten chłopak będzie miał naprawdę ciężko. Z drugiej strony nie wszyscy z drużyny mogą być tacy jak ci dwaj jego kumple. Jak im tam?
– Kozetzky i Stark.
– Właśnie. Na własnej skórze odczuje to co sam robił.
– Karma wraca, co? – Johnny postawił przed nim duży kubek kakao i pocałował w czubek głowy.
– Powiedzmy. Wezmę jeszcze ciacha.
Richie wziął swój kubek i przeszedł z nim do swojego pokoju. Wolał obejrzeć film na laptopie leżąc w łóżku, popijając swój napój, mając obok siebie kogoś kogo kochał. Świadomość, że Casey jeszcze długo nie będzie mógł ze swoim chłopakiem spędzić beztrosko czasu dziwnie go przybijała. Chyba miał za dużo empatii. Koniecznie powinien przestać wczuwać się w sytuację innych, bo odbijało się to na nim.
Postawił kubek na biurku i wziął laptopa, którego ustawiwszy w nogach łóżka musiał podłączyć do innego gniazdka, bo baterię w nim miał już kiepską. Uruchomił komputer razem z piciem włażąc na materac. Przejrzawszy foldery z filmami odnalazł jakąś komedię, ale zrezygnował z niej i wybrał film o tematyce LGBT pod tytułem: „Jego oczy”.
Johnny dołączył do niego chwilę później niosąc ciasteczka z ciasta francuskiego. Postawił talerz pomiędzy nimi.
– Johnny, ja po prostu muszę przestać się martwić innymi.
– Ty jesteś za wrażliwy, aby to zrobić.
– Sądzisz?
– Tak i takiego cię kocham. – Złapał go za brodę i cmoknął w usta. – Włączaj ten film i obawiam się, że zanim on się skończy zasnę. Chyba sam jestem wykończony.
– Obejrzę za nas obu. – Uśmiechnął się do Jonathana, a potem puścił film, po czym popijając gorące kakao przytulił się do partnera.

* * *

Casey zamierzał iść do swojego pokoju, lecz wcześniej został zawołany do salonu, w którym czekali na niego rodzice. Jego siostra stanęła obok niego zmieniając się w poważną nastolatkę. Chłopak przyglądał się mężczyźnie i kobiecie dzięki którym pojawił się na świecie i przełknął ślinę. Coś było nie tak i doskonale wiedział co. Czyli to już koniec.
– Kate, idź do siebie – poprosiła zimno matka.
– Po co?
– Idź, bo ja tak mówię.
– Zostanę. – Przeczuwała o co chodzi i bardzo jej się to nie podobało. – Jeżeli coś zrobicie, to ja pójdę razem z nim.
– Nie groź nam dziewczyno – głos zabrał ojciec.
– Kate, idź do siebie – poprosił Casey.
– Ale…
– Idź.
– Jeżeli mu coś zrobicie to i mnie stracicie – zagroziła. Przytuliła brata, po czym wybiegła z płaczem.
– Już wiecie, prawda? – spytał Casey przestępując z nogi na nogę. Właśnie tego się bał.
– Masz dwie godziny, żeby się spakować i wynieść stąd – mówiła kobieta. – Nie będę pod swoim dachem trzymać tak chorej osoby.
– Wujek wam doniósł?
– Mój brat – kontynuowała matka – gdy dzwonił był bardzo skonfundowany tym co zobaczył.
– Aha. Tylko to wuja interesowało. I on ma się za wice dyrektora. W szkole został ranny chłopak, a on interesuje się…
– Podobno ty i ten chłopak… Wy… – Ojciec nie dokończył krzywiąc się jakby miał wypowiedzieć coś obrzydliwego.
– To mój chłopak. – Miał ochotę się nawet modlić, żeby JD przyjął go z powrotem. Zresztą teraz i tak najważniejsze jest to, żeby wyzdrowiał. Myśl o jego chłopaku przebywającym w szpitalu dodała mu odwagi. – Wiecie co? Nie mam zamiaru mieszkać z kimś, kto patrzyłby na mnie i na JD jak na jakieś gówno. Całe życie tu mieszkałem i nigdy nie czułem się dobrze. I to nie wy mnie wyrzucacie, to ja odchodzę – powiedział spokojnie, bo po co miał krzyczeć, jeśli oni tego nie robili. Prawdę mówiąc bał się, że będzie gorzej. Ojciec ostatnio potrafił podnieść na niego rękę. Na szczęście odbyło się bez awantury. Zamierzał umyć się, spakować, a potem wyjdzie stąd zamykając za sobą drzwi, mając nadzieję, że nie robi tego na zawsze. 

17 komentarzy:

  1. Łoo, ale ulga... Całe szczęście, że żyje, bo bym się chyba łzami zalała :D Jednak warto było mieć tę nikłą nadzieję.
    Tak szczerze, to już myślałam, że nam zrobisz taką małą "Grę o Tron", gdzie główny bohater w samym środku akcji umiera xD

    Dzięki, że go nie zabiłaś!!!

    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja wiedziałam że zrobiłaś taki koniec specjalnie i jd przeżyje :P teraz czekam jak sprawa a i j się wyjaśni. Lu przypomnij ile rozdziałów do końca?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego tomu zostały 2 rozdziały do końca. A trzeci ma o ile się nie mylę 20 rozdziałów.

      Usuń
  3. Odetchnęłam chociaż zastanawia mnie jeszcze jeden z ostatnich komentarzy że podobno w trzeciej części Casey spotka nowego chłopaka. Hmmm. No nic czekam na więcej.
    Duuuuużo weny;)
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja osobiście obstawiam, że tamten komentarz to był tak dla szpanu, że niby coś wiem, ale jednak nie wiem. Chociaż kto wie, kto wie, może coś się szykuje?

      Usuń
  4. Nie płakałam na tamtym rozdziale a teraz czytam i rycze i nie mogę się uspokoić... a wszystko przez to że przegraliśmy z Portugalią... jestem dumna z naszych zawodników ale i tak jakoś to boli... no bo byliśmy tak blisko... przepraszam że tutaj to pisze. Rozdział oczywiście jak zawsze wspaniały.. fajnie że JD żyje. Będą mogli sobie spokojnie dalej byç razem...

    OdpowiedzUsuń
  5. Luano, kiedy chwile Alexa i Josha?? No serducho trochę boli. Chlip. Nie ukrywam, że Caseya i JD średnio lubię dlatego czekam ze zniecierpliwieniem na wyjaśnienie sprawy nauczyciela i ucznia. No, tak jak mówiłam wcześniej, miłości się tak nagle z dnia na dzień nie zabija.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę powiedzieć tylko to, że Alexa i Josha już nie ma. Josh zerwał z chłopakiem i Alex jest sam. Może pozna kogoś innego. :)

      Usuń
    2. Luano~! Czyli nie będą razem...?
      Boziu, me serducho krwawi. Tak strasznie uwielbiałam tę parkę ( i nadal ją uwielbiam w swojej głupiej łepetynie!). Dla mnie ta sprawa jest dalej nierozwiązana w suumie więc może... Aghhhh To jest straszne! xD

      Usuń
    3. Stara, może teraz już nie ma, może potem będzie znowu... Błagam!
      Rozstroiło mnie to... xD
      Serio, nie mogę.

      Usuń
    4. No, muszę jakoś odciągnąć od tego myśli teraz!!! xD

      Usuń
  6. Po tym rozdziale napięcie puściło i uszły ze mnie wszystkie nerwy.
    Jestem cała zaryczana haha Już smutek zastąpiło wielkie szczęście i ulga.
    Po niedzielnym rozdziale nie okazałam żadnych emocji ,bo wierzyłam ,że wszystko potoczy się inaczej.I jest! JD wybaczy swojemu chłopakowi (byłemu) Przynajmniej mam taką nadzieję ,że moje przeczucie będzie dobre jak do tej pory.
    Bardzo się cieszyłam jak Casey płakał ,bo to jest takie potwierdzenie ,że kocha go bezgranicznie a przy innych parach muszę sobie często przypominać (tak on go kochaXD mówił mu to)
    Bardzo dobry rozdział tylko wujek Casey'a i jego rodzice to szuje.Siora jak najbardziej spokoXDD
    Ale szybko mi lecą te twoje rozdziały ;-;

    OdpowiedzUsuń
  7. Oouufff... Odetchnęłam z ulgą :> Co za szczęście, ze przeżył. Ale właściwie to nie wierzyłam, że umarł '-' Zdaje się, ze od czasu Ibary jeszcze nikogo nie uśmierciłaś. Mam tylko złe przeczucia, że Alex i Josh nie wrócą do siebie. A jeśli już to za bardzo długi czas. Szkoda mi strasznie Caseya, ale myślę, że "Czarna Wiedźma" mu wybaczy :) zwłaszcza jak usłyszy, ze ten wyznał mu miłość przy wszystkich i jeszcze tyle czasu siedział przy nim w szpitalu ;)
    Ale ja już tak mocno chce następny rozdział ;-; nie mogę się doczekać!
    /A

    OdpowiedzUsuń
  8. Myślę, że czytelnicy nie powinni odchodzić od autora z tego powodu. Ja nienawidzę gdy postać którą lubię umiera, ale w życiu nie porzuciłabym Twoich tekstów, bo nie wiedziałabym co zrobić ze swoim życiem. Najlepsze przykłady to Ibara i Porcelanowe Szczęście. Przy obu wyłam jak cholera, ale takie wyciskacze łez też są świetne i trzeba dać im szansę. Ale czytelnicy nie powinni się martwić o Wiedźmę. Na każdego prędzej czy później przyjdzie czas ;) Czasem i popłakać trzeba, zwłaszcza, że Ty zawsze ułożysz szczęśliwe zakończenie. Jeśli w przyszłości będziesz zastanawiała się nad morderstwem swojej postaci to z pewnością wymyślisz coś żeby wszystko zakończyło się happy endem :D
    Pozdrawiam i dużo weny życzę, zwłaszcza przy pisaniu ebooków

    OdpowiedzUsuń
  9. Odetchnęłam z ulgą.
    JD to prawdziwy bohater.
    Naprawdę pięknie się zachował broniąc tej dziewczyny.
    Ten rozdział ma tyle emocji w sobie,
    Mimo wszystko szkoda mi Caseya.
    Teraz czeka go ciężkie życie ale i tak zachował sie dzielnie.
    Jego rodzice są naprawdę koszmarni,
    I masz rację jeśli lubi się autorkę nie zważa sie na to co robi w opowiadaniu.
    Owszem parę razy miałam chęć cię zamordować ale i tak bardziej kocham <3
    I wciąż czekam na to co z Joshem

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetny rozdział. Czekam na wyjaśnienie sytuacji Alexa. Weny Went i jeszcze raz wena

    OdpowiedzUsuń
  11. O mało nie dostałam zawału. Normalnie tak szybko mi serce bylo. Słyszałam nawet je p...
    Ake tak się cieszę że wszytko dobrze.. ze żyje...Szkoda mi że kazali mu wynosić się z domu p... ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. .
    Pozdrawiam-Shizu-chan

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. :)